Z dziejów dnia/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Z dziejów dnia I. Świt
Pochodzenie Poezje Wiktora Gomulickiego, cykl Życie w obrazach
Wydawca Księgarnia A. Gruszeckiego
Data wydania 1866
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały cykl
Pobierz jako: Pobierz Cały cykl jako ePub Pobierz Cały cykl jako PDF Pobierz Cały cykl jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Z DZIEJÓW DNIA.


I. ŚWIT.


Kiedy się na wsi dzień słoneczny budzi,
Wita go wrzawa i ptaków i ludzi;
Zmieszane echa płyną kwietną błonią,
W stajniach rżą konie, w kuźniach młoty dzwonią
I młyn klekocze na wartkim strumieniu...

Miasto pozdrawia jutrzenkę w milczeniu.

Nad las kominów i wieżyc gromadę,
Słońce wypływa zaspane i blade;
Do mrocznych ulic zagląda z ukosa,
I zanim złotem zaleje niebiosa,
A w chłodnych murach zbudzi ciepłe dreszcze,
Do chmur poduszki tuli się raz jeszcze...

Zwolna się Wisły roziskrzają fale,
W oknach migoczą szyby jak opale,
A miejskie ptaki, które z wolą bożą
W „kamiennym lesie“ rodzą się i mnożą,
Ze szczelin murów wychylają głowy. —
Na bruk, od zorzy porannej różowy,

Spadają srebrne i szare gołębie;
Jaskółka siada na komina zrębie,
A tłusty wróbel, śpioch i sybaryta,
Gnuśnem ćwierkaniem dzień wschodzący wita.

Miasto się budzi — i w płuca olbrzymie,
Co długo więdły w kurzawie i dymie,
Wciąga z rozkoszą świeży powiew ranku.
Rozkwita powój pnący się po ganku,
Na skwerach zgięte prostują się kwiaty,
A gąszcz ogrodów, schowana za kraty,
Wonią i chłodem napełnia powietrze.

Chwieją się szyldy na porannym wietrze,
I lekko skrzypią, jakby się skarżyły;
Z zarzecznych borów płynie zapach miły,
I do zadusznych uliczek się wciska;
W bladym półmroku, jak złote ogniska,
Palą się szyby, w skrach i błyskawicach —
I głucho w sadach, na placach, w ulicach.

U „Panny Marji“ zcicha zadzwoniono...
Kilku staruszków, z twarzą pomarszczoną,
Dąży na jutrznię, stukając laskami;
A słońce złotem i purpurą plami
Ściany kościoła, i na zimne głazy
Rzuca tęczowe, powietrzne obrazy,
Jasność swą cedząc przez gotyckie okno.
Turkoczą wozy, a na wozach mokną

W perłowej rosie kwiaty i warzywa;
Gdacze drób’ w kojcach, a w powietrzu pływa
Zmieszany zapach kopru i cebuli.

Z ciemnych zaułków, wśród których się tuli
Pod skrzydła nocy, zbrodnia i rozpusta,
Pełzną pijacy, i blade ich usta
Wszeteczną piosnką budzą echa senne.
Spojrzało na nich oko dnia promienne,
Więc się cofają i milkną, zmieszani...

Za doniczkami kwitnącej geranji,
W oknie poddasza, jasnego od blasku,
Stoi staruszek, — i ptasiego wrzasku
Głuszony chórem, dymek cmokcząc siny,
Skaczącym wróblom sypie okruszyny.
Muzyka dzwonów coraz bardziej wzrasta,
Wstrząsając mury. Idą środkiem miasta
Z ponurą twarzą robotników rzesze,
Milcząc. Gdy staną, jeden ogień krzesze
Do fajki, drugi chleb rozgryza suchy;
Ten pije wodę, tamten dla otuchy
Gorzałkę: kilku o mur wspartych drzemie.
Żaden nie patrzy na niebo, lecz w ziemię,
Żaden skrzydlatych nie zna ducha lotów...

Tymczasem miasto od słonecznych grotów
Drgające, błyska jak wąż złotołuski;
Dudnią strażackie, pełne śmiecia wózki,

Pod kruchtę baba podąża kulawa,
Z pod mioteł stróżów wznosi się kurzawa,
A człowiek chory wstaje i boleśnie
Na ruch uliczny patrzy. Jednocześnie
Gruby parobek odmyka z hałasem
Cuchnącą norę, kędy za szynkwasem
Stoi żyd rudy, jak szatan kusiciel;
I gdy w kościołach króluje Zbawiciel,
Z natchnioną twarzą, łagodnemi usty,
Tu wstrętne widmo szału i rozpusty
Głodnych nędzarzów ciągnie przez płomienie
Na wieczną hańbę i na zatracenie...

W oknie, nakrytem płócienną oponą,
Zaskrzypiał lufcik — i na bruk rzucono
Bukiet uwiędły. Poczerniałe kwiecie
Upadło ciężko w kurzawę i śmiecie,
Poczem, do ścieku popchnął je przechodzień.
W mieście, rzecz taką można widzieć co dzień;
Tu kwiat — nierzadko — co błyszczał w salonie,
Na brudny śmietnik wędruje po zgonie,
Gdzie go człek każdy potrąca ze wzgardą...
Czemuż więc głowę podnoszą tak hardo
Stołeczne, sztucznie malowane róże?
Cóż ztąd, że przyszły na ten świat w purpurze,
Z łonem kryjącem zmysłowe ponęty!
I że za niemi w rozkoszy odmęty
Idzie niejeden jako w morskie tonie? —
Ogród je zrodził, ale ściek pochłonie.
................

Stolico! hydro wieczyście łaknąca!
Kameleonie, co od barw tysiąca
Nieokreślonej nabrałaś postaci!
Czemu się duch twój powolniej bogaci,
Niż ciało? czemu w twych mrokach się lęże
Grzech, pełzający ukradkiem jak węże?
Czemu, szpetniejsza w głębi, niż po wierzchu,
Pozwalasz sowom wyfruwać o zmierzchu,
O kawał chleba bijesz się zażarcie,
W Baala wierzysz i schlebiasz Astarcie?

Zbudź się, stolico! Niech blask słońca zloty
Oczy twe z grzesznej uzdrowi ślepoty;
Skąpana w czystym lazurze obłoków
Spłosz nocne ptastwo, wylęgłe wśród mroków;
I niech dla ciebie wschód dziennej jasności
Stanie się wschodem Prawdy i Miłości!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.