Z „Igraszek kącika przy kominku“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Claude-Prosper Jolyot de Crébillon
Tytuł Z „Igraszek kącika przy kominku“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Crébillon-syn
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z „IGRASZEK KĄCIKA PRZY KOMINKU“.[1]
(W mroźny zimowy wieczór, Książę, oraz pani Celja, osoba również z najwyższego towarzystwa, gwarzą przy kominku o rzeczach napozór odległych, pod któremi przebija wszelako kaprys ich serc, gotowy skojarzyć ich bodaj na ten jeden wieczór. Książę, wytrawny gracz, bawi się potrosze, naprowadzając Celję na temat dość kłopotliwych zwierzeń).
· · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Książę. Jestem zupełnie pani zdania. Wzruszyć serce, oto najpewniejszy sposób obudzenia wyobraźni. Nawet gdy chodzi o miłostkę, uważam, iż źle rozumie własny interes, kto nie stara się zrodzić przeświadczenia, że nietylko zmysły i kaprys są jej podkładem, i kto, w braku prawdziwego uczucia, nie przybiera bodaj jego tonu i pozorów. Rozkosz zyskuje tylko na takiem uszlachetnieniu... I Norsan ograniczył się z panią do prostej wymiany słów?
Celja. Jakto! czy się ograniczył?
Książę. No, cóż! nie byłoby nic dziwnego, zwłaszcza po tak obcesowem rozpoczęciu utarczki, gdyby nie poprzestał na tem. Dziw, iż poznawszy go później zbliska, nie odczuła pani, jak oględnie postępował z tobą w tem pierwszem spotkaniu. Skoro był tak powściągliwy, musiała go pani, w istocie, natchnąć nielada szacunkiem. Jakiż był wreszcie owoc tak bezprzykładnej wstrzemięźliwości?
Celja. Taki, iż, mimo oburzenia na jego postępowanie, nietylko tak lekceważące, ale tak mało tkliwe, mimo obawy jaką budził we mnie, mimo to wszystko, powiadam, umiał jednak wsączyć w me serce truciznę, którą zakaził tyle innych.
Książę. Jakto! wyznała mu pani miłość?
Celja. Nie, niezupełnie; ale to nie przeszkodziło, iż, jeszcze tego wieczora, miał przyczyny w nią uwierzyć.
Książę. Jeżeli to z prostego wyznania Norsan nabrał pewności że go pani kocha, zdobyłaś jego ufność o wiele tańszym kosztem, niż wszystkie poprzedniczki.
Celja. Wyznania! ależ nie było mowy o tem!
Książę. Zatem, dała mu pani coś równoznacznego ze słownem oświadczeniem, coś stanowiącego zadowalającą pewność? Ostatecznie bowiem, trzebaż było czegoś w tym rodzaju aby go uspokoić.
Celja. Co się tyczy zupełnej pewności, otrzymał ją dopiero w kilka dni później.
Książę. Dopiero w kilka dni? Nie on zatem odwiózł panią do domu?
Celja. Oczywiście że nie! czy pan głowę traci, aby myśleć, iż, w mojem ówczesnem położeniu, było to możliwe? Nie wyszliśmy nawet razem. Ale to jeszcze nic: pan de Norsan, z góry już, i w przypuszczeniu tryumfu, najoczywiściej musiał przekupić mych ludzi. W najspokojniejszą w świecie, mimo iż bardzo ciemną noc, pochodnie naraz zagasły. Woźnica, którego ten wypadek uprawnił do zmylenia drogi, zaczął mnie wieźć przez jakieś puste i kręte uliczki; na końcu jednej z nich, karoca zatrzymała się. Pan de Norsan, który, zupełnie bez mej wiedzy, czekał tam, wskoczył gwałtownie do karocy i usadowił się koło mnie. W przekonaniu iż uzyskał wyznanie, które jedno chyba mogłoby usprawiedliwić jego śmiałość, zaczął też sobie ze mną poczynać odpowiednio. Opór mój, mimo iż bardzo stanowczy, nie większe czynił nań wrażenie niż groźba że będę krzyczeć. Wreszcie, zdobyłam się w istocie na krzyki, które, choć zdławione wszystkiem co czynił aby nie dać się im przedostać na zewnątrz, zniewoliły zuchwalca do poniechania usiłowań. Nie powtórzę panu w jaki sposób się usprawiedliwiał; nie chciałam słuchać żadnych przeproszeń. W końcu, zmusiłam go, by mnie opuścił, ze stanowczym zamiarem nie oglądania go na oczy.
Książę. Niech pani mówi co chce, ale, z przeproszeniem pani, musiałaś (może bezwiednie) czynić mu djabelne awanse, aby, nawet przy zwykłem swem zuchwalstwie, ośmielił się na tyle.
Celja. Cóż pan chce?... Kobieta nieśmiała, która nie zdaje sobie jeszcze sprawy z istotnego znaczenia pewnych rzeczy... Obawa ściągnięcia uwagi zbyt gorliwą obroną... Zdumienie, które ogarnia na widok podobnej śmiałości... Tajemna skłonność, walcząca o lepsze z oburzeniem...
Książę. Och, Boże! wszystko to jest bardzo zrozumiałe; widzi pani nawet, iż sam odgadłem twe pobudki; zresztą, może mi pani nie uwierzy, ale było to, jestem pewien, pierwsze zuchwalstwo pana de Norsan, które nie powiodło mu się odrazu.
Celja. Co do mnie, nie pojmuję, w jaki sposób bodaj raz w życiu mogło mu się powieść. No, a pan, czyżby się panu ta metoda zdawała godna uznania?
Książę. Hm, i tak i nie, zależnie od okoliczności, a jeszcze bardziej od charakterów. Istnieje dość powszechne, choć może niesłuszne mniemanie, że niema nic tak groźnego dla cnoty jak zaskoczenie; otóż, dosyć naturalnem jest, że ci, którzy są tego zdania, starają się ją raczej zaskoczyć niż przygotować. Jeżeli zdarzają się kobiety, u których zdumieniu towarzyszy gniew, bywają znów inne, u których zawiesza ono wszelkie władze. Nie można przeczyć, że, dla tych, niespodziany, mimo iż nieupragniony zamach może być bardzo niebezpieczny. Gdybyśmy znali pod tym względem usposobienie danej kobiety, zawsze przystępowalibyśmy do szturmu w sposób którego wymaga jej indywidualność, na czem obie strony zyskałyby tylko. Ponieważ jednak zawsze niemal jesteśmy skazani, w rzeczy tak zasadniczej, na działanie na ślepo oraz na szanse przypadku, jak począć, aby, odpowiednio do potrzeby, trafnie się posłużyć zuchwalstwem lub oględnością? Fizjognomja, a nawet reputacja, bywają w tej mierze tak złudne, iż niekiedy rozwijamy największe attencje wobec kobiety która najmniej sobie tego życzy, uciekamy się zaś do zuchwalstwa z inną, którą to serdecznie oburzy. Ponieważ tedy codziennem niemal zjawiskiem jest, iż pudłuje się zapomocą środka, który, w innym wypadku, zapewnił zwycięstwo, uważam, co do mnie, za niezmiernie ważne, aby zmieniać sposoby zależnie od okoliczności.
Celja. Ależ ten, o którym mowa, jest wprost ohydny! I, równocześnie, jest on dowodem tak upokarzającego lekceważenia, iż wydaje mi się niemożebnem, aby mógł skłonić jakąbądź kobietę.
Książę. Mówiąc serjo, dzielę w zupełności pani zdanie; jest jednak pewna rzecz, która mnie pod tym względem trzyma nieco w zawieszeniu. O ile niema kobiety, któraby nie mówiła o takiej przemocy podobnie jak pani, niema równocześnie mężczyzny (mam na myśli zwolenników tej metody), któryby nie twierdził, iż bardzo mu ona wychodziła na dobre. Z owej różnicy mniemań można wyciągnąć podwójny wniosek. Albo mężczyźni nie przyznają się, ile razy ten sposób deklaracji (o ile się nim posługiwali bez różnicy ze wszystkiemi) zawiódł ich, albo też, mimo że wszystkie kobiety zdają się go narówni potępiać, znajdują się widocznie między niemi takie, na które sposób ten działa skuteczniej niż powiadają, i zgoła może niżby pragnęły.
Celja. Niżby pragnęły! Cóż za baśnie!
Książę. Ależ tak, bez wątpienia; to fakt stwierdzony. Istnieją chwile, w których kobieta, choćby, zarówno z usposobienia jak z zasad, najmniej była skłonna ulec zuchwalstwu, nie potrafi się zdobyć na dostateczną obronę. Jeżeli tak jest (jak tego dowodzą przykłady), przyzna pani, iż wówczas, bezwłasnowolnie, dopuszcza ona pewnych rzeczy równie przeciwnych jej naturze, jak sprzecznych z zasadami. Bywają znowuż inne chwile, w których kobieta (z wszelkiego zaś punktu widzenia, winna ona patrzyć na zuchwalstwo nietyle jak na zniewagę wyrządzoną jej zasadom, ile jak na hołd oddany urokowi) będzie, wbrew swemu zwyczajowi, bardziej skłonna ukarać je niż nagrodzić. W pierwszym wypadku pochwyciliśmy chwilę, w drugim, spudłowaliśmy; owóż, biorąc metodą prawdopodobieństwa, nie należałoby ani zbytnio się obawiać ani łudzić.
Celja. Co znaczy chwila i jak ją pan określa? Wyznaję, że nie rozumiem.
Książę. Pewien stan zmysłów, równie nieprzewidziany, jak niezależny od woli. Można ukrywać to usposobienie; ale, jeżeli dojdzie ono do świadomości lub poczucia osoby interesowanej, wówczas kobieta popada w wielkie niebezpieczeństwo iż może posunąć się w ustępstwach nieco dalej, niż, w swojem przekonaniu, może i powinna.
Celja. Mów książę co chcesz, nie przekonasz mnie aby zuchwalstwo prowadziło do celu.
Książę. Przykro to powiedzieć ze względu na obyczajność; faktem jest wszelako, iż bywa ono nieraz uwieńczone zwycięstwem.
Celja. W każdym razie, zwycięstwem mało pochlebnem.
Książę. Przyznaję; ale też nie zawsze powodujemy się miłością własną; niekiedy zbyt wiele przyszłoby na tem stracić.
Celja. Och, tak, ładne wam przynosi zdobycze ten obyczaj! Macie, zaiste, przyczynę tak go sobie chwalić!
Książę. Tak jak przyjemność nie zawsze towarzyszy chlubie, tak samo chluba nie zawsze idzie w ślad za przyjemnością. Ach, bylibyśmy zbyt szczęśliwi, gdybyśmy mogli kojarzyć je bezustannie.
Celja. A jednak najmniej tego szukacie, naogół przynajmniej. Owo tak słodkie skojarzenie rozkoszy i chwały zdaje się, naprzykład, pana de Norsan pociągać bardzo mało.
Książę. Bywa i tak: ale znam wśród jego zdobyczy takie, które, z pewnością, jednoczyły wszystko, co może pochlebiać dumie mężczyzny; pani jest tego dowodem.
Celja. Być może; ale widział go pan także uganiającego się za lichotami, które nie warte były względów najmniej wybrednego z jego lokai.
Książę. To było pani zdanie.
Celja. Tak moje, jak i ogółu, który niemniej odemnie zdumiony był i zgorszony w wielu wypadkach wyborem tego pana.
Książę. Często, na wojnie, dziwimy się, widząc wielkiego wodza, jak bawi się zdobywaniem lichej forteczki. Płynie to stąd, iż nie znamy jego planów, a tem samem wagi, którą przywiązuje do tak mało godnych na pozór zdobyczy. Tak samo z panem de Norsan: widzi pani jeno czyny, ale nie przenika pani pobudek. Wydaje pani sąd lekkomyślnie. Ale, skoro już o nim mowa, racz mi pani powiedzieć, w jaki sposób, z tego nadmiaru oburzenia, niewątpliwie bardzo zasłużonego, w którem panią pozostawił, zdołał cię przywieść do łaskawszych uczuć? To byłby może nie najmniej ciekawy szczegół całej historji.
Celja. Kochałam go; zresztą, znasz go pan. Zrazu, formalne oblężenie listami; nie mogłam wziąć do ręki żadnego przedmiotu, aby nie zawierał lub nie ukrywał listu; podrzucał mi je nawet przez kominek! Cała służba (nie wyjmując starego szwajcara, którego mi dano jako najbardziej nieprzekupnego człowieka) była w jego ręku. Przekonana z postępków pana de Norsan, iż, gdziebądźbym się ruszyła, nie omieszkałby mnie ścigać nieprzyzwoicie trop w trop, wolałam, pod pozorem niedomagania, zamknąć się w domu. Ale, i w tem schronieniu nie byłam bezpieczna ani od osoby, ani od listów. Mimo upartego milczenia, którem je odpłacałam i które powinnoby mu odebrać wszelki cień nadziei, pewnej nocy (dopiero co się położyłam), Norsan wyrósł niespodzianie jak z pod ziemi, w przebraniu; a co się panu wyda osobliwsze po tem co zaszło między nami, poznałam go dopiero po nowym akcie gwałtu i to o wiele zuchwalszym niż pierwszy.
Książę. Widocznie był przekonany, że z zuchwalstwem jest tak, jak z ukłuciem skorpjona: czy bardzo się omylił?
Celja. Byłby się omylił, gdyby mnie zaskoczył w innych okolicznościach; ale byłam zupełnie sama, wydana na łup (nie mogę bowiem liczyć za pomoc sąsiedztwa służby, będącej na jego żołdzie)... sytuacja w której się znalazłam... zdumienie... przestrach...
Książę. Miłość...
Celja. Miłość? Nie; a jeżeli nawet odegrała jaką rolę w zwycięstwie pana de Norsan, to stało się to w zamęcie tylu innych uczuć i wzruszeń, że ten wzgląd najmniej postał mi w myśli...
Książę. A jednak, ona to, więcej niż pani mniema, walczyła w jego sprawie. Na honor! gdyby zważyć z zimną krwią, ile rzeczy zbroi się przeciw cnocie kobiety, bylibyśmy bardziej zdumieni tem iż wogóle może się ona bronić, niż zgorszeni szybkością, z jaką zdarza się jej ulec.
Celja. To wielka prawda! Jest to wszakże refleksja, która mężczyznom, a panu de Norsan pierwszemu, wcale nie przychodzi na myśl.
Książę. Ba! czyż on wierzy w cnotę? Ten człowiek ma na tym punkcie niemożebne wprost pojęcia!
Celja. To pewna, iż, co do mej osoby, niewiele się liczył z tym względem!
Książę. Hm, wszelako, niechże pani przyzna, dobrze uczynił, nie odstępując od zwyczajnych prawideł.
Celja. Mówiąc szczerze, nie bardzo rozumiem, czemu książę uważa, że pan de Norsan dobrze uczynił, postępując ze mną tak lekko, albo też, mówiąc ściślej, z zuchwalstwem iście bez przykładu.
Książę. Och! przykładów znalazłoby się tyle, że przytłoczyłbym panią wręcz ich powagą! Niech mi pani wierzy, nie bez racji mówią starożytni, że zawsze lepiej dać kobiecie przyczynę do głośnych oburzeń na zbytek zuchwalstwa, niż mieć sobie pocichu do wyrzucenia nadmierny szacunek.
Celja. W istocie, jak na starożytnych, osobliwsze zasady!
Książę. Bardziej uzasadnione niż pani myśli: co do mnie, nie zdarzyło mi się zbłąkać na drogę szacunku, iżbym tego nie musiał żałować. Nie przeczę, w każdym takim wypadku, wysławiano zawsze pod niebiosa mą delikatność, obiecywano nawet nagrodę przewyższającą to co poświęciłem: jednak, czy że, w podobnych okolicznościach, kobieta, wewnątrz, zawsze czuje się dotknięta względami okazanemi jej cnocie, czy dla innych bliżej mi nieznanych przyczyn, nie zdaje mi się, abym, w głębi jej serca, zdobył tem jakiebądź uznanie. Owszem, im więcej, przez głupią powściągliwość, straciłem sposobności, których później nie zdołałem odzyskać, tem bardziej jestem przekonany, że, gdyby Norsan uszanował panią w tym stopniu w jakim rzekomo tego pragnąłaś, nigdy nie byłby przemógł twych uprzedzeń, lub też, co najmniej, kazałabyś mu drogo okupić zwycięstwo.
Celja. Możebne; ale, przynajmniej, nie musiałby sobie wyrzucać iż osiągnął je niegodziwemi środkami.
Książę. Nie jestem, jak pani wiadomo, ani człowiekiem osobliwie zuchwałym, ani niedelikatnym; mimo to, przyznaję, wolałbym zawsze wyrzut, iż posiadłem kobietę, jak pani powiada, zapomocą niegodziwych środków, niż żal, że chybiłem ją przez względy, których, ściśle wziąwszy, wcale może nie pragnęła. A utwierdza mnie jeszcze w tym sposobie myślenia to, iż, jak się przekonałem, każda, bez wyjątku, łatwiej przebaczy zuchwalstwo, które, zmuszając do poddania, zostawia jej mimo to chlubę iż formalnie się nie zgodziła, niż nieśmiałość, która, z całem uszanowaniem ale bez żadnej litości, prowadzi ją z ustępstwa w ustępstwo. W ten sposób, trzydzieści razy na dzień, dla błahostek na które sama nie zwróciłaby może uwagi, trzeba kobiecie ponosić wstyd że uchybia samej sobie i daremnie powtarzać sobie tę prawdę. Och! pewien jestem, jeśli pani zważy rzecz bezstronnie, przyznasz, że zuchwalec nietylko może mieć większe widoki powodzenia od lękliwego kochanka, ale także i to, że oszczędza kobiecie podwójnej przykrości. Nie każąc jej przyglądać się co chwilę, jak cnota jej opada kawałkami i uganiać się za każdym strzępem, okazuje, w gruncie, więcej względów, niżeli tamten żywi ich napozór.
Celja. Och, książę chcesz wskrzeszać paradoksy! to także zabawa!
Książę. Zamiast się bawić w obronę swego rozumowania, pozwolę sobie na jedno pytanie: czy przebaczyła pani Norsanowi gwałt, który wtrącił panią w jego ramiona?
Celja. Oczywiście, że przebaczyłam. Czyż zostawił mi inną drogę?
Książę. A czy przebaczyłaby mu pani (ale proszę o szczerość!), gdyby ujarzmił najnieprzystępniejszego ze szwajcarów; przebierał się za kominiarza lub inną taką figurę; gdyby sobie zadał najnieprawdopodobniejsze trudy jedynie poto, aby klęknąć przy łóżku, i następnie, żałośliwym głosem, wśród westchnień i łkania, prosić pokornie o przebaczenie za zamach którego się dopuścił i za zamiary, sięgające o wiele dalej jeszcze, gdyby mu je pani pozwoliła rozwinąć?
Celja. Myśli pan, że to byłoby tak bardzo nie na miejscu?
Książę. Ale czy nie wydałoby się pani potężnie śmieszne?
Celja. Och, nie mordujmy, proszę pana, dłużej tego tematu: książę masz na tym punkcie tak szczególne zasady i patrzymy oboje na rzeczy tak odmiennie, że stałoby się to źródłem wiekuistych sprzeczek...





Przypisy

  1. Crébillon-syn, Noc i chwila, przełożył Boy, Gebethner i Wolff.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Claude-Prosper Jolyot de Crébillon i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.