Z „Djabła kulawego“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alain-René Lesage
Tytuł Z „Djabła kulawego“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Lesage
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z „DJABŁA KULAWEGO“[1].

Asmodeusz nie bez słuszności chełpił się swą zwinnością. Pomknął przez powietrze niby strzała z cięciwy, i przycupnął na wieży św. Salwatora. Znalazłszy się tam, rzekł do towarzysza: No i cóż, mości Leandro, kiedy ludzie powiadają o lichej jeździe: djabelska jazda, prawda, że nie mają słuszności? — Przekonałem się o fałszu tego wyrażenia, odparł grzecznie Zambullo. Mogę upewnić, iż jest to jazda wygodniejsza niż w najmiększym powozie, a przytem tak ucieszna, że człowiek nie ma czasu się znudzić.
— Ha, ha! odparł demon, nie wiesz dlaczego cię tutaj przywiodłem. Mam zamiar pokazać ci wszystko co się dzieje w Madrycie; że zaś chcę rozpocząć od tej oto dzielnicy, nie mogłem wybrać sposobniejszego miejsca dla swego planu. Zerwę, mocą djabelskiej władzy, dachy z domów; mimo ciemności nocnych, wnętrze ich odsłoni się naszym oczom. To rzekłszy, wyciągnął ramię, i natychmiast wszystkie dachy znikły. Zaczem, student ujrzał, niby w biały dzień, wnętrza domów; tak, powiada Lodowiko Velez de Guevara, jak widzi się wnętrze pasztetu, zdjąwszy skorupę z ciasta.
Widowisko to było zbyt nowe, aby go nie miało pochłonąć. Rozglądał się na wsze strony, a rozmaitość zjawisk na długo miała czem zaprzątnąć jego ciekawość. — Mości Kleofasie, rzekł djabeł, mnogość scen, której przyglądasz się z taką przyjemnością, jest, w istocie, miła dla oka. Ale to tylko czcza rozrywka. Pragnę ją zaprawić pożytkiem; aby ci dać pełną znajomość ludzkiego życia, wytłumaczę ci, co robią wszystkie te osoby. Odsłonię ci ich pobudki, obnażę najskrytsze myśli.
Od czego zaczniemy? Przyjrzyjmy się najpierw, w domu po prawej ręce, starcowi, który liczy złoto i srebro. To skąpy mieszczanin. Karocę jego, nabytą wpółdarmo na licytacji dworskiego panicza, ciągną dwa liche muły, które trzyma w stajni i żywi wedle prawa dwunastu tablic, to znaczy dając każdemu codziennie funt jęczmienia. Obchodzi się z niemi tak, jak Rzymianie ze swymi niewolnikami. Przed dwoma laty wrócił z Indyj, przywożąc wielką ilość kruszcu w sztabach, które rozmienił na monetę. Podziwiaj tego starego szaleńca: z jakiem zadowoleniem przebiega oczami swoje bogactwa! Nie może się niemi nasycić. Ale zauważ równocześnie, co się dzieje w małej izdebce tegoż samego domu. Widzisz dwóch młodych chłopców w towarzystwie starej kobiety? — Tak, odparł don Kleofas. To widocznie jego dzieci. — Nie, rzekł djabeł, to siostrzeńcy, którzy mają po nim dziedziczyć, i którzy, w niecierpliwości podzielenia się łupem, sprowadzili tajemnie czarownicę, aby się od niej dowiedzieć, kiedy stary umrze.
— Zwróć oczy na ten wspaniały pałac, ciągnął demon, ujrzysz magnata, spoczywającego we wspaniałej komnacie. Obok niego znajduje się szkatułka napełniona bilecikami miłosnemi. Czyta je, aby usnąć rozkosznie, pochodzą bowiem od damy, którą ubóstwia. Osoba ta przyprawia go o takie wydatki, iż niebawem będzie zmuszony prosić o gubernatorstwo prowincji.
Rzuć okiem wyżej, po prawej ręce, i staraj się odszukać, na strychu, człowieka, który przechadza się w koszuli, przy mdłej światłości lampy. — Już go mam, wykrzyknął student. Widzę tak dokładnie, iż mógłbym sporządzić inwentarz mebli znajdujących się na stryszku. Jest tylko tapczan, zydelek i stół; ściany wydają mi się zupełnie zababrane na czarno. — Osobistość, która mieszka tak wysoko, to poeta, odparł Asmodeusz, a to co ci się wydaje czarne, to wiersze tragiczne jego pióra, któremi ustroił pokój, będąc zmuszony, z braku papieru, kreślić swoje poezje na ścianie.
— Z tego jak się miota i gestykuluje przechadzając się po izbie, rzekł don Kleofas, wnoszę iż układa jakieś ważne dzieło. — Wcaleś to trafnie osądził, odparł Kulas; wczoraj wykończył ostatnie sceny tragedji zatytułowanej Potop. Nie można mu zarzucić, aby nie przestrzegał jedności miejsca, gdyż cała akcja rozgrywa się w arce Noego.
Upewniam cię, że sztuka jest wyborna; wszystkie bydlęta rozprawiają w niej jak doktorowie Sorbony. Ma zamiar przypisać ją komuś; od sześciu już godzin pracuje nad dedykacją. W tej chwili, obmyśla ostatnie zdanie. Można powiedzieć, iż ta dedykacja to istne arcydzieło: wszystkie cnoty moralne i polityczne, wszystkie pochwały jakie można oddać człowiekowi znakomitemu przez swych przodków i siebie samego naznaczyły sobie w niej schadzkę; nigdy żaden autor nie zużył tyle kadzidła. — Do kogóż zamierza zwrócić tę chlubną pochwałę? spytał student. — Nie wie jeszcze, odparł djabeł, zostawił nazwisko in blanco. Szuka jakiegoś możnego pana, któryby się okazał hojniejszy od magnatów uczczonych poprzedniemi książkami. Ale ludzie gotowi opłacać szumne dedykacje, stali się dziś bardzo rzadcy. Jest to wada, z której panowie już się wyleczyli, oddając tem samem wielką usługę publiczności: była wprost zawalona nędznemi płodami dowcipu, ile że większość książek pisano dawniej jedynie dla spodziewanego zysku z dedykacji.
— Zdaje mi się, wykrzyknął Leandro, że oto złodzieje dostają się do domu przez balkon. — Masz słuszność, rzekł Asmodeusz, to złodzieje. Zakradli się do bankiera. Idźmy za nimi wzrokiem, zobaczymy co będą robili. Przeszukują kantorek, szperają wszędzie, ale bankier uprzedził ich, wyjechał wczoraj do Holandji ze wszystkiem złotem jakie miał w skrzyniach.
— Ale widzę, rzekł Zambullo, innego znów złodzieja, który wspina się po jedwabnej drabince na balkon. — To nie to! odparł Kuternoga. To markiz, usiłujący wśliznąć się do pokoju panny, która radaby się rozstać z panieństwem. Przyrzekł bardzo lekko że ją zaślubi, ona zaś nie wzdragała się wziąć przysięgi za dobrą monetę; jako iż, w handlu miłosnym, margrabiowie to kupcy, zażywający na rynku wielkiego kredytu.
— Ciekaw byłbym, rzekł student, dowiedzieć się, co robi pewien człowiek, którego widzę oto w krymce i szlafroku. Pisze coś bardzo pilnie, obok niego zaś znajduje się mała czarna figurka, która, w czasie pisania, prowadzi mu rękę. — Człowiek ten, odparł djabeł, to pisarz trybunalski, który, aby wygodzić bardzo wdzięcznemu opiekunowi, fałszuje wyrok wydany na korzyść pupilki; mała zaś czarna postać, która wiedzie mu rękę, to Griffael, demon pisarzy trybunalskich. — Ten Griffael, odparł Kleofas, zajmuje snadź ten urząd jedynie per interim; skoro Flagel jest duchem palestry, zatem i pisarze, jak sądzę, muszą należeć do jego wydziału? — Nie, odparł Asmodeusz; pisarzy trybunalskich uznano za godnych posiadania własnego osobliwego Djabła; a przysięgam ci, że nie próżnuje!
Przypatrz się, w mieszczańskim domu, opodal domu Pisarza, młodej damie, która zajmuje pierwsze piętro. Jest wdową; człowiek zaś którego widzisz obok niej, to jej wuj, mieszkający na drugiem piętrze. Podziwiaj wstydliwość tej wdowy; nie chce przewdziać koszuli przy wuju, i chroni się do alkierza, gdzie każe ją włożyć gachowi którego tam ukryła.
U owego Pisarza mieszka gruby bakałarz-kuternoga, jego krewniak, człowiek nie mający równego sobie w żartach. Wolumnjusz, tak wysławiany przez Cycerona za swoje cięte i złośliwe koncepty, nie umył się do tego kpiarza. Bakałarza tego, zwanego w Madrycie Donoso, rozrywają sobie, na Dworze i w mieście, na obiady: walczą o niego poprostu. Ma zupełnie osobliwy talent rozweselania biesiadników; napełnia radością cały stół; toteż, codziennie jest na obiedzie w jakim godnym domu, skąd wraca dopiero o drugiej po północy. Dziś jest u margrabiego d’Alkanizas, gdzie znalazł się jedynie przypadkiem. — Jakto przypadkiem? przerwał Leandro. — Wytłumaczę się jaśniej, odparł djabeł. Dziś, przed południem, spotkało się u drzwi bakałarza pięć czy sześć karoc, które zajechały poń na zlecenie rozmaitych panów. Kazał wprowadzić paziów, i rzekł, biorąc talję kart: „Moi przyjaciele, ponieważ nie mogę zadowolić wszystkich waszych panów naraz, a nie chcę żadnemu dać pierwszeństwa, niech karty rozstrzygną. Pojadę na obiad do króla żołędnego“.
Przejdźmy do tego nowego budynku, który mieści dwa oddzielne apartamenty. Jeden zajmuje właściciel, ów podeszły kawaler, który to przechadza się po mieszkaniu, to osuwa się na fotel. — Rozumiem, rzekł Zambullo, że toczy w głowie jakowyś wielki zamiar. Kto jest ten człowiek? Sądząc z bogactwa jakie błyszczy w tym domu, musi to być grand pierwszej klasy. — Jestto wszelako tylko finansista, odparł demon. Zestarzał się w rzemiośle bardzo zyskownem; ma cztery miljony majątku. Nie jest wolny od niepokoju co do środków jakiemi się posługiwał przy zbieraniu tych skarbów; i, czując się bliskim zdania rachunków na drugim śwjecie, stał się wielkim skrupulatem: myśli o ufundowaniu monastyru. Pochlebia sobie, że, po tak dobrym uczynku, sumienie zostawi go w spokoju. Uzyskał już pozwoleństwo na założenie klasztoru, ale chce osadzić w nim jedynie zakonników, którzyby byli wraz czyści, wstrzemięźliwi i osobliwej pokory: ogromne ma kłopoty z wyborem.
— Och! och! wykrzyknął student, słyszę krzyki i lamenty. Czyżby się zdarzyło jakie nieszczęście? — Oto co się stało, rzekł duch: dwaj młodzi panicze grali w karty, w tym szynku, w którym widzisz tyle płonących lamp i świec. Pokłócili się o jakąś rozgrywkę, dobyli szpad i poranili się wzajem śmiertelnie. Starszy z nich jest żonaty, młodszy jest jedynakiem; niebawem wyzioną ducha. Żona i ojciec, powiadomieni o żałosnem wydarzeniu, przybyli właśnie. Napełniają krzykami całe sąsiedztwo. „Nieszczęśliwe dziecko, karci ojciec syna który niezdolny jest go zrozumieć, ile razy upominałem cię abyś poniechał gry? Ile razy przepowiadałem że przypłacisz ją życiem? Oświadczam, iż nie ja ponoszę winę jeżeli zginiesz nędznie“. Ze swej strony, żona rozwodzi się w lamentach, i, mimo że mąż stracił w grze wszystko co mu wniosła, mimo że sprzedał wszystkie jej klejnoty, ba nawet suknie, niepocieszona jest po stracie. Przeklina karty, które są jej przyczyną; przeklina tego, który je wymyślił; przeklina jaskinię gry i wszystkich jej mieszkańców.
— Żal mi bardzo ludzi opanowanych przez demona gry, rzekł don Kleofas; często zdarza się im popaść w okropne położenie. Dzięki niebu, nie podlegam tej przywarze. — Posiadasz zato inną, która nie ustępuje zgoła tamtej, odparł djabeł. Czy rozsądniejsze jest, twojem zdaniem, biegać za spódniczkami? czy dziś wieczór nie naraziłeś się na to, iż mogłeś stracić życie z ręki zbirów? Podziwiam doprawdy ludzi; własne wady wydają im się błahostką, podczas gdy na błędy innych patrzą przez mikroskop.
Czekaj, dodał, pokażę ci jeszcze jaki niewesoły obrazek. Spójrz, o dwa kroki od szulerni, na tego grubasa wyciągniętego na łóżku. To nieszczęśliwy kanonik, którego przed chwilą raziła apopleksja. Siostrzeniec i stryjeczna wnuczka, dalecy od użyczenia mu pomocy, zostawiają go na pastwę śmierci i zagarniają najcenniejsze sprzęty, aby je zanieść handlarzom; poczem będą mogli swobodnie poświęcić się płaczom i lamentom.
Przyjrzyj się opodal pogrzebowi tych dwóch ludzi. To dwaj bracia. Cierpieli na tę samą chorobę, ale leczyli się odmiennie; jeden miał ślepe zaufanie w lekarzu, drugi pozwolił działać przyrodzie. Umarli obaj: ten, iż zażył wszystkie zalecone lekarstwa, ów, iż nie chciał zgoła nic zażywać. — To bardzo trudna sprawa, rzekł Leandro. I cóż ma robić biedny chory? Nie mogę cię objaśnić, odparł djabeł. Wiem że istnieją dobre lekarstwa, ale nie wiem czy istnieją dobrzy lekarze...
Odmieńmy widowisko, ciągnął; mam zabawniejsze rzeczy. Słyszysz na ulicy tę muzyczkę? Sześćdziesięciolatka zaślubiła dziś rano siedmnastoletniego kawalera. Wszyscy kpiarze z całej dzielnicy wylegli, aby uczcić to wesele hałaśliwym koncertem miednic, kotłów i garnków. — Powiedziałeś mi, odparł student, że to ty kojarzysz niedorzeczne małżeństwa; widzę jednakże, że w tem oto nie miałeś udziału. — W istocie, nie, odparł Kulas; nie mogłem go dokonać, ponieważ nie byłem wolny; ale gdybym nawet i miał czas, nie byłbym się mięszał. Ta kobieta, to wielka zelantka; pojęła męża jedynie poto, aby móc kosztować bez wyrzutu rozkoszy za którą przepada. Nie trudnię się zdoła takiemi związkami; bardziej o wiele cieszy mnie mącić sumienia, niż je uspakajać.
— Mimo zgiełku tej błazeńskiej serenady, rzekł Zambulo, inna jakaś, o ile mi się zdaje, uderza moje uszy. — Muzyka, którą słyszysz poprzez ten piekielny hałas, odparł Kulas, pochodzi z gospody, gdzie pewien gruby kapitan flamandzki, kantor francuski i oficer gwardji niemieckiej śpiewają tercet. Siedzą przy stole od ósmej rano; każdy z nich wyobraża sobie, iż honor jego narodowości wymaga, aby przepić dwóch innych... Zatrzymaj nieco wzrok na tym ustronnym domku, naprzeciw domu kanonika; ujrzysz trzy sławne Galicjanki, oddające się rozpuście w towarzystwie trzech dworskich paniczów.
— Och! jakież śliczne! wykrzyknął Kleofas. Nie dziwię się, że wielcy panowie upędzają się za niemi. Jak one pieszczą tych szczęśliwców. Muszą być w nich djabelnie rozkochane!
— Jakiś ty młody! odparł duch. Nie znasz tego rodzaju damulek: serce ich bardziej jest powleczone barwiczką niż twarz. Mimo wylewów czułości, nie czują one najmniejszej skłonności do tych panków. Chodzą koło jednego, aby zapewnić sobie jego wpływy; około zaś dwóch drugich, aby wycisnąć z nich gotowiznę. Tak samo jest ze wszystkiemi temi zalotnisiami. Daremnie mężczyźni rujnują się dla nich, nie zyskują sobie tą drogą ich serca; przeciwnie, każdy kto płaci, uważany jest narówni z mężem. Ustaliłem to prawidło we wszystkich intryżkach miłosnych. Ale pozwólmy tym panom smakować uciech, które kupują tak drogo, podczas gdy ich słudzy, czekający na ulicy, pocieszają się słodką nadzieją iż otrzymają je gratis.

...Opuścili tedy więźniów i pomknęli w inną dzielnicę. Zatrzymali się nad wielkim pałacem, djabeł zaś rzekł: „Bierze mnie ochota pouczyć cię, co robią osoby zamieszkałe w krąg tego pałacu. Toby cię mogło zabawić. — Nie wątpię, odparł Leandro. Zacznij, proszę, od tego kapitana, który wzuwa buty. Musi mieć widocznie jakąś ważną sprawę która go powołuje w odległe strony. — Właśnie, odparł Kuternoga, gotuje się opuścić Madryt. Konie czekają w ulicy. Jedzie do Katalonji, dokąd wysłano jego pułk.
Ponieważ brakło mu pieniędzy, zwrócił się do lichwiarza: „Mości Pijawko, rzekł, nie mógłbyś mi pożyczyć tysiąca dukatów? — Panie kapitanie, odparł lichwiarz słodkim i łagodnym tonem, nie mam tej sumy, ale podejmuję się znaleźć człowieka, który jej panu użyczy, to znaczy wyliczy czterysta gotówką, pan wystawisz oblig na tysiąc, a z tych czterystu które otrzymasz, ja ściągnę, jeżeli pan pozwoli, sześćdziesiąt tytułem faktornego. Pieniądz jest dziś tak drogi... — Cóż za lichwa! wybuchnął oficer; sześćset sześćdziesiąt dukatów od trzystu czterdziestu! Cóż za hultajstwo! Trzebaby wieszać takich zdzierców bez sumienia.
— Niech pan się nie unosi, panie kapitanie, odparł z zimną krwią lichwiarz. Spróbuj pan gdzieindziej. Na co się pan skarży? Czy ja pana zmuszam, abyś brał te trzysta czterdzieści dukatów? Wolno panu wziąć albo odrzucić“. Kapitan, nie mogąc nic rzec na te słowa, odszedł. Ale, zastanowiwszy się że trzeba jechać, że czas nagli, i że, ostatecznie, niesposób obejść się bez pieniędzy, wrócił dziś rano do lichwiarza. Spotkał go w drzwiach, w czarnym płaszczu, rabacie, bez peruki, z grubym różańcem ozdobionym medalikami. — Wracam, mości Pijawko, rzekł, przyjmuję trzysta czterdzieści dukatów. Konieczność zmusza mnie do tego. — Idę na mszę, odparł poważnie lichwiarz. Zgłoś się pan, gdy wrócę, wyliczę ci tę sumę. — Nie, nie, odparł kapitan; wróć pan, to potrwa tylko chwilę. Załatw mnie pan zaraz, spieszno mi bardzo. — Nie mogę, odparł Pijawka. Mam zwyczaj słuchać Mszy św. codzień, nim rozpocznę jakiekolwiek sprawy. Postawiłem sobie tę zasadę i chcę jej przestrzegać święcie całe życie“.
Mimo niecierpliwości z jaką oficer rwał się do pieniędzy, trzeba było ustąpić zasadom nabożnego Pijawki. Uzbroił się w cierpliwość; a nawet, jakgdyby się lękał aby mu się dukaty nie wymknęły, udał się z lichwiarzem do kościoła. Wysłuchał Mszy św. wraz z nim, poczem gotował się do wyjścia. Ale Pijawka szepnął mu do ucha: „Jeden z najwymowniejszych kaznodziejów w Madrycie ma mówić. Nie chcę stracić jego kazania“.
Kapitan, któremu czas aż nadto się dłużył, z rozpaczą ścierpiał tę nową odwłokę. Mimo to, został w kościele. Zjawia się kapłan i każe przeciw lichwie. Oficer, uszczęśliwiony tem wydarzeniem, śledzi twarz lichwiarza i powiada sobie w duchu: „Gdybyż ten poganin dał się rozczulić! gdyby mi dał bodaj sześćset dukatów, nie miałbym doń żalu“. Wreszcie, kazanie kończy się; lichwiarz opuszcza świątynię. Kapitan spieszy za nim i mówi: „No i cóż, co pan myśli o tym kaznodziei? Czy nie znajduje pan, że przemawia z wielką siłą? Co do mnie, byłem szczerze wzruszony. — Podzielam w zupełności pańskie zdanie, odparł lichwiarz. Doskonale ujął przedmiot. To wielce uczony człowiek i bardzo dobrze spełnił swoje rzemiosło. Chodźmyż my pełnić nasze“.
— Nie potrzebuję pytać, rzekł Leandro, co czynił pewien kawaler którego właśnie spostrzegam. Musiał spędzić dzień cały na pisaniu listów. Cóż za obfitość widzę ich na stole! — A co zabawne, rzekł djabeł, że wszystkie zawierają ściśle jedno i to samo. Ten kawaler pisze do przyjaciół, donosząc o przygodzie, jaka mu się zdarzyła dziś popołudniu. Zakochał się w trzydziestoletniej wdowie, pięknej i cnotliwej. Otacza ją staraniami, których ona nie odpycha. Ofiaruje jej małżeństwo; ona przyjmuje. Podczas gdy oblubieniec gotuje wszystko do ślubu, wolno mu odwiedzać narzeczoną. Zaszedł tam dziś popołudniu; że zaś przypadkiem nie było nikogo ktoby go oznajmił, wszedł do pokoju damy, którą zastał w zalotnym negliżu, lub, aby rzec lepiej, prawie nagą, na sofie. Spała głębokim snem. Zbliża się ostrożnie, aby skorzystać ze sposobności, i kradnie całusa. Dama budzi się, i szepce tkliwie: Jeszcze! Och! proszę cię, Ambroży, zostaw mnie w spokoju. Kawaler, niegłupi człowiek, zwąchał pismo nosem i wybił sobie te amory z głowy. Wychodząc z domu, spotkał Ambrożego w drzwiach: „Ambroży, rzekł, nie wchodź, dama prosi, abyś ją zostawił w spokoju“.
Spójrz, ciągnął Asmodeusz, na ten wielki dom. Czy nie uważasz tam młodej damy, ułożonej w łóżku z karmazynowego atłasu, strojnego złotym haftem? — Za pozwoleniem, odparł don Kleofas, widzę osobę uśpioną, i spostrzegam, o ile mi się zdaje, książkę u jej wezgłowia. — Właśnie, odparł Kulas. Ta dama, to młoda hrabina pełna dowcipu, osoba bardzo wesoła. Od sześciu dni cierpiała na wielce uciążliwą bezsenność. Umyśliła dzisiaj sprowadzić lekarza, jednego z najpoważniejszych filarów Fakultetu. Doktor przybywa; dama prosi go o radę. Przepisuje lekarstwo, zalecone, jak mówi, przez Hipokrata. Dama zaczyna sobie dworować z recepty. Lekarz, zadzierzysta sztuka, nie ścierpiał zgoła jej trefnych żarcików i rzekł z doktorską powagą: „Pani, Hipokrat nie jest bynajmniej człowiekiem, któregoby się godziło obracać w pośmiewisko. — Och, panie doktorze, odparła hrabina z poważną miną, nie mam zamiaru drwić z tak uczonego i sławnego autora. Cenię go tak wysoko, iż jestem przekonana, że wystarczy mi otworzyć jego dzieło, aby się uleczyć z bezsenności. Mam w bibljotece nowy jego przekład, pióra uczonego Azero: to podobno najlepszy. Niech mi go przyniosą“. W istocie, podziwiaj urok tej lektury: przy trzeciej stronicy, dama usnęła głęboko.
W stajniach tego samego pałacu, znajduje się biedny żołnierz bez ręki, któremu masztalarze przez litość pozwalają nocować na słomie. W ciągu dnia, żebrze jałmużny, i niedawno miał ucieszną rozmowę z drugim żebrakiem, który mieszka koło Buen-retiro. Ten chodzi doskonale koło interesów; żyje sobie dostatnio i ma na wydaniu córkę, która zażywa między dziadami sławy bogatej dziedziczki. Żołnierz, spotkawszy tego kmotra w Maravedi, rzekł doń: „Sennor mendigo[2], straciłem prawie ramię. Nie mogę już służyć królowi; aby wyżyć, jestem zmuszony, jak pan, odwoływać się do miłosierdzia przechodniów. Przekonałem się, że, ze wszystkich zawodów, ten jest najintratniejszy; ma jedynie tę wadę. iż nie jest zbyt zaszczytny. — Gdyby był zaszczytny, odparł tamten, zeszedłby na psy, wszystko bowiemby się doń rzuciło.
— Masz pan słuszność, rzekł bezręki. Zatem, jesteśmy koledzy; chciałbym wejść z panem w parantelę. Niech mi pan odda córkę. — Zartujesz chyba, przyjacielu, odparł bogacz. Trzeba jej lepszej partji. Nie jesteś dosyć kaleką, aby być moim zięciem. Chcę kogoś, ktoby był zdolny obudzić współczucie w samym Harpagonie. — Ej, czyż nie jestem, rzekł żołnierz, w dosyć opłakanem położeniu? — Co pan gadasz, odparł szorstko stary. Brak ci jednej ręki, i śmiesz ubiegać się o moją córkę? Wiedz, że odmówiłem jej takiemu, któremu ucięto dwie nogi przy samym zadku“.
Nie godzi się, ciągnął djabeł, pominąć domu, który przytyka do pałacu hrabiny: mieszka tam stary malarz pijanica, oraz kostyczny poeta. Malarz wyszedł z domu o siódmej rano, w zamiarze szukania spowiednika dla śmiertelnie chorej żony; ale spotkał kompana, który go zaciągnął do szynku: wrócił aż o dziesiątej wieczór. Poeta, o którym mówią iż otrzymywał niekiedy dotkliwe honorarja za swoje gryzące wiersze, odezwał się niedawno w kawiarni, buńczucznym tonem, o kimś nieobecnym: „To łajdak, któremu dam sto kijów. — Możesz pan, rzekł jakiś kpiarz, dać mu je z łatwością, masz bowiem nagromadzony kapitalik“.





Przypisy

  1. Lesage, Djabeł kulawy, przełożył Boy, Gebethner i Wolff.
  2. Mości żebraku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alain-René Lesage i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.