Z Wenecyi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Z Wenecyi
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom III
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz J. Berger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
Z WENECYI.


„Może jest rzeczą nieroztropną spisywać pierwsze wrażenia, ale czemuż ich nie spisać, skoro się ich doznaje?” Biorę za punkt wyjścia te słowa Taine’a i bez innych wstępów, posyłam wam list z Wenecyi. Życie włoskie, a etnograficznie biorąc, i Włochy, zaczynają się już od Tryestu. Pociąg, który cały dzień przebiegał wężowatą linią góry illyrskie i dalmackie, pokryte winnicami lub siwoperłowym kamieniem, staje w Tryeście o godzinie dziesiątéj w nocy. Kto chce jechać daléj, musi zaraz dotrzeć do portu. Możnaby daléj jechać i koleją, ale po kilkodniowém trzęsieniu w ciasnych wagonach, miléj jest pokołysać się na falach Adryatyku. Widzi się więc miasto w przelocie, ale jednego rzutu oka dosyć, aby się przekonać, że tu już życie od północnego odmienne. Miasto wielkie, o szerokich, dobrze oświetlonych ulicach, wyłożonych nie brukiem, ale płytami kamienia; domy wysokie błyszczą, jak marmurowe, w blasku lamp; otwarte kawiarnie zalewają ulice światłem; przed kawiarniami oleandry w wazonach i marmurowe stoliki, przy których roją się tłumy ludzi. Nosi to już charakter południowy. Ludność widocznie wysypuje się rojnie na ulicę dopiero wieczorem, gdy upał dzienny przejdzie. Wówczas to wszystko, co żyje, bawi się, przechadza, spotyka i rozmawia. Między tłumem widać strojnych mężczyzn i strojne kobiety o czarnych oczach, przy których gasną lampy. Ulice ze swemi płytami marmuru i kamienia zamiast bruku, z mnóstwem świateł, z oleandrami i z publicznością, wystrojoną świątecznie, robią zupełnie inne wrażenie, niż ulice miast północnych: jest to raczéj portyk, służący jako miejsce spotkań. Dodajmy do tego przepyszny wieczór, miliony gwiazd na niebie, drganie słodkiego języka w ustach kobiecych, a zrozumiemy, dlaczego Tryest daje jakoby przedsmak Włoch.
Ale wszystko to widzi się, jak wspomniałem, w przelocie; trzeba bowiem śpieszyć się do portu. Zegary miejskie biją na różne tony jedenastą. Świeży powiew morski wskazuje, w którą stronę należy się kierować. Po kilkuset krokach pod nogami nie czuje się już kamienia, ale deski. To już dyga portowa. Szeregi świateł, połyskujących w dali we wszytkich kierunkach, nie rozświecają ciemności, na któréj tle rysują się ciemniejsze jeszcze sylwetki kominów i masztów. Czasem snop iskier buchnie z takiéj sylwetki i rozsypie się w deszcz złoty, którego krople gasną cicho; czasem panującą tu ciszę przerwie świst parowca: zresztą, z powodu późnéj godziny, pusto tu, i w porównaniu z szumem miasta głucho. Niéma się nawet kogo spytać, gdzie szukać parowca. Jednakże oświetlone budki wskazują co kilkaset kroków drogę; w jednéj z nich, stojącéj otworem kupuje się bilety do Wenecyi.
Czarne zarysy statku wykreślają się posępnemi liniami tuż za budką. Zawieszona na przednim maszcie błękitna lampka zdaje się tkwić w powietrzu i rozświeca banderę Lloyda. Na pomoście widać ludzi z latarkami. Pół godziny pozostaje jeszcze do wyruszenia, tymczasem zwolna schodzą się podróżni. Jeśli noc jest piękna, najlepiéj podróżować na pokładzie, a także i najtaniéj, albowiem przejazd kosztuje tylko trzy guldeny. Ułożywszy węzełek z rzeczami na wystającym z pokładu pomoście, pokrytym żaglowém płótnem, wyciągnąłem swobodnie skurczone długą jazdą w wagonie członki. Panujący tu mrok słabo tylko rozświecają jeszcze wejścia do kajut i okno, przez które widać potężne polerowne członki maszyny, zginające się zwolna w swoich mosiężnych stawach, jakby dla nabrania rozpędu. Podróżnych schodzi się coraz więcéj; bieganie ludzi z latarkami staje się szybsze, śruba poczyna burzyć wodę, i wreszcie wyjeżdżamy. Chłodny powiew dolatuje teraz z szerokich przestrzeni morskich. Tryest, z szeregami domów i świateł zdaje się oddalać, jakby zasuwać pod wodę, przesłaniać się mgłą, a nakoniec niknąć w oddaleniu i ciemności. Noc jest przepyszna, cicha, ciepła, gwiaździsta; statek nie kołysze się prawie, bo toń morska wygląda jak nieprzejrzane zwierciadło bez jednéj skazy. Razem z myślą, że jestem na klassycznym Adryatyku, przed oczyma przesuwają mi się różne obrazy: to dumnych flot weneckich, to łodzi uskoków, które kołysały się niegdyś na tych falach. Potomkowie, a przynajmniéj pobratymcy tychże uskoków, dalmaccy rybacy, leżą oto w téj chwili przy mnie na pomoście. W ciemności mogę zaledwie odróżnić ich postacie, ale słyszę prowadzoną półgłosem rozmowę, którą prawie zupełnie rozumiem, mnóstwo bowiem w niéj wyrazów do polskich podobnych. Ten blizki naszemu język, słyszany w nocy na falach Adryatyku, dziwne sprawia wrażenie i dziwne myśli napędza do głowy. Cóżto za olbrzymie przestrzenie między Bałtykiem, morzem Czarném i Adryatyckiem, zamieszkane przez ludy jednego szczepu! Mimowoli czuje się w tém jakąś przyszłość, bez określonych jeszcze kształtów, ale tak ogromną, że pod jéj tchnieniem myśl zwija skrzydła. Niegdyś te południowe szczepy patrzyły w gwiazdę  Warneńczyka, jak w gwiazdę zbawienia. ............  Pytałem towarzyszów, dalmatów, w jakim celu jadą do „Mlecina.“ Odpowiedź nasunęła mi na myśl wiersz Mickiewiczowski, pod tytułem: „Morlach w Wenecyi.“

Gdym ostatniego cekina postradał
I gdy mnie chytra zdradziła niewiasta,
Życie mi zbrzydło, a Włoch mi powiadał:
Dymitry! pójdźmy do morskiego miasta!

Jechali za zarobkiem. Biédny lud! Owe góry, pokryte siwo-płowym kamieniem, nie rodzą widocznie zbytku chleba. Nie wiedzieli jednak zapewne, że w Wenecyi trudniéj dziś o chleb niż w Tryeście. Na pogawędce z nimi uchodziła noc. Brzask rozświetlił rosłe ich postacie o szerokich ramionach i rzymskich głowach, przybranych w czerwone, podobne do frygijskich, czapki, ale zarazem zwrócił moją uwagę gdzieindziéj. Tyle razy już widziałem: „Kiedy ranne wstają zorze“ na różnych morzach, że podobne zjawiska nie powinnyby na mnie robić wrażenia, ale świt na Adryatyku szczególnie jest uroczysty. Zaczyna się on od wody. Gładka toń marszczy się z lekka jakby w łuskę, która stopniowo zaczyna srebrzyć się i blednąć. Woda staje się zwolna jaśniejszą od nieba; coraz więcéj blasku wsiąka w ciemności, z tą bladą czystością linii określanych srebrnemi refleksami. Wierzchnia warstwa wody rozświetla się coraz mocniéj, a odbicia jéj padają i na twarze ludzkie. Dal morska odsłania się stopniowo, zupełnie jakby kto podnosił z niéj zasłonę. Tu i owdzie na horyzoncie widać już trójkątne żagle łacińskie. Lekki powiew który dochodzi z przestrzeni, zdaje się przynosić ze sobą błękit i blaski. Widnieje! widnieje! Świtanie wygląda jak uśmiech blady i smętny, ale nadzwyczaj łagodny i poprostu niepokalany. Potém, od strony Tryestu, pojawia się różaność, złoto i cała cudna gra kolorów porannych, światło tryska, rozlewa się, obejmuje cały widnokrąg, a z przeciwnéj strony wynurza się z wody, w tych blaskach i majestacie: Wenecya, „la Bella.“
Dziwne miasto! Czwarty tydzień upływa, jak kręcę się między placem Św. Marka, Canale Grande, Giudeca i Riva dei Schiavoni, a zawsze ma dla mnie coś nowego. Ale nie obawiajcie się: nie chcę stawać do współzawodnictwa z Bedekierem i opisywać osobliwości tutejszych: zawartości kościołów, starych pałaców, muzeów i galeryi; są to rzeczy znane i nie można mówić o nich, by zarazem nie przyszedł na myśl typ rudego turysty-anglika, z zadartą głową i czerwoną książką w ręku, a zarazem i drugi typ włoskiego „cicerone,“ który, oprowadzając „his lordship,“ po salach pałacu dożów, recytuje jednym tchem nazwy malarzy weneckich począwszy od Giovaniego Bellini, Tycyana, Veroneza a skończywszy na Canalettim. Jest już w tém coś konwencyonalnego, a zresztą, opis dzieł sztuki albo ma być gruntowném studyum znawcy, albo niech go nie będzie. Wolę więc mówić o ogólném wrażeniu jakie robi Wenecya, i o życiu, jak się ono odrazu przedstawia oku przejeżdżającego. Ilużto w kraju słyszałem mówiących o Wenecyi z rozczarowaniem. Ktoś, komu z dzieciństwa mówiono o pałacach weneckich, i kto przybywszy tu spodziewał się ujrzeć w najgorszym razie tak porządne kamienice, jak w głównych ulicach Warszawy, świeże, wymalowane, wybielone, o trzech-szybowych oknach: doznaje zawodu. Tu w ciche wody Canale grande zsuwają się mury pałaców zczerniałe, popaczone, osiadłe; miejscami wilgoć popstrzyła je w plamy przypominające grzbiet jaszczurki, i potworzyły się pasma czarnéj pleśni. U stóp, gdzie woda obejmuje kamień, osiadły zielone włókna ślizkich mchów, porostów i rzęsy; miejscami tynk poopadał w spojeniach; kamienne koronki nad ostremi łukami maurytańskich okien wybladły od deszczów, lub w załamaniach poczerniały od dymu. Mijamy domy Desdemony, Barberinich, Foscarich, Pesarów, Calerdżich, Tiepolich, Cornarów, a wreszcie potężną arkadę Rialto; wszędzie toż samo. Tradycya rodów potężnych, a wygasłych lub zbiedniałych, wieje od tych pałaców. Okna ich pozamykane na głucho okiennicami; w bramach rzadko ukaże się twarz domownika. Mury to dumne i poważne, ale posępne i jakby zapatrzone w przeszłość. Za to, jakże pełne charakteru, jak różne od tych budowli, które można widzieć w innych miastach! Z wyjątkiem kilku gmachów w stylu odrodzenia, w przeważnéj liczbie, myśl architektoniczna wenecka, biorąca początek w gotyku, pomieszała się z maurytańską. Okna wązkie, wysokie, zakończone ostrym łukiem powycinanym w liść koniczyny, stoją tuż przy sobie, poprzedzielane tylko kolumnami. Ale te kolumny, to nie gotyckie pęki strzał, rozchodzące się bezpośrednio w sklepienia, to raczéj kolumny bizantyjskie o rozkwitłym nadmiarę kapitelu. Spodnią część okien obejmują małe i ciasne balkony. Od wielkich drzwi wschodowych, szerokie schody spuszczają się wprost w wodę; przed schodami zaś sterczą pochyłe pale, służące do przywiązywania gondoli.
Wszystko wygląda jakby spało. Na rogach tylko, przy ujściach bocznych kanałów, widać trochę więcéj życia. Na załamaniach murów tu i owdzie powznoszono tarasy pokryte roślinnością. Dzikie wino, powoje i klassyczny bluszcz zwieszają się w festonach, pokrywając ostre zarysy muru i szczerby; czasem figa wygląda z zakamiennéj ściany, czasem dolatują ztamtąd głosy ludzkie lub dźwięki jakiego instrumentu. Ale wogóle na Canale Grande, w porównaniu z innemi częściami miasta mało jest ruchu. Przesuwające się gondole nie mącą ciszy i na krótko tylko fałdują gładką toń, która po brzegach odbija spokojnie i czysto szeregi uśpionych pałaców, wszystkie kolumny, zagięcia, rzeźbienia, środkiem zaś błękit nieba.
Przez którykolwiek z bocznych kanałów można się dostać z téj Wenecyi uśpionéj, historycznéj, do Wenecyi ludowéj. Jestto cała sieć uliczek, z których jedne są kanałami, drugie powycinane w stałym gruncie, i tu jednakże nie znajdziesz kamienic budowanych wedle wyobrażeń filistrów dziewiętnastego wieku. Bóg wie kiedy powznoszono te budowle, dziś popaczone, obdrapane, które, wszystkie razem wzięte, sprawiają wrażenie rudery. Ale właśnie w tém ich wdzięk i artystyczny charakter. Uliczki po większéj części tak są wązkie, że między szeregami domów niepodobna rąk rozpostrzeć. Mieszkańcy domów stojących na przeciw siebie mogą nietylko rozmawiać, lecz i szeptać sobie do ucha. Co za pole do romantycznych zdarzeń i miłosnych westchnień, do których usposabia to zresztą wszystko. Młoda twarz, ujęta w starożytną spękaną ramę okna, wygląda jak artystyczny obraz; mrok panujący na uliczce rzuca na nią tajemnicze półświatła i cienie, zczerwieniałe mury podnoszą białość płci.
Zapewne téż wiele miłosnych scen rozgrywa się tu między doniczkami kwiatów na trzecich i czwartych piętrach, w pogodne wieczory tutejsze. W dzień roi się w labiryncie tych korytarzy życie ludowe. W otwartych sklepach sprzedają południowe owoce, ryby, kraby, ostrygi, pająki morskie i wogóle wszystko, co zwie się: „frutti di mare.“ Rybacy o bronzowych twarzach, z koszami na głowach, nawołują potężnym głosem do kupna swego towaru; polenta dymi na straganach; okrzyki: „aqua fresca“ lub „langurie! langurie!“ mieszają się z nawoływaniami rybaków. Pół-nagie dzieciaki, czarne, jak cyganięta i zamorusane, gryzą chleb św. Jana, grają po kątach w morę lub żebrzą, a na cokułach mostków śpią w cieniu robotnicy, powyciągawszy malowniczo swoje potężne członki. Wszystko odbywa się na ulicy. Tu gotują w żelaznym piecyku obiad, tam piorą bieliznę; na progach domów siedzą kobiety z obnażonemi piersiami, karmiąc dzieci; na placykach, przy studniach, gawędzą i chychoczą młode dziewczyny: wszystko to rozmawia głośno, giestykuluje i z żywością Włochom wrodzoną i mimowoli pozuje jakby od obrazu.
Przeszedłszy setkami mostów i uliczek całą długość miasta, kierujemy się od środka ku brzegowi i wydostajemy się na sam koniec Riva dei Schiavoni. Z jednéj strony kończy miasto wązki cypel, na którym założono ogród ludowy, z drugiéj widać wejście do Canale Grande. Riva Dei Schiavoni, to próg Wenecyi od zatoki. Szereg zatoczonych łagodnym łukiem domów i obszerny kamienny taras, pospinany w przerwach mostami zajmują cały brzeg. Podróżnik, wjeżdżający statkiem, ogarnia jednym ruchem oka większą część miasta, od ogrodu królewskiego Piazetty i Palazzo Ducale, aż do ogrodu Ludowego. Eks-królowa mórz ukazuje się z téj strony w całym majestacie. Błękitna fala zatoki obmywa jéj stopy i kołysze gondole, stojące przy tarasie. Większa część cudzoziemców umieszcza się w hotelach na Rivie; z okien ich bowiem wzrok ogarnia budowle arsenału, wszystkie okręty stojące w porcie, flagi różnych narodów, łodzie rybackie i dalekie mgliste wieże Lido, zdające się wytryskać wprost z pod wody, a wreszcie gubi się w błękitach morza i nieba. Wieczorem, gdy słońce zachodzi, niema tak smutnych barw w świecie, któremiby nie mieniła się zatoka. Złoto, purpura, opal, rubiny i szafiry grają naprzemian na fali i migocą w tysiącznych odblaskach. Gdy się zciemni, widok się zmienia: księżyc oblewa wówczas białém światłem kościół Santa-Maria della Salute, pałac książęcy, i ściele długie srebrne gościńce na wodzie. Okręty wywieszają na masztach kolorowe lampki, tysiące światełek, poprzywiązywanych do gondoli uwija się po zatoce; wówczas majtkowie i rybacy gromadzą się, po całodziennym trudzie, na tarasie Riwy i śpiewają chóralnie do późnéj nocy.
Tłumy, rozśpiewane i rozkołysane bezświadomie urokiem nocy i miasta, krążą od ogrodu do Piazetty. Piazetta, to znowu przedsionek placu św. Marka. Jeden jéj bok stanowi wsparta na kolumnach i arkadach ściana pałacu Dożów, drugi: nowa prokuratorya; u wejścia zaś wznoszą się dwa ogromne słupy, wycięte każdy z jednéj sztuki granitu: stojący na prawo dźwiga na sobie skrzydlatego lwa weneckiego, na lewo: św. Teodora. Powtarzam, że Piazetta jest przedsionkiem do największego w świecie salonu, jakim jest plac św. Marka. Trzy ściany salonu stanowią prokuratorye, czwarty najozdobniejszy: ta dziwna bizantyjska budowla, złożona z marmurów i mozaik, która zwie się kościołem św. Marka. Wysoka na piętnaście piętr wieża dzwonniczna czyli, tak zwana „campanilla“ wznosi się na rogu bliżéj Piazetty.
Trudnoby znaleźć drugi plac w Europie, któryby wytrzymał porównanie, pod pewnemi względami, z owym Piazza di San Marco. Szlachetna prostota prokuratoryi znajduje tu równoważenie w barwnéj dekoracyjnéj budowie kościoła, a oko, zmęczone prostemi liniami, chętnie spoczywa na powyginanych łukach, złoconych zagłębieniach i wypukłych wieżach świątyni, któréj bogactwo, w inném otoczeniu, zbytby może było rażące. Równie odrębnym i szczególnym jest charakter placu. Niéma tu kurzu miejskiego, pojazdów, dorożek, koni, turkotu, a znaczna część przestrzeni, przytykającéj do arkad, zastawiona jest stolikami, przy których siedzi się zupełnie, jak w salonie. Wieczorem plac jest miejscem rendez-vous dla całego pięknego świata weneckiego. Kto nie chce siedzieć w domu, ten stanowczo nie może być gdzieindziéj. Tu słucha się muzyki, tu pije się ochładzające napoje, tu się przechadza, przypatruje publiczności, towarzyszy kobietom, spotyka, kogo się chce spotkać, robi znajomość, słowem: jest się jak na balu publicznym. Dźwięki muzyki, szelest wachlarzy, ogniste spojrzenia oczu włoskich, mnóstwo światła, wyfrakowana służba, roznosząca napitki, strojne kobiety, które zamiast kapeluszy przypinają koronki do włosów, potęgują jeszcze wrażenie balu; tylko, gdy wzrok podniesie się do góry i na czarném tle nieba ujrzy tysiące migocących gwiazd, wówczas przypomina sobie człowiek, że nie jest w jakiéjś olbrzymiéj sali, ale na ulicy.
Podczas dnia mniéj tu ruchu. Widać tylko stada gołębi, tak oswojonych, że bez najmniejszéj obawy siadają na ramionach i rękach karmiącym je osobom, i cudzoziemców z książkami w ręku, zwiedzających kościół lub pałac Dożów. Ostatnia ta budowla w stylu maurytańskim, to kamienna kronika Wenecyi. Cicerone wprowadza podróżnika we wspaniałe podwórza, ukazuje miejsce, gdzie dawniéj była lwia paszcza do wrzucania denuncyacyi, wiedzie przez schody olbrzymów w krużganki, nakoniec okazuje cały szereg olbrzymich sal, zdobnych portretami i obrazami mistrzów weneckich: przeważnie Weroneza i Tintoreta. Każda z tych sal, to arcydzieło i pamiątka zarazem. Tu zasiadał senat patrycyuszów, tam przyjmowano ambasadorów, tu zbierała się straszna rada dziesięciu, tam, straszniejsza jeszcze: trzech. Z sali obrad  trzech, przez tajne drzwiczki, korytarze, przez złowrogi Ponte dei Sospiri schodzi się do więzień.
Przewodnik zapala pochodnię i po wąskich schodkach spuszcza się ku czarnym, jak noc, sklepieniom, od których wieje wilgocią i stęchlizną. Jakiś ciężar ugniata piersi, gdy się widzi te kamienne nory o nizkich wchodowych otworach, bez okien, bez światła i powietrza. Czas i postęp opróżnił je z ofiar, ale nie starł z nich piętna okropności i zgrozy. Blaski pochodni zdają się rozświecać na czarnych ścianach plamy krwi, a przytłumiony głos przewodnika, budzi posępne echa historyczne. Tu siedział Foscarini, tu Marino Falieri, tu go ścięto, tam spowiadano ofiary, tamtym otworem, umyślnie wyżłobionym w kamieniu, spływała krew w wodę kanału. Podróżnikowi zdaje się, że to sen, lub jakaś sensacyjna dekoracya z dramatu Wiktora Hugo, a jednak to rzeczywistość, do któréj przechodzi się wprost ze złoconych komnat pałacu. Czujesz wówczas, że dosyć masz wszystkiego: i sal, i więzień, i całego gmachu, a w duszy mówisz sobie: błogosławiony niech będzie postęp, który raz na zawsze zamknął tę krwawą księgę toporów, katów, krwi i panowania oligarchii kupieckiéj. Historya nie zna straszniejszych władzców od kupców-oligarchów. Okrucieństwa pojedyńczych tyranów greckich lub średniowiecznych książąt były nadużyciem, okrucieństwa kupieckich archontów: systemem. Dzieje wewnętrzne Kartaginy i młodszéj jéj siostry, Wenecyi, są jednakie. Na myśl, mimowoli, nasuwa się porównanie i podobieństwo między temi dwiema rzeczpospolitemi, które w chwilach rozkwitu doszły do takiéj potęgi, a które nie zostawiły po sobie żadnéj idei błogosławionéj.
Patrząc na salę pałacu Dożów, na szeregi kolumn, na złocenia, mozaiki i marmury, na arcydzieła Weronezów i Tintoretów, na portrety Dożów, poubierane w aksamit i strusie pióra, napróżno pytasz się siebie: do czego to służyło? czem było dla ludzkości? jaka wyższa ogólno-ludzka idea wiodła tych kupców.... i nie znajdujesz odpowiedzi. Ze zmroku dziejów wychyla się twarz téj rzeczypospolitéj marmurowa, dumna, potężna, ze lwiemi zmarszczkami na czole, ale jakby gniewna, zła, okrwawiona, bezduszna i bez gwiazdy-idei nad głową. Z jakąż otuchą myśl wówczas leci daleko, nad ciemne bory sosnowe i szare pola; z jakąż ulgą rozpatruje się w tych dziejach tak innych, nierządnych wprawdzie i gwarnych, ale tak prawdziwie ludzkich. Spytajcie kogokolwiek, gdzieby chciał żyć, gdyby się urodził w wiekach średnich? Tam, gdzie nie było lwich paszcz do wrzucania denuncyacyi, ani rady dziesięciu, ani rady trzech, ani mostów westchnień, ani czarnych nor nad kanałami! Było wprawdzie mniéj kolumn, mozaik i strusich piór, ale była idea, która niosła, jak archanioł, skrzydlate zastępy na Niemców w obronie Słowian, na Turków w obronie Niemców....
Dziś wprawdzie moda inaczéj patrzeć na te dzieje. Dziś marmurowym postaciom śpiącym od wieków w słodkim majestacie, zarzucają i z katedry, że nie umiały być Ludwikami XI; ale ja, wędrowiec, gdym w pysznym pałacu Dożów myślał i porównywał, mimowoli podnosiłem z dumą głowę do góry a na pamięć nasuwał mi się wpół zapomniany wiersz Klemensa Janickiego:

 „Jać nie boleję, żem sarmackie dziecię...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.