Złote sidła/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Co przyniosła burza
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.
Co przyniosła burza.

Filip ledwo zdołał pohamować swoją radość. Zapomniał o Bramie, wilkach, Eskimosach i o okropności rozpaczliwego położenia. „Jej ojciec!" Chciał krzyczeć ze szczęścia, tańczyć po pokoju, porwać Cecylię w ramiona.
Ale powstrzymał się. Lękał się zobaczyć w jej ametystowych, przepastnych oczach wyraz dumy, gdyby posunął się zbyt daleko. Omal nie zdradził się już, gdy rzuciła mu pytające spojrzenie, mówiąc, że obraz ten przedstawia jej ojca. Była zdumiona jego wzruszeniem i jego nagłą radością. Z pewnością zrozumiała go. I z niewymowną radością myślał Filip o tym, że mężczyzna i kobieta mogą się urodzić na przeciwległych biegunach ziemi, nie mieć wspólnego języka, a jednak czuć w swoich sercach bicie tego samego uczucia. Był to jakby wyższy stopień szczęścia.
Wtedy zmienił temat rozmowy i zaczął mówić o nabojach.
Cecylia wytłumaczyła mu za pomocą znaków, że nie posiada w zapasie żadnych naboi. Zostały tylko cztery, które tkwiły w rewolwerze. Tęgi kij okazałby się bardziej użyteczny w razie napadu Eskimosów i jął szukać jakiegoś bardziej giętkiego i odpowiedniego narzędzia, niż polana, przeznaczone do palenia w piecu. Wyrwał w końcu z ściany małego jodlaka, poprzecznie spojonego. Gładkie i okrągłe drzewce, długości czterech stóp, miało jeden z końców gruby jak jego pięść.
Na drugim końcu było rozszczepione.
Chwyciwszy ten potężny kij za cienki koniec, zamachnął się nim w powietrzu i zawinął dokoła pokoju.
— Teraz możemy ich przyjąć, — rzekł. — Jeśli nie podpalą domu, nie zmuszą nas do opuszczenia go. A tych drzwi nie przekroczą, Bóg świadkiem, Cecylio!
Był tak podniecony i ogarnięty żądzą zabicia każdego Eskimosa, któryby się znalazł w obrębie jego kija, że Cecylia wybuchnęła urywanym, dźwięcznym śmiechem.
Usłyszawszy jej śmiech Filip przestał wywijać kijem i rzekł:
Uściśnijmy sobie dłonie, Cecylio. Wszak jesteśmy towarzyszami, nieprawdaż?
Podała mu bez wahania swoją rękę, którą uścisnął serdecznie. I jakakolwiek śmierć czyhała koło nich, uśmiechnęli. się. Cecylia odeszła potem do swojego pokoju i Filip nie widział jej przez przeciąg pół godziny.
Spojrzał na ogrodzenie i na wilki. Rozprószyły się znowu i uspokoiły się. Wywnioskował z tego, że tajemniczy goście zniknęli. Dzikie zwierzęta, których chciał się wpierw pozbyć, stały się najgorliwszymi jego, opiekunami. Zostało ich siedm i zapewne ostrzegą go, gdy się zjawią znów Eskimosi.
Napastnicy byli bez wątpienia bardzo nieliczni. Walka z wilkami prowadzona była dosyć niedbale, a obecnie przerwali ją. Filip sądził, że miał do czynienia jedynie z wywiadowcami, w liczbie trzech lub czterech ludzi.
Jeśli Bram istotnie wpadł w zasadzkę i konał gdzieś z dzirytem w ciele, Kogmollokowie, sądząc, że Cecylia jest sama, musieli wysłać kilku wywiadowców, celem porwania jej i zwycięskiego uprowadzenia. Ale natknęli się w chacie na opór, nie tylko ze strony wilków, ale również ze strony jakiegoś nieznajomego człowieka, dobrze uzbrojonego. Poszli więc po posiłki. Najlepszym wyjściem z tej sytuacji byłaby natychmiastowa ucieczka. Ale między chatą a wolnością znajdowało się siedm dzikich wilków!
Na dworze zapadała noc. Nieprzejrzyste niebo zniżało się. Za chwilę wybuchnie burza. Przewidzieli to Eskimosi. Widzieli, że wiatr i śnieg szybko zatrą ich ślady, gdyby ktoś chciał ich ścigać po uprowadzeniu Cecylii.
Mali barbarzyńcy północy nie dopuszczali się po raz pierwszy występku. — Ubiegłego roku, na wybrzeżu, graniczącym z Oceanem Lodowatym, Kogmollokowie zabili kilkunastu białych, wśród nich dwu badaczy amerykańskich i jednego misjonarza. Policja wysłała w pościg za nimi trzy patrole w kierunku Zatoki Couronnement i Kanału Bathursta.
Jeden z nich, prowadzony przez Olafa Andersona Szweda, nie wrócił jeszcze. Kiedy Filip opuszczał twierdzę Churchilla, udając się na Barren, rozeszła się wieść, że Olaf i jego towarzysze zostali zabici. Nic więc dziwnego, że dzicy Eskimosi mogli napaść na ojca Cecylii Armin i na wszystkich tych, którzy z nim wylądowali. Nęciła ich przyjemność przelania krwi białych i grabież ich mienia. Z góry więc przeznaczyli ich jako swoje ofiary. Ale zuchwałość i zaciekłość Eskimosów, zapuszczających się tak daleko w pościgu za Cecylią, w okolice, które odwiedzali bardzo rzadko, była dla Filipa niezrozumiała.
Przerwało mu te rozważania gwałtowne i ponure nadciąganie burzy. Ciągnęła ona z jednego krańca nieba ku północnemu wschodowi i rozpościerała się jak olbrzymia chusta żałobna. Gromadziły się chmury, zakrywając światło dnia i powodując przedwczesną noc. Zimno było przejmujące. Dokoła ogrodzenia nie poruszała się ani jedna sylwetka jodły. Filip chciał już zawołać Cecylię, aby razem z nim oglądała przedziwne zjawisko. Wilki zmieniły się już w mgliste cienie, ledwie widoczne w mroku.
Zajęty swoimi rozważaniami Filip nie słyszał, jak Cecylia wyszła z swojego pokoju i zbliżyła się do niego. Nie zauważył obecności jej, aż do chwili, gdy stanęła koło niego.
Ów zalew nocy, jakby ogarniający cały wszechświat, zbliżył ich do siebie w przerażającym lęku. Nie mówiąc ani słowa Filip znalazł w ciemności rękę Cecylii i uścisnął ją gorąco.
Słyszeli w ciszy najpierw jakby szelest. Głuchy i daleki szelest, jak gdyby pełzała z końca świata jakaś istota żyjąca. Szelest ten rósł coraz bardziej i stał się wkrótce tak niezmierny, że ogarnął niebo i ziemię. Była to nieskończona skarga, rozdzierający serce płacz. Rozpościerał się jeszcze, kiedy pierwszy powiew wiatru przebiegł nad chatą.
Och, te burze na Barrenie! Nie ma do nich podobnych na całej kuli ziemskiej. W żadnym miejscu hałas potworna wrzawa nie jest wypełniona głosami ludzkimi.
Nieraz już poznał Filip ich okropność. Słyszał już te dzikie jęki płynących chmur, jak gdyby sto tysięcy dzieci płakało i zgrzytało zębami. Słyszał, jak gdyby ciemności napełniały się armią śmiejących się i wyjących szaleńców, porwanych szałem obłąkania i owe krzyki niewidzialnych łudzi, wrzaskliwe łkania rozpaczających kobiet. Niektórzy poszaleli z tego. W ciągu długiej nocy zimowej, kiedy słońce znika na pięć miesięcy, nawet umysł małych Eskimosów walczy z tym obłąkaniem i zabijają się wzajemnie wskutek tej okrutnej burzy.
Teraz huragan huczał całą piersią nad chatą. Ciemność była tak nieprzejrzana, że Filip widział tylko w okalającej czerni bladą maskę twarzy młodej dziewczyny. Ale czuł drganie jej ciała. Wydawało mu się, że znają się już oddawna i że oboje już od miesięcy należą do siebie duszą i ciałem. Ramiona Filipa rozwarły się.
Cecylia rzuciła się w nie. Padła w nie bez sił i oporu i trwała w nich, pogrążona w nieprzejrzanych ciemnościach. Dusza Filipa poderwała się do lotu i pognała w dzikiej ekstazie na skrzydłach burzy.
Przyciągnął do siebie Cecylję i rzekł do niej:
— Nic, moja droga, nie zdoła nas pokonać, Nic, nic, nic...
W tym jednym słowie „nic“ zawarło się wszystko, co tylekroć powtarzał, przytulając Cecylię do piersi tak silnie iż czuł bicie jej serca.
Nachylił ku niej głowę. Twarz Cecylii zwrócona była ku jego twarzy i nagle Filip uczuł na swoich ustach drżące dotknięcie słodkich i gorących ust młodej dziewczyny. Całował ją długo, nie czując z jej strony oporu. Ogień ich dwojga twarzy płonął wśród czarnej nocy.
— Nic, moja droga, nic nas nie pokona... Nic, nic, nic... powtórzył jeszcze Filip, łkając z radością.
I kiedy tak mówił, chata zatrzęsła się nagle jakby od uderzenia taranu.
Było to gwałtowne uderzenie wiatru. Prawie natychmiast rozległ się przeciągły, niewypowiedziany krzyk, górujący nad rozszalałą burzą, któremu odpowiedziało dzikie wycie wilków Brama Johnsona.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.