Złote sidła/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Kogmollokowie
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIII.
Kogmollokowie.

Kogmollokowie! Najokrutniejsi, mali demoni, o sercach zimniejszych niż lody, wśród których żyją!
— Wybacz, moja droga, mój gwałtowny ruch i krzyk, który mi się wyrwał z ust, — rzekł Filip. — Ale nawet na drugim końcu świata poznałbym tę broń. Widziałem jak wyrzucali ją, jak strzałę, na odległość stu jardów. Nie mają sobie równych w zaciekłości wojennej, jak również w łowieniu kobiet i sprzedawaniu ich. I mam wrażenie, że pilnują okna.
Ale Cecylia, nie rozumiejąc nawet, co on mówi, była nie mniej przerażona widokiem martwego wilka i dzirytu, tkwiącego w jego ciele. Chwyciła jeden z rysunków, leżących na stole i podała go Filipowi. Był to jeden z tych, na którym przedstawiona była walka.
Wszystko się wyjaśniło.
— A więc, — rzekł drżącym głosem, — ciebie chcą dostać. Umierają z pragnienia. Nie przypuszczałbym, aby się zapędzili tak daleko na południe. Nabili sobie tobą głowę.
Spojrzenie Cecylii nabrało znów śmiałości, widząc jej spokój, Filip odzyskał zimną krew. Oczy młodej kobiety jaśniały wiarą, jaką pokładała w swoim towarzyszu niedoli. Czuła się odważniejsza, bo wiedziała, że on jest odważny.
— Lubię ciebie taką, — rzekł.
I ciągle mówiąc, nie przestawał obserwować okna, spodziewając się, że lada chwila dziryt wpadnie do wnętrza wśród brzęku rozbitych szyb.
— Jesteśmy teraz w pułapce! Mogę to powiedzieć głośno, bez obawy przestraszenia ciebie, bo mnie nie rozumiesz! Eskimos nierówny Eskimosowi. Jedni, jak Nunatalmuci, lub inne jakieś plemię, są to ludzie dobrzy. Ale Kogmollokowie są to wierutni bandyci. Z powodu swojej zręczności w nastawianiu sideł, zasadzek i wilczych dołów, są gorsi niż dzicy z Filipin. Ścigali was po tropie, ciebie i Brama, od najdalszej północy i Bóg wie, co dałbym za to, że Bram nie wróci z polowania na renifera. Może już w tej minucie leży przeszyty dzirytem.
Kiedy tak mówił, Cecylia uśmiechała się do niego nieustannie. Zrobiła ruch, jak gdyby chciała zbliżyć się do okna. Zatrzymał ją i w tej samej chwili rozległy się w ogrodzeniu dzikie ujadania wilków. Ubłagawszy ją spojrzeniem, aby została przy stole, sam zbliżył się do okna.
Wilki zgromadziły się koło bramy ogrodzenia, mającej zakratowane okno i raz po raz skakały ku jodłowym belkom, które ich więziły. Między chatą a palisadą ogrodzenia leżał na śniegu drugi trup wilka. Eskimosi urządzili zapewne zasadzkę na Brama i sądzili, że młoda kobieta znajduje się w chacie sama. Ponieważ lękali się wilków obłąkańca, postanowili wytępić je kolejno razami dzirytów.
Kiedy Filip przypatrywał się, nad palisadą pojawiła się głowa i para ramion, potem wynurzyła się ręka i dziryt, szybki jak błysk promienia, poleciał w kierunku sfory wilków. Niemniej szybko zniknęła głowa i para ramion rzucającego lancę.
Filip odwrócił się i ujrzał, że Cecylia przekradła się tuż koło niego. Była również świadkiem tego, co się stało. Chwyciła go za ramię i uczuł, jak jej palce ścisnęły go kurczowo, a z piersi jej wyrwał się nagle zgłuszony krzyk. Potem pobiegła do swojego pokoju i wróciła po chwili z jakimś przedmiotem, który wręczyła Filipowi.
Był to malutki rewolwer, prawdziwa zabawka dla dzieci, którą w innych okolicznościach ubawiłby się do syta. Rewolwer był kalibru 22, posiadał wszystkie naboje, których kule mogły zabić kuropatwę na piętnaście do dwadzieścia kroków, jeśli kuropatwa pozwoliłaby na to. Ale broń ta, jakakolwiek była, wartała więcej, niźli nic. Choćby nie dała żadnego rezultatu, mogła wywołać wrażenie swoim hukiem i jeśliby nie trafiła Eskimosa, mogła go napełnić strachem. Dwa lub trzy strzały i pojawienie się Filipa, ostrzegą napastników, że Cecylia nie jest sama, że jest z nią mężczyzna, który ją broni i, że mężczyzna ten jest uzbrojony.
Filip podziękował Bogu za zesłaną pomoc. Trzeci dziryt Eskimosa przeszył trzeciego wilka i zwierzę wiło się z jękiem po śniegu, wlokąc za sobą morderczy ślad. Pozostałych siedm wilków wykonywało dalej swoje susy i skoki. Filip usadowił się dla obserwacji za drzwiami chaty, które odchylił lekko.
Nagle Cecylia, która stała tuż koło niego i zrozumiała jego postępowanie, pchnęła go łokciem. Nad palisadą wynurzyła się powoli czarna głowa.
Szybko jak wiatr Filip wypadł na dwór i w chwili, gdy ramię rzuciło dziryt, wydał tak przeraźliwy okrzyk wojenny, iż niema i ochrypł. W tej samej chwili strzeli! z rewolweru. Głowa i ramię zniknęły i Eskimos zapadł się za palisadą jak diabeł w piekle. Ale wilki rzuciły się już na Filipa, warcząc zajadle. Jednym skokiem znalazł się we wnętrzu chaty i odtrąciwszy Cecylię, zamknął drzwi.
— Ach tak! Mamy się z pyszna! — rzekł, śmiejąc się, gdy na dworze rozlegał się zaciekły ryk wilków.
Ramię jego objęło wpół Cecylię i jął mówić dalej:
— Szkoda, że ci głupcy nie rozumieją, jaki to wspólny interes łączy nas w chęci zabicia Brama! Gdyby tylko chcieli nam trochę pomóc, byłby to świetny kawał. Czy widziałaś, jak ten towarzysz stoczył się z palisady? Jestem pewny, że go nawet nie trafiłem. A nawet przysiągłbym na to. Gdyby ta banda dowiedziała się, że nasze kule są tak wielkie, jak groszek, i co więcej, że zadają rany nie większe od ukłucia owada, wpadliby na nas jak stado wron i rozszarpaliby nas w kawałki. Co to za doskonały strzał! Słyszałaś go?
Pochłonięta grożącym obojgu niebezpieczeństwem Cecylia nie czuła uścisku ramion Filipa, a Filip korzystał z tego, aby uścisk ten był jeszcze wyraźniejszy i czulszy. Podwójne wzruszenie, spowodowane niebezpieczeństwem i miłością, oblało jego twarz rumieńcem.
— Chwila jest poważna, — rzekł tonem, który wywarłby wrażenie na Cecylii, gdyby go rozumiała. — Co się z nami stanie? Kiedy padną wszystkie wilki i jeśli Bram zginął jak one, te diabły z twarzą ropuchy wyłamią bramę ogrodzenia i zaatakują chatę... Jestem dość silny, aby wypowiedzieć walkę nawet dwudziestu takim. Miłość dla ciebie, pragnienie posiadania ciebie, podwoiły moje siły. Ale w chwili, gdy to uczynię, chciałbym wiedzieć, kim jest ów mężczyzna na obrazku... W ostatnich chwilach, które nam zostają przed wielką bitwą, pragnąłbym przycisnąć ciebie do serca, obsypać cię pocałunkami, abyś znała całe moje uczucie dla ciebie. Kocham cię od stóp do głowy. Lękam się, aby to nie było zbyt późno i abyś nie wzgardziła mną...
Potem nastąpiła reakcja i ramię jego zsunęło się z bioder Cecylii. Podjął papierek, który przed chwilą zmięła, rozwinął go machinalnie i wygładził.
— Kim może być ten mężczyzna? Jeśli go nie kochasz, dlaczego obejmujesz go tak czule?
Zrozumiała, że w jego spojrzeniu i głosie kryło się nowe zapytanie. Myśl jej napięła się, chcąc przeniknąć jego myśl i spojrzeć do jego duszy.
Podał jej rysunek. Może intuicja kobieca Cecylii, myślał, jeszcze raz przełamie dzielącą ich zaporę milczenia. Widział, jak przyglądała się długo rysunkowi, potem fioletowy błękit jej oczu zabłysnął tak czystym i jasnym światłem, iż niemal w nim zatonął. I istotnie odgadła.
Min fader, — rzekła spokojnie, kładąc na rysunku koniuszek swojego palca. — Min fader.
Filip myślał niemal, że powiedziała to po angielsku.
Your father?[1] — zawołał.
Skinęła potakująco głową.
Oo-ee min fader — potwierdziła.
Westchnienie, pełne ulgi, wydarło się z piersi Filipa.
— Chwała Ci Panie! — rzekł.
A potem, prawie natychmiast:
— Czy mamy jeszcze naboje? Ha! Ha! Ha! Czuję, że nawet tym malutkim rewolwerem mogę teraz pokonać cały świat


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.
  1. Father— ojciec.