Z „Listów perskich“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Monteskiusz
Tytuł Z „Listów perskich“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Montesquieu
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z „LISTÓW PERSKICH“.[1]
LIST XLVIII.
USBEK DO RHEDIEGO,
w Wenecji.

Człowiek lubiący się kształcić nigdy nie jest bez zatrudnienia. Mimo że nie mam na głowie ważnej sprawy, zajęty jestem bezustanku. Życie schodzi mi na przyglądaniu się; wieczorem spisuję com widział, com zauważył w ciągu dnia. Wszystko mnie zajmuje, wszystko dziwi; jestem jak dziecko, którego narządy, jeszcze świeże, żywo uderza najdrobniejszy przedmiot.
Nie przypuszczałbyś tego może: otóż, trzeba ci wiedzieć, że spotykamy się z miłem przyjęciem w towarzystwach i we wszystkich warstwach społecznych. Sądzę, że wiele zawdzięczam żywości umysłu i wrodzonej wesołości Riki, które sprawiają, iż szuka nieustannie ludzi i wzajem pociąga ich ku sobie. Nasz cudzoziemski wygląd nie razi już nikogo; owszem, zyskujemy nawet na tem, kiedy, wbrew oczekiwaniu, okażemy się nie całkiem nieokrzesani: Francuzi bowiem nie wyobrażają sobie, aby nasz klimat mógł wydawać ludzi. Trzeba wszelako przyznać, warci są tego trudu aby ich wywieść z błędu.
Spędziłem kilka dni na wsi pod Paryżem, u pewnego zacnego człowieka, który rad widzi u siebie gości. Ma bardzo miłą żonę: przy wielkiej skromności posiada ona wesołość, którą życie w zamknięciu zatraca nieuchronnie u dam perskich.
Będąc cudzoziemcem, nie miałem nic lepszego do czynienia, jak przyglądać się ciżbie ludzi przepływającej falą i wciąż uderzającej jakiemś nowem zjawiskiem. Zauważyłem człowieka, który spodobał mi się przez swoją prostotę; szukałem chętnie jego towarzystwa, on również zdawał się smakować w mojem, tak iż nieustannie znajdowaliśmy się blisko siebie.
Jednego dnia, kiedy, wśród większego zebrania, rozmawialiśmy na boku, pozwalając ogólnej rozmowie iść swoim torem, rzekłem: „Wydam się panu może bardziej ciekawym niż grzecznym, ale błagam, pozwól zadać sobie kilka pytań; nużącem jest dla mnie nad wyraz nie rozeznawać się w niczem i żyć wśród ludzi których nie umiem odcyfrować. Umysł mój, od dwóch dni, pracuje bezustanku: niema tu ani jednej postaci, któraby mnie, po dwieście razy, nie brała na tortury ciekawości. Nie zdołałbym ich odgadnąć ani za tysiąc lat: są dla mnie bardziej niewidzialne, niż żony naszego wielkiego monarchy. — Pytaj tylko, odparł, a pouczę cię o wszystkiem czego pragniesz, tem chętniej, iż wydajesz mi się dyskretny i nie nadużyjesz, jak mniemam, mego zaufania.
— Kto jest ów człowiek, rzekłem, tyle rozpowiadający o ucztach, jakiemi podejmuje samych dygnitarzy; obcujący tak poufale z książętami, i tak często przebywający w towarzystwie ministrów, mimo że, jak słyszę, przystęp do nich jest zazwyczaj tak trudny? Musi to być jakaś nielada osobistość: ale fizjognomję ma tak gminną, że nie przynosi bynajmniej zaszczytu swemu urodzeniu; także i wychowaniem nie błyszczy zanadto. Jestem cudzoziemcem, ale zdaje mi się, że istnieje niejaka dworność wspólna wszystkim narodom; otóż, nie widzę jej w nim; czy u was może ludzie wysoko urodzeni gorzej są wychowani od innych? — Ten człowiek, odparł śmiejąc się, to dzierżawca podatków; stoi ponad innymi przez swoje bogactwa, a poniżej całego świata swojem urodzeniem. Obiady jego byłyby najlepsze w Paryżu, gdyby się zgodził nie zaszczycać ich swą obecnością. Jest to, jak widzisz, skończony cham; ale można mu to darować przez wzgląd na jego kucharza. Nie jest też wobec niego niewdzięczny: słyszałeś pan, że wychwalał go dziś całe popołudniu.
— A ów otyły, czarno ubrany człowiek, którego ta oto dama usadowiła przy sobie? w jaki sposób może godzić równie posępną szatę z miną tak wesołą i kwitnącą cerą? Uśmiecha się wdzięcznie, ilekroć go ktoś zagadnie; ubiór jego jest skromniejszy, ale bardziej wymuskany niż stroje kobiet. — To, odpowiedział, kaznodzieja, a co gorsza, spowiednik. Człowiek ten więcej wie od niejednego męża; zna wszystkie słabostki dam: one wiedzą również, że i on ma swoją. — Jakto! rzekłem, to jeden z tych, którzy prawią wciąż o jakiejś łasce? — Nie, nie ciągle, odpowiedział; kiedy szepce do ucha młodej kobiety, mówi jeszcze chętniej o jej upadku. Ciska gromy publicznie, ale w cztery oczy łagodny jest jak baranek. — Zdaje mi się, rzekłem, że wielce go tu uważają, i odnoszą się doń z nielada względami. — Jakto! czy go uważają! To człowiek nieodzowny: to osłoda skupionego życia: zbawienne rady, rachuneczek sumienia, pociecha duchowna; ten człowiek lepiej umie pomóc na ból głowy niż niejeden gładysz dworski; jest wprost nieoszacowany!
— Jeśli nie jestem natrętny, powiedz mi pan jeszcze, kto jest ten człowiek naprzeciwko, niedbale ubrany, który, od czasu do czasu, stroi dziwaczne miny i mówi językiem tak różnym od innych; który nie dowcip ma dla rozmowy, ale rozmowę prowadzi dla okazania dowcipu. — To, odparł, poeta; pajac rodzaju ludzkiego. Ci ludzie powiadają, że urodzili się tem czem są: prawda; i czem będą przez całe życie, to znaczy, prawie zawsze, najbardziej pociesznemi figurami pod słońcem. Toteż, świat ich nie oszczędza; wylewa na nich wzgardę pełną miską. Owego jegomości głód zapędził do tego domu, gdzie znalazł dobre przyjęcie u obojga państwa, niewyczerpanych w dobroci i uprzejmości. Kiedy się pobierali, napisał epitalamium: jest to najbardziej udany z jego utworów: przypadkowo bowiem małżeństwo okazało się szczęśliwem, jak to przepowiedział.
— Nie uwierzyłbyś pan może (dodał), pan, tak zacietrzewiony we wschodnich przesądach: zdarzają się u nas szczęśliwe małżeństwa, oraz kobiety, którym cnota starczy za surowego stróża. Para, o której mówimy, żyje w niezmąconej harmonji; posiada szacunek i miłość całego świata. Jedno tylko możnaby im zarzucić: wrodzona dobroć każe im dopuszczać do siebie ludzi wszelakiego gatunku; stąd, otoczenie ich zostawia cokolwiek do życzenia. Nie znaczy to, abym ich potępiał; trzeba brać ludzi jak są: ci, którzy uchodzą za najwytworniejszych, różnią się nieraz tylko tem, że przywary ich są bardziej wyrafinowane. Kto wie, czy nie jest z nimi tak jak z truciznami: najsubtelniejsze najbardziej są niebezpieczne.
— A ten starszy jegomość, spytałem pocichu, który ma tak markotną minę? Wziąłem go zrazu za cudzoziemca; ubrany jest inaczej niż wszyscy, krytykuje wszystko co się dzieje we Francji i mocno jest nierad waszemu rządowi. — To stary wojownik, odparł, który wraża się w pamięć słuchaczy rozwlekłością swoich czynów. Nie może ścierpieć, aby Francja mogła wygrać bitwę przy której jego nie było, lub aby ktoś chwalił oblężenie przy którem on nie wdarł się na wyłom. Uważa się za tak niezbędnego dla naszych dziejów, iż wyobraża sobie, że skończyły się wraz z nim. Kilka ran które otrzymał, są dlań równoznaczne z rozkładem monarchji: odmiennie od tych filozofów, którzy powiadają iż człowiek zażywa jedynie teraźniejszości, a przeszłość jest niczem, on, przeciwnie, karmi się jeno przeszłością. Żyje jedynie w bitwach które stoczył; oddycha czasem który minął, tak jak bohaterowie żyją w czasach które nastąpią po nich. — Ale dlaczego, rzekłem, porzucił służbę? — Nie on ją porzucił, odparł, ale służba go porzuciła: uwięziono go na skromnem stanowisku, gdzie będzie opowiadał swoje przygody do końca życia; nigdy nie pójdzie dalej; droga zaszczytów jest dlań zamknięta.
— Czemuż-to? spytałem. — Mamy zasadę we Francji, odparł, aby nigdy nie promować oficerów, którzy zużyli się na podrzędnych stanowiskach. Sądzimy iż umysł takich ludzi zacieśnił się w szczegółach, i że, przez nawyk małych rzeczy, stali się niezdatni do większych. Jesteśmy zdania, iż człowiek, który nie posiada przymiotów wodza w trzydziestu latach, nie będzie ich miał nigdy. Kto nie ma rzutu oka, obejmującego, jednem spojrzeniem, teren kilku mil w rozmaitych sytuacjach, przytomności umysłu, która sprawia, że, w razie zwycięstwa, umie wyzyskać przewagi, a w razie klęski środki obrony, ten nie nabędzie nigdy tych talentów. Dlatego chowamy świetne stanowiska dla owych wielkich, wspaniałych ludzi, których niebo obdarzyło nietylko odwagą ale i genjuszem, stanowiska zaś podrzędne dla tych, których talenta również są podrzędnej miary. Do tej liczby należą ludzie, którzy posiwieli w jakichś pokątnych wojaczkach. W najlepszym razie, zdołają pełnić to co robili całe życie; nie pora nakładać im większe ciężary, wówczas gdy ramiona słabną“.
W chwilę potem, znowuż zebrała mię ciekawość: „Zobowiązuję się nie zadawać już pytań, jeśli ścierpisz jeszcze to jedno. Kto jest ten wysoki młody człowiek, który ma dużo włosów, mało dowcipu, a mnóstwo pewności siebie? czem dzieje się, że przemawia głośniej od innych i czuje się tak bardzo rad z własnego istnienia? — To zdobywca serc“, odparł. W tej chwili, nowi goście weszli do salonu, inni zaczęli wychodzić, zrobił się ruch, ktoś odciągnął na bok mego towarzysza i zostałem ze swoją zagadką. W jakiś czas, przypadkowo, młody człowiek znalazł się w pobliżu; zwracając się do mnie, rzekł: „Wypogodziło się; zechce się pan przejść trochę po terasie?“ Odpowiedziałem najgrzeczniej, i wyszliśmy razem. „Przybyłem na wieś, rzekł, aby zrobić przyjemność pani domu, z którą jesteśmy wcale nie najgorzej. Wprawdzie pewna dama nie będzie z tego zbyt rada, ale cóż robić? Widuję dość zbliska najpiękniejsze kobiety w Paryżu; ale nie wiążę się ściślej z żadną i płatam im tęgie figle; mówiąc między nami, jest ze mnie urwis pierwszej klasy. — Prawdopodobnie, rzekłem, ma pan jakieś stanowisko lub obowiązki, które nie pozwalają mu na wytrwalsze służby? — Nie, odparł, nie mam innych obowiązków, jak tylko doprowadzać do szaleństwa mężów i wtrącać w czarną rozpacz ojców. Lubię budzić niepokój w kobiecie, która myśli że ma mnie w ręku i trzymać ją w obawie że tuż, tuż, się jej wymknę. Jest nas kilku takich młodych chwatów: podzieliliśmy między siebie Paryż i umiemy go zajmować naszym najdrobniejszym krokiem. — Jeżeli dobrze rozumiem, rzekłem, czynisz pan więcej hałasu niż najdzielniejszy wojownik, i zażywasz większego uważania niż pierwsi dostojnicy państwa. W Persji, nie cieszyłbyś się temi przywilejami: wnet stałbyś się zdatniejszym na strażnika naszych dam, niż na ich galanta“. Krew uderzyła mi do głowy; gdyby ta rozmowa trwała dłużej, nie zdołałbym się wstrzymać, aby się nie rzucić na tego błazna.
Co mówisz o kraju, w którym cierpią podobnych ludzi, pozwalają żyć człowiekowi praktykującemu tego rodzaju rzemiosło; gdzie niewierność, zdrada, gwałt, przewrotność i niegodziwość prowadzą do poważania; gdzie cenią wysoko człowieka dlatego że wydziera córkę ojcu, żonę mężowi, i mąci najbardziej błogie i święte związki? Szczęśliwe dzieci Haliego, które bronią swych rodzin od hańby i upadku! Światło dnia nie jest czystsze, niż ogień płonący w sercach naszych żon; córki nasze z drżeniem myślą o dniu mającym je pozbawić owej cnoty, która czyni je podobnemi aniołom i bezcielesnym duchom. Ziemio ojczysta i droga, na którą słońce rzuca swe pierwsze spojrzenia, ty nie jesteś skalana ohydnemi zbrodniami, które zmuszają tę planetę kryć się przed widokiem słońca, z chwilą gdy oświeci ciemności zachodu!
W Paryżu, 5 dnia księżyca Rahmazan, 1713.


LIST LII.
RIKA DO USBEKA,
w ***

Byłem, przed paru dniami, w towarzystwie, gdzie bawiłem się wcale dobrze. Były tam kobiety w rozmaitym wieku: jedna ośmdziesięcioletnia, druga sześćdziesięcioletnia, inna czterdziestolatka, która miała siostrzenicę lat dwudziestu dwu. Wiedziony jakimś instynktem, zbliżyłem się do tej ostatniej; szepnęła mi do ucha: „Co pan powie o mojej ciotce, która, w tym wieku, chce aby jej nadskakiwano, i udaje młodą i piękną? — Źle czyni, odparłem; ta zabawa przystała tu jedynie pani“. W chwilę później, znalazłem się koło ciotki, która rzekła: „Co pan powie o tej kobiecie, która ma conajmniej sześćdziesiąt lat, a która strawiła dziś więcej niż godzinę przy gotowalni? — Stracony czas! odparłem; trzeba mieć pani wdzięki, aby oddawać się takim staraniom“. Przejęty szczerem współczuciem, zbliżyłem się do nieszczęśliwej sześćdziesięciolatki: rzekła mi do ucha: „Czy może być coś śmieszniejszego? patrz pan na tę kobietę, która ma ośmdziesiąt lat, a ubiera się w najbardziej krzyczące kolory: chce się odmłodzić, i z dobrym skutkiem, zbliża ją to bowiem do dzieciństwa. — Ach, dobry Boże! rzekłem w duchu, czyż zawsze będziemy czuli jedynie śmieszności drugich! Może to i szczęście dla nas, ciągnąłem dalej w myśli, że znajdujemy pociechę w cudzych słabościach“. Scena ta zabawiła mnie wszelako, rzekłem sobie: „Dość już drapaliśmy się pod górę; zejdźmyż teraz na dół; zacznijmy od staruszki, będącej na szczycie. „Pani, jesteście panie tak podobne z damą z którą rozmawiałem przed chwilą, iż myślałem że to pani siostra: sądzę, że jesteście mniejwięcej w jednym wieku. — Istotnie; odparła; kiedy jedna z nas umrze, druga będzie miała duszę dobrze na ramieniu: nie sądzę aby było między nami więcej niż dwa dni różnicy“. Opuściwszy zgrzybiałą staruszkę, przysiadłem się do sześćdziesięciolatki: „Muszę panią poprosić o rozstrzygnięcie pewnego zakładu: założyłem się, że ta oto dama i pani (to mówiąc, wskazałem czterdziestoletnią) jesteście w jednym wieku. — Na honor, rzekła, nie sądzę aby było między nami więcej niż pół roku różnicy“. Doskonale, pomyślałem; idźmyż dalej. Zstąpiłem jeszcze głębiej i zbliżyłem się do czterdziestolatki. „Pani, bądź tak łaskawa mnie objaśnić, czy dla żartu nazywasz siostrzenicą tę panienkę, siedzącą przy drugim stole? Jesteś pani równie młodą jak ona: ona ma nawet w twarzy coś zwiędłego, czego u pani niema ani śladu: a te żywe barwy któremi jaśnieje pani płeć... — Czekaj pan, rzekła, jestem jej ciotką: ale matka jej była co najmniej o dwadzieścia pięć lat starszą odemnie, byłyśmy tylko przyrodnie. Nieraz słyszałam od nieboszczki siostry, że córka jej i ja urodziłyśmy się w jednym i tymsamym roku. — Tak i ja myślałem, pani, i widzę, że miałem słuszne powody się dziwić“.
Tak, drogi Usbeku, kobiety, które czują zawczasu zbliżający się zmierzch swych wdzięków, pragnęłyby cofnąć się wstecz ku młodości. I jakże nie miałyby się starać oszukać drugich? toć czynią wszystkie wysiłki, aby oszukać same siebie, i chronić się przed najbardziej przykrą z myśli.
W Paryżu, 3 dnia księżyca Chalwal, 1713.



Przypisy

  1. Montesquieu, Listy perskie, przełożył Boy, Gebethner i Wolff.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Monteskiusz i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.