Złote sidła/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Ósma noc
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.
Ósma noc.

Nazajutrz rano burza szalała jeszcze nad Barrenem. Filip ruszył jednak w drogę z Piotrem Breaultem jako przewodnikiem, ku miejscu, gdzie metys widział Brama Johnsona, biwakującego z swoimi wilkami. Od tej nocy upłynęły trzy dni i kiedy przybyli do świerka, który służył Bramowi za schronienie w czasie snu, drzewo było zasypane twardym śniegiem, który wiatr przywiał z pustyni.
Od owego miejsca Piotr wskazał dokładnie Filipowi kierunek, w którym odszedł nazajutrz rano Bram. Filip wyjął swoją busolę i ustawił igłę w kierunku niewidocznego obecnie śladu. Wniosek był dla niego jasny.
— Bram, — rzekł do Piotra, — przebywa nieustannie na zalesionej granicy Barrenu. Udam się w tym kierunku. Możesz to dodać do tego, co napisałem już do Mac Veigha. Ale o sidłach, ani słowa, Piotrze. Tak będzie lepiej, rozumiesz. Jeśli Bram jest naprawdę „Wilkołakiem“ i jeśli tka złote włosy na wietrze...
— Nie powiem nic, panie, — rzekł Piotr i drgnął.
Uścisnęli sobie dłonie i rozstali się w milczeniu Filip zwrócił się ku wschodowi i odwróciwszy się niebawem, nie ujrzał już Piotra.
Zaledwie upłynęła godzina, gdy ogarnęło go przygnębienie, myśl, że rzucił się dobrowolnie w niebezpieczeństwo wprost rozpaczliwe. Sanki swoje i psy pozostawił Piotrowi, sam zaś podróżował lekko objuczony. W jego plecaku, który ważył zaledwie czterdzieści funtów, ułożonym wygodnie na plecach, zwinięty był jedwabny namiot, ważący trzy funty i mogący się oprzeć najgwałtowniejszym wiatrom. Różne przybory kuchenne ważyły ledwie jeden funt. Reszta jego ekwipunku składała się z piętnastu funtów mąki, a dla stałego pobytu z umiejętnie ułożonych porcyj, częściowo sproszkowanych, częściowo w suszonych tabliczkach: czterdzieści jaj w jednym funcie proszku jajowego, dwadzieścia ośm ziemniaków suszonych w czterech funtach, cztery funty cebuli w ćwierci funta suszonego artykułu i tak dalej. Dodawszy do tego zwierzynę, którą mógł upolować, żywność ta wystarczała na miesiąc. Podobnie jak broń, strzelba, rewolwer Colta i zapas amunicji.
Pomyślawszy o tej żywności, prostej ale tak cennej, zamkniętej w jego torbie na plecach, jął się śmiać jakimś sardonicznym śmiechem. Przyszła mu do głowy równocześnie inna myśl, o przeszłych dniach swojego życia. Cóżby powiedzieli jego starzy przyjaciele, gdyby tak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej znaleźli się wszyscy koło niego, aby uczestniczyć w jego radości? A szczególniej, cóżby powiedziała Mignon Davenport i coby uczyniła? Pfff! Widział już odrazę, przejmującą jej arystokratyczną twarz. Ów wiatr, świszczący po Barrenie, zmroziłby życie w żyłach młodej kobiety, która spiesznie skurczyłaby swoje ciało i umarła. Znał ją dobrze, bo mieli się nawet niegdyś pobrać.
Dziwna to rzecz, że mógł teraz jeszcze myśleć o niej, tropiąc tajemniczy ślad Brama. Ale mógł też odrazu odpędzić od siebie tę myśl. Bardzo możliwe jednak, że podobnie jak jego starzy przyjaciele, nie zapomniała o nim. Miłość i przyjaźń nie są wprawdzie trwałe w świecie ludzkim. Mignon sama przekonała go o tym. Wykrzywił pogardliwie twarz i wśród palących ukąszeń wiatru jął się śmiać szyderczo.
Los jest starym wesołkiem. On, Filip, odegrał wobec wszystkich doskonałą komedię! Najpierw lekkie zapalenie płuc, potem płuca jego zaczęły grać. I wystąpiły suchoty galopujące, czy coś podobnego, choroba ściągająca twarz i wysysająca krew z żył. Wtedy w wielkich, błękitnych oczach Mignon odbijało się przerażenie, rosnące z dnia na dzień. Trwało to aż do chwili, gdy z naiwnością dziecinną przyszła do niego i oświadczyła, że jest jej niesłychanie przykro oznajmić swoim, przyjaciołom, iż jest narzeczoną suchotnika.
Na owo wspomnienie Filip wybuchnął śmiechem. I śmiech jego rozbrzmiał tak głośno, że nawet mimo wycia wiatru Bram mógłby go usłyszeć na sto jardów odległości. Suchotnik! Filip założył ramiona i naprężył twarde muskuły, aż trzasły. Wciągnął głęboko w płuca mroźne powietrze, potem wyrzucił je z piersi jak klapa maszyny ciepłą parę. Tak podziałała na niego północ; północ ze swoimi cudownymi lasami, rzekami, jeziorami i zaspami śnieżnymi; północ, odrażająca człowieka. Dlatego kochał tę północ która go uratowała. A ponieważ ją kochał, podobnie jak przygody, wstąpił przed dwoma laty do policji. Kiedyś wróci do kraju, aby się zabawić. Pokaże się wtedy w klubach swoim dawnym przyjaciołom i na sam widok jego zdrowia Mignon umrze ze złości, Mignon z oczyma dziecka.
Myśl jego, oddawszy się przez chwilę tym rozmyślaniom, wróciła do zagadkowego człowieka, którego ścigał. W ciągu tych dwu lat służby zebrał wiele wiadomości o Bramie, poznał wszystkie okoliczności, towarzyszące życiu Johnsona.
Indianie i metysi uważali Brama za pewnego rodzaju potwora, za czarodzieja, który posiada władzę szatana, Policja widziała w nim bardzo niebezpiecznego mordercę, który grasował po całym Northlandzie. Myślała tylko o tym, by go schwytać, a ów szczęśliwy człowiek, któryby go uwięził żywego lub umarłego, mógł być pewnym awansu i mianowania w stopniu sierżanta. Ta ambicja i nadzieja powodzenia zapaliły niejedno dzielne serce aż do chwili, gdy ogólnie sądzono, że Bram nie żyje.
Filip rozprawiał często z swoimi kolegami o mniejszej lub większej inteligencji i złośliwości Brama, a pobłażliwość jego w kwestii wyklętego zbrodniarza nie przekonała nikogo.
Nie była to tylko chęć zdobycia stopnia sierżanta, która go w tej chwili gnała ku granicy Barrenu. Służba jego w policji kończyła się niebawem i miał inne plany na przyszłość. Działała w nim inna siła wewnętrzna.
Od chwili, gdy trzymał w ręce warkocz ze złotych włosów, przenikała go ciekawość, budziły się w nim nowe uczucia, których początkowo nie mógł zrozumieć, a których nie zdradził wczoraj Piotrowi Breault. Myśli te nabierały teraz kształtów. Nie był teraz myśliwym, który poluje na ludzi, zimnym kombinatorem, czyhającym na śmierć i życie innego człowieka. Nie zapomniał o tym, że obowiązkiem jego jest schwytać Brama i przywieźć go jako więźnia do Kwatery Głównej, i gotów był to wypełnić, chyba że... Złote sidła były tym nieznanym, które wchodziło teraz na drogę jego postępowania. Sprawy przestały być teraz takie proste.
Chwilami myślał, że to on je może komplikował, z przyjemności, czy też przez swoją imaginację. Owe włosy mógł Bram zdobyć tysiącznymi sposobami. Czy owe rzekome sidła nie były poprostu czymś w rodzaju amuletu, który Bram nosił od wielu lat, talizmanem, chroniącym go od choroby i diabła, stosownie do jego zabobonnej duszy?
Rozgniewany na siebie Filip nie chciał uwierzyć, że tak może być! I kiedy w południe zatrzymał się, aby rozniecić małe ognisko i zagrzać przy nim herbatę, wyjął z portfelu złoty warkocz, aby go oglądnąć dokładniej i bliżej niż wczoraj.
O nie! Nie było żadnej wątpliwości. Odcięto go poprostu z głowy kobiety. Gdyby nie, czyżby był tak delikatny i błyszczący w bladym świetle słońca? Podziwiał długość i subtelność włosów i cudowną budowę każdego włoska, jednolitego i równej długości.
Zjadł śniadanie i ruszył w drogę. Trzy dni burzy zatarły zupełnie wszelki ślad pozostawiony przez Brama i jego wilki. Mimo to Filip był przekonany, że Bram nie oddalił się z Barrenu, z Wielkiego Barrenu północnego, nieoznaczonego na mapie, oceanu śnieżnego gdzie, oddawna ukrywał się przed prawem. Wielka biała pustynia, szeroka na pięćset mil, od zachodu ku wschodowi, pod sześćdziesiątym prawie stopniem, była dla niego i dla jego włóczęgi tym czym Ocean Spokojny dla dawnych korsarzy. Owe okropne pustki, na których myśl dreszcz przenikał Filipa, były gorsze niż okolice polarne. To co przedsięwziął, było niesłychanie trudne. Jedyna nadzieja powodzenia opierała się na tym, że nastąpi pogoda i że natrafi na mniej lub więcej świeży ślad, pozostawiony przez Brama, łączący się z innym, bardziej wyraźnym.
Filip postanowił również nie zbaczać z granicy lasu, gdzie Bram urządził już sobie schronisko i gdzie bez wątpienia nie omieszka wrócić. Gdyby zaś poszedł zupełnie prosto, w nieskończoną biel, ileż dni i tygodni mogło upłynąć, zanim natrafiłby na jego ślady?
W ciągu następnej nocy, burza, która szalała przez kilka dni ucichła i przez cały tydzień była pogoda. Zimno było dokuczliwe, ale śnieg nie padał. W czasie tych ośmiu nocy, gdy siedział w namiocie przed ogniskiem, zajęty po raz setny rozplątywaniem złotego warkocza, nastąpiło nieoczekiwane wydarzenie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.