Złote jabłko/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ZŁOTE JABŁKO
Powieść
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego


Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom I.




LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I 10.

1873.
WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





Autor powieści tej — przyznać się musi, dla objaśnienia jej, że nie zawsze siedział za stolikiem otoczony papierem i książkami. Od r. 1837 do 1856 był wiejskim gospodarzem, dzierżawił, kupował i sprzedawał ziemię, jeździł regularnie na Dubieńskie kontrakty, zajmował się swojemi a często i cudzemi interesami. Przypatrzył się więc z blizka temu frymarkowi posiadłościami, jaki się corocznie odbywał i z żywego życia powieść swą wyczerpnął. Jest ona owocem studjów i doświadczenia. Współcześni, którzy sobie przypomną Wołyń przed r. 1852, poznają w Złotem Jabłku część przynajmniej znanych im, lubo nieco może odmienionych i uzupełnionych postaci. Śmiesznem być może gdy się autor przyzna do tego, że powieść własną po latach przeszło dwudziestu przeczytał z przyjemnością. Przyniosła mu ona woń lat ubiegłych, — postawiła przed nim cienie znikłych niepowrotnie postaci. Bardzo prosta w pomyśle i wykonaniu, jest ona obrazkiem w którym więcej prawdy niż sztuki, i może dlatego, że się nie starano o wielce kunsztowną jej budowę, że wzorowano z natury, zająć potrafi czytającego. Nic nieprzesadzając możemy ją dziś nazwać powieścią historyczną, choć w chwili gdy się ukazała była tylko skromnym obyczajowym obrazkiem. Lecz jakże dziś zmieniły się stosunki, ludzie, fizjognomie, kraj sam i jego charakter!!
Złote Jabłko pisane w r. 1852 nie może się pochlubić ani powtórnem wydaniem, ani tłumaczeniem, mimo to autor ma je za wierny obraz kraju i czasu i zdaje mu się, że do najgorszych jego robót nie należy.
Pisane przed laty dwudziestą najmniej jednak ustarzało, zachowało się jakoś dosyć świeżo, co winno prostocie założenia. Nie potrzebujemy się bronić przeciw zarzutowi portretowania, nigdyśmy się nie dopuścili tego występku przeciw przyzwoitości i sztuce, lecz nie zapieramy się studjów z natury, bez których żaden malarz się nie obchodzi. — Nie znaliśmy żadnego hrabiego Sulinowskiego, ale wizerunek jego wielu jemu podobnych przypomina. Tak samo i jego towarzysze. Okolica w której się odegrywa nasz dramat wiejski, była długi czas pobytem i najczęstszych wycieczek naszych celem.

Drezno 1873. Lipiec.
J. I. Kraszewski.





ROZDZIAŁ I.

W którym występuje bohater, i nieco o jego pochodzeniu.

Kupa to lat temu, żył sobie w Warszawie właściciel dwóch pięknych domów na Bielańskiej ulicy i dwóch korzennych sklepów, a oprócz tego bogaty hurtowny kupiec, pan Erazm Bal. Wątpię, żeby go kto dziś pamiętał, bo ludzie przez miasto przepływają jak fale, nie zostawując po sobie śladu, a dla nowych trudno starych nie przepomnieć; nie wiem nawet czy ślad jaki tej rodziny pozostał w archiwach miasta Warszawy. Ale niemniej pewna i najprawdziwsza, że dwie połączone kamienice Balów, z których jedna długo miała na czele ogromne z kamienia wyciosane grono winne, przy nowszych dopiero restauracjach zbite dla osadzenia żelaznego balkonu, egzystowały na ulicy Bielańskiej. Mogą mi historjografowie pilni miasta Warszawy zaprzeczać, ja niemniej swego się będę trzymał.
Kamienice te istniały od bardzo dawna, zda się od XVII wieku, w imieniu i posiadaniu Balów, których ostatnim potomkiem był pan Erazm. Ale najprzód opiszemy pana Bala.
Był to człowiek lat średnich, niewielkiego wzrostu, okrągławy i pękaty, uśmiechnięty często, wesół prawie zawsze, znany z najpoczciwszego serca i niesłychanej żywości, której nawet wzrastająca tusza nie powściągnęła. W mieście taka postać jak jego, niepospolicie oryginalna wyrazem twarzy i ruchami, a niekiedy i strojem, tak uderzała wszystkich, że nie było ulicznika coby nie znał pana Erazma i czapki przed nim nie zdejmował, lub figlów mu nie płatał.
Znano go nawet aż na Pradze. Są bowiem mniej oryginalni ludzie, których dziwaczna trochę fizys nie tak uderza za pierwszem wejrzeniem, i ci ledwie na swoich ulicach lub w bliższej tylko okolicy są znani. Drudzy aż na trzecią i czwartą bywają popularni, a pan Erazm całe miasto zachwycał swą naiwną, poczciwą, zawsze zakłopotaną, wesołą i pośpiech malującą twarzą. Najmniej znacząca drobnostka niesłychanie go obchodziła, ogniem pałał na rzecz najobojętniejszą; gdy rozprawiał, to krzyczał; gdy się witał, śmiał się o trzy kroki, a mając interes, zdawał się co chwila zabierać do bitwy. Wszystkiemu podobno winien był, jeśli się nie mylę, temperament krwisto-nerwowy, czy nerwowo-krwisty, do którego pan Erazm Bal miał szczęście lub nieszczęście należeć.
Na krąglutkim korpusiku, podtrzymywanym przez dwie nóżki kształtne, ale nieco krótkie; na karku niezbyt podniosłym i fałdzistym, osadzona była głowa w kształcie makówki, gdyż siwiejący czubek na niej wystawiał dobrze koronę tego zajmującego owocu. Włosy na niej w wielkim zawsze rozpierzchały się nieładzie, ale że były krótko strzyżone, jakoś to nie raziło. Czoło miał wypukłe, gładkie i niezbyt rozrosłe; pod niem oczki małe, biegające, czarne, żywe, gorące, z brwiami nastrzępionemi jak czupryna i trochę nadto bujnie się rozrastającemi. W tych oczkach bez głębokiego wyrazu, nawet nie malujących wiele wrodzonego dowcipu, hulał nieustanny fajerwerk. Latały one w prawo, w lewo, po za siebie, w górę i w dół, nie mogąc się długo na żadnym zatrzymać przedmiocie. Brwi co je ściskały, zmęczyły się trzymając i gęstą już siateczką wytężenia dawały dowody.
Natura kiedy co tworzy, zawsze ma jak artysta, harmonją doskonałą swojego dzieła na najpierwszym względzie. Aksjomat ten sprawdzał się wybornie rozbiorem rysów pana Erazma; wszystko u niego zarywało na okrągłe, zataczało się, zakrzywiało i wypełniało kulisto. Nos nawet dyskretnie wyskoczywszy na twarz, zmienił się przez posłuszeństwo naturze mistrzyni w rodzaj różowanej pigułki. Usta także, zwłaszcza otwierając się, przybierały formę najdoskonalszą sferyczną. Nie potrzebuję już mówić o policzkach, którym łatwo przyszło do prawa wydanego na pana Bala się zastosować, uczyniły to nawet z widoczną ochotą i trochą przesady — pochlebcy!! Byli zuchwali co pana Bala śmieli nazywać pigułką najprzód, potem pigułą, a inni dodawali — poczciwą.
Trzeba go było widzieć jak się bywało toczy przez ulicę. Ani piłka ręką swawolnego studenta rzucona, nie leci żwawiej i nie podskakuje ochotniej. Nie brakło bowiem i poskoków, które gdy go co niecierpliwiło, choć już siwiał i szpakowaciał, wyprawiał bodaj na rynku, bodaj przy procesji. Gorączkaż to był, gorączka! Nic go nie kosztowało wpaść w najokropniejszą furją za kawałek sznurka, i z owego ognistego zapału przejść bez mozolnych półcieni wprost do najjowialniejszego śmiechu.
Choć skłonny był bardzo do gniewu, nikt się go jednak nie obawiał; wiedziano, że to ogień co w chwili nie wypali i długo żarzyć nie może. Pan Erazm urodził się jeszcze w początku panowania Stanisława Augusta, coś około 1770 roku; w czasie, kiedy się nasza powieść zaczyna, miał lat pięćdziesiąt i kilka, ale nie wyglądał jak na czterdzieści. Nie dziw, żółć się w nim wypalała ciągle, złe humory wychodziły na wierzch w wybuchach gniewu, a na dnie czyste zostawało zdrowie. Rodzice pana Erazma, ludzie prości, starego autoramentu, poczciwi kupcy, zebrali byli sobie, a raczej powiększyli mająteczek mając stosunki bliskie i komitywę wielką z panem Ryksem starostą Piaseczyńskim, który często hurtowne u nich czynił zamówienia i wielu panom ich polecał. Mogli byli nie najlepiej wyjść na tem, bo się trafiało często, a nawet w modzie było brać na kredyt dużo, a potem rachunki nie rychło i nie łatwo się płaciły. Jednakże choć Bal stary (a był to sobie kapotowy mieszczanin, ale wielkiej powagi człowiek), stracił dosyć, w ogólnej jednak rachubie majątku mu przyrosło, handel się rozszerzył i pod koniec życia co się zowie miał się dobrze. Nie puścił sobie jednak cugli bynajmniej, ani zdumiał, ani zapragnął używać, ani ze swego stanu chciał się wybić, owszem w starej kapocie chadzał i z jedną żółtą laską do śmierci przedreptał po bruku. Pana Erazma wychowano po staremu w domu i około domu, ucząc co było można, ale wprawiając ciągle do przyszłego stanu. Była nawet chwila, że poprostu terminował w sklepie i niejaki Murzyński, zaufany pana Bala, rachmistrz i komisant, stary kawaler, w ryżej peruce, butach ze sztylpami i tabaczkowym fraku ze stalowemi guzami chodzący, dobrze nim pomiatał, żeby gorączki go oduczyć, a do kupieckiej zimnej krwi wdrożyć. Nie na wiele jednak praca poczciwego Murzyńskiego się zdała; pan Erazm pozostał ze swoją gorączką. Kiwał głową Murzyński na to, poprawując perukę (miał bowiem nieustanną aprehensją że mu pożyczany włos zleci i ciągle go pilnował, to z tyłu na przód, to z przodu na tył zsuwając), a niekiedy mruczał. — Co z handlem się stanie, jak stary Bal, uchowaj Boże, nogi zadrze, nie wiem! Nie wiem! Ten bąk (był to dany przezeń panu Erazmowi przydomek) nie da rady domowi naszemu. W pocie czoła ledwie nas dwóch sensatów wystarcza, a ten świszczypałka! gdzie mu podołać, gdzie!
I wzdychał Murzyński, pilnie chwytając perukę ilekroć żywszy ruch zrobił, a niekiedy aż łza mu pociekła. Przewidywał on wiele, ale nie przewidział co się stać może.
Umarł wreszcie pan Balcer Bal ojciec, i handel spadł z Murzyńskim razem na pana Erazma. Młody człowiek, jednak potrafił sobie dać rady, bo wszystko zdał zaraz na Murzyńskiego, stał się nawet nieco uważniejszym i uzyskał jego aprobacją w rok niespełna po śmierci ojca.
— Omyliłem się grubo podobno na panu Erazmie, mówił stary komisant — to się uformuje. Bąk taki jest, ale już nie tak furga! i sens ma! i serce jest! ażeby mu jeszcze odjąć ten fajerwerk, nie chciałbym innego pryncypała.
Że na łożu śmierci, trochę o los swego domu się obawiając, stary pan Balcer zaklął Murzyńskiego, żeby handlu nie odstępował, a prócz tego przywykłemu do kąta, nie łatwo było się ruszyć z ulicy Bielańskiej — pozostał w początku do czasu, potem już obiecując sobie pracować póki sił.
Pracował też dość jeszcze długo i kierował sklepem stary Murzyński, choć postać jego wyglądała jak fant jakiś zamorski dla osobliwości sprowadzony. Codzień zdawał się śmieszniejszy — zachował bowiem strój swój przedwieczny, ów frak tabaczkowy, trykotowe zielonkowe spodnie, buty ze sztylpami, a peruka wyryżała mu zupełnie i wyłysiała nawet miejscami. Że pod koniec nie dobrze widział, a wzrok na regestrach wysilał, do jednej pary okularów dodał następnie drugą i już miał trzecią nałożyć, gdy jednego dnia mgłą mu zaszły oczy i zasnął na wieki, mrucząc:
— Ciekawym bardzo, jak sobie teraz dadzą rady!
Rady jednak sobie dali, i pan Erazm, któremu nie brakło doświadczenia, wiódł dalej handel bardzo szczęśliwie.
Kiedy się kim niebo opiekuje, to mu zsyła aniołów stróżów ciągle, jednego po drugim. Tak było i tutaj. Ledwie Murzyński oczy zamknął, znalazło się go komu zastąpić.
Pan Erazm długo wesołe, kawalerskie wiódł życie, ale po śmierci matki, która przeżyła ojca i Murzyńskiego, a na łożu śmierci zaklęła go, żeby się co najprędzej ożenił, obawiając się dla niego skutków dłuższego bezżeństwa — przemyślał wreszcie o przyjacielu dozgonnym.
Dziwnym trafem obok kamienicy panów Balów, przez ścianę tylko był dom pani Hornfeld wdowy. Z Hornfeldami, jak to w najbliższem bywa sąsiedztwie, nie najlepiej się żyło za starego pana Balcera. Była najprzód kwestja o jakiś murek rozgraniczający dziedziniec, potem o wybite na podwórzu okno, które wedle prawa zamurować musiano, bo patrzało w cudzy grunt, potem często o kosz śmieci nawet. Słowem nienawidzono się dosyć.
Hornfeldowie mówili o Balach, że oszukują. Balowie o nich, że bankrutują, i tak to się sobie ciągnęło. Tymczasem u pani Hornfeld wdowy chowała się córka Ludwika, jedynaczka i kamienicy dziedziczka, umarł brat jej w młodym wieku; wcześnie zaczęto głosić, że piękny weźmie panna posażek po matce. Nawet Murzyński, już w drugiej parze okularów chodzący, pomrukiwał:
— Gdyby ta sekutnica, stara Hornfeldowa bryknęła (miał zawsze tak malownicze wyrażenia), nieźleby było Erazmkowi się z tą Ludwisią ożenić, kamienica z kamienicą obok, jeszcze ta baba musiała coś grosza zachować, bo żyje otrębami a dochód ma piękny!
Ale panu Erazmowi ani się śniło żenić. Wyrosła na śliczną panienkę Ludwisia, a że istotnie matka jej była herod baba, doskonale córkę wyuczyła łagodności. Nie ma to jak wielki ucisk w młodości, by wyrobił w człowieku charakter powolny. Nie zawsze się to wprawdzie w człowieku udaje, ale najczęściej przykład rodziców jest skuteczny i odrazi od gwałtowności. O ile stara Hornfeldowa była zła, wyszczekana, pani w domu i sobieradzka (bo i z lokatorami rady sobie dawała, niektórych miotłą wyganiając, i na ratuszu obawiano się jej gęby), o tyle Ludwisia gołębią miała łagodność.
Piękne to było, skromne i potulne dziewczę, ale też w rezie trzymane. Bez siebie matka jej nawet do kościoła krokiem stąpić nie dała, w domu niekiedy i od okna odpędziła, pracy nie żałując, kochała po swojemu dziecko, ale go nie szczędziła.
Po śmierci starego Bala, z którym byli na noże, tak że często wyszedłszy przed dom ujadali się, do czego i Murzyński pomagał, wyskakując ze sklepu z ręką na peruce, dwie pozostałe wdowy zbliżyły się. Matka Erazma była poczciwą, cichą kobieciną, oddaną nabożeństwu niezmiernie, wpisaną do trzech bractw, ale mimo swój milczący pozór z taktem i rozumną, zrobiła pierwszy krok ku Hornfeldom, nie zraziła się oziębłością, w jakiejś tam sprawie małej wagi ustąpiła, i tak powoli ukołysała sąsiadkę, nie bez widoków podobno.
Poczęto u siebie bywać wzajemnie, i choć kwasy trwały jeszcze od spodu się wydobywając, powierzchownie była zgoda. Wielki miłośnik płci pięknej, pan Erazm, który w owe czasy był zręcznym, rumianym i nie brzydkim chłopcem, najrzał pannę Ludwikę raz, drugi, trzeci, wreszcie począł sobie mówić, że ładna! i bywać u Hornfeldowej.
Stara w początku zakrzyknęła, podparłszy się w boki: O! o! nie dla psa kiełbasa! nie dla kota sadło! Ale po rozwadze utarłszy nosa fartuszkiem i obliczywszy wartość handlu i kamienic, rozmyśliwszy się, że Balowie bardzo dobrze stoją w interesach, westchnęła tylko. Pan Erazm tymczasem bywał, a choć go od Ludwiki odganiała stara, potrafił przecie i podobać się i zakochać.
Jak się raz zakochał, jakby go kto jeszcze ukropem podlał... nie było tam spokoju, nie było ratunku, latał do szalonego podobny. Hornfeldowa tylko się śmiała. Przyszła koza do woza! mówiła — ale nic z tego nie będzie! nic!
W tych czasach jakoś rozgniewawszy się na służącą, wedle wyrażenia Murzyńskiego, wdowa bryknęła. Ludwisia została na opiece stryja, wuja i półtorej kopy różnych krewnych. A że miała posag dobry, młoda była i ładna, a krewni mieli synów, siostrzeńców, bratanków i tym podobnych kawalerów na ożenieniu, ciężko szło panu Erazmowi.
Ale jak w początku drażniła go matka, tak potem krewni podnieśli w nim jeszcze przywiązanie do Ludwiki. Ona też wybrała go sobie oddawna. Raz jakoś, zbliżywszy się i dawszy sobie słowo, pomimo tysiąca intryg i przeszkód, pobrali się.
W Ludwice Bóg dał kupcowi zastępcę nieodżałowanego Murzyńskiego, nie obca rzeczy, do porządku nawykła, objęła ster domowy, dyrekcją handlu, rachunki i pozornie będąc najniższą sługą, a nawet w rzeczach większej wagi chętnie się poddając zdaniu męża; w wykonaniu i szczegółach była jego prawą ręką.
Żyli też z sobą jak para gołębi, a Pan Bóg dał im syna i córkę. Miała nieraz Ludwika wiele do zniesienia z gorączką mężowską, ale do wybuchów tego rodzaju od rana z matką była przywykła, zwyciężała łagodnością, cierpliwością, słodyczą.
Była to w istocie znakomicie obdarzona i zacna niewiasta; jedna z tych istot, które szczęście w dom przynoszą. Nic jej zatrwożyć, nic zmieszać, nic pogody jej przerwać nie było w stanie. Na rzeczy nieporatowane miała poddanie się bohaterskie; na trudne wylanie się w pracy.
Życie też z nią płynęło poczciwemu panu Erazmowi najswobodniej, najszczęśliwiej i gładziuteńko; przyrosło dostatku, poszło szczęściem i dolą i ani się opatrzył jak został jednym z najbogatszych właścicieli miasta.
Razem też przyszły i obowiązki, bo Bóg dał syna i córkę... ale nim o nich powiemy, musiemy obszerniej nieco namienić o zmianie jaka nagle zaszła w obyczajach, sposobie widzenia i dalszych projektach pana Bala, z powodu bardzo mało znaczącej okoliczności.
Drobne ziarko piasku całą tak ślicznie na spokój i szczęście urządzoną wstrzymało machinę! Nie ma jak owe niepostrzeżone ziarna na wywarcie wielkich skutków; wstydzi się teraz na poważną matronę wychodząca historja maleńkich przyczyn, ale ich jednak podartym fartuszkiem swoim nigdzie przykryć nie potrafi.






ROZDZIAŁ II.

O herbie Gozdawa, o Balach i innych heraldycznych rzeczach.

Pod owe czasy żył w Warszawie zacny bardzo człowiek, niejaki pan Piotr Lewon, nie młody już kawaler, pamiętający dawne czasy, niewiadomego pochodzenia, funduszów i zajęć, jedna z tych zagadkowych istot, które na brukach miast niewiedzieć jak wyrastają i nikną. Stał on od bardzo już dawna w jednej z wąziutkich kamienic rynku Starego Miasta, zkąd na Boży świat wychodził czasami i do niektórych znajomych na wieczory uczęszczał, mając gwałtowną potrzebę a raczej nałóg grania marjasza. Gdyby nie to, możeby tak często na miasto i ulice się nie wymykał, bo go jakoś towarzystwo nie bawiło, i nosa nie pokazał gdzie marjasza znaleść nie był pewien.
Był to posępny, milczący, surowego oblicza z zarozumiałością w całem obliczu wielce wydatną mężczyzna, lat... podeszłych, ale go na dacie, z którejby mu metrykę wyrachować było podobna, nikt nie złapał. Wysoki, sztywny, z głową podniesioną do góry, nosił się po francuzku ale ze staroświecka. Twarz jego miała cerę pargaminową, oczy wejrzenie szklanne i obojętne, jakby spracowane i do patrzenia na świat nie przywykłe. Na ustach nigdy mu nie postał uśmiech, czoło zmarszczone nigdy się nie rozpogadzało, mówił nadzwyczaj mało, o rzeczach obojętnych, o sobie nigdy, pieniędzy u nikogo nie pożyczał, na obiady się nie wpraszał, a zbyt przyjacielskie figury, do poufałości się cisnące, zdaleka trzymał. Widywano go w różne miasta części jak ćmę wylatującego wieczorami w jasno-piaskowym płaszczu, kapeluszu, z laską staroświecką, powolnie przesuwającego się z obojętnością człowieka, którego miasto nie obchodzi wcale, bo zna jego tajemnice. U niego w mieszkaniu nikt ze znajomych nie był; wiedziano tylko że je miał na trzeciem piętrze, a z oszczędności i obioru miejsca wnoszono, że nie musiał być zamożny. Wszakże niekiedy zjawiały się oznaki dawnego jakiegoś dostatku: to kosztowna szpilka na żabotach, to pierścień piękny, to zegarek kameryzowany. Zwykle jednak pan Lewon chodził w szaraczku i z jednym krwawnikiem. Oprócz marjasza miał ten człowiek jedną jeszcze manją dziwną, ale na dawne czasy nie tyle co dziś zastanawiającą, był to zapamiętały heraldyk. Nikt lepiej nie znał nad niego wszystkich familji Polski, Litwy, Rusi, Inflant, Kurlandji, Prus i dawnych prowincji, ich kolligacji, pochodzeń, dawności, herbów, czystości krwi i t. d. i t. d. Była to materja, o którą tylko zaczepiwszy poczynał jak z księgi i prawił przeskakując z przedmiotu w przedmiot bez końca. Nikt też ze znających go nie potrącił drażliwej żyłki, tak się obawiano potopu wiadomości pana Lewona. Sygnet na palcu z herbem Gozdawa, oznajmywał wymownie że i on sam do szlachty należał. Bicz na nobilitowanych neofitów, skartabellaty i indygienaty świeże, na podszywane genealogje; znał na palcach, kto kogo rodził i z kogo pochodził, a ta nauka posunięta do stopnia, w którym w manją niemal się przedzierżga, nadawała mu cechę właściwą i odrębną. Dodajmy, że czasami widywano go w piaskowym płaszczu na ulicy zajętego rozpatrywaniem starych książek, które żydzi po ulicach nosili. Byli tacy co go za uczonego mieli, ale więcej poczytywało za warjata, co dowodzi tylko, jak często zacietrzewiona uczoność do warjacji bywa podobna.
Ten tedy pan Lewon jednego razu przyszedłszy do pana Erazma, którego żona i dzieci wyszły były do krewnych w odwiedziny, gdy przerabiali karty do marjasza, w którego dosyć niechętnie grywał gospodarz, z powodu żywości swego charakteru, odezwał się, patrzając po suficie:
— Bal! Bal! pozwolisz się Acan Dobrodziej zapytać, z jakich to Balów familja pańska początek swój bierze?
Pan Erazm który w tej chwili karty miał zbierać, zastanowił się, gębę otworzył, oczy wytrzeszczył i nie zrozumiał.
— Jakto? jakto? zapytał, alboż co?
— Bo Balowie, odrzekł ze zwykłą powagą pan Lewon, są starą piękną familją szlachecką naszą, a że na nieszczęście jedna gałąź ich rodu w nowinkach genewskich zasmakowała, możnaby sądzić, że z tego powodu i do miasta może się przeniosła, a zbiegiem okoliczności...
Pan Erazm słuchał chciwie, rzekłbyś wielkiego jakiegoś objawienia, które życie jego całkiem odmienić miało, w końcu porwał się wywracając krzesło z pośpiechu. Jak błyskawica przemknęła mu się po głowie myśl, że ojciec jego coś także o tem napomykał. Dotąd nigdy jeszcze nie wpadł na przypuszczenie starożytnego rodu, w tej chwili możność dowiedzenia go, wstrząsła nim jak iskra elektryczna. Znać była tam zdawna żyłka, która tylko zastygła...
— Mościrdzieju! — zawołał, jak zwykł był gdy się bardzo spieszył (co czasem przechodziło nawet przy większej egzaltacji na Mościdziu i Mciu, i służyło żonie za barometr stanu duszy małżonka). — Mościrdzieju! toć mi pan nie nowinę mówisz. Świętej pamięci ojciec mój, Balcer Bal, mawiał o tem często żeśmy szlacheckiego rodu.
Lewon podniósł głowę i zażył tabaki, nogę na nogę założył i zamyślił się.
— Mogłoby to być, mogłoby to być, — rzekł z wielką flegmą, nie zważając na egzaltacją pana Erazma, który wziąwszy krzesło między nogi, jeździł z nim do koła niecierpliwie chcąc zbadać z której strony pan Lewon mówić zacznie. — Balowie piękna familja, jedna z bardzo starych i zacnych gałęzi rodu Gozdawitów, do którego i ja szczycę się należeć. Ale proszęż Acana Dobrodzieja, masz jakie dowody? papiery... Proszę zdjąć, dodał, usiłując rozpocząć marjasza.
Pan Erazm z wielkiem roztargnieniem, byleby nie przerywać, zdjął karty i puścił się w grę nie wiedząc co robi.
— A jakże, papiery mam! są! są! tylko że się to o to nie dbało dotąd. Ale znajdę i uporządkuję. Ale Mościdziu, proszęż mi cokolwiek o tej familji powiedzieć...
— Acan Dobrodziej zadajesz boś zabił! rzekł z przyciskiem pan Lewon.
— Zadaję... ale familja! gorąco podchwycił gospodarz.
— Familja Balów Gozdawitów... ale najprzód, przerwał Lewon, wieszże Acan Dobrodziej co jest herb Gozdawa?
Tu zdjął sygnet z palca, wytarł go o połę fraka i zbliżając do świecy, pokazał wielce rozciekawionemu panu Erazmowi.
— Herb ten, zowiący się Gozdawą, począł powoli, profesorskim tonem, jest jednym z wielce starożytnych i w całym świecie najzacniejszych. Liljami pieczętuje się Francja, familja Burbonów!
— Jezu Marja! wykrzyknął chwytając za sygnet pan Erazm, Burboni! Burboni! Więc i ja jestem Burbon...
— Nie idzie zatem, odparł nic się nie rozgrzewając pan Lewon. Jest rzeczą niezawodną, że w Polsce wszyscy Gozdawowie z jednej krwi pochodzą, ale w innych krajach znak ten tylko spotyka się z naszym, nic nie mówiąc o związkach krwi. Ta jego czystość herbowna szlachetności tylko dowodzi.
— Ale cóż wyobraża ta figurka? sześć ziarnek cytryny, czy co?
Lewon ruszył ramionami, ale się nie zniecierpliwił.
— Mają to być dwie lilje, jedna do góry, druga na dół, rzekł, tak z sobą spojone jakby jedną były. Białe być powinny w polu czerwonem, przewiązane żółto... na hełmie.
— Na jakim hełmie? — parsknął pan Erazm.
— Acan Dobrodziej nic heraldyki nie umiesz? — spytał gość.
— Ani wiem co to jest... ale cóżto do tej Gozdawy?
— Grajmy no w marjasza, trochę cierpliwości, wszystko się wyjaśni! odparł Lewon.
— Ba Mociudziu! krzyknął gospodarz, ale ja bo całkiem cierpliwości nie mam i nigdy jej nie miałem.
— Inaczej się Acan Dobrodziej o niczem nie dowiesz... zadałem panfila! mówmy o czem innem.
Jakkolwiek i marjasz i gość niepospolicie niecierpliwili pana Bala, nie było sposobu; potrzeba było chcąc się czegoś dowiedzieć, nie pokazywać po sobie rozjątrzenia i nie wybuchać. Zagryzł usta pan Erazm, siadł szczelno na krzesełku i dał sobie słowo honoru, że będzie udawał flegmatyka. Niekiedy tylko to na sobie coś darł, to się szczypał, to trząsł ramionami, na co metodyczny gość nie zważał.
— Herb Gozdawa, mówił powolnie... noszą lilje, lub żeleźce lanc Burboni...
— Lub żeleźce? podchwycił Erazm, alboż to do siebie podobne...
— Musi być podobne, to rzecz u heraldyków nierozwiązana.
— A! a!
— Noszą lilje Farnezjusze... i wiele innych rodów.
— Więc to herb cudzoziemskiego autoramentu? spytał powolność udając pan Erazm.
— Nie, mają go genealogiści nasi za własny w XI lub XII wieku u nas nadany...
— Co dowodzi siedm wieków starożytności! piękna rzecz! podchwycił pan Bal.
— Lat siedmset dwanaście będzie tego roku, poważnie i z pewnością wyrzekł Lewon.
— A to i nie jedno hrabstwo takiego szlachectwa nie warte! — krzyknął pan Erazm.
— Ale Acan Dobrodziej powinieneś bić kozerą!
— A przepraszam, biję! cóż tedy?
— Moc mamy sławnych ludzi w herbie Gozdawa, a familji do niego należących pięćdziesiąt i sześć, licząc w to litewskich Gozdawitów, których szlachta polska z łaski przyjmowała... czego Acan Dobrodziej nie możesz być świadom.
— Ani o tem wiem! Kiedyż to było?
— O to mniejsza, stare dzieje! Wracam do Balów.
Pan Erazm ręce aż zatarł.
— Początek Balów ekstra daleko niektórzy wywodzą... Acan Dobrodziej dajesz karty...
— Daję Mcidziu! daję!
— Po trzy?
— Po trzy. Wracamy do Balów...
— Wiodą ich niektórzy od Baltas’a księcia Gotów.
Pan Erazm pochwycił się, krzyknął Księcia i włosy oburącz podgarnął do góry.
— E! jeżeli to ma grę przerywać, to Balów odłożymy na...
— Ale nie! gram! gram!
— Niejaki też Balas, za Justynjana, za rzymskich czasów, Massagetów wodził przeciwko Wandalom...
— Okropności! cicho szepnął pan Erazm, który już trzecią pulę w krótkim czasu przeciągu przegrał, a z nią złotych dwanaście.
— Genealogowie nasi pewniejszą już mają wiadomość o Mściugu, czyli Mszczuju z Balowa Burgrabi krakowskim w początku XV wieku.
— A niechże ich wszyscy djabli porwą! ofuknął pan Erazm gorąco — a pocóż Burgrabia? to musi być potwarz!
— Insi też to byli Burgrabiowie — rzekł z uśmiechem pan Lewon.
— Ale zawsze Burgrabia!
— Mikołaj ożeniony był ze Zdowską z Nowego Tańca, dziedziczką dóbr tego nazwiska, od którego czasu poczęli się Balowie pisać z Nowego Tańca.
Pan Erazm na ten Taniec tylko ramionami ruszył, gość grał i ciągnął dalej czwartą pulę.
— Pisali się także z Oczwi i ze Średni i z Balowa i z Balogrodu.....
Tak opowiadając niesłychanie rozwlekle o całej Balów familji z Niesieckiego i innych, a podobno nieco i pokłamawszy, pan Lewon pięć pul wygrał u zachwyconego odkrytem szlachectwem pana Bala, zgarnął pieniądze i ujął za kapelusz.
Ale niespokojny gospodarz tak go puścić nie chciał, wszyscy Balowie z księciem Gotów i wodzem Justynjana na przedzie chodzili mu po zamąconej głowie, szlachectwo schwyciło go za serce, chciał czegoś więcej nad urywane te wiadomostki... schwycił więc pana Lewona za ręce i zawołał:
— Klinaś mi Mścidziu zabił potężnego w głowę i musisz go wybić! muszę lepiej się o Balach rozwiedzieć. Nie mógłbym mieć o tej familji notatki?
— Notatki! notatki! i powoli mruczał flegmatyk kładąc zielone rękawiczki... aleć to jest w Niesieckim.
— Ale gdzież ten Niesiecki, i po co nam on? ja go nie znam, a Mścidziej to tak dobrze wiesz!
— Niesieckiego książka, przed którą skłaniam głowę, wie to lepiej odemnie... kup sobie Acan Dobrodziej Niesieckiego.
— A gdzież go dostać? gdzie?
— U żydków.
— Droga to rzecz?
— Tak, z dziesięć dukatów, ale podrożeje.
— Jeżeli tak, to nic nie stracę, rzekł pan Erazm, który w książki się wdawać nie lubił, kupię go, przepiszę i odprzedam.
— Zmiłuj się Acan Dobrodziej, toć dla szlachcica nieuchronna książka.
— Dla szlachcica! z cicha sobie powtórzył Bal, zacierając ręce, kupię zaraz jutro...
— Dobrej nocy życzę...
— Pisali się na Balowie! powtarzał żegnając p. Erazm.
— I na Oczwi i na Średni! dodał znikając Lewon.
Ten wieczór i rozmowa, na pozór mało znaczące, ogromny wpływ wywarły na losy pana Erazma i jego rodziny, tak ta myśl szlachecka opętała jegomości.
Po wyjściu gościa kręcił się jak oparzony, nie mając komu zwierzyć nowiny pan Erazm i czekał przybycia żony, z podwojoną niecierpliwością latając po pokojach, i powtarzając: na Balogrodzie! na Oczwi! książę Gotów! Massageta!
Jeszcze progu nie przestąpiła żona, gdy naprzeciw niej wyskoczył mąż widocznie cały zentuzjazmowany, wołając:
— Wiesz kochanie? nic nie wiesz! Balowie są istną starą szlachtą! Superfein, na Balowie! na Oczwi! Był jeden księciem Massagetów, drugi Justynjanem, mylę się, wodzem cesarskim... mają w herbie dwie lilje podobne do gwoździków.
Żona w pierwszej chwili przelękła się, myśląc że oszalał, tak go zrozumieć nie mogła, otworzyła oczy, osłupiała.
— Co to jest? pytała przestraszona.
— Był u mnie ten poczciwy Lewon, on mi tu wszystko jak na dłoni dowiódł, że jesteśmy bardzo starą szlachtą, nawet książęcego rodu...
— Serce moje, łagodnie odezwała się pani Balowa, a to nam do czego?
— Do czego! do czego! krzyknął w furją wpadając pan Erazm, śmieszna kobieto! krótko-widząca kobieto! szlachectwo to klejnot! rozumiesz asani?
Pani Erazmowa ruszyła ramionami chcąc iść dalej, ale mąż jej nie puścił.
— Balowie byli panami, rzekł i będą, dodał podnosząc rękę do góry proroczo. Są skoligaceni z Firlejami, ze Słupeckimi, z Gołuchowskimi, z Drohojewskimi, z Tarłami, jak mi pan Lewon zaręczał...
— Moja duszko! ale cóż tobie dziś jest? — odezwała się kobieta.
— Co mi jest? krzyknął Bal, to mi jest, że jestem szlachcic!
— A ja jestem zmęczona i chcę się rozebrać, odpowiedziała Ludwika.
Dzieci słuchały i nie rozumiały.
Scena się na tem nie skończyła, bo pan Bal długo jeszcze poczciwą żonę szlachectwem męczył, a w nocy ojcowskie drabował papiery, latał budzić towarzyszkę z dowodami rodowitości, i nazajutrz rano poleciał po Niesieckiego, którego pierwszy tom dźwigając, sam wbiegł i zamknął się u siebie, nasycając całą familją Balów i niebieskich używając rozkoszy.
Że jednak przywyklejszy był do rejestrów jak do rozumienia herbarzy, wiele mu wątpliwości nierozjaśnionych zostawało, które, jak mniemał, tylko pan Lewon mógł rozwiązać, pospieszył go szukać na Starem Mieście. Nie łatwo to przyszło, bo go po nazwisku nie znano na rynku Starego Miasta, i dopiero wpadłszy na myśl opisania piaskowego płaszcza, dowiedział się zacny pan Erazm o mieszkaniu człowieka, który go tak swoją heraldyką zniespokoił.
Wdrapał się po ciemnych, wązkich, starych schodach zdyszany kupiec na trzecie piętro i do drzwi zapukał.
— Któż u licha! odezwał się głos wewnątrz.
— Ja do usług pańskich... Bal.
Cicho, ani słowa, mruczenie tylko.
— Czy mogę wejść?
Nic na to.
Niecierpliwa sztuka, przemknął trochę drzwi, wścibił głowę i zobaczył długiego wielkiego pana Lewona, który z wzrokiem dosyć groźnym śmiesznie wkładał na się nieuchronnie konieczne ubranie.
— Ale na cóż te ceremonje! — zawołał wpadając pan Erazm — stokroć przepraszam...
— Nic nie szkodzi.
Obejrzał się wkoło przybyły i pojął, że ta wizyta nie była pożądaną, izdebka bowiem, którą zajmował starzec, nie miała nawet dwóch krzeseł, ani nic, coby na gościa obrachowanem było... nędza lub skąpstwo patrzyły zewsząd. W dodatku tak była zarzuconą papierami, zwojami i książkami, że żywy ale nieostrożny gość nie pojmował, co z sobą zrobić.
Był to maleńki pokoik z dwojgiem okien na ulicę, wązkich i małych, w jednym końcu łóżeczko, w drugim stolik z wszelkiego rodzaju gospodarstwem; reszta zarzucona papierem drukowanym i pisanym, którego by ledwie na zawijanie gorszych swych towarów chciał użyć pan Bal. Skłopotanie nie małe malowało się na twarzy gospodarza, który wciąż nakładając konieczne odzienie (bo siedział bez ceremonji w jednej koszuli i szlafmycy), pomrukiwał coś pod nosem. Gdy się stawało coraz widoczniejsze, postrzegł je i kupiec, a nie wiedząc jak się wykręcić, zawołał:
— Ale ja nie przeszkadzam, chciałem tylko zaprosić na marjasika na wieczór.
Skrzywił się stary. — Prawdziwie, nie wiem... nie wiem, czy będę mógł...
— Ale jeżeliby można... chciałem niektórych objaśnień o tych Balach w Niesieckim.
— Acan Dobrodziej masz już Niesieckiego?
— Mam!
— Jeżeli będę mógł, jeżeli będę mógł — mruknął stary.
Przybyły widział konieczność wysunienia się, nie mając nawet gdzie usiąść, ale darmo spodziewał się wieczorem gościa, bo pan Lewon, zapewnie nowych napaści obawiając się, nigdy już na Bielańskiej ulicy nie postał, bo w rok potem niewinny ten złego początek umarł; pokazało się po śmierci, że to był zagorzały heraldyk bez grosza przy duszy, który nad nowem Niesieckiego wydaniem pracował do zdechu, jak to dawniej mówiono. A że doskonale grał w marjasza, co gdzie wygrał, na nadzwyczaj skromne życie i zakupienie książek obracał. Żył często bułką i wodą lub mlekiem, nocy i dnie pracując, i był już w literze M, gdy go śmierć zaskoczyła...
Rękopisma... leżały długo w kącie na poddaszu, póki ich szczątków ktoś nie uratował; mówiono że się dostały do Lipska... i ztąd urosło nowe Niesieckiego wydanie.
Tymczasem pan Bal, myśli raz zawziętej nie rzucając, jak dalej życie poprowadził to zaraz ujrzymy.






ROZDZIAŁ III.

Dzieci i nowa znajomość.

Zdawało się panu Erazmowi że mu się od tej daty nowe życie poczęło, a Ludwika westchnęła za dawnem spokojniejszem; w istocie ten żywioł nowy wrzucony w żywot ich miejski, zakłócił byt ich i zamieszał pokój. Przy gorączce której pan Erazm ulegał, nowe szlachectwo nadało mu niepospolite kłopoty i śmieszności. Jakiś czas latał ciągle, każdego spotkanego uwiadamiając o Balach, Balogrodzie, Oczwi i Średni, nie omieszkując Massagetów, Justynjanowego wodza, tak że nieboraka Massagetą przezwali. W końcu już go drudzy witali tem mianem. Ale że znano poczciwe jego serce i ceniono człowieka, darowano mu śmieszność, którą na siebie dobrowolnie ściągnął.
W domu z temi przybyłemi Balami nie tak poszło łatwo; wszystkie projekty poczęły się zmieniać z wielkim przestrachem i niepokojem żony, która jedno miała na to lekarstwo — niewyczerpaną cierpliwość.
Szlachectwo stare stało się manją pana Erazma i znacznie wpłynęło na jego sposób zapatrywania się na przyszłość własną i dzieci. Chciał rzucić handel, sprzedać domy i wrócić do jakiego Balogrodu lub Balowa. Myśl ta zupełnie go opętała, a największych trzeba było starań ze strony żony, żeby jej nie dać zaraz i ze szkodą znaczną do skutku doprowadzić. Wpłynęła ona także na wychowanie dzieci, które były niedorosłe jeszcze; miano je zawsze z jak największą troskliwością usposobić do świata, ale teraz nowe otworzyły się widoki. Syn, który był Aureljanem w metryce, otrzymał przy chrzcie spóźnionym z ceremonją imiona Stanisława-Piotra-Michała, w familji Balów zwyczajne.
Córce chciał dać także imię Kunegundy, na cześć którejś praprababki, ale żona wymogła że została Elizą. Syn który rozpoczął był wychowanie w szkołach a kończył je w uniwersytecie, najmniej był obłąkany tą szlachecką chandrą ojca; córka, choć tego nie pokazywała po sobie, więcej wzięła godność swoję do serca. Matka poczciwa ubolewała tylko, ale cóż począć mogła z upartym bardzo, żywym jak siarka i niepokonanym na tym punkcie Massagetą?
Im więcej starała mu się próżność marzeń tych okazać i zupełnie niepotrzebne ich w życiu do którego przywykli wtrącenie, tem pan Erazm silniej się przy swojem upierał. Tyle jednak rozsądną swą powolnością dokazała pani Balowa, że mąż przyrzekł jej, choć dobra kupi, ani domów nie sprzedawać, ani handlu nie rzucać. Oboje myśleli po cichu, jedno: wrócimy po przykrych doświadczeniach do dawnego; drugie: da się to wszystko zrobić powoli!
Tymczasem i panna Eliza i pan Stanisław rośli i gotowali się zająć swe miejsce w czynniejszem życiu. Eliza była bardzo podobną do ojca, z tą różnica, że rysy jej twarzy szczęściem widealizowały to podobieństwo, nie trzymając go się ściśle. Żywa jak ojciec, ale daleko otwartszej głowy, Lizia była śliczną panienką, jedną z tych uroczych, czarnookich Warszawianek, które łatwiej spotkać na ulicy od brzydkiej i pospolitej twarzy, tak tu piękność jest pospolitą. Jej wdzięk, trochę majątek, trochę pieszczoty ojca i powolność matki, zawróciły młodą główkę, która się dosyć dumnie wznosiła na ślicznej szyjce łabędziej. Maleńka, zręczna na podziw, z drobniuchną dziecinną prawie nóżką i rączką, zgrabna jak wiewióreczka, złośliwa nieco, bo się lubiła z dowcipkiem popisać, ognistem okiem czarnem mierzyła życie, nad którem panować chciała.
Umieszczono ją w początku na najlepszej pensji u niejakiej p. Blanchard, instytutorki z Paryża wprost przybyłej, do której cisnęły się najzamożniejszych rodzin dzieci. Tu w towarzystwie kilku hrabianek i jednej nawet księżniczki trafem zbłąkanej na pensją i służącej za lep dla matek, Lizia nabrała pogardliwego toniku i wielkiego rozumienia o sobie, a że się czuła w przyszłość bogatą, że się znała piękną i powabną, roiła świetne, bardzo świetne losy. Była to ulubienica ojca, chociaż i matka miała ku niej czułe przywiązanie, ale ta czując trochę niesprawiedliwość ojca, który syna nie tyle lubił, ku niemu się przychyliła raczej.
Pan Stanisław wszedł do uniwersytetu w tych czasach, kiedy w odrodzonem królestwie wszystko wzbudzonem na nowo życiem pałało, kiedy jego młodzież, jak puls ognisty, każdą piękną myślą, każdem szlachetnem biła uczuciem. Była to chwila, w której wszyscy do najmłodszego studenta chwytali się nauki, łaknęli jej i chciwi pili z krynic oświaty lepszą przyszłość. Walki literackie, z których wyrodzić się miała szkoła nowa, zdobycze naukowe, wyrabiające się zasady moralne, obchodziły tę młodzież, pragnącą pracować, podnosić się i stać użyteczną. Jak do boju, stając do swego zawodu mozołów i trudu wszyscy skupieni szli jedną bryłą, sympatycznie związawszy dłonie braterskiem uczuciem. Miło było spojrzeć na ten zastęp spokojny, w którym tyle żyło i kwitło nadziei, mających marnie zagasnąć. Stanisław należał do najpracowitszych uczniów, do najwcześniej spoważniałych młodych ludzi, co spiesząc do życia surowego przeskoczyli lata wesołej nieopatrznej pory wiosennej. W nim już był mąż, a pierś twarda jak zbroja, głowa myśląca znojnie, dłoń co nie drgnęła do próżnej zabawki, gotowe były do zawodu, którego czuł i pojmował ważność.
Był to piękny, słusznego wzrostu, krzepki i silny młodzian, nad którego piękniejszym naówczas nie mogła się poszczycić Warszawa; trochę mu tylko ujmował wdzięku ten wyraz zawczesnej, smutnej powagi niewłaściwy może wiekowi. Oczy czarne, piękny włos ciemny, cera brunatna, okraszona rumieńcem żywym, usta smutnie po większej części ściśnięte, nos długi i prosty pięknej linji, składały całość zastanawiającą.
Milczący i zadumany najczęściej Stanisław, gdy z niego dobywało się uczucie, gdy niem rozgorzał, był tak porywający, tak zwycięzki, że wszystkim usta zamykał. Przekonanie głębokie tak silnie mówiło z niego, iż mu każdy mniej pewien swego ustąpić musiał. Dla ojca powolny, posłuszny, ale zanadto zdający mu się łagodnym i milczącym, bo się przed nim nigdy wywnętrzyć nie umiał — nie miał też u niego łaski. Wolał on Lizię trzpiota, która figla spłatawszy, umiała się tak ojcu przylizać, że jej zawsze darował.
— Żeby ten spryt panu Stanisławowi, mawiał ojciec, co Pan Bóg dał Lizce! o! o! To mruczek, z cicha pęk, zanadto na swój wiek na sensata zakrawa, a zimny jak lód! To mi dziewczyna! wykapana moja natura! a! jak mnie rozumie!
Lizia szczególniej z najsłabszej strony pojęła pana Erazma i manję jego szlachecką doskonale przejąć potrafiła; to właśnie podobało się mu najwięcej. Stanisław choć się w tem ojcu nie sprzeciwiał, ale też widocznie z nim nie sympatyzował, i to mu w sercu poczciwego pana Bala wielce szkodziło. Wiedząc jak matka przeciwną jest w tem ojcu, Lizia umiała z dziwną zręcznością dobrać zawsze tak chwilę potakiwania ojcu, żeby matki nie zniecierpliwić. Stanisław brzydząc się fałszem, ilekroć był otwarcie spytany, szczerze się też spowiadał, że podzielał matki zdanie. Lizia naówczas milczała lub wykręcała się dwuznacznikami.
Jedyną pociechą zastraszonej mężowskiemi projektami pani Balowej, był ten dorastający syn, który nie dając się próżności uwieść, zdrowo widział rzeczy, i jak ona rokował o przyszłości.
Kiedy się ta powieść rozpoczyna, Stanisław skończył już nauki i powrócił do rodzicielskiego domu, szczerze mimo ojca biorąc się do handlu, który za powołanie swoje uważając, umiał wznioślejszą o jego znaczeniu uszlachetnić myślą. Stanisław marzył o wielkich obrotach kapitału, o przedsięwzięciach dla kraju użytecznych, o użyciu grosza na rozkrzewienie jakiego zbawiennego wynalazku, i pojmował, że kapitalista i kupiec z tego stanowiska zapatrując się na powołanie swoje, równie jest użytecznym obywatelem, jak każdy inny. Napróżno ojciec z przykrością patrzący na swój stan, starał się wlać weń trochę dumy.
Jedyną dumą i pragnieniem młodego człowieka było pozyskać sobie prawdziwą zasługę, świadectwo własnego sumienia i poczciwą sławę u rodaków. Wszyscy dawni Balowie, których umiał szanować, byli mu zupełnie obojętni, bo nie zdawało mu się, by który z nich za niego zrobił to, do czego on był obowiązany.
Stanisław, jak widzimy, brał te rzeczy głęboko i ze strony ich rzeczywistej, a matka podzielała jego zdanie. Lizia powierzchownie sądziła i namiętnie chwytała się marzeń ojca.
Tymczasem nie trafiała się jakoś zręczność nabycia dóbr, o których tak marzył Erazm, i pomimo gorączki trawiącej go, do skutku zamiaru swojego przywieść nie mógł. Handel szedł bardzo dobrze, a że kapitały przyrastały, a domów więcej nabywać sobie nie życzył pan Bal, rozszerzał mimowolnie zakres jego.
Jeden z najniebezpieczniejszych pochlebców i pieczeniarzy, którzy bogatego kupca otaczali, był podówczas niejaki pan Zrębski, stary już adwokat, z dawnych owych trybunalskich kauzyperdów, co to całe prawo zasadzali na wykrętarstwie. Niegdyś nawet aplikował jeszcze za Trybunału w Lublinie, w czasach zepsucia i demoralizacji, którą szerzyły nie szlacheckie skromne sprawy, ale intrygi i wybiegi panów, nie wahających się cudzemi rękoma brudny żar zagrzebywać. Maciej Zrębski wyszedł z najgorszej szkoły, był przy sławnym mecenasie, któremu zwykle powierzano zdesperowane tylko interesy. Tam on nabrał tego przekonania praktycznie wpojonego, że na świecie co komu dogodne, a zręcznie się robić daje i pocichu, to godziwe. Fizys to była ciekawa i podejrzewam, że z podobnego jemu Norblin rysował swego patrona. Słuszny, chudy, ale grubokościsty, z podniesionemi ramionami, osadzony na ogromnych płaskich nogach, pan Zrębski posuwał się na nich bezpiecznie, nie lękając upadku i uśmiechając ze świata, któren błaznem pospolicie nazywał. Z siebie sądząc o ludziach, nikogo nie cenił, a rodzonego brata byłby odarł, byle gładko.
Pod te czasy już moralność powszechna znacznie się była podniosła, nieszczęścia natchnęły prawością, nie było już owych skandalizujących procesów, które na zgorszenie świata dawały wygraną silniejszemu: opinja publiczna nie dozwalała ich nawet rozpoczynać, bo palcem wskazywała tych, co je ośmielali się podnieść. Pan Zrębski powoli uczuł się opuszczonym, ludzie rozstępowali się do koła niego, klientella znikała, sława szła w niepamięć, pozostał na boku. A że nie wiele się zebrało dawniej i licho zebrane nie najlepiej poszło, bieda poczynała przez dziurawe niekiedy buty i otarte łokcie wyglądać.
Krzepił się jednak nasz pan Zrębski nadrabiając miną umiejętnie, malując na czarno szkarpetki, łatając łokcie wylotami, bo się po polsku nosił jeszcze, ale po cichu wzdychał ciężko, wyglądając tylko na jaką gratkę.
Manja nabycia dóbr pana Bala robiła mu niejaką nadzieję, że się przy tym interesie obłowić będzie mógł; pochlebiając więc jej zręcznie, wyuczywszy się genealogji, nie spuszczał z oka pana Erazma na chwilę, czyhał na porę i uczęszczał do jego domu, w którym się utrzymywał niecnem pochlebstwem. To się jednak nie brało, tylko do poczciwego a słabego pana Bala, reszta rodziny miała wstręt do tego człowieka i bynajmniej się z nim nie kryła. Zrębski udawał jakby tego nie widział, a zawsze uniżony, pełen protestacji i komplementów, im się zimniej z nim obchodzono, tem goręcej nadskakiwał.
Oryginalna to była postać. Oprócz statury wysokiej, ramion do góry podniosłych, i nadzwyczaj wielkiej a płaskiej nogi, odznaczała go głowa spiczasta, wyłysiała, z wichrem na wierzchu, ręce długie i ogromnemi palcami kościstemi zakończone. Trudno mi tę twarz odmalować, w której tyle było charakteru, co by go łatwiej ołówek schwycił niż pióro. Wystawcie sobie krogulca przedzierzgniętego w człowieka, do którego drapieżności przymięszałaby się tak obrzydliwa chytrość, że ją o staję widać i czuć było z niego. Czoło z natury nizkie, łysina tylko nieco rozszerzyła, pod jego wystającą nieco deską, oczki okrągłe, biegające, lisie, żółtawe, ruszały się nieustannie, usiłując zwyczajem podobnych ludzi, nigdy się nie dać na gorącym uczynku pochwycić. Były wszędzie, nie złapałeś ich nigdzie. Z pośrodka twarzy wyskakiwał nos zakrzywiony drapieżnie, nieco u końca czerwony i pokrywał troskliwie usta, które do reszty wąsy zasłaniały. W ten sposób obwarowany, bo oczyma uciekał a warg nie pokazywał, pan Zrębski był zawsze jak w masce. Uśmiech jego zaledwie niekiedy zdradził się marszczką na wyschłym policzku, która okazała się, zadrżała i znikła. Badacz fizjognomji musiałby się przestraszyć wniknąwszy w tajemnice tej twarzy, zaczerwienionej prawie ciągle, i jak mgłą osnutej nieprzebitą zasłoną chytrości ostrożnej. Ruchy i sposób znalezienia się odpowiadały zresztą obliczu pana Zrębskiego: pokorny do przesady w słowie i ukłonach, niewyczerpany w formach grzeczności, niekiedy do wyskoków hyperbolicznych posuniętej — nie ważył się mieć ani własnego zdania, ani myśli, ani chęci. Najnieprzyjemniejsze zadania spełniał z uśmiechem radości, najprzykrzejsze wyrzuty i przymówki połykał jak słodycze, a gniewu ani zniecierpliwienia nie okazał nigdy. Schwytany tak że musiał zdanie swoje wyrzec nim się domyślił, wybadać otaczających go w tymże przedmiocie, plątał się w takiej sieci słów i wyrażeń nierozwikłanej, że go nikt odgadnąć nie potrafił, dopóki z rzutu oka, z miny, z postawy, z ruchu nie dobadał jak mówić wypadało.
Nie było też trafniejszego nadeń w poznawaniu ludzi, których całe życie studjując dla korzyści i bardzo pilnie, nauczył się na palcach. Z formy zapytania, z jednego słowa, z chrząknienia, często odgadywał całe pasmo najzawiklańszych myśli.
Z tem usposobieniem otwartego, wylanego i szczerego aż do zbytku, bo nigdy z niczem na chwilę ukryć się nieumiejącego pana Bala łatwo zbadał, przeniknął, poznał i nauczył się mu pochlebiać. Człowiek ten, co nigdy nie przeszedłszy przez smutne doświadczenie, nikogo o przewrotność nie posądził, był dla niego łatwą pastwą.
Co czwartek przychodził na obiad pan Zrębski z pełną nadrą nowinek różnych dla każdego z familji; z tysiącem pokłonów i grzeczności; u progu już wiedział o humorach osób, a tak się umiał do nich stosować, że choć go nie cierpieli wszyscy prócz gospodarza, stawał się przecie znośnym. Wobec rodziny nawet, której się narażać nie chciał, obawiając zwłaszcza syna, nigdy zbyt otwarcie nie potakiwał panu Balowi, ale wstrzymywał się tak zręcznie, że i jego tem nie dziwił i drugich nie gniewał.
Pochodzenia pana Zrębskiego nikt nie znał, mówił czasami że był z Płockiego, ale nie wspomniał nigdy o familji i był sam jeden jak palec, goły widocznie, a kto go potrzebował, szukał zwykle w szyneczku i bilardzie, na rogu ulicy Daniłowiczowskiej, gdzie najczęściej przebywał. Był to najstalszy tego ciemnego kątka mieszkaniec i od ósmej rano do dziesiątej lub jedynastej wieczorem zawsze tam było można go zastać. W szyneczku tym odgrywał taką rolę jak gdzieindziej, usiłując się akomodować wszystkim, począwszy od sług i gospodyni, do przybyłych gości. Z wielu pod marnym pozorem jakimś rozpoczynał rozmowę i rzadko ją skończył nie zwilżywszy ust cudzym kosztem. Był przytem niesłychanie uczynny, tak, że choć adwokat, podejmował się nawet każdej posługi, i najdrobniejszego zajęcia, byle mu jaki grosz wpłynął. Niekiedy dozwalał sobie płacić nawet traktamentem, ale w takim razie nie najlepiej wychodził częstujący, bo ile mógł zjeść i wypić tego nigdy jeszcze nikt nie doszedł. Trunek go czerwienił ale nie upajał, a jadło połykał jak gdyby tydzień nic nie miał w ustach.
Zresztą wszystko było mu jedno co dano, byle jadł i pił. Na stronę każdej strawy i wszelkiego napitku miał coś do powiedzenia, w każdym znalazł coś dobrego.
Nie wiem jak się z tym nikomym człowiekiem zapoznał pan Bal, który był bardzo łatwy do zawiązywania nowych znajomości, ale Zrębski raz do niego przystawszy, przyczepił się jak pijawka. Podejmował się różnych małych posług, chodził na zwiady, odszukiwał dłużników, przynosił informacje, atentował w drobnych sprawach na ratuszu, zbierał plotki i robił co mógł, żeby się wśliznąć w zaufanie i zażyłość z panem Balem. Kupiec miał zwyczaj wychodzić w dzień na przechadzkę do którego z publicznych ogrodów lub za miasto; a że to zwykł był czynić o jednej godzinie, zawsze niemal spotykał na drodze pana Zrębskiego, który go się chwytał i już mu towarzyszył. Te chwile oko w oko spędzane, najwięcej się przyczyniły do związania go ściślejszego z panem Erazmem; w nich bez sromu wylewał się stary wyga na pochlebstwa i podbijał bębenka kupcowi. Wśród tych to wycieczek wyjednał sobie zaproszenie na czwartkowe obiadki i nie jednę potrzebną wyssał wiadomość. A że pamięć miał doskonałą, a pan Bal z niczem się w życiu nie ukrywał, skończyło się na tem, że dom, sprawy, majętność, obroty, projekty kupca znał po niejakim czasie tak dobrze, iż księga hipoteczna dokładniejszą w tej mierze od niego być nie mogła. Pan Erazm w życzliwość, przyjaźń i przywiązanie Zrębskiego tak wierzył, iż niepodobna było nigdy nikomu z rodziny cienia nawet podejrzenia rzucić na tego człowieka.
— Ten poczciwy starowina, mówił, dałby się za mnie powiesić! Dobre! dobre człeczysko! z kościami! I głowę ma! Mocidziu! dodawał machając rękami kupiec. O głowa! nie dla proporcji.
Tymczasem ów poczciwosz, widać z napiętą myślą jakąś w głowie, raz się do domu wszrubowawszy, często już i do sklepu zachodził i z komisantami w gawędki się wdawał, a to wszystko miało na celu jak najdokładniejsze poznanie całego domu.
Szło mu o wystudjowanie rodziny tak jak zbadał jej naczelnika. Żaden też ruch mu nie uszedł, żadne objawienie charakteru nie mignęło dlań nie pochwycone. Samę panią, córkę i syna umiał na palcach. — Z tem się jednak nie wydawał, owszem grał we czwartki rolę człowieka nieświadomego, obcego, obojętnego zupełnie, często nie dosłyszał niby czego i wypytywał o to co doskonale wiedział.
Są czasem instynktowe wstręty, jakby przeczucia jakieś, którym człek się opiera, choć one go nigdy nie zawodzą. Jest to jakieś wpół zwierzęce, niewyrozumowane uczucie, sprawujące, że domyślamy się zbliżenia wroga, jak pies naprzykład przeczuwa lekarstwo w roślinie. Przywykli do kierowania się tem tylko co pojmujemy, oburzamy się często na niewytłómaczone pociągi i antypatje...... skutek później ich prawdziwość dowodzi.
Taki wstręt czuła cała niemal rodzina Balów do pana Zrębskiego, a sama pani nawet usiłowała w początku mężowi go udzielić, ale pan Erazm oburzył się niezmiernie.
— A zaraz nieufność! a zaraz podejrzenie! krzyknął niemal z furją. Co tobie w głowie Ludwisiu? To poczciwe człeczysko! a proste! a dobroduszne! co mu powiem ma za ewangelją! Czego u licha lada stracha w konopiach się lękać?
I tak ofuknął się na żonę, która zamilkła, więcej już nie probując nawet obudzić uwagi męża na podejrzaną postać, co się powoli do ich domu wśliznęła.





ROZDZIAŁ IV.

Tajemnice familijne.

W ostatnich czasach sklepy pana Bala zapotrzebowały pomocników, bo handel znacznie się powiększył; na lat dwa czy trzy przed chwilą gdy się powieść nasza rozpoczyna, pan Erazm nawet był w dosyć wielkim z tego powodu kłopocie. Jakkolwiek łatwo umiejący zaufać, chciał jednak kogoś, komuby się bezpiecznie mógł powierzyć, bo właśnie do kasy i ksiąg brakowało mu człowieka. Poczciwego nieboszczyka Murzyńskiego trudno było zastąpić, a od czasów zniknienia jego okularów i peruki, wiele już razy westchnął za niemi osierocony kupiec. Wprawdzie stary był gderliwy, ale jakież to było przywiązanie do miejsca, do domu, do spraw jego i pomyślności, jaka nieposzlakowana uczciwość i dobrowolna abnegacja! Za te pieniądze które dawniej ów kosztował, już dziś lada posługacza dostać nie było można.
Biedził się wielce pan Erazm, gdy jednego poranku syn przyszedł do niego. Odwiedziny te były w tak niezwykłej godzinie i tak niespodziane, że Bal domyślając się więcej niż znaczyły, porwał się z krzesła i do Stanisława pobiegł jeżąc włosy, bo przeczuwał już jakieś nadzwyczajne wiadomości.
— Ojciec potrzebuje podobno kogoś do ksiąg i do kasy? zapytał Stanisław po przywitaniu.
— Ale jak! ale jak!
— Ja właśnie mam kogoś i śmiało mogę polecić.
— O! a zaraz śmiało! Nie bądźże zarozumiały. Trzeba jak my ludzi znać! z waćpana jeszcze szczygieł!
Stanisław zamilkł na chwilę.
— No! a któż to taki? spytał ojciec, mów bo! a prędko!
— Jest to mój towarzysz szkolny i uniwersytecki.
— Eh! eh! chodził i na uniwersytet! ba! ba! ale to smarkacz!
— Trochę starszy odemnie. Znam go dobrze, charakter pewny, umie wiele a pracować lubi.
— Tere fere kuku! wszystko jest! tylko nie ma czego potrzeba! albo to w uniwersytecie uczą tego co mu tu najpilniejsze?
— Chodził na prawo.
— Choćby i na lewo! co to ma na co chodził?
— Ale już trzeci rok w sklepie...
— A! gdzie?
— U M...
— A czegoż ztamtąd uchodzi? Dobrzy ludzie przywiązują się do miejsca!
— On nie uchodzi, ale ja go chcę do nas namówić! Tam mają go kim zastąpić a nam bardzo braknie człowieka.
Zamyślił się pan Bal.
— Zresztą jeśliby to się ojcu nie podobało, dodał ciszej Stanisław, prosiłbym go o inną rzecz...
— A no! proś! proś! aby prędko! bez tego macania.
— Jabym może potrafił to miejsce zająć — próżnuję...
Pau Bal aż podskoczył.
— Oszalał czy co! co waści we łbie świta? Waćpan nie do handlu jesteś stworzony... Wiesz kto jesteś? Twoi przodkowie spokrewnieni byli z pierwszemi w kraju rodzinami. Na nas leży missja wrócenia dawnego blasku upośledzonej zbiegiem okoliczności familji...
— Ależ żadna praca nie uwłacza!
— Tere fere! Potomek księcia Massagetów! co ty pleciesz! co pleciesz, mówię ci! przyskoczył pan Erazm. To są nowe, zgubne, podkopujące egzystencją społeczeństwa zasady, to są niebezpieczne zdania... to są... Ja ci powiadam... Ale z oburzenia, na powiedzenie więcej słów ojcu nie stało.
Stanisław nie chcąc go rozżarzać, milczał.
— Wybijże to sobie z głowy, dodał po chwili milczenia pan Erazm. — Ja chcę żebyś był szlachcicem, panem, urzędnikiem, ale nie kiepskim kupcem, jak ja biedę klepiącym.
Westchnął; westchnął i syn.
— Czego Waść wzdychasz? ofuknął się, albo to zły los? co? jeszcze ci źle?
— Chciałbym pracować.
— Pracuj! Rób sobie stosunki w świecie przyzwoite jak inna młodzież, wejdź w stosowne towarzystwo... to twoja przyszłość.
— No! a ten twój przyjaciel, odwrócił po chwili rozmowę, jak się zowie?
— Jan Strumisz.
— Co to za familja? Strumisz! począł stary, który już zaraz myślał o herbarzu, czy nie szlachcic przypadkiem?
— Nie wiem, rzekł Stanisław.
— Jakto tego nie wiedzieć! ruszył ramionami Bal, to pierwsza rzecz o którą się pytać powinno! Ale pewnie szlachcic... nazwisko mi się podoba... przyprowadź mi go jutro...
Teraz słówko o panu Janie Strumisz, który czy był szlachcicem bardzo wątpię, ale że był bardzo szlachetnym chłopcem to pewna. Ubożuchna ta istota nie wiele nawet wiedziała o sobie, odumarli go rodzice, którzy tylko maleńkie domostwo i dwa razy tyle długów co było warte zostawili mu z sieroctwem. Jeden Pan Bóg się nim tylko opiekował; bo by zginął na bruku jak ginie tylu i tylu. Zawczasu wierzyciele domek z jego wspomnieniami sprzedali, dziecię się zostało tak samo jedno, tak wydziedziczone, że je Pan Bóg za rękę wziąć musiał i ścieżką życia poprowadzić. W siedmiu leciech ksiądz poczciwy począł go uczyć. Był to stary Kapucyn, który sobie pracy szukał jak drugi spoczynku. Jego ręki użyła Opatrzność dla małego Jasia, by mu w najbardziej stanowczej chwili nie dać przepaść. W początku przywiązało się to do kapucyńskiej furty, kruchty i kościoła, jak do jedynego miejsca przytułku. Staruszek widząc chłopię bardzo biedne, co mu z oczu poczciwie patrzało, zajął się sierotą. Nauczył czytać, ministrantury, trochę pisma, a gdy dorósł nieco, dał go bogatszemu komuś do usług, z warunkiem żeby do szkół chodzić mu pozwolił. W owe czasy nic nad to nie było pospolitszego; w izbie służył pauper paniczowi, w szkole na jednej z nim ławie zasiadał, a często przechodził go pilnością i nauką. Już dalej coraz łatwiej poszło Jasiowi, bo się uczył ślicznie, a łagodniejszego dziecka nie było nad niego. Przybity nieszczęściem, Strumisz z pokorą cichą męczenników przekradał się przez świat lękliwie. Ta pokora nie była w nim podłością, namaściło ją uczucie chrześcjańskie; umiał podnieść czoło zarumienione gdy go dotknięto, ale świętość cierpienia zagrzebanego w duszy, którą czuć umiał zawczasu, zniżała je po wieniec cierniowy.
Pokochali go wszyscy, aż do zazdrosnych, którzy mu jego wyższość przebaczyć musieli dla słodyczy charakteru. Już w szkołach zaskarbił sobie tę miłość ludzi, która jest udziałem niewielu, bo ją daje tylko prawdziwie poczciwe serce, które bije na wierzchu, że przez pierś je widać. Był to ulubieniec nauczycieli, kochanek towarzyszów, pożądany gość wszędzie, a sporów pojednawca między młodzieżą. Charakter jego tyle już wzbudzał szacunku, że w każdej waśni na jego uczucie jak na sąd przysięgłych się spuszczano. Z tą przyjaźnią wszystkich, z miłością gorącą towarzyszów, przeszedł Strumisz szkoły, dziękując Opatrzności, która mu drogę uścielała; namówiono go do uniwersytetu, gdzie się utrzymując z przepisywań, pomocy słabszym w nauce, nauczycielstwa ciężkiego, potrafił znowu odznaczyć, wyrabiając do reszty na człowieka.
Ztąd wyszedłszy świat mu się wydał szeroki i pusty! nie wiedzieć dokąd się obrócić i co robić z sobą. Towarzysze, nauczyciele rozpierzchli się powoli, został sam jeden, a żadne powołanie jeszcze nie świeciło mu jasno na dalszą drogę życia. Co było począć? Z poezją w duszy biedny chłopak poszedł robić rachunki i siedzieć w sklepie, którego drzwi mu przyjaciel dawny otworzył.
Strumisz mógł mieć lat dwadzieścia i dwa, ale wyglądał na nieszczęście tak młodo jeszcze, jakby nie doszedł drugiego dziesiątka. Cały charakter czytał się w jego postawie i twarzy. Wysmukły, cienki, niezmiernie zręczny i giętki: ruchy miał pełne szlachetności i wdzięku niemal dziewiczego, nogi kształtne, ręce foremne i delikatne, twarz niezmiernie białą, jak zwykle u tych, którzy więcej siedzą w domu niż na powietrzu; aż do zbytku miał płeć świeżą, cerę panieńską. Wielkie oczy blado-niebieskie, włosy płowo-bląd, usta smutne i zamyślone, rysowały typ młodzieńca północy, w którego rozwijaniu się pierwiastek dumy smętnej góruje a siła śpi jeszcze w głębi. Było to uosobienie cierpienia cichego, co patrzy cierpliwie na świat, czekając rychło kolej szczęścia i spoczynku nań przyjdzie. Ale w tych oczach niebieskich, które spoglądały z bojaźliwem jakiemś rozczuleniem, połyskiwał rozum, mówiła z nich myśl. Czoło nad niemi rozpięte, jak biały namiot świeciło pogodnie, niemal wesoło. Cisza tego siedliska rozumu ledwie nie dziwiła przy łzawym wyrazie spojrzenia i ust; ale ta sprzeczność mówiła, że choć serce czuło, dusza wyżej stojąc wejrzeniem urągała się cierpieniu własnemu.
Bardzo skromnej postawy, grzeczny niemal do pokory, Strumisz zyskiwał serce ust nie otworzywszy, tak coś w nim było sympatycznego i niewytłómaczenie pociągającego. Nie jeden co się dziwił powszechnym pochwałom, któremi go obsypywano, co się oburzał na uprzedzenie z jakiem młokosa przyjmowano wszędzie, uległ urokowi jego za pierwszem wejrzeniem.
Stanisław, który znał tę potęgę Strumisza, wiele na nią rachował, prowadząc go do ojca, a przez drogę starał się wcześnie uprzedzić przyjaciela, by mu się żywy, porywczy, czasem nie nadto grzeczny, choć w gruncie najpoczciwszy ojciec, zbyt dziwnie i straszliwie nie wydał.
Zastali pana Erazma już niecierpliwiącego się i chodzącego po pokoju, bo godzina ich przyjścia obiecanego już była minęła. Niemal gniewnie spojrzał na drzwi i zmierzył oczyma przychodnia, a dojrzawszy białej twarzyczki, jasno-bląd włosów, niebieskich, powieką wypukłą pokrytych oczów, ruszył ramionami spoglądając na syna znacząco, jakby mówił, a cóż to mi za panienkę przyprowadziłeś?
Te pierwsze uprzedzenie znikło jednak powoli, gdy Bal ze Strumiszem mówić począł: dźwięk głosu, skromność wyrażeń, jakaś przyzwoitość i szlachetność postawy, zaczęły działać na kupca; czoło się jego powoli rozjaśniało — sprawa była wygrana. W dodatku ta okoliczność, że Strumisz nie wiedział swego pochodzenia i nie znał stanu rodziców, dwojako przemówiła za nim. Kupiec zlitował się nad sierotą i uparcie wyobraził sobie, że to koniecznie szlachcic być musiał.
— Szlachta powinna się trzymać, rzekł w sobie, powinna się podpierać, wezmę go i pokieruję na człowieka. Tak tedy pan Jan Strumisz, za którego zresztą ręczył Stanisław i wszyscy co go znali, wszedł do domu kupca jako główny jego komisant i kasjer, jako prawa jego ręka.
W domu wszystkim się dosyć podobał, a trzpiot Lizia postanowiła go sobie rozkochać śmiertelnie. Postanowienie to bardzo zwyczajne młodym panienkom, które próbują sił swoich, nie miało zresztą nic innego na celu, prócz miłej i nauczającej zabawki.
Pani Balowa podobała sobie bardzo młodego, skromnego i przyzwoitego chłopca, a co się tyczy Erazma, który miał serce miękkie i przywiązywał się łatwo, wkrótce ukochał Strumisza po swojemu, tak, że gotów był za niego bić się i rąbać. Prawda, że też z nim poszło wszystko tak dobrze, łatwo, że pracował tak szczerze, sumiennie, jak nigdy nawet stary poczciwy Murzyński. Wiele rzeczy było do poprawienia, do wprowadzenia w karby, zaniedbanych, opuszczonych; wszystko to cudownie się jakoś urządziło. Strumisz był wszędzie; łagodnie, cicho, ale stale wykonywał co postanowił, nie rachował swych godzin, nie chwalił się trudem, nie przebaczał ani drugim ani sobie. Pan Erazm wejrzawszy w stan interesów, zdziwił się temu co wykonane było w bardzo krótkim przeciągu czasu i uściskał Stanisława za nastręczenie Jana, a Janowi niezmiernie wspaniale się wywdzięczył.
Szło tedy wszystko wyśmienicie, Lizia po cichu dokonywała także wielkiego swego zamiaru. W początku zalotność młodego dziewczęcia rozbiła się o zimną grzeczność Jana, ale mógłże tak wytrwać długo?
Nikt ze starszych i z otaczających nie dostrzegł nawet strategicznych manewrów Lizi, prócz jednego Stanisława. Instynkt sam wiódł tylko dziewczę — nie miała zajęcia, może jej się trochę ładny blondyn podobał, może potrzebowała się zabawić? Serce jej nie zapukało jeszcze w piersi...
Z położenia dwojga tych istot, łatwo doświadczenie wyprowadzić mogło wniosek, że miłość była nieuchronną; ale któż kiedy przewiduje co podobnego, krom starych panien i starych księży, co gotowi są przypuszczać wszystko? Strumisz w życiu się nigdy nie kochał, piękna jego twarzyczka nie jedno zwróciła oko, nie jedno wzbudziła dumanie, ale żadne wejrzenie, słowo nie ośmieliło go domyślać się, by mógł kogoś zająć. Miłość pojmował tak wzniośle, tak idealnie, tak uroczyście, iż mu się zdało, że na jej przybycie we wszystkie dzwony na około uderzyć powinni, że świat się przystroi, że skrzydła mu wyrosną... Praca zresztą chroniła go od zbytniego dumania.
W pierwszych dniach spojrzał na Lizię, udającą doskonale największą względem niego obojętność, ocenił jej piękność, ale go nie uderzyła wcale; ona ze swojej strony trochę nawet przesadzonym sposobem nie patrzała na niego. Zimna grzeczność Strumisza zaraz w pierwszych dniach oburzyła żywe dziewczę.
— Zapewne, rzekła przeglądając się w źwierciadle, bardzo dobrze robi, że nie śmie nawet się uśmiechnąć ani zagadać do mnie; zna jak daleko odemnie do niego, ale znowu czyż podobna abym żadnego na nim nie zrobiła wrażenia! O! zobaczymy! zobaczymy! Ci blondyni to wszyscy tacy! dodała, ale jeśli ma choć iskrę uczucia, to ją w nim rozbudzę. A! jak to będzie zabawnie, kiedy zacznie wzdychać. Oto się ubawię!
Manewry panny Elizy były nadzwyczaj zręczne i znamionowały już w niej niepospolitego taktyka; zaczęła od najdoskonalszej niemal wzgardliwej obojętności. Gdy ta najmniejszego nie wywarła skutku, powoli zmienił się atak wiedziony doskonałym instynktem. Przechodząc na mszę koło okna przy którym pracował Strumisz, albo koło sklepu, długo wkładała rękawiczki, mówiąc głośno do kogoś, ażeby uwagę jego zwrócić do siebie — spojrzała nań i jakby z niecierpliwością odwracała zaraz główkę. Często wchodziła o coś go prosić, krótko, rozkazująco, ale gdy usta mówiły lodem, oczy strzelały płomieniem.
Ale to wszystko nie na wiele się przydało, Strumisz się niczego nie domyślał, zbyt był dumny, żeby się chciał narażać, spiesząc sam przeciw młodemu dziewczęciu, zbyt uczciwy, by ją myślał zająć sobą, zbyt wysoko pojmujący uczucie, którem na lada zalotne wejrzenie szafować nie chciał. Długo a długo nadaremnie pracowała Eliza i chmurką pokryła się jej twarzyczka, tupała nóżką, sam na sam będąc, powtarzając sobie:
— O! przysięgam, że go muszę rozkochać!
Nie mogąc nic dokazać pospolitą zalotnością, wzięła się do innej, bo ileż to jest jej rodzajów! Widziałem kobiety, co kaszlały w chęci zajęcia i podobania się i chorowały na piersi tylko przy tych, na których to pewne wrażenie zrobić mogło. Lizia bliżej poznając Jana, postrzegła rychło, że nie z pospolitym, łatwym do uwiedzenia miała do czynienia chłopakiem, że aby uczynić wrażenie na nim, trzeba było okazywać uczucie, nie piękne oczy szyderskie i dowcipne, które przestraszały choć pociągały ku sobie.
Przybrała więc powoli, stopniowo minkę smutną, poważną, zaprzątnioną, wejrzenie melancholiczne, chód mniej trzpiotowaty, głos cichszy i stłumiony; poczęła nawet zaczepiać łagodnie młodego człowieka nie okazując mu ani wzgardliwej obojętności, ani zbytecznego zajęcia. Trwało to nie wiem już jak długo, aż w końcu biedny Strumisz spostrzegł się niespodzianie, że w godzinie o której Lizia przechodziła pod jego oknem, oczy obracał oczekując na nią, że głos jej niespokojnym go robił, wejście do pokoju mięszało go... że.... słowem, poczynało się w nim to niepojęte uczucie, którego pociski tyle mają w sobie skarbów cierpienia i skarbów rozkoszy. W pierwszej chwili po uczynieniu tego stanowczego odkrycia, chciał zaraz usunąć się z tego domu, uciekać — ale nie znalazł w sobie siły. Pierwszy to raz uśmiechał mu się świat, a biedny chłopiec pragnął tak nie wiele, jak zawsze u bram raju stojący zakochany. Tylko ją widzieć, słyszeć szelest jej sukni, dźwięk jej głosu, zapach jej chusteczki... chwytać jej wejrzenie, słowo, uschły kwiatek, lub zdartą rękawiczkę.
Został więc, ale poprzysiągł sobie, że uczucia które w sobie poznał, niczem nie objawi, że się nawet starać nie będzie, by ta co je wzbudziła, mogła kiedy podzielić, poprzysiągł, że miłość w nim i z nim umrze tajemnicą.
I tego słowa dotrzymać mógł, bo wiele uczuć składało się na przysięgę. Tak więc Liza nie dostrzegła najmniejszej w nim zmiany, nic coby jej objawiło zajęcie, i niepotrzebnie już wysilała się na schwytanie tego, który u nóg jej leżał: a manewry coraz gorętsze, rozżarzały tylko w Janie miłość, już i tak w sercu jego płomienistą, bo w sobie się pożerającą.
Dziwna to była miłość, skazana na wieczne milczenie, której nie wolno było ani się objawiać, ani odezwać, ani wyjść z ukrycia. Jeżeli czasem przemawiało oko, jeżeli zadrżały usta, lub ruch niezwykły zdradził chwilowo wielką tajemnicę, Jan zamykał się potem karząc za słabość i nie wyszedł, póki walcząc z sobą nie zwyciężył wybijającego się uczucia. Z całego domu nikt tego wszystkiego nie postrzegał oprócz jednego Stanisława, który się oburzał na siostrę a żałował towarzysza.
Ale Stanisław milczał, zdaleka tylko poglądając na wszystko; smutek Jana, jego częste znikanie, zamyślenia, objawiły mu nareszcie, że Liza zwyciężyła. Widział on, że ze strony siostry wszystko było zalotnością dziecięcą niemal, obawiał się uczucia głębszego w sercu przyjaciela, starał się wszelkiemi siłami zapobiedz, by Liza nie zbliżała się do niego, niekiedy nawet poufale skarzył się przed Janem na trzpiotowatość siostry, ale nic więcej zrobić nie mógł i po długim rozmyśle postanowił milczeć.
Tymczasem Liza zawsze trwała w zamiarze rozkochania pana Jana, przysięgała sobie zemstę na jego lodowatą obojętność, a niedosłyszawszy jeszcze żeby westchnął na jej intencją, tem zapalczywiej pracowała.
Nieznacząca okoliczność zmieniła zupełnie ten stan rzeczy. Strumisz musiał wyjechać na dni kilka, pokoik, w którym mieszkał, kazała pani Balowa bielić i malować, rzeczy rzucono w kątek. Liza z ciekawością dziecięcia wpadła do tej izdebki, usiłując może ze sprzętów wyczytać charakter tego co ich używał. Że nie było nikogo, plondrowała jak myszka, gdy sama rządzi po spiżarni, rozrzucała książki, wyszukiwała papierków...., znalazła na stole powalanym atramentem cyfrę swoję kilka razy zarysowaną i zatartą. Oko jej przecie wyczytało ją choć z trudnością, znalazła gdzieś imię swoje, choć innym jakimś po wierzchu zmazane... Serce jej uderzyło... poczęła przewracać papiery. Jan, który całe życie nie miał się komu powierzyć nigdy, sierota, co się obawiał aż nadto może ludzkiego szyderstwa i serce zakrywał, pragnąc się wylać z uczuciami młodości, pisał. Nie wiedział biedny, że najstraszniejszym zdrajcą jest papier! Zdradza on głupstwo ludzkie (świadkiem tylu pisarzy), zdradza uczucia.... i myśli bez najmniejszej zgryzoty sumienia. Z teki Jana wyglądał właśnie rożek grubego zwitka zapisanych papierów....
Teka była zamknięta... ale papiery same się prosiły, żeby się z niej na świeższe powietrze wysunąć. Na rożku zaraz znalazła Liza więcej daleko niż szukała.... a gruby ów zwitek, zawierał całe dzieje biednego sieroty....
Nie powiem, że je przeczytała płocha dziewczynka, pożarła je, połknęła, całemi wierszami chwytając jednem wejrzeniem. Nigdy jeszcze nie czytała nic tak żywego, tak dotkliwie prawdziwego, i suche jej oko, co łzy nie znało nigdy, o cudo! zwilgotniało, zaćmiło się... Eliza tak była zajęta czytaniem, że zapomniała o wszystkiem co ją otaczało.., i nie wstała, aż póki nie dowiedziała się całych dziejów serca, walk uczucia i tajemnic sieroty. Nie zastanowiła się nawet nad tem, że popełniła rodzaj kradzieży niegodnej, podchwytując najświętszy skarb młodego człowieka, czyste i jak na spowiedzi szczere jego przed sobą zwierzenie...
W pierwszej chwili uczuła tylko słodycz swojego zwycięztwa, ale wszedłszy głębiej w ten zaczarowany gmach, zbudowany z tylu cichych łez, wspomnień i dumań, w którego żadnym kątku nie było pyłku niebieskiej nadziei, obwiedziony kirem i poważną szatą męczeństwa i pracy, poruszyła się, zabiło jej serce, jakaś cześć mimowolna schyliła jej czoło; świat wydał się inny, nowy, pojęła jego stronę surową, oblicze smutne a rzeczywiste, zobaczyła obowiązki święte i bój błogosławiony... Wstyd ją ogarnął, gdy spojrzała na swą słabość i postawiła ją obok powagi, obok wzniosłości tego człowieka, który w jej oczach potężnie zolbrzymiał...
Wstała jakby pijana natłokiem myśli i uciekła do swojego pokoiku zawstydzona, upokorzona, prawie płacząca. Dziecię w niej ustępowało niewieście. Była to chwila stanowcza. Długo, smutnie myślała, bolała, nazajutrz wyszła czegoś bledsza i smutniejsza niż zazwyczaj. Ale że często zdarzało się Elizie wdzięcznie i miluchno kaprysić, nikt na to nie zważał. Powoli wrażenie pierwsze, silne, zatarło się nieco, została z niego wyczerpnięta nauka, a trochę wesołości powróciło.
Jan przyjechał i nie znalazł jej zmienionej, bo Liza pomiarkowała, że nagłe przeistoczenie byłoby ją wydało. Przestała jednak prześladować młodego człowieka, bo się przelękła, poznawszy je bliżej, uczuć, z których sobie robiła igraszkę. Była dumną, ale zmięszaną i niespokojną swojem zwycięztwem. Jan postrzegł tylko zmianę jakąś w postępowaniu Elizy, ucieszył się z niej, nie wiedział czemu przypisać i odetchnął:
— Przekonałem się, rzekł sobie, że ta zalotność do niczego jej nie doprowadzi; chwała Bogu! obawiałem się tego.






ROZDZIAŁ V.

Nie wychodzimy z tajemnic.

Naprzeciw domu pana Bala stała wielka bardzo kamienica, której dół zajmowali rzemieślnicy i sklepik jeden wytworniejszy nieco, a trzy piętra rozmaici mieszkańcy wszelkiego stanu i powołania. Właściciel jego tak się był urządził, widać z rachunku dobrze obmyślonego, że całą kamienicę podzielił na wiele pomieszkań małych, które mu stosunkowo więcej przynosiły niżeli rozleglejsze. Mieścili się tam więc po większej części ubożsi, a trzecie piętro i poddasze zajmowali nieszczęśliwi, którzy po miastach skazani są na tę niewolę pod niebiosami. Stanisław, dla którego wielkie ognisko w jakiem żyć był zmuszony, stało się przedmiotem postrzeżeń i badań, często nie mając zajęcia, godzinami ze swego okna spoglądał na przeciwległe domostwo. Widział tam rozwijających się tyle nieznanych dziejów żywota ludzkiego, które wszędzie zarówno jest zajmujące, czy je studjujemy na śliskiej posadce salonu, czy na zmarzłej podłodze poddasza. Dla niego każdy ruch mieszkańców kamienicy miał znaczenie, bo ciągłe badanie nauczyło go czytać w każdym kroku tych co ją zajmowali. Często przez szyby okien migające postacie opowiadały mu strapienia wczorajsze, niespokój o jutro, cierpienie teraźniejszości. Nie wiele lubiąc świata, z usposobienia skłonny do rozmyślań i śledzenia człowieka raczej w objawach jego codziennych, niż w tem, co je już martwo odbija, to jest w książce, Stanisław godzinami całemi lubił tak, zdaleka, obcy życiu, daleki, wpatrywać się w jego dzieje.
Znał on już wszystkich co zajmowali rozmaite mieszkania w przyległym domu, i swary krawca z żoną na dole, i kwasy małżeńskie pierwszego piętra, obok hulanki ścianą tylko od nich przedzielonej a najczęściej doktorem się kończącej lub natrętnym wierzycielem, i skąpstwo drugiego piętra, i różne zajęcia lokatorów trzeciego, i historją kanarka, którego klatka często się spuszczała z okna poddasza. — Cieszył się czasem zgadując szczęśliwie z pewnych prognostyków co jutro nastąpić miało, i niewinną tą zabawą długie do przebycia rozrywał chwile.
Jednego dnia wywieszona maleńka tabliczka oznajmiła mu, że z trzeciego piętra wynieśli się dwaj młodzi ludzie, co tam maleńką zajmowali izdebkę z komórką wychodzącą na tyły. — Że ci panowie bardzo wesoło schodzili z wysokości, bo jeden z nich dziedziczył podobno, a drugi los jego jako Achates miał dzielić, nie martwił się oddaleniem ich Stanisław, i owszem wywieszona tabliczka, zwiastująca mu nowy przedmiot do postrzegania, ucieszyła go nawet. Zdziwił się wieczorem bardzo, gdy powracając do siebie nie zobaczył jej, a okna otwarte szeroko i krzątająca się w nich sługa właściciela domu dały mu poznać, że już owa izdebka zajętą została. Dodajmy tu nawiasem, że rachunkowy ów posiadacz kamienicy miał osobliwsze szczęście, bo gdy u drugich tańsze i lepsze mieszkania stały po kilka miesięcy próżne, on nigdy nie tracił i dni kilku, choć cenić umiał dobrze to co najmował. Z niecierpliwością wyglądał Stanisław następującego poranku, ale nie rychło czegoś się potrafił dobadać. Okno mimo piękną porę było zamknięte, zapuszczone firankami i zielonym storem. Stróż domu powiedział, że wieczorem przyniesiono kogoś na noszach do kamienicy, a za chorym przyszła jakaś kobieta. Przez dni kilka Stanisław nic nie widział prócz zapuszczonej ciągle firanki, którą kilka razy ładna kobieca poprawiła rączka. Znudziła go w końcu ta uparta jednostajność i nie spoglądał już na trzecie piętro, gdy ranku jednego podniósł się stor, otworzyło okienko i śliczny w jego ramach ukazał obrazek. W dawnych flamandzkich często spotykamy podobne. Gerard Dow lubił okno, a wielu po nim naśladowało nienaśladowanego tego pracownika, co umiał pyły nawet powietrzne na płótno przenosić i nad jedną miotłą stojącą w kącie trawił całe miesiące, ale też miotle dał życie i nieśmiertelność.
Okno obwieszone było małym dywanikiem, leżała na nim poduszka, na niej sparty był blady, schorzały, ale prześlicznej twarzy smutnej staruszek sześćdziesiątletni może. Siwy włos jego jedwabna mała przykrywała czapeczka. Wychudłe białe ręce złożone jak do modlitwy leżały, tylko co przestawszy może liczyć różaniec. Obrócony był na ulicę i patrzał na nią z zajęciem tych, co nie biorąc udziału w ruchu i wirze życia, jemu go trochę zazdroszczą. — Tuż, schylona troskliwie, osłaniająca go jeszcze od powiewu wiatra, który poruszał firankę, stała prześliczna młodziuchna kobieta, blada także niepokojem może, z czarnemi oczyma wlepionemi w staruszka, z wejrzeniem córki, którą uczucie przeistacza w matkę z dziecięcia. W ręku jednem trzymała kubek, który musiał zawierać lekarstwo, drugą otulała go powolnie, miękko, ostrożnie.
Starzec obrócił się ku niej z wyrazem wdzięczności i przywiązania, zawahał i wypił co mu podano, a dziecię uściskał długo, jakby się od niego oderwać nie mógł.
Stanisław był zachwycony tym widokiem, którego i wdzięk plastyczny i piękność moralną ocenił. A ileż to myśli nastręczał. Na pierwszy rzut oka było zaraz coś nieodgadnionego w tem wszystkiem. W ubogiej izdebce trzeciego piętra ten dywanik wschodni, ubiór starego, jedwabny szlafroczek panienki, na wiele doprowadzały domysłów. — Twarze lokatorów nawet nie zgadzały się z ramami, w jakie je los oprawił. Znać nagła zmiana jakaś wygnała ich aż tutaj, z resztkami dostatku któren jeszcze w dotkliwszą nędzę nie przeszedł, w nędzę co do ostatniego łachmana i do najdroższej zabiera pamiątki nieubłagana, wszystko. Smutnie zamyślił się nad tem Stanisław, serce mu zabiło, tajemnica ta więcej niż kiedykolwiek zadanie podobne, podnieciła jego poczciwą ciekawość.
— Jakaż to historja ukrywa się w tem oknie otwartem? zapytał siebie, jakie tu życie poczyna się, jakie kończy? Co znaczy to spokojne prawie oblicze starca i smutna twarz kobiety? Jaka tam przeszłość po za niemi? —
Zrazu piękna postać bladej nieznajomej przyłożyła się także do wzbudzenia zajęcia w Stanisławie, ale to pewne że patrzał długo, że nie postrzegł jak żona krawca zatrzasła drzwi za mężem, aż dwie w nich szyby pękły, i jak na pierwszem piętrze przeleciały dwa białe widma mimo okien i jak się klatka z kanarkiem spuściła z poddasza. Po godzinie przecie milczącego spoczynku w oknie, starzec wstał z pomocą swej opiekunki, podniósł się z ciężkością, a po chwili i okno się ostrożnie za niemi zamknęło i firanka biała na nie zapadła.
Stanisław przez dni kilka szczególniejszą zwracał uwagę na nowych mieszkańców małej owej izdebki, ale nie wiele z ich życia potrafił pochwycić. Chowało się ono przed oczyma ludzkiemi, jakby wejrzenia ich lękać miało powody. — Okno samo rzadko się już kiedy i na krótką odmykało chwilę, czasem podniosła nieco firanka, przemknęła piękna dziewicza postać, a starzec nie pokazał się więcej. Zobaczył tylko Stanisław przychodzącego kilkakroć doktora, który widocznie na trzecie piętro był wzywany. Był to jeden z tych lekarzy wysoko pojmujących powołanie swoje, którzy tylko do ubogich chodzą, sami ubóstwo przenosząc nad dostatki i o grosz się nie starają. Znał go młody człowiek dobrze, bo go wszyscy znali w Warszawie i korzystając z tej zręczności, postanowił zapytać o sąsiadów. Schwycił go więc w ulicy i nie obwijając wcale ciekawości swej, wprost zaczął:
— Powiedz mi doktorze, któż to jest ten staruszek przez ulicę, do którego od niejakiego czasu chodzisz?
Doktor się uśmiechnął smutno spoglądając na Stanisława. — Czy o starego się pytasz tylko? rzekł powolnie zażywając tabaki.
— A o kogoż myślisz?
— O młodą może! figlarnie odparł konsyljarz.
— Alboż myślisz że ten stary, siwy staruszek zająć mnie nie mógł?
— Gdzieżeś go widział?
— W oknie. Któż to proszę cię? Wszystko powiada, że to jakaś smutna historja upadku...
— Na ten raz zgadłeś kawalerze... W istocie, znałem go w lepszym bycie. Był to człowiek bardzo nawet majętny, ale nieopatrzny! Stracili wszystko! Jeszczeć jemu nie długo się męczyć, ale wnuczce biednej, która nie ma na świecie tylko jakichś dumnych, im niechętnych krewnych, a i ci daleko...
— Więc to jego wnuczka?
— Panna Konstancja jest jego wnuczką...
— Któż on?
— Dawniej bardzo zamożny obywatel z Chełmskiego, piękne imię, starożytna familja... nieszczęściem prócz niego jednego, więcej tam dumy i chciwości w tym rodzie, niż czego innego. Jedli się wszyscy, procesowali i pojedli. Biedny podstoli stracił zbytkiem dobroci i zbiegiem okoliczności jeden z najżyzniejszych swych majątków hrubieszowskich. Teraz goni ostatkiem dostatku, nie wiem czy mu co pozostało prócz spraw. Biedny fantuje się już czekając wygrania procesu, któren wygranym być nie może.
To mówiąc doktor ciągle spoglądający na zegarek, bąkający po słówku dosyć niechętnie, ukłonił się Stanisławowi i odszedł, zostawując go zamyślonym i tęsknym. Mnóstwo rzeczy chciał się dowiedzieć od doktora, ale ten z natury był milczący i spełniał swe powołanie, sam ledwie wiedząc kogo leczył; trzeba było gdzieindziej szukać szczegółów o starcu i pięknej Konstancji, jego wnuczce.
W kilka miesięcy potem, przez ciąg których Stanisław z oka nie spuszczał zajmującego go okna, doktor przesiedział noc całą u podstolego, — starzec miał się gorzej.
Z po za firanki widać było światło do rana i cienie po niej przebiegały co chwila. Nad rankiem okno było otwarte... w ciemnej izdebce paliły się cztery świece woskowe — stary już nie żył.
Wedle zwyczaju Stanisław pobiegł odwiedzić ciało... cisnęli się tam tłumnie ciekawi.
Na tapczaniku wysłanym tym samym dywanikiem, który raz pierwszy otwarte okno okrywał, leżał bez trumny jeszcze, blady, wychudły starzec w czarnym kontuszu i różowym wyblakłym żupanie; ręce miał złożone jak do modlitwy a w nich stary krucyfiks drewniany z bronzową figurką Zbawiciela. W kącie izdebki klęczała płacząc i zachodząc się od łez Konstancja, a przy niej litościwy stał doktor.
Stanisław ledwie miał czas pomodlić się u ciała, tak mu było pilno do lekarza, którego zaraz do sieni odciągnął.
— Słuchaj, rzekł mu po cichu. Stary umarł, wnuczka jego jest sierotą, co pocznie?
— Bóg jeden wie, nie mogę z nią mówić o tem...
— Ale jej nie opuścisz...
— Jeśli potrzeba będzie, wezmę ją do siebie...
— Patrzałem długo, dodał ze wzruszeniem Stanisław, na ich niedolę, żal mi serce ściska; jeśliby co na pogrzeb, na pierwsze potrzeby brakło, mam grosz zaoszczędzony, proszę cię, weź go doktorze...
Lekarz spojrzał tylko i głową pokiwał dwuznacznie.
— Odemnie, szybko dodał Stanisław, dar podobny nie może być przyjęty, ludzie by mogli niegodnie tłómaczyć, weź i rozporządź tem, nie mówiąc od kogo...
To rzekłszy Stanisław, prawie ze łzami w oczach oddalił się, silnie poruszony widokiem, który nie wiedzieć dlaczego więcej go obchodził niż zwykle śmierć, powszedni gość w mieście. — Codzienne wpatrywanie się w to okno, zjednoczyło go z losem tych dwojga ludzi, przywiązało do nich. Konstancją widział bliżej parę razy i twarz jej, postawa, wyraz męzkiej prawie siły w czarnych oczach, zostawiły po sobie niezatarte wrażenie. Był to rzadki ideał niewieści, kobieta z wdziękiem płci swej właściwym, a potęgą charakteru i woli wyrytą na czole, które błyskało myślą wzniosłą i poetyczną. Taką musiała być Judytta, gdy szła strojna po głowę Holoferna. — Coś heroicznego i poszanowanie obudzającego otaczało ją jak aureola; broniła jej powaga. Wzrok zuchwały zdaje się tknąć jej nie mógł, a słowo szyderskie nie doszłoby jej uszu.
Taką widział ją Stanisław w bliskim kościele płaczącą na modlitwie, ze wzrokiem wlepionym w krzyż, i nic oprócz krzyża nie mogącym zobaczyć. — Od nikogo prócz Boga nie pragnęła litości, od nikogo prócz siebie pomocy. Znać było, że na Opatrzność i na siły które jej da rachowała.
Blada, wysmukła, czarnooka i czarnowłosa, w rysach twarzy miała typ arystokratyczny, ale podniesiony do ideału. Zwykle twarze, które zgodzono się do tej klasy odnosić, są chłodne lub szyderskie, regularność rysów przechodzi prawie w martwość posągu. Tu wielka powaga i wzniosłość łączyły się z uczuciom wielkiem, słodziła je dobroć i zastępowała dumę. — Spojrzenie jedno pozwoliło się domyślać całej krótkiej młodości (nie miała bowiem lat dwudziestu), spędzonej w upałach cierpienia, co tak szybko dojrzałość ludzi przyspiesza. Znać było i wykształcenie malujące się zawsze na zewnątrz w jakimś wdzięcznym układzie, i myśl rozwiniętą co patrzy przez oczy, i walkę z losem upartą i niezmienne postanowienie niepoddawania się nieszczęściu. Czarne jej oko oprawne w powiekę wypukłą, brew narysowana silnie, nosek kształtnie wycięty, usta malutkie i wązkie, miały w sobie coś tak niepospolitego i zastanawiającego, że każdy na nią zwracał wejrzenie, dziwiąc się skromnemu ubraniu przy królewskiej twarzy.
Stanisław wszedł poruszony i łzy kręciły mu się w oku. Chciał był tam pozostać, ale się oburzał na posądzenia które go spotkać mogły... obcy, jakież miał prawo w cudze mięszać się losy? Widział tylko przez okno jak wyprowadzano ciało, jak spłakana jeszcze, mężnym krokiem wyszła za skromnym wozem wnuczka i poprowadziła do mogiły ostatniego opiekuna.
Wieczorem izdebka była pusta, okno szeroko otwarte, we trzy dni palił w niej fajkę Niemiec, który się tam przeniósł i już jakiś warsztacik ustawił.
Stanisław nie śmiał się pytać doktora, co się stało z Konstancją, choć wspomnienie jej żywo go jeszcze zajmowało, minęło parę tygodni, spotkali się trafunkiem z lekarzem.
— Bądź-że spokojny o swoję sąsiadkę, rzekł lakoniczny lekarz — wszystko się jakoś dało urządzić o ile można było najlepiej....
— Zapewnie odjechała do krewnych?
— Nie — chcieli się nią zaopiekować, ale z uczciwą dumą nie przyjęła dobrodziejstwa tych, którym przypisywała nieszczęścia dziada. To kobieta jakiej w życiu nie widziałem.... Charakter niesłychany, stworzona na mężczyznę. Wystaw sobie, dobrowolnie poszła służyć.
To mówiąc doktor spojrzał na zegarek i odszedł. Nie rychło przypadek znowu odkrył Stanisławowi mieszkanie Konstancji i zbliżył go do niej. Nie wiele bywał po swoich znajomych i potrzeba było przynagleń ojca i matki, żeby go trochę na świat wyciągnąć.
Do liczby dawnych przyjaciół Balów należała rodzina Krombachów, od wieków osiadła w Warszawie i bardzo zamożna. Były ich trzy czy cztery pokolenia pod jednym dachem patryarchalnie żyjące, co jest może największym dowodem umiejętności życia i stanowczą próbą charakterów, taka zgoda nawet między bardzo poczciwymi ludźmi, w codziennych zetknięciach zostających, jest rzeczą nie łatwą. Najstarsi Krombachowie, dziad i babka mieszkali na pierwszem piętrze, obok nich starzy Krombachowie z mnogiemi dziećmi. Młodzi stosunkowo tylko mogli się tak nazywać, gdyż Artur liczył lat czterdzieści, a Arturowa z górą trzydzieści. Sześcioro dziatek już po części dorosłych, obiecywało długie jeszcze lata poczciwej familji. Przy dwojgu to młodszych znalazł Stanisław nauczycielką pannę Konstancją. On dla niej był całkiem nieznajomym, bo nigdy oczów na żadne okno nie podniosła sierota i ledwie umiała rozpoznać tych co ją otaczali; jakież było jej podziwienie, gdy bliżej poznając Stanisława dowiedziała się od niego, że najdrobniejszy szczegół jej życia przy podstolim nie był mu obcy.
To zajęcie jakie wzbudziła, współczucie pełne uszanowania, które jej okazywał Stanisław, przywiązało do niego Konstancją. Uważała go za przyjaciela, którego los jej dał w nieszczęściu. Myliłby się, ktoby uczucie tych dwojga serc młodych nazwał miłością, było ono tak dziwne, tak nowe, że na nie nowegoby imienia potrzeba. Poczęło się czułą przyjaźnią, w którą się żadna myśl namiętna nie zakradła, spokojnem, ale ręczącem za przyszłość przywiązaniem. Oboje młodzi i potrzebujący wylać się, zaufać, powierzyć, znaleźli w sobie brata i siostrę. A jednak Stanisław był dla niej więcej niż bratem, ona dla niego więcej niż siostrą. Serca ich tak się doskonale, tak łatwo rozumiały, że nigdy na chwilę nie zwątpiły o sobie, nie potrzebowały się spytać, upewnić. Stanisław wkrótce powiedział w duszy, że nad nią nie potrafi kochać innej, ani żyć z inną, i postanowienie to ciche było niezłomnem; ona zaledwie mogła przyrzec przed sobą, że nie zapomni nigdy pierwszej obcej dłoni, co się tak ku niej przyjaźnie podniosła.
Widywali się rzadko, zawsze w salonie przy gościach, stosunek ich był poważny, na oko nie uderzający, a jednak wzbudzał już szepty. Stanisław musiał często wstrzymywać swe odwiedziny u Krombachów, żeby nie dawać powodu do posądzeń. Ale codzień było to dla niego trudniejszem, bo co chwila większą czuł potrzebę być z nią razem, chociażby ją zobaczyć, by smutny tylko jej uśmiech unieść z sobą w pamięci.
Tak w ciszy rosła ta dziwna miłość odarta ze skrzydeł i pochodni, w białej sukience dziewiczej i wianku zielonym na skroni, a ludzie co przywykli do innej, już jej wkrótce nie nazywali tem imieniem. Nikt się zresztą nie domyślał jak była wielką, głęboką i potężną.
Kochankowie nie mówili o niej nawet, bo się im zdawało, że czczemby było słowem wymieniać uczucie, które tak silnie tłumaczyło się najlżejszym ruchem, najprzelotniejszem wejrzeniem.





ROZDZIAŁ VI.

Zapach Złotego Jabłka. — Targ o pana Bala.

Jednego wieczora pan Erazm Bal siedział trochę zakatarzony w swoim pokoju, dąsając się na doktora, co mu wychodzić zakazał przez trzy dni i liczył godziny pozostające rekluzji niezmiernie go męczącej, gdy złowroga twarz pana Zrębskiego ukazała się przez drzwi pół otwarte.
Nigdy też pożądańszym nie był, miał przed kim nałajać doktorów, kogoś co mu posłusznie potakiwał, dawał się gniewać na siebie i przepraszać najłatwiej; zerwał się więc z krzesła, wołając:
— Chodź! chodź! Zrębsiu kochany! siedzę jak w klasztorze! wszak to już trzeci dzień ten głupi katar mnie tu trzyma! Ale i doktor nie lepszy, bo nie ma jak świeże powietrze na takie choroby... A poradź-że z doktorem, kiedy z żoną w spisku.
— Ścielę się do stopek pańskich, rączki Jego całuję! odezwał się wsuwając po cichu i skrzętnie drzwi zamykając adwokat, od którego silnie anyżówki zapach rozszedł się po pokoju. — O! nieszczęście! wszak to pan dobrodziej nie zdrów!
— Gdzie tam! Zrębsiu kochany! jak ryba, bijąc się po brzuchu, podchwycił kupiec — już dziś chwała Bogu dzień ostatni tej męki. Dałem słowo, dotrzymać musiałem. Verbum nobile.
Debet esse stabile, dokończył patron ponawiając ukłony do samej ziemi, a oczyma latając po kątach.... O! bo by też nie potrzeba chorować.
— A katby tego chciał! szybko krzyknął pan Bal uradowany widocznie przybyciem adwokata... Balowie ogólnie byli zawsze wielkiego zdrowia i... jakże to po łacinie długoletni?
Longaevi, podszepnął pan Zrębski.
— Właśnie chciałem mówić, że longaevi, rzekł Bal, kronika familijna cytuje Macieja kasztelana Sanockiego, który żył lat sto pięć; siostra jego co była za Ulińskim, umarła mając lat dziewięćdziesiąt dziewięć; Piotr Podkomorzy Sanocki, co się pisał z Hoczwi na Balogrodzie, słynny swem nawróceniem na wiarę przodków z błędów geneweńskich... umarł przeszło wiekowym...
— Co daj Boże i panu dobrodziejowi, przerwał dalszego obawiając się regestru Zrębski.
— Zdrów jestem jak kłoda dębowa, odrzekł pan Erazm, lekarstw żadnych nie brałem, młodość spędziłem uczciwie... żyję trzeźwo. No! ale co tam słychać?
— A cóż, nowin żadnych...
— W miasteczku naszem, nic? bo to ja trzy dni nie wychodziłem... nic nie wiem.
— Paliło się wczoraj na Bednarskiej...
— Z czegoż to poszło? z komina pewnie! oj! ci kominiarze.
— Bóg wie! prawdy nie dójść, ale trafny jest domysł pański, że pewnie z komina, chwytając sposobność przypochlebienia się, rzekł Zrębski.
— Więcej nic?
Adwokat się zamyślił, a z pod brwi tchórzowate, badawcze rzucił wejrzenie na kupca, jakby próbował gruntu, na którym miał począć budować. W tej twarzy chytrej, a podłej, błyskała jakaś żądza niecierpliwa, którą strach tylko hamował, miał wyraz gracza, co na kość ostatnią rzuca grosz pozostały, jedyną nadzieję.
— Pan dobrodziej, rzekł cicho i powolnie, zawsze trwasz w myśli nabycia majętności ziemskiej?
Bal się zastanowił, chwyciło go to nieprzygotowanego.
— Albo co? — spytał — jużciż kilka razy miałem ci zręczność powiedzieć, że to jedyne moje życzenie. Rodzina nasza zawsze wiejskiem przywykła oddychać powietrzem, byliśmy gospodarze, hreczkosieje. Dopiero głupstwo Stanisława z Hoczwi Bala (który zresztą był wielkiej głowy człowiek, dodał poprawując się pan Erazm) i niepotrzebne chwycenie się nowinek zapędziło nas do miasta, bośmy od Jezuickich prześladowań uciekać i kryć się musieli. Stanisław był właśnie wspomnionego Piotra Podkomorzego ojcem... Ale dla czegoż się pytasz?
Zrębski wstał poważnie, tajemniczo, obejrzał się jakby na wylot ściany chciał oczyma prześwidrować i zbliżając się do pana Bala, który niezmiernie temi przygotowaniami zaintrygowany szeroko usta otworzył — odezwał się zniżając głos:
— Trafia się zręczność jedyna, na jaką wieki czekać potrzeba.
Radość błysła w oczach kupca, który ręce zatarł i Zrębskiego jak piłkę porwawszy posadził przy sobie, sam się przysunął do niego tak, że tylko co nie usiadł mu na kolana i zbliżając się jak mógł najszczelniej, nagotował słuchać. — No, gadaj-że, nie marudź, wiesz żem gorąco kąpany.
— Ekstraordynaryjnym wypadkiem, począł szeptać patron z miną niezmiernie sfinksową, dowiedziałem się o dobrach, które są za bezcen na sprzedaż... Ale sza! jest to gratka osobliwsza! Czyhają już na nią ludzie.
— Słuchaj! krzyknął Bal, ściskając go za rękę żywo, nikomu ani słowa, ja kupuję.
— Znasz waćpan dobrodziej moje przywiązanie do osoby jego, ciągnął dalej Zrębski, jakem się tylko dowiedział, chwili nie tracąc tu przyleciałem, bo interes zwłoki nie cierpi! A już ludzie wąchają! Powiadam panu zręczność jedyna, na jaką wieki czekać potrzeba. Aż mi serce zabiło myśląc, że się memu najłaskawszemu dobrodziejowi przysłużę i odsłużę.
— No! ale gadajże, co to? gdzie to? prędko! prędko! niecierpliwie podchwytywał Bal, kto sprzedaje? jaka cena?
— Gdybyś waćpan dobrodziej miał troszyneczkę cierpliwości....
— A kiedy jej nie mam, to co? rzekł pan Bal, gadaj a prędko.
— Ale to długa historja.
— To ją skróć do licha!
— Pan nie rozumiesz, jeśli ją obetnę...
— No! to gadaj już jak chcesz, a poczynaj, bo od czasu jak się sprzeczamy, jużby jej połowa przeszła, a ja czekać nie cierpię...
— Przybył temu już miesiąc do Warszawy jeden pan z Wołynia...
— A i dobra na Wołyniu! krzyknął Bal, to to w sąsiedztwie z Rusią, z której pochodzimy!
— Zaraz pojedziemy do dóbr. Jest to człowiek wielkiej bardzo familji... Hrabia!
— Hrabia! ps! krzyknął Bal...
— Hrabia Jan Bracibor Sulimowski.
— To i herbu Sulima, mruknął Bal, pewnie.
— Tandem, jak się to hrabiom trafia, zabrakło mu pieniędzy, a ma tu proces, który nie cierpi najmniejszej zwłoki; starania, koszty... Wczoraj uradzili z adwokatem, iżby salwując tu wielkie majętności, które wygrywa w Polsce, z obowiązkiem spłaty natychmiast, sprzedać jeden klucz wołyński.
— A ten bestja ma i więcej kluczów?
— O! kilka! Ogromnie bogaty człowiek i naturalnie, że nie wiele dba czy co straci, a pilno mu, bo na drugim zarobi... więc gratka doskonała..... Sprzedadzą tanio! znam jego adwokata... to mój przyjaciel stary... mówił mi sub rosa, że to złoty interes...
— Ale jakże do niego przystąpić? zrywając się rzekł Bal, poszedłbym zaraz...
— A! zlituj się pan, mitygując go przerwał Zrębski, w tym interesie potrzeba jak największej ostrożności, przebiegłości, przygotowań. Muszę najprzód obmacać wszystko... umówić jego adwokata, wysondować dobrze, a dopiero do gotowego już pan dobrodziej przyjdziesz. O ile mogę sądzić, to za bezcen... Ale intrygi będą.
— Intrygi? powiadasz, niespokojnie rzekł pan Bal.
— Nie bez tego, cicho szeptał kiwając głową i zażywając powoli tabaki adwokat... Wszystkiemu jednak damy rady z pomocą Bożą.
— Więc mi dajesz słowo, gorąco za rękę chwytając i rozsypując tabakę przerwał kupiec.
— Panie dobrodzieju! godziż się to wątpić o mnie! o mnie, co krewbym dał za niego?
— Poczciwy Zrębsiu! ściskając go namiętnie ze łzami w oczach krzyknął Bal... ja ci się wywdzięczę! zobaczysz! A! to ty nie wiesz, dorzucił, to moja manja, to mój sen kupienia dóbr i na starość spokojne, ustronne, wiejskie życie. Zawsze do niego wzdychałem, do zagrody przodków, do cichego dworku wioski. Porzucę to miasto smrodliwe...
Wśród deklamacji poczciwego pana Erazma, który się unosił malując słodycze żywota wiejskiego, oczy pana Zrębskiego zapaliła iskra jakaś przelotna szyderstwa, która zaraz zagasła.
— O! nie ma jak życie na wsi, wśród tego poczciwego ludu naszego, podchwycił sentymentalnie stary, ale nie każdemu Bóg dał to szczęście.
— A wiesz co Zrębsiu, zawołał Erazm, jak tylko dobra kupimy, biorę cię z sobą, dam ci domek, będziesz sobie przy mnie mieszkał i.....
Zachmurzyło się trochę czoło starego filuta, który widać wcale miał inne rachunki i nie myślał się przypatrywać szczęściu pana Bala w jego dobrach, spuścił głowę, westchnął głęboko.
— Co by to było dla mnie za szczęście, rzekł, ale... chciałoby się duszy do raju, grzechy nie puszczają! Samo codzienne oglądanie pana, którego tak czczę i wielbię, jużby stało za wszystko... ale... mam ja tu... obowiązki... mam pęta co mnie do bruku krępują... jestem do niego przykuty...
— O! o! to się oberwiemy Zrębsiu!
— Ja! nie! niestety! nie! rzekł adwokat, nie ma co i myśleć o tem. Ale byleś pan dobrodziej był szczęśliwy, moje brzemię mi lżejszem się stanie.
— Postaramy ci się je ulżyć, dodał Bal, a teraz mów no co, jak to będzie, jakie masz projekty? co za cena dóbr? rozległość, szacunek?
— O tem dziś jeszcze mówić nie mogę, rzekł stary, ale jutro doniosę, spodziewam się ze szczegółami. Do hrabiego Sulimowskiego przystęp nie łatwy, wielki pan, dumny, kapryśny... pełno ceremonji. Ja tam nawet i nosa nie pokażę, wszystko muszę robić przez swego przyjaciela.
— A więc jutro mówisz?
— Spodziewam się że jutro.
Bal ręce zatarł i uśmiechnął się do siebie.
— Jeszcze tylko przestroga dla ostrożności wczesna, przysuwając się i szepcząc na ucho tajemniczo, rzekł Zrębski. Wie pan że najdostojniejsza żona jego i familja dosyć są tym projektom przeciwne, niech się pan zawczasu nie wygaduje.... bo będą forsy. Kto wie? gotowi pana zastraszyć, skonwinkować, a ja jak rozpocznę kroki, wielebym stracił w opinji, gdybym do zawodu mego przyjaciela doprowadził. Gdyby pan się zrzucił, drudzy by to wzięli za powód zniżenia ceny.
— Rozumie się, cicho! sza! wytrzymam! bijąc się w piersi zaręczył kupiec, ja zawodu nie zrobię. Staraj się jak można i rachuj na mnie. Prawdziwie Opatrzność mi to zsyła. O! to będzie figiel Ludwisi, jak jej powiem: Witam dziedziczkę... Ruszajże i rób co tylko można... a prędko.
Zrębski nie czekał więcej, pochwycił czapkę, kij, skłonił się niziuteńko i wychodząc już, szepnął na ucho panu Balowi, który pływał w obłokach różowych marzeń.
— Jeśli się to uda, będziesz pan miał złote jabłko!
— Złote jabłko! złote jabłko! powtórzył machinalnie, wielkiemi krokami mierząc pokój pan Erazm. A sama wieś to już szczęście! Poeci znają się na takich rzeczach, a nie ma poety coby wsi nie opiewał! Kochanowski, nikt nie zaprzeczy, człek z głową, napisał te słowa: wsi spokojna, wsi wesoła! Cnota na wsi, szczęście na wsi, wszystko na wsi, a w mieście błoto i utrapienia! Wyjedziemy tedy na wieś, marzył dalej, wszyscy a wszyscy; odetchnę ja tem powietrzem orzeźwiającem, spocznę; Ludwice nawet na jej słabe piersi to posłuży. Trzpiotek mój, Lizia, znajdzie tam sobie jakie hrabiątko, co się z nią ożeni! Balowie nie dziś z pierwszemi w kraju domami połączeni; pochodzim od książąt Massagetów! to ludzie wiedzą. Stanisław weźmie jaką gołą mitrę, a gdyby chciał, mógłby i z pieniędzmi, ale to głowa romansowa!! Przyjadę potem do Warszawy pokazać ludziom co z nas będzie! O! o, wszystko z siebie zrobić potrafię! Będę gospodarzem! Będę panem dobrym dla ludzi — będę sąsiadem serdecznym dla panów szlachty! potrafię i z magnatami, Balowie się z tem znali!
Na te rozmyślania, które mu twarz rozpromieniały, weszła pani Balowa ze swą spokojną a smutnawą postawą, chcąc spytać o zdrowie męża, który podskakiwał po pokoju; zdumiała się trochę, choć te wybryki bardzo się przytrafiały panu Erazmowi. On się odwrócił do niej z uśmiechem szczęścia na twarzy.
— Dobry wieczór mojej kochanej Ludwisi! katar poszedł na cztery wiatry! Jutro z domu wychodzę.
— A nie lepiejby się zastanowić? spytała żona troskliwie.
— Zmiłuj się królowo, nie szanuj mnie tak bardzo, bo jak pies przywiązany do budy zdechnę. Mnie trzeba powietrza... Tu ten twój doktor nie wiedzieć gdzie wyczytał, że zamykać trzeba zakatarzonych; fałsz wierutny! na to nie ma jak wolna aura.
— Ale jakże ci jest?
— Doskonale! zdrów jestem jak ryba! szczęśliwy!
— Więc się nie znudziłeś przecie?
— A! miałem i gościa.
— Kogo?
— Starego poczciwego Zrębskiego.
Ten przymiotnik tak się zdawał niestosowny samej pani, że z widoczną intencją zamilkła.
— Ja go bardzo lubię! dodał Bal, a kto wie? ale sza! i zatulił usta rękami.
— Cóż to? tajemnica jakaś?
— Nie, nie!
— W istocie, uśmiechając się dodała żona, gdyby jaka była, nie łatwo ci się z nią przyjdzie ukryć przy twojej żywości.
Postrzegłszy się, że i tak zanadto powiedział, pan Erazm do siebie się tylko uśmiechnął i na tem skończył rozmowę, obawiając sam siebie.
Tymczasem pan Zrębski wyszedłszy z ulicy Bielańskiej, szybkim krokiem pędził na róg Daniłowiczowskiej, do swojego szynku.
W drugiej izdebce przy małym stoliku, na którym stała butelka wina napoczęta, siedział sam jeden (gdyż reszta gości w pierwszym pokoju uwijała się około bilardu) mężczyzna lat średnich, zamyślony, bijąc palcami po tabakierce, którą się bawił. Odgłosy i wrzawa dochodzące z pierwszego pokoju, nie przerywały mu głębokiego zamyślenia. Był to człowiek nie młody, ale silny i zdrów, z twarzą bladą, ogoloną zupełnie i krótko postrzyżonym włosem. Oczy małe i wklęsłe, nos trochę rozplaśnięty, czoło niskie, pomarszczone, nadawały mu wyraz zarozumiałości bardzo uderzający. Znać było w nim przywyknienie do rozkazywania, pewność siebie i ufność we własnym rozumie. Ubrany czarno, nie raczył zdjąć z siebie płaszcza, który go okrywał, i siedział jakby tylko zmuszony pozostać, czasami na drzwi się oglądając, z oznaką widocznej niecierpliwości. Gdy na progu ukazał się Zrębski, z czapką pod pachą i ukrytym w wąsach uśmiechem zadowolnienia, gość ów odwrócił się ku niemu i zapytał: No! a cóż?
Zrębski spojrzał razem na niego i na butelkę, do której się zbliżył chciwie, a ten mu ją ze wzgardą prawie podsunął.
— Wszystko dobrze, rzekł, pójdzie jak z płatka; obejrzał się i napił. Bal zawsze trwa w tej myśli jakem zaręczał; wiem że gotówkę ma, że mnie gdy mu co powiem święcie uwierzy. Można więc ze mną uważać rzecz za skończoną: ale teraz, rzekł uśmiechając się i oglądając, musiemy pomówić o warunkach.
Mężczyzna naprzeciw siedzący zdawał się ze wstrętem przystępować do rozprawy ze Zrębskim i wzdychał zmuszony do niej.
Słówko o nim jeszcze.
Był to prawnik także, pan Joachim Goral, który sobie sławę zjednał przed laty wygraną procesu P.... uważanego za stracony. Odtąd uchodził on za najbieglejszego w swej sztuce i miał zajęcia do zbytku, ale przyjmował tylko znaczniejsze sprawy i przez to stanął w wyższej sferze towarzyskiej, do której usiłował się przywiązać.
Co się tycze talentu, tego mu nikt odmówić nie mógł; miał pojęcie rzeczy łatwe i jasne, wymowę obfitą i zręczną, wielką znajomość środków i prawa, ściśle biorąc był, a przynajmniej okazywał się uczciwym człowiekiem, ale regułą jego główną było nie dać się na niczem schwytać: po cichu przypuszczał, że godziło się sobie pomódz czem było można. Ilekroć posłyszał o kim, co się postępkiem niekoniecznie prawym splamił, zwykł był zawsze wykrzykiwać z wzgardą: Jak się można tak dać złapać! co za niezręczność!
Słowem, Goral był jednym z najpospolitszych w świecie typów: człowiekiem pozoru; — a że takt i rozum dopomagały mu szczęśliwie do zachowania zawsze pozornej poczciwości, używał też sławy nieposzlakowanej. Ci na których korzyść użył środków dwuznacznych, nigdy o nich nie wspominali, przeciwnicy tajemnicy ich zręcznie uwiniętej zbadać nie mogli.
Znać było z obejścia ze Zrębskim, jak dalece za wyższego uważał się Goral, ile go kosztowało zbliżenie się do niego. To też nigdy z tym swoim posługaczem, którym zwykł był zmiatać wszystkie brudy jak ścierką, nie widywał się w domu, ani na ulicy. W szyneczku spotkanie ich miało pozór przypadkowego, a i w tem nawet baczny Goral nie zawsze w jednem miejscu schodził się ze Zrębskim. Gdzie mu potajemnych potrzeba było dośledzeń, postraszenia kogo, wciągnienia w sprawę lub wyciągnienia z niej, podrzucania plotki i tym podobnych środków pomocniczych, tam Zrębski zwykle mu posługiwał. Ale bogaty patron i tu zachowywał się ostrożnie i rachując na swoją przebiegłość, w oczach Zrębskiego każdą swą czynność biało malował, pewien że mu wmówi co zechce. Nie tak jednak było. Zrębski nie pokazując wcale po sobie, żeby się domyślał jak brudne mu powierzano interesy, doskonale umiał ocenić swego naczelnika i wiedział o jego traktatach z sumieniem zawieranych na różnych warunkach. Goral miał go za przebiegłego łotra, ale nie sądził daleko bardzo widzącym człowiekiem, pochlebiając sobie, że swą powagą narzuci mu taki sposób widzenia jak zechce, w czem się bardzo mylił.
— A teraz, cicho dodał, nalewając sobie drugą lampeczkę którą chciwie połknął Zrębski, pomówmy o warunkach.
Goral podniósł głowę i zmarszczył czoło które się łacno fałdowało.
— Cóż to? spytał, prawa mi dyktować myślisz?
— Ja! a! uchowaj Boże, z ukrytym zawsze uśmiechem rzekł pokornie patron stary; a czyż ja nie znam pozycji swojej? nie ośmieliłbym się! Ale to interes wielki, zarobek może być znaczny, słuszna żebym też i ja, który wszystko zrobię, coś z tego chwycił.
— A kiedyżeś mi co zrobił darmo? dumnie odparł Goral.
— Alboż ja to mówię? ja chleba kawałek który jem, Bogu tylko i tobie mój zacny opiekunie winienem, starając się go zarabiać sumiennie i gorliwie... Grzeszyłbym gdybym tego nie powtórzył dziesięć razy na dzień.
— No! dość tych słodyczy, do rzeczy! co chcesz za tę sztukę?
— Najprzód trzeba sztukę ocenić! rzekł żywo stary. Daję wam kupca kiedy go najpilniej potrzebujecie, kupca który się na towarze nie zna i pali się do niego; człowieka pieniężnego a nieświadomego, z którym zrobicie co chcecie. Wmówiłem mu tak doskonałość nabycia którego nie znam i bojaźń konkurentów których nie ma, że się nie odważy nikomu słowa pisnąć, nikogo poradzić. — Wszystko zależy odemnie, a on ma w słudze pańskim zaufanie nieograniczone. Na mnie więc leży robota...
— To jest pierwszy krok...
— I ostatni! i ostatni, oparł się pijąc ciągle Zrębski; nic nie zrobi bezemnie, nietylko w pierwszych krokach do kupna, ale przy ugodzie o cenę i zawarciu umowy. Nie małom się napocił i napocę, a w dodatku pewien jestem, że potem stękać będzie i na mnie wina cała spaść musi.
— Dla czego ma stękać? ofuknął się Goral, myślisz że go chcemy oszukać?
— A! uchowaj Boże! uchowaj Boże! składając ręce zawołał Zrębski, ale są okoliczności czasem... Możecie państwo nie dość znając cenę dóbr podnieść ją wyżej niż należy; możecie mu czegoś nie dopowiedzieć... o czemś zamilczeć... wypadkiem...
Goral spojrzał ostro i wstał raptem z krzesła, czując się odgadnionym.
— Wiesz waćpan, rzekł dumnie usiłując odepchnąć daleko natręta co mu się cisnął, że ja w sprawy szachrajskie się nie wdaję nigdy... Mnie chodzi o to żebym miał dla swego pryncypała pieniądze w porę... ale nie żebym oszukał. — Wstydzę się waćpana.
— Widzę, że pan dobrodziej co mnie znasz tak dobrze, nie chciałeś mnie zrozumieć, zawołał składając ręce na piersi stary filut; mógłżebym ja przypuścić, coby charakterowi tak mi znanemu pana uwłaczać mogło? Ale w pospiesznej sprzedaży nie mogąż być omyłki?
— Tracim drogi czas, rzekł Goral niecierpliwie, mów.
— Na mnie więc leży wszystko, ciągnął dalej jak począł Zrębski; muszę go pilnować by się nie dowiedziała familja, żeby zbyt rady nie zasięgał... doprowadzić rzecz do końca. Jak pan dobrodziej sądzisz, co to warto? spuszczam się w tem całkiem na wyrok jego.
Goral pomyślał i zdawał się rachować chwilę, nawet palce rozłożywszy, coś na nich widocznie dzielił i dodawał.
Zrębski stał uważny i milczący.
— Weźmiesz tysiąc złotych, rzekł nareszcie po cichu zacinając usta adwokat.
Stary aż się cofnął i ze stołu chwycił czapkę spoglądając z ukosa na butelkę.
— Panie dobrodzieju! rzekł, to żarty.
— Jakto żarty? oburzony odparł Goral.
— A tak, nie inaczej! Cóż to jest tysiąc złotych, gdzie chodzi o pół miljona?
— Kto ci powiedział że o pół miljona chodzi? żywo ofuknął pierwszy. Ho! jużeś śledził i wąchał!
— Albożem mówił że o pół miljona chodzi? zakłopotany niby ale w duchu śmiejąc się odparł stary... powiedziałem na wiatr, zgadując.
— Chcesz mnie wywieść w pole, bratku? z tego nic nie będzie! Ty już wiesz o jakie dobra chodzi i ile je szacują.
Zrębski się zaklął.
— Na sumienie (w myśli dodał twoje), na sumienie klął się, nie wiedziałem! Jak pan dobrodziej przypuścić możesz, żebym ja nawet śmiał pomyśleć o podejściu względem tak dalece wyższego odemnie rozumem i doświadczeniem i pozycją człowieka?
To mówiąc uśmiechał się do siebie.
— Ale widzę żem zgadł przypadkiem, dodał powolniej.
— Nie mam co taić, szacunek jest pół miljona, ale na nim świeży ciąży dług bankowy; nie weźmiemy więcej gotówki nad niespełna trzykroć... interes więc na tej stopie.
— Najlżej więc ceniąc moję posługę jako komis i nie wchodząc w to, jak jest delikatny i trudny, czyż nie powinienem żądać półtora procentu?
— Oszalałeś stary! krzyknął Goral, pół pięta tysiąca...
— A! jak pan dobrodziej liczysz! z zachwytem uwielbienia rzekł stary, ja sam nie wiedziałem ile to wypadnie!!
Goral się mimowolnie uśmiechnął i pogładził czuprynę, lubił kadzidło bardzo.
— Dam ci dwa i ani grosza więcej — dodał biorąc za czapkę.
Zrębski spojrzał usiłując mu wyczytać z oczów, czy też może spodziewać się co utargować, a zobaczywszy w nich niecierpliwość, uparł się przy swojem.
— Bóg widzi, rzekł, kosztuje mnie i boli, że nie mogę spełnić nawet darmo tej posługi dla ciebie mój dobroczyńco; ale kto wie? mogę nie najlepiej się przysłużyć i Balowi, którego kocham i weneruję, sumienie mi się odzywa... nie umilknie od tysiąca, bo żyć nie będzie z czego, a u poczciwego kupca częsta gratka dla mnie... Nie mogę, dalipan nie mogę!!
— Ha! jak chcesz, wkładając rękawiczki, niespokojnie odparł adwokat; rachuj, a w rachunku nie mijaj, że ja cię drugi raz także nie użyję, kiedy mi się tak bardzo targujesz... Zresztą trafilibyśmy i sami do Bala.
— Probujcie! probujcie! zimno rzekł Zrębski, słowa na to nie rzeknę... ale że się nie uda to ręczę.
Widząc, że się tego nie uląkł Zrębski, Goral rzucił mu na wychodnem.
— Ostatnie słowo! masz trzy tysiące!
— Targujesz się pan! pan! pan! powtórzył kilkakroć zawstydzonemu, chwytając go za połę stary; a czy to się godzi? ze mną ubogim, co w pracy i pocie czoła żyć muszę...
— Muszę się targować, kiedy chcesz niedorzecznych jakichś wynagrodzeń za rzecz najprostszą!
— Ostatnie słowo! cztery tysiące! zawołał stary, lub nic z tego nie będzie.
Adwokat już był na progu, zawahał się.
— Niech cię wszyscy djabli porwą! krzyknął, daję! ale jeśli mi się rzecz urwie! jeśli zrobisz zawód! w oczy ci więcej nie zobaczę! pamiętaj!
Zrębski skłonił się niziutko.
— Ja swego jestem pewny, rzekł.
— Jutro przyjdź tu po informacją o godzinie pierwszej z południa.
To mówiąc otulił się płaszczem i szybko przebiegł pierwszy pokój, niepostrzeżony niknąc w mroku nocnym.






ROZDZIAŁ VII.

W którym czytelnik poznaje hrabiego Jana Bracibora Sulimowskiego.

Wprędce wyszedł pan Joachim Goral na plac przed ratuszem, a że wieczór ostatków lata był piękny, puścił się piechotą ku ulicy Wierzbowej, zamyślony, ale rad z siebie. Po drodze ani spojrzeć raczył na żyjące i wesoło używające pięknej pory miasto; na oświecone domy przez których okna światła błyskały wśród kwiatów; na postrojone kobiety powracające z przechadzki; na teatr, około którego roiły się powozy i ludzie cisnęli....
Nic go to nie obchodziło, bo nie zwykł był darmo na świat spoglądać, każdy krok jego był obrachowany, każdy ruch miał cel, każde wejrzenie powinno było przynieść procent. To co nie wpływało na interes żaden i nie miało styczności z kieszenią pana Joachima, dziwnie mu było obojętne.
Gdyby księżyc wdział był tego wieczora cztery rogi miasto dwóch i oślą czapkę w dodatku, pan Joachim nie raczyłby się ku niemu odwrócić i ruszałby ramionami na tych coby się ku niemu gapili....
Nie witając więc nikogo, nie oddając ukłonów nawet które go spotykały, dostał się do zajezdnego domu Gerlacha na Krakowskiem przedmieściu.
Tu nie meldując się wszedł do wielkiego salonu, poprzedzonego przedpokojem i z uśmiechem poważnym na ustach zbliżył się do siedzącego za stołem szpakowatego mężczyzny.
Nim będziemy mieli przyjemność powtórzyć część rozmowy między hrabią Janem Braciborem Sulimowskim a naszym adwokatem, musimy wprzód przedstawić czytelnikom zacnego potomka wielkiego domu Braciborów.
Nie jest mi spełna wiadomo, czy to był tak bardzo wielki dom za jaki chciał uchodzić w swojej prowincji, to pewna, że przydomek dosyć pięknie brzmiący i od lat kilkuset zamieszkanie w jednem województwie, dawnem Wołyńskiem, czyniło familją Sulimowskich w oczach szlachty czemś tak wyższem, że jej bez sporu i drwinek pozwolono w końcu XVIII. wieku nie wiedzieć gdzie schwytany przybrać tytuł hrabiowski. Przez lat też pięćdziesiąt z górą pisząc się hrabiami Sulimowscy, byli już najpewniejsi, że ich komesostwo sięgało nieścignionych pamięcią czasów.
W ogólności byli to ludzie dumni, ale popularni, z tą grzecznością dla wszystkich uważanych za niższych, która więcej odpycha niż pociąga, ale do której przyczepić się niepodobna. Sulimowscy przez procesy, chciwe kupna niefortunnie poczynione, zapędzające ich w długi, i różne niewyliczone okoliczności, zaszargali się bardzo, ale mieli jeszcze w ręku całą prawie fortunę, choć niezmiernie obciążoną. Umysł ostatnich Bracibora potomków wysilał się teraz na odpychanie wierzycieli, na obrachowanie spadków, które mogły na nich zejść po śmierci dalekich krewnych, na poszukiwaniu posagów po babkach i prababkach. Golizna hrabiów była jednak świecąca, przymięszało się do niej skąpstwo brudne, ale to nigdy nie wychodziło na wierzch dobrowolnie. Były więc cugi, sługi, pałace, dwornie, marszałkowie, sekretarze, kasjerowie przy różnych dumający kufrach; bywały bale nawet, choć często i na łojowe świece zabrakło.
Z licznej familji Sulimowskich, która była bardzo rozrodzona, hrabia Jan uważał się za najbogatszego i najrozumniejszego. Taka była przynajmniej zgodna opinja jego rodziny, która go szanowała, a na mocy jej szacunku, wymagał i od obcych pan Jan uszanowania i hołdów, które przyjmował jako należny sobie podatek.
Ojciec jego piastował niegdyś wysoki urząd w województwie, stryj był kasztelanem, drugi biskupem in partibus, a illustracje te ciągle na ustach miał godny Braciborów potomek. Główne zastosowanie praktyczne rozumu, który mu przyznawano, ograniczało się do interesów. W istocie, jeśli zaczepianie nieustanne pod najbłachszym pozorem, uparte obstawanie przy swojem i pienianie się do upadłego dowodzą rozumu, miał go hrabia obficie. Żył cały w sprawach, które prowadził, w papierach z których je dobywał po dwóchset latach przemilczenia, w wykrętach prawniczych i nadziejach wyprocesowania czego mu brakło. Drugiem jego zaprzątnieniem nieustannem były spadki, jakie na familją przypaść mogły. Doskonale obeznany z drzewem genealogicznem, śledził posagów które z domu wyszły, z upartą zaciętością goniącego ostatkiem człowieka, i mało kto rozstał się z tym światem, by on nie spróbował przynajmniej przypytać się do jego pozostałości.
Zresztą wielki pan w obejściu, ale nie dobrze odgrywający swoję rolę, bo ją przesadzał zbytecznie; lud Boży mający za nic, grzeczny z tymi, których potrzebował, dumny dla obojętnych, pragnął tylko stosunków, któremiby głośno się mógł popisać, i szlachtę zabijał książętami wujami, książętami stryjami, wysławiając ich nieustannie.
Ciągle się prawując i nie zawsze pilnując koniecznie strony sprawiedliwej, byleby pozór prawny słuszność miał za sobą. Hrabia Jan udawał wielce szlachetnego człowieka, ale w gruncie nie wiele o to dbał, jak go tam będą nazywali, mówił o charakterze swoim i uczciwości dosyć, ale biada, kto na to rachując, spuścił się na nie!
Z panem Joachimem więc pod tym względem była to doskonale dobrana para. A teraz spojrzmy na jego powierzchowność.
Był to chudy, zgarbiony trochę mężczyzna, pięćdziesiąt kilkoletni, z uśmiechniętą małpią twarzyczką żółtą, oczyma piwnemi i szpakowatą czuprynką. — Szczególny charakter jego fizjognomji nadawały usta nadzwyczaj szerokie a wązkie, podobne do rybiego pyska, gdyż broda z niemi dobrze naprzód wystawała. Nosek maleńki spiczasty, któren natura na prędce i od niechcenia przyplasnęła mu na twarzy, nie wiele na niej miejsca zajmował. Skutkiem szerokości ust, hrabia miał minę ciągle uśmiechnioną, choć się nawet nie śmiał wcale.
Pomimo lat, były w nim jeszcze ostatki odegrywania młodości w chwilach wolnych, ale nie mając czasu na wdzięczenie się przy kobietach lepszego towarzystwa, szukał sobie łatwiejszych kochanek między żonami ekonomów i pisarzy dóbr swoich. Lubił dobry stół, gdy zań nie płacił, wino stare na cudzym stole, zresztą nadewszystko pieniądze, których nie miał.
Pan Joachim zastał go w szlafroku nad kupą papierów, ze zgasłą fajką na długim cybuchu, z przepysznym ale poklejonym bursztynem. Szlafrok był tyftykowy, ale stary i poplamiony, pantofle złotem dzierzgane, ale podarte, czapeczka bajorkami szyta, ale stłuszczona i brudna jak wszystko co go otaczało. W sprzętach, w nieznaczących drobnostkach do koła rozrzuconych, łatwo było postrzedz i pretensje do państwa i skąpstwo a niedostatek. Wielki drągal w sinej liberji, który drzwi wchodzącemu otworzył, miał na sobie odzież z blachami i herbami, ale suto połataną i niemniej odartą. Tłómoki, posłanie, suknie, wszystko było stare, zużyte, cuchnące stęchlizną.
Nie wstał hrabia na przywitanie swego adwokata, wyciągnął tylko ku niemu rękę protekcjonalnie.
— Jak się masz! jak się masz! wybąknął głosem ochrypłym, czytam właśnie memorjał sprawy przeciwnej! ale tu nie ma najmniejszej logiki! To są rzeczy niesłychane! Chcą zwrotu kosztów, o których wykład nie prosiliśmy! To nie ma sensu!
Położył papier na stoliku i spojrzał na pana Joachima, który z miną bardzo poważną, wyprostowany, poufale ale z uszanowaniem zbliżył się do niego.
— A cóż? rzekł, ten drugi interes.
— O jakim hrabia mówi? spytał obojętnie Goral przeglądając papiery.
— O sprzedaży klucza Zakalańskiego! westchnął Bracibor... niestety! gdyby nie nalegające okoliczności, nigdybym nie pomyślał o pozbyciu się tego Złotego Jabłka!... Nie uwierzysz kochany panie, jak mi jest ciężko cokolwiek sprzedać! To spadek po rodzicach, po dziadach!! to pamiątka familijna!
— Jeżeli hrabia zechcesz, to sprzedać możesz, obojętnie rzekł adwokat, wciąż patrząc na papiery.
— Masz więc kupca?
— Kupca? tak! uśmiechnął się Goral, a jak to hrabia zgadłeś... że kupiec.
Skrzywił się trochę stary i jeszcze mu się więcej rozszerzyły usta, zachodząc prawie od ucha do ucha.
— Ale kupiec oryginał, dodał powoli pan Joachim. Uroiło mu się i szlachectwo i pochodzenie i chce kupić dobra ziemskie, by się z handlu wyprzedać a na wieś wynieść... Łatwa i dobra sprawa...
— Jak się nazywa? podchwycił hrabia.
— Erazm z Balogrodu Bal...
— Jakto? istotnie z tych Balów, co mieli posiadłości w Sanockiem?
— Nie wiem tego dokładnie, ale tak mówią... Bijąc w jego szlachectwo i głaszcząc próżność, wszystko z nim zrobić można. Człowiek bogaty, pieniądze gotowe ma... Zapłaci co hrabia zechcesz, i przykrych tam ceremonij, poszukiwań po aktach, kwerend robić nie będzie.
— Ale bo na cóż to z uczciwymi ludźmi! zawołał Bracibor bardzo serjo... czyżbym ja chciał, korzystając z swojego położenia, coś mu ukryć, lub więcej niż należy wyciągnąć? Tego nawet przypuścić nie można!
— Dziś tedy, dodał Goral, pomówimy o warunkach, ułożym mu notatkę, a jutro lub pojutrze mogę go tu przyprowadzić...
— O! o! jakże mi żal będzie tego majątku! westchnął hrabia Sulimowski... istotnie, nazwałem je złotem jabłkiem nie darmo. Ja nie miałem ztamtąd takiego dochodu, jaki bym mieć był powinien; ale cóż? my panowie na obszernych dobrach nigdy się dopilnować nie możemy. Zawsze sobie układałem zająć się Zakalańszczyzną, byłoby to naówczas coś nieporównanego! Wzięliśmy to po babce swojej z domu księżniczce Szujskiej... Są to dobra Poleskie, ale Polesie żyzne i położenie nad rzeką spławną.
— Niech hrabia mówi mi, a ja notatkę zaraz ułożę, rzekł pan Joachim chwytając za pióro...
— Mam i inwentarz i mapę! nie wiem prawdziwie, jak mi się to w drogę jadąc zamięszało, bo nie miałem najmniejszego projektu sprzedawać, ale okoliczności...
— To możebym wynotował z inwentarza? zapytał adwokat.
— Nie! ja to wiem wszystko na pamięć.
— Szczęśliwa pamięć!
— Ha! ha! wprawna panie kochany! trzydzieści lat zmuszają mnie interesy familijne do nieustannych spraw i procesów. Nie mam spokoju i grzebię w papierach ciągle, muszę o najmniejszej rzeczy pamiętać. Przytem Zakalańszczyzna to mój ulubiony kątek, ilekroć objeżdżając swoje dobra, zajadę tam, rozstać się nie mogę z Zakalem.
Hrabia nic nie mówił o ekonomowej, ale się do siebie uśmiechnął, myśląc zawczasu gdzie ją przeniesie.
— Zakalańszczyzna, mówił dalej, składa się z pięciuset sześćdziesięciu i dwóch dusz męskich (kobiety u nas dusz nie mają), dowcipnie rzekł w nawiasie. — Trzy wioski do niej należą: Ciemierna, Zakale, Borowica i... zapomniałem, przysiołeczek jeszcze, Nowiny... tam osadziłem ja już szlachtę czynszową, to podniosło mi arędę.
— Ale mówią powszechnie, że ci Budnicy u państwa bardzo lasy niszczą.
— Tak! tak! z dwuznacznym uśmiechem odparł hrabia, to muszę przyznać, że w Zakalu las wyrobiony trochę... budulec tylko... smoła być może... Główne tedy fundusze w Zakalu, dwór stary porządny, jeszcze mojej babki. O! z żalem się rozstanę z tą drogą pamiątką. Zabudowania dworskie z drzewa i jak u nas zwyczaj powszechny i z chrustu.
— Z chrustu? podchwycił zdziwiony pan Joachim.
— Czegoż się pan kochany dziwisz? to rzecz wyborna i bardzo trwała, stodoły nawet, to rzecz doświadczona, najlepsze są chruścianne, bo przewiewne.
— Ale możeby lepiej o budowlach z chrustu nie wspominać, rzekł adwokat, wszakże chrust jest drzewem, po co specyfikować?
— Masz pan kochany słuszność, możeby nie specyfikować... nie ma potrzeby wcale.
— Grunty? spytał Joachim.
— Grunty, prawdę mówiąc, to prawda, przedewszystkiem są glinkowate, piaskowate, najlepsze grunty w świecie! Podolska i wołyńska ziemia ma to do siebie, że na niej czasem przepada z kretesem, gdy na poczciwych poleskich, a dobrze zagnojonych łanach, choć urodzaj mierniejszy, ale pewny, i wydatek z kopy daleko większy.
— Ale piasek, podchwycił pan Joachim, to jakoś zastraszające, to pachnie pustynią, możeby i piasku zamilczeć?
— W istocie więcej jest glinki, odparł hrabia, szczera prawda, ja do zbytku już chcę być sumiennym.
— Pola ile?
— Zdaje mnie się, że w ogóle trzysta dziewięćdziesiąt morgów w każdą zmianę w trzech folwarkach.
— Tam łatwo wykarczować, połóżmy czterysta, to lepiej brzmi.
— W istocie są pustki nawet, wyjdzie na czterysta jestem pewny... śmiało napisać można liczbę okrągłą.
— Sianożęcie?
— Niewykoszone! O! co w tem, to majątek nie porównany! a cóż mówić o tych ługach nadrzecznych, z których i siano i zboże mieć można (jeżeli woda nie zaleje o świętym Janie, co rzadko), to są egipskiej żyzności doliny.
— Cóż więcej?
— A! zapomniałem o młynach! w Borowicy dwa, w Zakalu pływak jeden, trzy więc młyny, któremi właśnie chciałem się zająć, mogłoby dać intratę bajeczną! o! cały majątek drugi jest w tych młynach... Niczego tak nie żałuję jak tych młynów.
— W dobrym stanie?
— Tak! funkcjonują! pod nosem rzekł hrabia.
— Może jeszcze co dodamy?
— Dodaj pan, położenie nieocenione nad rzeką spławią, nad Horyniem, lasy przy nadziei, bo za lat kilkadziesiąt można będzie wziąć za nie sumy neapolitańskie... cóż jeszcze? handlową pozycją! Możność założenia binduhy, sperandę na szkle, którego by huta tu wygodnie stanąć mogła, wypęd smoły... Ale któż to wyliczy! hrabia westchnął.
— To już się ustnie nabywcy rozpowie, rzekł pan Joachim, a są jeszcze ciężary?
— Dług bankowy, rzekł hrabia, ale ten dług dobrodziejstwo największe, bo nabywcę upewni, że innych już być nie może.
— Ani procesy? — spytał pan Joachim.
Hrabia się obejrzał uważnie.
— Proces był, ale ukończony.
— Finalnie?
— Zdaje się; zresztą że to rzecz, o której wspominać nie warto.
— I ja tak myślę...
— A szacunek jaki położym?
— Prawdziwie, podnosząc głowę do góry i poglądając na sufit rzekł Sulimowski smutnie, gdybym serca się mojego pytał, nigdybym dosyć tego majątku oszacować nie potrafił... to złote jabłko! U nas ziemia widocznie idzie w górę! kredyt upada! potrzebujemy pewnej lokaty, wszyscy się chwytają ziemi.
— Więc pan hrabia powiada?
— A! kochany panie! ja jeszcze nic nie powiedziałem, smutnie odparł hrabia — pięćset sześćdziesiąt i dwie dusze, cztery wioski licząc Nowiny! rzeka spławna! najmniej sześćkroć sto tysięcy!
— Sześćkroć! rzekł pan Joachim wstając z krzesła i poczynając się przechadzać. Panie hrabio! to Polesie jednakże!
Panu Goralowi chodziło o to, by Balowie nie krzyczeli nań bardzo za powrotem kiedyś, i choć doskonałą miał wymówkę w nieznajomości miejsca, chciał jednak o ile możności, żeby był i wilk syty i koza cała.
— Ale to jest Polesie wołyńskie, a raczej Wołyń — Poleski, kochany panie, zerwał się pan Sulimowski z kanapy... to najpiękniejsza majętność w tych stronach.
— A nie byłoby dosyć po tysiąc złotych za duszę? spytał cicho adwokat.
— Nie mów mi pan tego, to później! to później! wiele mnie kosztuje, że się tego majątku pozbywam.
— Widzi pan hrabia, zdając majątek będziemy musieli oddać i papiery co mu służą; widziałem wczoraj na stole tranzakcją Szujskich z Bohowitynami, w której stoi, że Zakalańszczyznę kupili za sto tysięcy.
— Kiedy to było! to nie racja! przed stu laty! majątki ogromnie poszły w górę! zresztą ja sam poczyniłem ulepszenia, wszystko kosztuje...
— Miedzy nami mówiąc panie hrabio, ostatnia cena?
— Gdyby nie okoliczności, cicho rzekł hrabia, za nicbym tego majątku nie oddał... to złote jabłko!
— Od pół miljona nie oddam.
Pan Joachim się zamyślił chwilę.
— A gdybyś pan hrabia tę cenę wziął... Resztę dał do zrozumienia.
— Spuść się pan kochany na mnie... będę umiał ocenić jego pracę i łaskawą pomoc.
— O! o! na jedwabne słówka mnie nie złapiesz! pomyślał w duchu chmurząc się pan Joachim i znacząco zamilkł.
Hrabia postrzegł, że złą drogą się puścił, zawołał służącego, żeby fajki podał, chcąc utargować czas do namysłu.
— Naprzykład, rzekł, wiele mam ofiarować? Ale zapomniałem o porękawicznem!
— Dla kogo?
— Dla hrabinej.
— Wytargujemy je.
— Nie wezmę mniej pięciuset czerwonych złotych, przywiozę jej kolje i kolczyki, które tu upatrzyłem.
Hrabia myślał wcale o czem innem, bo potrzebniejsze były chustki od nosa, oddawna dziurawe choć haftowane... niżeli kolje i kolczyki.
— Na kogoż koszty prawne? spytał pan Joachim.
— O! na kupującego, w tem mam metodę niezmienną, stałą i od tego nie ustąpię... Ale cóż mam ofiarować?
— Pan hrabia się namyślisz, rzekł z przyciskiem Goral, ale jeszcze jest rzecz jedna.
— Cóż takiego? obawiając się już zapytał puszczając dym dla zapłonienia skwaszonej twarzy hrabia.
— Są koszty, których podać nie można. Rzecz to była trudna znaleźć takiego kupca jak Bal, łatwego, bogatego i gotowego zawsze, musiałem użyć środków nadzwyczajnych.
— O! o o o! bąknął pan Sulimowski, coś mi pan o tem wspomniałeś. Istotnie! martwi mnie użycie takich środków.
— Ja się wzdrygam nad niemi, ale bez tego nic.
— Cóż to tam może kosztować? niby obojętnie rzekł hrabia.
— Około dziesięciu tysięcy.
— To grubo! bardzo grubo!
— Zapomniałem dodać, że to warunek sine quo non...
— Bardzo grubo, jeszcze raz powtórzył hrabia ciężko wzdychając... A panu dobrodziejowi...
— Niech pan sam osądzi; jeśli ktoś podrzędny bierze dziesięć, jeśli porękawiczne, prosty podarek tyleż ma wynosić, cóż powinno być mnie?
— No, dwadzieścia! wybąknął z niecierpliwością hrabia.
Pan Joachim nie rzekł ani słowa, dumnie podniósł głowę, zapiął surdut i wdział rękawiczki, ale milczenie jego i wejrzenie, a nawet pośpiech do wyjścia były złą wróżbą.
Hrabia był widocznie zniecierpliwiony, chodził po sali żywo: pan Joachim chciał go pożegnać, podali sobie ręce.
— Jeżeli się to wszystko dobrze i gładko bez szperań daremnych i tych nudnych formalności ukończy... bo mi o pośpiech chodzi, dodał Sulimowski, chętnie zaofiaruje panu kochanemu trzydzieści tysięcy... zdaje mi się...
— Postaramy się żeby to zrobić jak najspieszniej i najdogodniej, trochę rozjaśniając oblicze rzekł prawnik, z godnością pewną schylając głowę.
— Chodzi mi o pośpiech! bo zresztą, żywo zawołał Bracibor, jak najsumienniej, jak najskrupulatniej chcę kończyć! Nic dwuznacznego! nic przesadzonego! święta prawda. Majątek nie potrzebuje swatów, bo to jest coś nadzwyczajnego!
— Zrobimy to, zrobimy, rzekł adwokat, ale jeszcze słowo. Nie mógłbym prosić hrabiego, żebyś był o ile możności grzecznym i poufałym z Balem, a słówko jakie wtrącił mu o familji jego! Zrobi się gładki i łatwy! Może to źle tak na ludzką próżność rachować, ale któż bez niej! Człek najpoczciwszy zresztą!
— Cha! cha! rozśmiał się ruszając ramionami hrabia, o to najłatwiej, będzie kontent ze mnie, ręczę panu.






ROZDZIAŁ VIII.

Wąchają złote jabłko.

Z wielką niecierpliwością czekał jutra co miało spełnić najdroższe jego marzenia pan Bal, a wszelkiej mocy jaką miał nad sobą użyć musiał, żeby się zawczasu nie wygadać niepotrzebnie przed żoną i synem. Nadzwyczajny jego dobry humor, podskoki, pocieranie włosa, śpiewki improwizowane, chodzenie po pokoju z wysoko podnoszonemu nogami, zwracały uwagę familji, ale nie dozwalały jednak niczego się domyślać stanowczo. Jakby przeczuciem jakiemś, pani Balowa była smutna i ta wesołość męża niewytłómaczonym sposobem ją zastraszała.
Do objadu nikt nie przyszedł, a z każdą godziną rosła niecierpliwość pana Erazma; o pół do pierwszej, kiedy już wszyscy byli na górze w pokojach, zjawił się pan Zrębski, ale ani wziął kupca na bok, ani mu słowa szepnął, dając tylko znak zręcznie, że wszystko gotowe i że się po objedzie obszerniej rozmówią.
Prawie nienaturalny był humor przyszłego dziedzica Zakalańszczyzny i im bardziej się podnosił do egzaltacji, tem żona stawała się niespokojniejszą. Schwyciła ona znak dany przez Zrębskiego, a że się go obawiała i przeczuwała jakąś z nim robotę, drżała ze strachu, nie mogąc jeszcze domyśleć się o co chodziło. Była tylko pewną, że jakąś stratę poniosą. Spojrzeli po sobie ze Stanisławem, który prawie toż samo odgadywał i smutnie spuścili oczy. Lizia siedziała spokojnie, to uśmiechając się do ojca, to ukośne rzucając wejrzenie, prawie bojaźliwe na Jana, który na nią nigdy prawie spojrzeć nie śmiał.
W czasie objadu spieszył się ciągle kupiec, łykał szybko, wyglądał półmisków, nożem bijąc po talerzach, roztargniony i widocznie jak na szpilkach; zaledwie wstali, schwycił Zrębskiego pod rękę i głośno wołając: proszę o kawę do mego pokoju, pójdziemy do siebie na fajeczkę! ruszył nie oglądając się.
— Co się dziś twemu ojcu stało? zapytała, okiem goniąc za wychodzącym Ludwika do syna, uważałeś jaki był?
— To się ojcu często trafia, ale jednak nie do takiego stopnia.
— Cóż dziwnego, że był wesół i że się spieszył, dodała Lizia, kontent że się pozbył kataru, a więcej jeszcze że będzie mógł wyjść.
— Panie Janie, czyś uważał? obróciła się pani domu. Niepokoją mnie te narady ze Zrębskim.
— Widziałem tylko szczęśliwe bardzo usposobienie do różowego humoru, rzekł Strumisz, ale przyznam się, że nic z tego wnieść nie mogę.
— Pan bo lękasz się nawet myśleć! szepnęła Lizia ruszając ramionami.
Strumisz spojrzał i zamilkł.
— Istotnie niepospolity tchórz ze mnie! odparł po chwili uśmiechając się.
— A to nie ładnie na mężczyznę.
— O! ja się tylko lękam tego, czego nie rozumiem, rzekł kłaniając się i odchodząc pan Jan.
Lizia poszła śpiewając coś do okna i w niem się sparła poglądając na ulicę, przez którą przechodzić musiał Strumisz do sklepu; Stanisław naradzał się po cichu z matką.
Pan Bal trzaskając drzwiami, poleciał ze Zrębskim do swojego pokoju, zamknął się w nim i odwróciwszy szybko do starego filuta, w którym serce z radości skakało, zapytał żywo:
— No! cóż? gadaj! gadaj!
— Rzeczy są prawie ułożone, szepnął ostrożnie i cicho stary prawnik, zacierając ręce i odchrzękując żeby się namyśleć co powiedzieć, ale wiele potrzeba ostrożności i zabiegów. Dali mi słowo, choć i to nie bez kosztu.
— No! mniejsza o to, ale na czem stanęło?
— Bestja plenipotent hrabiego, którego imienia dowiesz się pan dobrodziej, z góry mi zapowiedział, że nas do kupna nie dopuści, chyba mu się opłacim!
— No! co chce? co chce? mów.
— Jeźli pan dobrodziej kupisz, musisz mu dać porękawicznego na moje ręce trzysta dukatów. — Z przykrością i bolem serca wysłuchałem tej propozycji, usiłowałem go zmiękczyć, ale nic nie pomogło, powiada że znajdzie dziesięciu kupców na ten majątek.
— Niech go licho bierze! dam mu trzysta dukatów, to głupstwo! rzekł pan Bal.
— Ale że to człek niezmiernie drażliwy na opinją i nie chce nawet dać pozoru na siebie, że korzysta z tej okoliczności, ani mu można o tem wspomnieć, ani dać do zrozumienia... porękawiczne na moje ręce weźmie po cichu.
To mówiąc Zrębski, mimowolnie się pod wąsem oblizał.
— Och! westchnął ciągnąc dalej, co do mnie nic nie chcę i nie wezmę, szczęśliwy i nagrodzony tem, że panu służyć mogę, a zgorszony tą chciwością!
— Co chcesz Zrębsiu, odezwał się kupiec, tańcując z nogi na nogę, nie wszyscy są tak uczciwi i delikatni jak ty.
— To też ja biedę klepię, a ci na srebrze jedzą i karetami jeżdżą! z uczuciem doskonale odegranem gorzkiego wyrzutu Opatrzności dodał stary. Ha! wolę już swoję biedę poczciwą!
— Notatkę o majątku masz?
— Nie mam żadnej; pójdziemy o trzeciej po południu do hrabiego, gdzie na nas czekają i tam się wszystko rozwiąże.
— Otóż sęk! zawołał kupiec, wyda się tajemnica! Muszę się do niego ubrać w nowy frak! w domu to zaraz postrzegą.
— Nie potrzeba! nie potrzeba! to interes, nie wizyta! rzekł Zrębski, byle frak, choć ten tabaczkowy, to dosyć.
— Ale zmiłuj się, toć hrabia! magnat! pomyśli że nie znamy świata... Ale ja po cichu się ubiorę tu w kątku, wdzieję płaszcz i niepostrzeżony się wyśliznę... ty Zrębsiu drzwi popilnujesz tylko, gdy się będę czupurzył.
Już chciał dictum factum pójść się przebierać pan Bal, ale go zatrzymał stary.
— Dosyć będzie jeszcze czasu, rzekł, zostaje nam więcej godziny, a mamy jeszcze mówić o czem.... Są niektóre informacje potrzebne.
— Siadajże bo cię nogi zbolą, słucham i zastosuję się do życzliwej rady.
— Trzeba wiedzieć, rzekł prawnik, że nie z każdym jednakowo się traktuje... to stary aksjomat, człowiek do człowieka podobny, a dwóch nie ma jednakowych. Zatem i do tego hrabiego idąc, żeby go skaptować, potrzeba wiedzieć z której strony do niego przystąpić.
— Złoty człowiek z ciebie, Zrębsiu, o wszystkiem myślisz! ściskając go rzekł Bal; że też się na tobie ludzie nie poznali... Nie bój się, potrafię z hrabią jak należy się obejść.
— Ale zawsze lepiej wiedzieć na pewno niż probować, dodał Zrębski; usiłowałem się dowiedzieć co to za człowiek i mam informacją dokładną. Wszyscy się na to zgadzają, że jakkolwiek dumny i dosyć z góry na świat spogląda, hrabia jest bardzo uczciwym człowiekiem. Okazać mu najmniejsze niedowierzanie, nieufność, byłoby to śmiertelnie go obrazić. Jest bowiem, słyszę, skrupulatny i sumienny aż do zbytku... W traktowaniu więc trzeba niezmiernej delikatności, nie zważać na drobnostki, a potem kończyć szybko... Byle słowo dał, rzecz skończona, już za nic go nie zmieni. Ma być niezmiernie honorowy...
— Rozumiem! wielki pan! mądrej głowie dość na słowie! rzekł Bal chodząc i podrzucając nogami coraz wyżej; potrafię! zobaczysz...
— Ani wątpię, ale informacja nigdy nie szkodzi.
— To też serdecznie ci dziękuję, będę już grał na pewno!
— A co się tyczy majątku, przerwał Zrębski, z bokum się już od obcych dowiedział, że to istotnie złote jabłko.
Kupcowi oczy się zaiskrzyły, stanął, uśmiechnął się i jak dziecko poskoczył uściskać prawnika, który przysiadał do ramienia pana Bala się schylając i nieskończone robił ceremonje.
— Zobaczysz! odwdzięczę ci! odwdzięczę, zawołał kupiec z przejęciem, spuść się na serce moje! Bije w niem krew Massagetów i Justynjanów...
(Pan Bal często w ten sposób Cesarza Justynjana niby przez lapsus linguae mięszał do przodków swoich).
— Ale może już czas iść? spytał niespokojnie, kto wie? zegarki gotowe się na figla przypóźnić, a nuż tam kto podskoczy...
— Bądź pan dobrodziej spokojny! mam ja tam stróżów! jesteśmy bezpieczni, byle traktowanie się udało z hrabią, bo na tem cała rzecz! majątek prześliczny... Gleba wprawdzie nie jest czarnoziem.
— A! nie czarnoziem, powiadasz? rzekł kupiec udając że rozumie o co chodzi, to źle!
— Nie. Jest to glinka i trochę piasku... ale to właśnie ziemia co najlepsze daje plony, a nadewszystko nigdy nie zawodzi!
— Otóż to jest, że nigdy nie zawodzi! wykrzyknął z zapałem kupiec; nigdy nie zawodzi!! tu grunt!
— Położenie nad rzeką spławną... nad Horyniem... młyny, łąki nieprzebrane, a w dodatku cztery przepyszne wioski...
— Cztery! to klucz mosanie! krzyknął pan Bal. A! niechże cię uściskam! to książęce dobra!
— I tak jest! jak to pan dobrodziej zgadłeś, wychodzą właśnie od kniaziów Szujskich!
— Dobra po książęcu! Balowie! na Hoczwi, z Balogrodu! powtarzał w zadumaniu rozkosznem śmiejąc się do siebie pan Erazm... Opatrzność! wyraźnie Opatrzność!
— I ja tego inaczej nazwać nie mogę jak sprawą Opatrzności, z przejęciem się dorzucił patron... Trzeba było wypadku bym o tem zasłyszał i został ręką wyraźną Opatrzności dla mego dobroczyńcy... trzeba było żebym zapobiegł konkurencji, coby walor dóbr podniosła wysoko... mamy w ręku to złote jabłko!
— Ale cóż oni to szacują? niespokojnie trochę spytał po namyśle Bal...
— Nie wiem, to pewna że ślepo trzeba będzie chwytać, bo cena słyszę nizka... W tamtych stronach... to co tam zowią duszą płaci się...
— Jakto duszą, kochanku?
— Dusze to są ludzie osiedli generis masculini.
— A więc cóż za masculinów się płaci?
— Po tysiącu kilkaset złotych.
— A za kobiecięta?
— Nic, te się dają w dodatku...
— A za ziemię..?
— I za nią nic.
— Toż za bezcen! krzyknął pan Bal.
— Płaci się tylko za te dusze i po wszystkiem.
— A wieleż tam tych dusz?
— Z górą pół tysiąca...
— A zatem szacunek przejdzie pół miljona! rzekł kupiec kiwając głową.
Zrębski który doskonale wiedział ile miał pan Bal pieniędzy w listach, bankocetlach i gotówce, uznał jednak za stosowne spytać.
— Wszak to pewnie pana nie zastrasza?
— Nic a nic Zrębsiu! gotówem kamienice posprzedawać!
— Aleć to nie będzie potrzebnem, rzekł patron, zdaje mi się, że na majątku tym jest dług bankowy... wypadnie tylko dopłacić!
— Wiele?
— Około trzechkroć, a koszta!
— To bagatel! zresztą, dodał po cichu Bal, projektem moim, ale to między nami, wszystko tu posprzedawać, kamienice i sklepy, zabrać grosz jaki zostanie i dokupować do tych dóbr.
Zrębski się zamyślił.
— Widzisz jakbyś ty mi tam był potrzebny! ty, co taką masz do interesów głowę!
— Ja panu mówiłem, przykuty jestem na nieszczęście do bruku! westchnął stary, ciężko mnie już ztąd ruszyć...
— Ha! wola twoja, nie będę cię forsował! ale mi tego żal szczerze! Jak ci się zdaje, możeby się już ubierać? spytał uśmiechnięty.
— Jak pan dobrodziej chcesz...
Pan Bal kiwnąwszy na Zrębskiego, żeby drzwi pilnował, wcisnął się do swojej garderóbki, w której wszystko poprzewracał w sposób najfatalniejszy, i nakląwszy ludzi niewinnych, w kwadrans wyszedł wyświeżony. Przybrał nawet wraz z frakiem nowym minę poważną, zamyśloną, serjo, którą chciał zachować wobec hrabiego rozprezentując starożytną rodzinę na Balogrodzie i Hoczwi, i potomka Massagetów. Dziwnie się dla swoich znajomych musiał wydawać z tą miną porzyczoną, z tem wytężeniem uwagi na siebie, aby żywości swej i wesołości cuglów nie puścić. Zrębski aż się uśmiechnął, ale jego minkę pokryły wąsy jak zawsze.
Kupiec zarzucił na ramiona płaszcz hiszpański, w którym doskonale był podobny do bilardowej kuli zawiniętej w kawałek sukna i oglądając się bojaźliwie na okna swego domu, puścił ze Zrębskim ku kamienicy Gerlacha.
A w drodze, jakże marzył rozkosznie przygotowując się do wystąpienia przed jego hrabską mością, jak siebie zapytywał i sobie odpowiadał dowcipnie, jak nadewszystko przejęty bliskiem szczęściem zuchwale rzucał się na dorożkarzy, nie widząc ani dyszlów, ani koni! Zrębski musiał go co chwila ostrzegać i jak dziecko prowadzić.
Mijając ratusz spotkali wychodzącego z narożnej cukierni pana Joachima Gorala, który ich niby nie spostrzegł. Zrębski uszczypnął kupca za łokieć i syknął:
— To on!
— Kto? przelękły spytał Bal.
— Plenipotent hrabiego.
— Ale kto taki?
— Wychodzi z cukierni.
— A! Goral! czy to być może! znam go dobrze, tem lepiej.
— Przyspieszmy kroku, przywitaj go pan, nie widzi nic.
Nie dając się wyprzedzić w polityce, poskoczył pan Erazm ku adwokatowi.
— Dzień dobry!
— A! jak się pan dobrodziej ma?
— W jedno miejsce dążymy.
— Jakto? niby zdziwiony spytał pan Joachim.
— Idę do hrabiego Sulimowskiego.
— Więc to pana dobrodzieja oczekuje? zawołał więcej jeszcze niby zdumiony Goral.
— Tak jest, śmiejąc się odparł kupiec, mnie, mnie i spodziewam się po starej znajomości, że mi pan dobrodziej pomagać zechcesz.
Goral zdawał się zakłopotany.
— Panie łaskawy! rzekł surowo! moim obowiązkiem jest pomagać temu, kto mi zaufał.
— O! na Boga! nie obrażajże się pan, żywo przerwał Bal, nie żądam nic nad to co godziwe! Ale chodźmy, bo godzina się zbliża.
— Chodźmy, rzekł obojętnie Joachim, chociaż nie wiem, czy się co zrobi.
— Jakto! z kolei przelękły i zdumiony rzekł kupiec.
— Nie będę krył przed panem, że hrabia nie ma wielkiej ochoty pozbyć się tego majątku, któren zowie złotem jabłkiem, ma go za najlepszy klucz z dóbr swoich. Widać, że to jest jeszcze in crudo majątek, ale wielkich nadziei.
— Nie ma ochoty go zbyć? powtórzył kupiec.
— Nie powiadam, żeby go nie sprzedał, ale trudno to pójdzie. Człek przytem niezmiernie delikatny i dumny, najmniejsze słówko go obraża.
— O! o! mówiono mi o tem, zyrkając na Zrębskiego szepnął pan Bal, damy sobie rady...
— Życzę szczęścia, jeżeli to tak dobre jak powiadają, dodał Goral powoli... Piękne dobra! cztery wioski! ziemi ogrom! lasy! rzeka spławna! młyny! łąki! ryby! grzyby!
Pan Bal się tylko uśmiechał, a w miarę jak się zbliżali do domu Gerlacha, niepokój coraz wybitniej malował się na jego twarzy, wreszcie stanąwszy na wschodach, ścisnął w milczeniu rękę Zrębskiego i nie bez bicia serca, blady nieco wsunął się za panem Joachimem do wielkiego salonu...






ROZDZIAŁ IX.

W którym mamy przykład doskonałej sprzedaży.

Hrabia udając, że się gości nie spodziewał, lub o oznajmionem sobie przyjęciu ich zapomniał, wpół siedział, wpół leżał na kanapie z fajką w ustach, której przepyszny niegdyś bursztyn należał do reprezentacji. Miał na sobie nowszy szlafrok starty wprawdzie, zmięty i nie świeży, ale z przepysznej tureckiej materji, papucie nieco nowsze niż na codzień, resztę ubrania wyraźnie z uwagą dobieraną, ogolił się świeżo i rzeczy, które wprzód leżały rozrzucone dosyć nieporządnie, pochowały się za parawany. Lokaj miał liberją paradną z taśmami, na których rzędem świeciły herby na kanwie szyte.
Trochę sreber podróżnych, z guzami i dziurami na bokach, stały na widoku dla impozycji, otworzono nawet kantynę w kącie, żeby z niej resztę ich pokazać co się ustawić nie dała. Na wielkim stoliku leżał stos papierów prawnych, które hrabia przeglądał z wielką bardzo uwagą.
Spojrzał na wchodzących z roztargnieniem, powoli wstał z kanapy, niespokojnem okiem zmierzył pana Bala, który mu się kłaniał poprawując żabotów, a w nich brylantowej szpilki, co więcej była wartą niż wszystkie srebra hrabiowskie.
— Przedstawiam panu hrabiemu mego przyjaciela pana Erazma Bala... i pana Zrębskiego.
Hrabia zrobił minkę szczupaka, który zjadł coś smacznego i usta szczelnie przymyka, żeby mu ślinka nie pociekła, skinął głową rzuciwszy nieco naprzód, podniósł ją do sufitu w milczeniu i odezwał się wreszcie:
— Bal! Bal! byłżebyś waćpan dobrodziej potomkiem starożytnych Balów z Balogrodu z ziemi Sanockiej?
Twarz pana Erazma przeszła stopniowo przez wszystkie barwy uszczęśliwienia i stanęła u szczytu jasności: usta mu drgały, uśmiech igrał po nich, pierś się podniosła, pot wystąpił na czoło.
— Bardzom szczęśliwy, rzekł nie bez zająkania, że pan hrabia znasz już tę rodzinę, której mam zaszczyt być potomkiem.
— Znam! znam ją bardzo dobrze! dodał wskazując krzesła przybyłym gospodarz, a sam rozkładając się malowniczo na kanapie... Piękna, starożytna, zasłużona szlachecka rodzina! kolliguje z pierwszemi domami naszemi!
Rósł pan Bal, rozdymał się i widać było, że interes w połowie już był zrobiony szczęśliwą tą uwerturą hrabiego, chodziło tylko o odegranie małej komedji.
— Bardzo mi miło poznać potomka tak znanej rodziny! dodał hrabia szerokie otwierając usta a śmiejąc się oczkami.
Bal się skłonił.
— Dla mnie to prawdziwy zaszczyt, nierównie większej familji, tylą zasługami okrytej, rzekł powoli, poznać człowieka w osobie hrabiego i proszę wierzyć, że dzień, w którym oglądać go miałem szczęście, będzie mi pamiętny.
— Za to ręczę! w duchu rzekł pan Joachim, byle o Zakalańszczyznę skończyli, popamięta!!
— Pan Bal, odezwał się głośno, przybył tu właśnie w zamiarze traktowania o dobra, o których posłyszał że hrabia masz zamiar je sprzedać.
Mina hrabiego głębokie malowała zdziwienie. — Ja sprzedawać! co? sprzedawać! Zdaje mi się że nie miałem zamiaru niczego się pozbyć.
— Pan hrabia mi napomknął, rzekł serjo Goral... o kluczu Zakale...
— A! zmiłuj się pan! to było słowo na wiatr rzucone; najlepszy klucz z dóbr moich, choć prawda że przedzielony od nich kilką milami dóbr moich kuzynów Radziwiłłów. Ale mógłżebym się pozbyć mego złotego jabłka?!
Bal spuścił nosa bardzo, uwierzywszy naiwnie w to co mówił hrabia.
— Prawdziwie, niezmiernie mnie to boli, żem się tak wygadał, rzekł zafrasowany pan Joachim.
— Ale to było słowo tak rzucone. To pewna, że prędzej wszystko jak Zakale. Rzeka spławna, lasy, łąki, młyny! Raj! panie; w dodatku mieszkała tam ś. p. babka moja, z domu księżniczka Szujska, której pamięć i pamiątkę czczę najwyżej.
— Ale bo mi się zdało, rzekł pan Joachim znowu.
— Jakże to się panu źle zdało, z wymówką rzekł hrabia, otośmy darmo fatygowali szanownego pana Bala.
— Nic to nie szkodzi, kwaśno się kłaniając ale wzdychając pocichu, szepnął kupiec. I była chwila milczenia... Spojrzenia przytomnych krzyżowały się przebijane różnemi wyrazami. Bal mówił okiem do Zrębskiego: Cóżeś to zrobił? — Zrębski mu odpowiedział: Nie zrażajmy się. — Goral miał minę tak zaturbowaną, tak tabaki zażywał, tak we drzwi spoglądał, jak gdyby myślał tylko o ucieczce. — Hrabia się przeszedł po pokoju poważnie, niby namyślając i strapiony, stanął wreszcie.
— Hm! rzekł, nie radbym pana tak darmo fatygować, nie miałem ochoty sprzedać Zakala, bo je kocham i wiem co to za majątek, w ręku człowieka coby zarządzić umiał, to skarb! Wątpię żebyśmy skończyć mogli, bo te dobra mają dla mnie pretium affectionis; wszakże kiedy się tak złożyło omyłką, co mnie najmocniej trapi... Ha! uważam to za jakąś predestynacją... możemy zresztą spróbować, ale to pewne, dodał, że tam noga moja nie postanie, jeśli sprzedam, bobym płakał.
Usiadł na kanapie, w panu Erazmie serce biło, wejrzenie poleciało pełne nadziei i skrzydlate ku Zrębskiemu, oczy zabłysły.
— Przygotowałem nawet notatkę na przypadek, rzekł Goral dobywając ją z zanadrza powoli.
— Jakto! i notatkę? zapytał hrabia, spojrzał i smutnie podparł się na łokciu. Ha! proszęż ją pokazać panu Balowi, to jakieś przeznaczenie. Schwyciłeś mnie za słowo niebaczne.
— Ale pan hrabia mówił! tłumaczył się Joachim.
— Cóż z tego żem mówił? to była myśl rzeczona nawiasem.
Ustąpili, niby się kłócąc trochę, a pan Bal jął czytać notatkę wedle wczorajszej sporządzoną narady, choć tak mu w oczach się ćmiło, że przed niemi tylko widział tańcujące cyfry, które podrygiwały nóżkami cienkiemi, potrząsały brzuszkami i wierciły głowami. Czytał i nie wiedział co, oddał po chwili Zrębskiemu, który głową zaczął kiwać, coraz coś niby wyczytując i tajemniczo z za karty spoglądając na swego pryncypała. Hrabia w ciągu tej chwili ruszył ramionami i ucierał się z panem Joachimem.
Pan Bal czując potrzebę najprędszego kończenia, przystąpił do hrabiego, ale się w zapale uśmierzał ile mógł, tylko go rumieniec i świecące wydawały oczy.
— Więc możemy pomówić, pozwoli pan hrabia?
— Panie dobrodzieju, rzekł zimno Bracibor Sulimowski, piętrząc się wysoko, jakby chciał połknąć kupca, nie mam szczęścia nawet bliżej być panu znajomym, możemyż tak bez potrzebnych dokumentów, bez kwerend, bez dowodów żadnych, na oślep taksować. Przyznam się mu, że dla mnie przykroby było nie zyskać wiary, a nie mam prawa jej wymagać.
— Ale proszę hrabiego, odezwał się Bal wzruszony do szpiku kości, czyż nie znamy tu żadnej rodziny, do której hrabia należysz i jego samego... Ja w ten interes wchodzę z zupełnem zaufaniem... z nieograniczoną ufnością.
— A właśnie, odparł hrabia, ja tego nie chcę! Ja nie mam papierów. Ja sam dobrze wartości tych dóbr nie znam.
Pan Joachim przyszedł w pomoc.
— Ale kiedy pan Bal, rzekł z cicha, ofiaruje się chętnie spuścić na pana hrabiego.
— Pan mnie widzę uparłeś się Zakala pozbawić, zawołał Bracibor, cofając się i jakby broniąc: dziękuję, bardzo dziękuję za tę ufność, bo ci co mnie znają wiedzą że jej nigdy nie zawiodłem: ale... takeście mnie panowie schwycili.
— Dobra nie przyległe! podszepnął Joachim, sameś to mówił pan hrabia. Dla interesów hrabiego byłoby to może dogodnem.
— Ale ja się mogę obejść bez tego... Zresztą gdybym już chciał sprzedawać, kuzynowie moi, Radziwiłłowie, dawali mi cenę ogromną.
— Ha! to jak hrabia chcesz, rzekł Goral, prawdziwie takem się tu wmięszał...
— Jak Piłat w Credo! jak Piłat! dodał żywo hrabia, to sobie przyznaj... Zresztą stało się, nie chcę ci robić tej przykrości, traktujmy...
Zrębski mrugnął na pana Bala, który nie potrzebował żeby go podpędzano, sam był i tak jak na żarzących węglach.
— Jakiż szacunek kładzie pan hrabia na dobra Zakale? spytał Bal.
— Gdybym szacował je jak znam, jak czuję że warte, byłaby cena niesłychana, ale pan dobrodziej wpadłeś tu niewinnie, i nie masz powodu pokutować za to.
— Co za delikatność! wykrzyknął w duchu kupiec, to rzadki człowiek!
— Ja jestem aż do zbytku w tych rzeczach skrupulatny i sumienny, dodał Sulimowski, wolę stracić niż mieć sobie coś do wyrzucenia; posłuchaj więc pan dobrodziej: Są to dobra niby Poleskie, ale jedne z najprzedniejszych w Polesiu, rozległość ogromna, rzeka, młyny, co tylko zamyśleć zechcesz; u nas w tej pozycji płacą się dusze często po tysiąc kilkaset złotych... ja...
Pan Joachim syknął.
Widzę, że pan hrabia już sobie chcesz psuć interes.
— O! kiedy już sprzedaję i mówię o tem, dajże mi pan pokój z radami, będę otwartym do ostatka, rzekł hrabia z surową powagą i zmarszczonem czołem, jeśli na tem źle wyjdę, pan będziesz miał na sumieniu. O czemże mówiłem?
— O wartości dusz, podszepnął Zrębski.
— A! tak jest... Nie będę taił przed panem, że majątek ten nieco jest zaniedbany i in crudo, to zniża jego cenę.
— Panie hrabio! zakrzyknął Goral.
— Proszę mi dać pokój, żywo ciągnąc dalej, mówił Bracibor. Targować się nie umiem i to nie jest rzecz, o którąby się można spierać. Nie oddam inaczej jak po tysiąc złotych za duszę.
— Wieleż tam jest dusz? spytał od niechcenia.
— Ale panie hrabio! z wymówką i żalem przerwał pan Joachim.
— Pytam pana, wiele tam jest dusz? rzekł stanowczo Sulimowski.
— Pięćset sześćdziesiąt i dwie! cicho wybąknął plenipotent.
— No! więc wiecie szacunek.
Goral ruszył ramionami, Zrębski zdawał się mówić Balowi: patrz pan co to za człowiek! Ecce homo!
Hrabia jakby znużony upadł na kanapę i zanurzył się w jej poręczu, zadzwonił i kazał podać fajki. Bal nie wiedział co z sobą robić, nie chciał się targować, a coś go kłuło, że możeby można co odciąć od tej ceny, bał się jednak z tem wystąpić.
Jakby to wahanie przeczuł Zrębski, wystąpił pokornie.
— Pan hrabia daruje, rzekł łagodnie, łamiąc się we dwoje i uśmiechając gdyby do cudownego obrazu. Pan hrabia przebaczy moję śmiałość, że uczynię tu jednę maluteczką uwagę.
— Co takiego? z roztargnieniem spytał gospodarz.
— Maluteńką uwagę. Dobra te, acz zapewne największych nadziei, są wedle słów hrabiego in crudo, budowle, młyny, potrzebują reperacji.
Joachim chrząknął.
— Nie chrząkaj pan, to nic nie pomoże, co prawda to prawda! zawołał heroicznie hrabia, majątek in crudo, budowle reperacji potrzebują. Chcesz pan żebym jeszcze zniżył cenę? uśmiechnął się i machając ręką. Wolę to co najprędzej kończyć, bo mnie serce boli. Oddaję za pół miljona.
— Ale na miłość Boga, pan się gubisz! zakrzyknął w głos Joachim, ja tego nie dopuszczę!
— Otóż masz pan pociechę, żeś mnie na sprzedaż namówił, zawołał Bracibor. Stracę z satysfakcją, żeby panu zgryzoty napędzić.
— Chwytam za słowo, rzekł Bal podając rękę na znak Zrębskiego.
— Ale to być nie może! zagrzmiał głos pana Joachima.
— Tak będzie, na złość panu! wyciągając rękę zimno odparł gospodarz, rzecz skończona! nie mówmy o tem więcej.
Nie wiedzieć dla czego dreszcz zimny przeszedł po skroniach pana Bala, który zaraz potem uczuł się rozkosznie, rajsko wzruszonym i już mu pilno było biedz do domu z nowiną.
Znowu chwila milczenia.
— Ha! rzekł plenipotent z ponurą niecierpliwością, stało się! sądzono! Aleś pan szczęśliwy!
Pan Bal podniósł się na palcach, okręcił i zaśmiał szeroko.
— Istotnie, możesz pan to sobie powiedzieć, smutnie jakoś dołożył hrabia. Stało się! to pewna, że dóbr tych nigdym się sprzedać nie spodziewał za taką mizerją, aleś mnie pan do niecierpliwości przyprowadził. Złote jabłko! złote jabłko panie dobrodzieju! Straciłem je i nie ma co mówić o tem... Są jednak niektóre dodatki, o których kiedy już raz weszliśmy w tę materją, musiemy wspomnieć, choć to dzieciństwa! Naturalnie pan wszystkie koszty bierzesz na siebie?
— Ale oczewiście! rzekł pan Joachim.
— Naturalnie! ciszej powtórzył Bal.
— Hm! jeszcze mi przychodzi na myśl jedna drobnostka. Zgadało się coś przed wyjazdem z żoną moją o sprzedażach, o kupnach... nie wiem z czego... Zachciało się jej pięknej kolji brylantowej, bo szmaragdy i perły które ma, znudziły ją! Kobiety tak są kapryśne! Otóż... a dałem jej słowo, na wiatr, że przy pierwszej sprzedaży (anim się spodziewał żeby to tak prędko do skutku dojść miało) niestety! i na Zakalu! Dałem jej słowo, że dla niej pięćset czerwonych złotych wymówię porękawicznego, ale to...
— Panie hrabio... ofuknął się niby obawiając ustępstwa Joachim.
Zrębski dał naglący znak przyjęcia panu Balowi.
— Spełniam to z największą chęcią! rzekł kupiec.
— Przepraszam pana że o tej drobnostce mówię, ale w istocie nie wiem jak mi przyszła na myśl. Tyle mnie kosztuje każdy interes, tak nie cierpię tych targów.
— Ja się nie myślę targować, rzecz skończona, podchwycił Bal.
— Ha! skończona! Ale jeszcze słowo...
— Co pan hrabia rozkażesz?
— Muszę pana objaśnić o stanie fortuny, chcę być do ostatka jak można najsumienniejszym. Na Zakalu mam dług bankowy, przypadkiem, istnym przypadkiem! ale to wiele by o tem mówić, plenipotent mnie w to wpędził nie zrozumiawszy... Dług ten wynosi trzydzieści... wiele panie Joachimie?
— Trzydzieści cztery tysiące, siedmset dwadzieścia rubli srebrnych.
— Jest tam także jakiś fundusz duchowny?
— Trzy tysiące rubli.
— A! jeszcze coś! Mamy tam dyferencją z Radziwiłłami w lesie.
— Co to jest dyferencja? spytał pan Bal.
— Wątpliwość o granice, podszepnął Joachim.
— To dzieciństwo! nie wiem dobrze, kilka morgów podobno, mała rzecz! ale chcę wszystko od razu powiedzieć, ceniąc ufność pańską... Dawno mi się prosili żeby o to skończyć... nie wiele dbałem, fraszka! Chcę tylko uspokoić sumienie wypowiadając wszystko.
— Co to za człowiek! co to za człowiek! w duchu powtarzał Bal, otóż to z takiemi ludźmi mieć interes, z wielkimi panami, to aż miło!
— Prawdziwie, odezwał się z suchym uśmiechem Goral zażywając tabaki, jak żyję mi się nie zdarzyło być świadkiem interesu, w którymby aktor brał stronę swego przeciwnika i sam mu pomagał.
— Toś pan dobrodziej nigdy widać nie miał do czynienia z ludźmi wielkiego, delikatnego sumienia! odparł hrabia. W tym względzie znają mnie już ludzie, prawda nadewszystko, a interes lubię robić szybko i stanowczo. Teraz panowie rozmówcie się o resztę, dodał rozsiadając się na kanapie.
Reszta nie wiele czasu zająć mogła, gdyż główne warunki były umówione, pan Bal tylko prosił o dwa dni czasu dla zebrania pieniędzy, które ściągnąć potrzebował; a było tego z różnemi kosztami około trzechkroć sto tysięcy. Resztę przejmował w długach ciążących na majątku. Wszyscy winszowali szczęśliwemu nabywcy, który zmuszony był naturalnie zaprosić całe towarzystwo na objad do siebie. Hrabia chciał posyłać po wino szampańskie, zawołał był nawet służącego, ale tak się do tego przybierał głośno, że przytomni mieli czas odmówić i uprosić aby dał pokój.
Zasiedli tylko na rozmowę, gdyż tysiączne drobnostki tyczące się majątku przypominał sobie hrabia, co raz to coś ekscypując z niego, to ludzi, to ruchomości, to drzewo, to dochód karczemny do pewnego terminu. Pan Bal na wszystko dobrowolnie zezwalał, będąc pewien, że kupił tak korzystnie, tak doskonale, iż te małe ofiary nic dla niego znaczyć nie będą.
Hrabia przyszedł jakoś do siebie i choć wzdychał zawsze po Zakalu, zaczynał nabierać coraz lepszego humoru, mówił wiele, wspominał swe kolligacje, sypał kuzynami bez końca, dowcipował, a za każdem słowem oglądał się do koła żebrząc uśmiechów i oklasków, na które był pewien że zasłużył.
Wieczór dobrze był już przyciemnił salę, gdy pan Bal odurzony, szczęśliwy ale niespokojny razem, wziął za kapelusz by hrabiego pożegnać i usunął się wraz ze Zrębskim.
Hrabia przeprowadził go do pierwszych drzwi i pospieszył do Gorala, który z nim pozostał.
Zaledwie byli na ulicy, gdy Zrębski parsknął śmiechem:
— No! ślicznież się panu udało, Bogu dzięki! Jeszczem panu u tego starego dudka sześćdziesiąt kilka tysięcy odtargował, czy pan uważał jak?
— Uważałem Zrębsiu, serce mi biło! Ale to bardzo uczciwy człowiek! Tylko jeśli tak wszystkie interesy robi, nie daleko zajedzie! Wiesz co, coś to tak szło po maśle, że aż mi strach! Z początku wziął się nie sprzedawać, nastraszyłem się mocno... potem znów rzucał pieniądzmi jak plewą.
Nie rozumiem! Ha! stało się. Teraz mi pozostaje... o! djabla przeprawa! dodał kupiec, oznajmić żonie i panu Stanisławowi! Widzę jakie będą na mnie fochy...
— Panie dobrodzieju! Wszak to pan głową domu!
— Spodziewam się! zawołał Bal... i com zrobił tom zrobił, ale zawsze... byłeś waćpan żonaty kiedy Zrębsiu?
— Chwała Bogu, nie! odparł adwokat z uśmiechem chytrym.
— No! to Waćpan nie wiesz co to za mocna rzecz ta słabość kobieca! Zdaje się nic! tylko płacze, tylko stęka, tylko chodzi i wzdycha, a jak cię zacznie tem częstować, tobyś pod ziemię wlazł żeby dała pokój! Nie ma na świecie jak moja Ludwisia i nie do niej to mówię, przerwał kupiec, jednakże...
Tu zamilkł, zamyślił się, Zrębski go pożegnał, a on nie bez wahania wszedł do kamienicy.






ROZDZIAŁ X.

Smak Złotego Jabłka.

Nikogo nie spotkawszy w bramie, na wschodach i w sieni, dostał się pan Bal do swojego pokoju na górę, a w miarę jak się poczynał znowu rozmyślać, charakter jemu właściwy, humor w którym zwykł był pływać, rozbijały chmury chwilowej niespokojności. Opowiadał sobie o swoich wioskach, o młynach, o spławnej rzece, o książęcym majątku, rozpalał się obrazem i już go piec zaczynało żeby co najprędzej nową wielkość zdumionym oczom żony pokazać. Odzyskał zaufanie w sobie i żywość chwilowo straconą, ubrał się co najrychlej i popędził na górę do saloniku.
Tu zastał czekającą go z herbatą Ludwikę, Lizię, Stanisława i Strumisza... Tajemnicy utrzymać dłużej ani przygotować do jej przyjęcia nie mógł i nie umiał, serce mu biło gwałtownie, był u celu życzeń tajemnych, chciał się swem szczęściem podzielić.
— A! gdzieżeś był? wstając i podchodząc ku niemu zawołała pani Balowa.
— Gdzie? szczęśliwa kobieto! ani ci się śniło! ani ci się marzyło. — Witam dziedziczkę Zakala! kupiłem dobra! dobra książęce! dobra za bezcen... cztery wioski... klucz.. jedziemy na wieś! Familja starożytna Balów powraca do pługa i roli!
Słowa te wymówione były z takim zapałem, a przytem tak szybko, tak nieporządnie i z tak gwałtownemi ruchami, że w pierwszej chwili cofnęła się Ludwika, załamała ręce, bo jej przez myśl przebiegło, że mąż mógł dostać pomięszania. Stanisław zbladł jak chusta.
— No! cóż! stoicie jak mruki! nikt mi nie winszuje? zrobiłem interes ogromny! złote jabłko! złote jabłko! dobra za pół ceny! miljonowe! Com marzył, tom dokonał, wyprzedaję się i wynoszę na wieś?
— Ale na Boga! drżącym głosem odezwała się żona, godziłoż się tak bez poradzenia się kogo z nas, losem wszystkich rozporządzać? tak niespodzianie, tak gwałtownie!
— O! ba! bylibyście mi odradzali, przeszkadzali, niedowierzali, a tak zapadła klamka i rzecz skończona... powiadam wam, jedziemy na wieś.
Po twarzach przytomnych widać było jak ta wieść wielkie, silne i niemiłe zrobiła wrażenie, Stanisław spuścił oczy i dumał ponuro, nie śmiejąc się słowa odezwać, Strumisz był osłupiały, Lizia uśmiechając się z przymusem zbliżyła do ojca, Balowa stała ze załamanemi rękoma i poglądała na męża.
To milczenie, podziw, nieufność jakoś coraz silniej draźniły pana Erazma, który jakby wszystko chciał razem wypowiedzieć, począł trzepać.
— Majątek przepyszny... złote jabłko! in crudo... ziemia glinkowata ale nigdy nie zawodzi, wydatki ogromne, młyny, rzeka spławna, lasy, łąki nieprzebrane, dyferencja z Radziwiłłami, co jest nie małym zaszczytem... fundusze duchowne, dług bankowy, stary dwór, pięćset samych mężczyzn, nie licząc płci żeńskiej, szlachta czynszowa, smoła i huta...
— Od kogo? od kogo? spytała żona niespokojnie, czy nie z pomocą Zrębskiego?
— Właśnie wszystko to winienem temu nieoszacowanemu poczciwemu Zrębskiemu, który ma prawdziwe przywiązanie do mnie. Jest to człowiek nieoceniony.
— A! zginęliśmy, odezwała się żona; on nas zgubi.
Pan Bal z kolei osłupiał.
— Zrębski! mój przyjaciel, mój najlepszy druh... co Waćpani jest...
— Poznasz go, ale po czasie... Od kogoż to kupno? gdzież ten majątek? jaka jego cena?
— A! czekajże, co za gorączka! rzekł Bal siadając i trochę zafrasowany, zaraz ci rozpowiem wszystko... Najprzód kupno to od najzacniejszego z ludzi, jeszczem mu podobnego nie widział, od hrabiego Bracibora Sulimowskiego.
Stanisław mimowolnie zakrzyknął, wszyscy obrócili oczy na niego.
— Co to? niespokojnie spytał Bal, znasz go?
— Nie, słyszałem tylko o nim, rzekł Stanisław.
— A cóżeś słyszał, że dudek chyba i interesów robić nie umie... ale człek z najwyższą szlachetnością.
Stanisław usiadł nie mówiąc słowa, bo nie widział potrzeby sprzeczać się z ojcem, nie bardzo będąc pewien swoich wiadomości, które obiecywał sobie sprawdzić.
— Mówże coś słyszał! naglił ojciec.
— Powiadano mi o nim nie najlepiej, ale to są wiadomości uboczne.
— No! a ja go widziałem, rozmawiałem z nim, traktowałem i mogę wam powiedzieć, że mało takich ludzi na świecie, sumienność do przesady... delikatność niesłychana.
— Był zmuszony sprzedać część dóbr, Zrębski z Goralem mi dopomogli; jestem panem Zakala!
— Gdzież te nieszczęsne Zakale?
— Na Wołyniu! nad Horyniem! z zapałem począł pan Bal, w krainie mlekiem płynącej i miodem... słynnej pszenicą i pieniądzmi, w najszczęśliwszem położeniu... Cztery wioski... dwór stary niegdyś książąt Szujskich.
— Cóż cię to będzie kosztowało? z bojaźnią spytała żona, jakby już zrezygnowana.
— Pół miljona! pół miljona, ale dobra warte dwa razy tyle.
Pani Balowa schwyciła się za głowę. O! mój Boże! zawołała...
— A Waćpani tylko byle stękać... myślałem że mi się uwiesisz na szyi, że mi będziesz dziękowała, a tu jeszcze strachy, wykrzykniki, żale, jeśli nie wymówki spotykam, przyszedłszy ze złotem jabłkiem. Teraz proszę mnie słuchać, dodał kupiec stanowczo, to nie dość. Postanowiłem oddawna i zapowiedziałem, że chcę się wynieść na wieś i handel ten nieznośny porzucić, sprzedaję domy, realizuję co mam i idę z wami napawać się wiejskiem powietrzem.
— Przepraszam cię, równie stanowczo odpowiedziała pani Balowa, miałeś prawo dogodzić swojej fantazji, ale nie masz prawa zagrażać losowi swych dzieci dla jakiejś chimery.
— Ona to nazywa chimerą! burknął Bal.
— Posłuchaj mnie cierpliwie, chwytając go za rękę dodała żona. Zrośliśmy i przywykli do miasta, praca nasza chleb nam dała i zapewniła przyszłość dzieci... Godziż się, nie znając tego życia które ci się tak śmieje, wszystko w nie wkładać? A nuż twoje złote jabłko będzie jabłkiem raju?.. Nie, kochany Erazmie, kupuj sobie dobra jeśli ci się podoba, rzucaj ten poczciwy stan w którym żyli i wychowali nas rodzice, ale nie odrzucaj od siebie ostatniej deski ratunku. Tam nas czekają straty, tu niech zostanie choć przytułek po burzy...
Bal wysłuchał, choć z oznakami nadzwyczajnej niecierpliwości, podskakując na kanapie, całej mowy żony, ale trząsł głową i rzucał się.
— Co za dziwne przeczucia! co za przywidzenia! przerwał nareszcie, co za zakochanie w tem brudnem mieście! Dla czego mamy tracić? czemu nie potrafimy gospodarzyć. Cóż to, święci garki lepią? Dobry ekonom i rozumu trochę, ot i po wszystkiem. Stanisław będzie, ręczę, dobrym gospodarzem.
— Będę czem ojciec rozkażesz, odparł smutnie Stanisław, ale dobrym wątpię... na to potrzeba specjalnej nauki i ochoty, a ja jej nie mam.
— Wszystko się znajdzie, przerwał Bal, co to darmo gadać! Wyprzedamy się i kwita z miasta, ze sklepów, z handlu, ze wszystkiego, wracam na niwę przodków... odetchnąć powietrzem siół i lasów... Co to za życie rozkoszne, jaka cisza, swoboda i pokój! jaki dostatek! O! ciężko mi czekać do tej chwili, tak jej pragnę.
Matka i syn spojrzeli po sobie, jakby mówili: To darmo, my go nie przekonamy! a żona odezwała się łagodnie:
— Kupiłeś, zrobiłeś coś chciał, nic ci nie powiem, choć doprawdy, jako żona, mam prawo wyrzucać robioną przedemną tajemnicę... za to musisz mi się wypłacić czemś.
— Moja duszo! musiemy wyjechać na wieś.
— Pojedziemy na wieś — z westchnieniem rzekła Ludwika.
— No! otóż ślicznie, moje serce, zgadzasz się na wszystko?
— Nie na wszystko... mój Erazmie... wyprzedawać się nie chcę...
— Musimy!
— Nie wyprzedamy się.
— Pani mi chcesz narzucać swoją wolę?
— Nazwij to jak chcesz... ale mi musisz dać słowo, że do lat trzech nie pomyślisz o sprzedaży handlu i domów. Jeśli po latach tych będzie nam tam dobrze, no! uczynisz wówczas co się spodoba.
Pan Bal, który myślał w ten sposób żonę złapać i pokój sobie kupić, zamilkł ale się uśmiechnął.
— No! no! cicho! sza! zgoda! Daję słowo! na kupno Zakala nie potrzebuję tyle pieniędzy, żebym się wyprzedawał... chciałem tylko do klucza tego dokupić dóbr więcej, ale o tem rozpatrzywszy się lepiej i za lat trzy czas będzie...
Stanisław powstał weselszy, pani Balowa uścisnęła rękę męża.
— Dziękuję ci, odezwała się, uspokoiłeś mnie, jestem ci wdzięczna.
Teraz już pan Erazm okupiwszy swój dobry humor danem słowem, mógł mu puścić cugle i nie śmiemy powtarzać, ile wymownych o życiu wiejskiem zaimprowizował panegiryków. Niestety! zacny mieszkaniec miasta znał wieś tylko z wesołych okolic Warszawy, znał ją z Kochanowskiego, z poetów, z tradycyj zamierzchłych i ze szlachty, która do miasta przyjeżdżając, wysoko ceniła zalety rodzinnych kątów.
Znał wioskę, jaką wszyscy w mieście osiedli wyobrażają sobie, bez ciężkiej pracy, bez zawodów, bez nudów jej i przykrości. Wyczytał ją w poetach i powieściopisarzach, którzy z granitu dobywszy drobinę djamentu, pokazują oczom zdumionym. Dla pana Bala wszyscy wieśniacy byli poczciwym ludem bez wyjątku, na wszystkich łanach złociły się mu zboża, lasy szeptały rzewnem dumaniem, wiatry powiewały zapachami.
O! unosił się też, unosił w górę i latał pod same obłoki, a próżności trochę wystawiało mu, jaką rolę grać będzie na książęcych dobrach potomek Massagetów. Rodzina pana Erazma słuchała tych apologij, tych rojeń przyszłości ze smutnem nieledwie politowaniem, jedna Lizy, główka łatwo zapalna, dzieliła prawie myśli ojca i cieszyła się po cichu. Ale filut dziewczyna nie bardzo się popisywała z weselem widząc matkę smutną, a trochę i jej żal było Warszawy.
Kupiec jął potem opowiadać całą historją swego nabycia, przyjęcia hrabiego, jego naiwność i śmiał się do rozpuku z utargowanych sześćdziesięciu dwóch tysięcy, które zapłacić już był gotów.
— Wszystko to co mi mówisz, przerwała żona nie wahając się zawczasu przygotować go do utraty złudzeń, przekonywa mnie, że w tej robocie, w którą wpływał potajemnie Zrębski, a którą tak osobliwie ukończyłeś, musi być coś fałszywego... Twój hrabia jest nieochybnie wielkim frantem...
To przypuszczenie niezmiernie zdziwiło i oburzyło razem pana Bala, uważał je za skutek złego humoru żony i nakoniec śmiać się począł do łez prawie.
— Ach! ach! zawołał, on frant! on frant! co też ci się śni, toć to uosobiona poczciwość! Zresztą zobaczysz go i osądzisz, bom ich na czwartek na objad zaprosił.
— Wieleż ci to zabierze pieniędzy? spytała żona.
— Około trzechkroć sto tysięcy gotówką, ale majątek kupiłem za pół miljona!
— I kupiłeś go tak, nie widząc, nie znając, na pochwały sprzedającego, na dobrą wiarę nieznajomego! to niepojęta.
— A! a! ślicznieby też było żebym zwlekał i nie ufał, byłby mnie ktoś podkupił. Musiałem dobrze napracować się, żeby kompetitorów usunąć, nawet smarowałem łapę.
— Daj Boże, żebym się omyliła, ze smutnem przeczuciem odezwała się jeszcze żona, ale mi się wszystko zdaje, że cię ci ludzie podeszli niegodnie.
— Za jakież już dziecko masz mnie Waćpani! ofuknął się mąż, myślisz że tak łatwo mnie złapać? Wstydź się! wstydź! to się nawet nie godzi tak ludzi posądzać.
— Zobaczymy! zobaczymy!
Wszyscy byli smutni, nawet kupiec owładnięty wkrótce wpływem otaczających, uczuł potrzebę ujść, żeby sam na sam zostać ze swem jasnem marzeniem. Poszedł rachować, cieszyć się i dumać o roskoszach dziedzictwa.
Reszta jego rodziny pozostała w saloniku przykuta do krzeseł, bo wszystkich zarówno, nie wyjmując Lizi, której wieś dosyć się podobała, perspektywa opuszczenia Warszawy smutkiem osłaniała oczy. Stary to, pospolity, a jednak bardzo prawdziwy aksjomat, (piszę jednak, bo mnóstwo jest prawd pospolitych zupełnie fałszywych), że nigdy się tyle nie ceni tego, co się posiada, jak gdy je mamy utracić. Pani Balowa urodziła się, wychowała, dożyła wieku poważniejszego pod cieniem tych murów, które całem kochała sercem i nie wiedziała jak się z niemi rozstać potrafi. Życie jej przylgnęło do wszystkich obrotów żywota miejskiego i obracało się z niemi powolnie, regularnie i bezpiecznie; obawiała się tej wsi, której mąż jej tak pragnął, jak nieznanego czegoś i strasznego.
Stanisław rzucał w mieście tę, do której codzień się przywiązywał więcej i niczego mu więcej żal nie było. Mierzył się właśnie z tą myślą straszliwą oddalenia od niej i nie wiedział jak potrafi przetrwać rozłąkę. Nie była to namiętna boleść, było to jakieś nie nazwane uczucie, którego musi doświadczyć ryba na ląd rzucona, zwierzę tonące w wodzie. Nie wiedział jak w nowym dla siebie żywiole, w pustyni, która go czekała, żyć potrafi. Jego przywiązanie, na pozór chłodne, zimne, nigdy nie znamionujące się gwałtowniejszym objawem, właśnie tem było straszniejsze, że nic z siebie nie udzieliło światu. Palił się jasny ten płomień cały w lampie, której łono rozżarzał. Po odejściu ojca, matka poczęła przechadzać się po pokoju, on usiadł w kątku złamany, zatopiony w myślach i łza jedna wytrysła mu na oczach....
Oko matki tylko dostrzedz jej mogło.
— Co ci jest Stanisławie? spytała niespokojnie, miałżebyś jak ja żałować gorąco, może do zbytku gorąco, wszystkiego a wszystkiego, aż do kamieni bruku, aż do pyłów ulicy, aż do wrzawy co budzi i usypia...
Stanisław nie chciał skłamać, nie płakał ani za miastem, ani za ludźmi, płakał za jedną tylko istotą, co mu do życia jak powietrze była potrzebną.
— Co ci jest mój kochany Stanisławie?
— Żal mi... tak, rzekł powoli, żal mi Warszawy, żal mi ciebie i nas... Bóg wie co nas tam czeka: świat obcy, ludzie nowi, my ich nie rozumiemy, oni się nas obawiać będą. Co za nowicjat przebyć będziemy musieli! ile doświadczeniem nieznanych rzeczy nabywać... a ile stracimy tutaj!
Lizia uśmiechnęła się trochę zniecierpliwiona i smutkiem matki i łzą brata, na którą aż ramionami ruszyła.
— Mój Stasiu, odezwała się, i ja pewnie żałować będę Warszawy, ale czegoż się znowu tak lękać... Więcej ludzi żyje na wsi niż po miastach... godzim się na to, że stan nasz jest czemś nie normalnem, że to zbiegowisko ludzi ma swoje korzyści, ale...
— A ty nic nie pożałujesz? nic? spytał Stanisław.
Lizia odkryła w zapytaniu więcej niżeli w niem może było i zarumieniła się trochę.
— Ja? ja żałuję wszystkiego, wszystkich! ale razem cieszę się nowością, tak mało w życiu nowego.
— Mój Boże! jak to znać, żeś czytała u pani Blanchard kontrabandą wnoszone francuzkie romanse, kochana Liziu!
— Stasiu, ty mnie prześladujesz!
— Nie, mów dalej, może mnie przekonasz...
— Przynajmniej się nie zlęknę, odpowiedziała Lizia, więc śmiało powtórzę, że życie ma mało w sobie nowego! mnie się czasem zachciewa, żeby słońce weszło od zachodu, a ty nie zrozumiesz dla czego się cieszę że na wieś wyjeżdżamy?
Staś się rozśmiał, matka pocałowała ja w głowę.
— Kochane dziecię! tyś dziecię jeszcze! powiedziała cicho, Staś już jest człowiekiem, tobie się śmieje wszystko, nawet niebezpieczeństwo...
Lizia spojrzała w oczy matce, nie wiedzieć zkąd i dla czego prysła jej łezka brylantowa z pod powieki; zakręciła się i uciekła. Stanisław pozostał.
— No! teraz powiedz mi Stanisławie, cicho spytała pan Balowa, co twoja łza znaczyła... ale całą prawdę...
Syn się zmięszał.
— Nie od dziś czytam w tobie tajemnicę: twój smutek niewłaściwy wiekowi, zamyślenie, dziś ta łza... to wszystko coś znaczy, maszże lepszego przyjaciela nademnie?
— O! nie! nie kochana matko, ale są rzeczy, których się i najlepszemu przyjacielowi nie mówi.
— Jakto! miałżebyś tajemnicę, którejbyś się mógł zawstydzić?
— O! nie! nie! żywo zaprzeczył młody człowiek; nie zrozumiałaś mnie matko... są rzeczy, których się nie mówi... bo... się nie godzi może obnażać ich przed wszystkiemi.
— Stasiu! dawnom się tego domyślała! wymawiałeś Lizi czytanie francuskich romansów, a sam nie czytałżeś nadto niemieckich?
I z łagodnym uśmiechem spytała:
— No! przyznaj mi się, ty się kochasz?
— A gdyby tak było?
— Uczucie niewinne, jeśli poczciwe i czyste, ale któż ci je natchnął?
— Bądź pewna, że go wart!
— Zmiłujże się, powiedz mi kto? widuję wszystkich kogo znasz, nigdym cię z nikim widząc nie posądziła o miłość.
Uśmiechnął się Staś smutnie.
— Prawda, moja miłość nie podobna do innych, jest to pożar w kawałku lodu...
— Stasiu, któż taki?
— Niech mama zgadnie...
— A! trudnoby mi było... oszczędź mi domysłów, odważ się i wymów...
Cicho, ze smutnemi oczyma Stanisław wymówił imię Konstancji.
— Żartujesz chyba, widziałam cię z nią kilkanaście razy u Krombachów... kiedyżeś się zakochał? chyba wczoraj?
— O! o! starsza moja miłość mamo, niżeli myślisz; widziałem ją z okna mego, pielęgnującą do śmierci biednego dziada, widziałem idącą za jego pogrzebem, modlącą się w kościele... i kocham ją od czasu jak po raz pierwszy tam na poddaszu podniosła się firanka, ukazując mi ją obok schorzałego drżącego starca, jak obraz miłości dziecinnej... Ale mógłżem nawet wspomnieć o tem? ona uboga, znasz ojca marzenia i nadzieje, zresztą anim rachował co dalej będzie i czy mnie zechce... To pewna, że dziś myśląc o rozstaniu, drżę i czuję iż mnie nad siły kosztować będzie....
Z litością, współczuciem, obawą spojrzała matka na syna, uciskając dłonią błogosławiącą gorące jego czoło.
— Stasiu mój, rzekła... młodzi ludzie kochają łatwo, namiętnie, a krótko: mogą chorować z rozpaczy i przechorowawszy zakochać się w innej... to się codzień widuje. Wątpię, żeby twoja miłość była tego rodzaju i obawiam się owszem, żebyś się jej nadto nie oddał. Cierp teraz, inaczej być nie może... ja ci nic poradzić nie umiem, modlić się tylko mogę, a od jutra okiem i sercem innem spojrzę na Konstancją... O! boję się bardzo! bardzo boję! Żona to cała przyszłość człowieka.
— A na czwartek! zawołał wpadając do pokoju w szlafroku pan Bal, przestraszający tym napadam niespodzianym... trzeba dostać jesiotra i ananasów!! Lody i cukierki od Lessla!!

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.





ZŁOTE JABŁKO
Powieść
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego


Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom II.




LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





ROZDZIAŁ I.

Jak wygląda złote jabłko.

Brzegi Horynia są gdzieniegdzie uroczej uśmiechniętej piękności, ale nie ujmując bynajmniej tej rzece i mieszkańcom jej brzegów w niej zakochanym, potrzeba wyznać, że czasami bywają dziwnie smutne i nieładne. Sosnowe lasy i piaski pięknie wyglądają zdaleka, zbliska się prędko przejadają.
Przed nami rozciąga się właśnie nadhoryński szeroki krajobraz, majestatyczny i smutny. Jak okiem zajrzysz kołyszą się ogromne sosnowe lasy rozsadzone wśród wydm piasczystych; gdzieniegdzie wątpliwej zieloności pole z rzadka staremi powysadzane sosnami, przecięte parowami, które ścieki wód wymyły, spuszcza się zwolna ku rzece. Gdzieniegdzie wioska szaro-brunatna z cierkiewką czarną, pokrytą gontem omszonym, wyciąga się wężykiem ze swemi chudemi gruszami, na których więcej kijów pozarzucanych przez chłopięta wiejskie niż owoców; z żurawiami studeń, z płotami gęstemi i szeroko rozplaśniętą zakopconą karczmą. Dalej widzisz gdzieś zabudowania folwarczne ubrane w tę barwę powszednią brunatną, która tu okrywa wszystkie dzieła ludzkie: szary młyn, stary dwór, szarą stodołę... Spojrzawszy z pagórka, gdy jeszcze nad tym obrazem smętnym zawiśnie szare niebo jesienne podarte wichrami, siejące wilgoć i mgły przenikliwe, serce się ściska, smutek wkrada w duszę, tęsknota porywa i usta składają się do pytania: Jak tu ludzie żyją?!
Obraz, jaki przedstawiało oku zdaleka Zakale, był jednym z najsmutniejszych w świecie. Leżała ta wieś nad Horyniem, ale nad Horyniem sączącym się przez piaski z jednej, przez szerokie błota z drugiej strony. Poza nią czerniały bory poprzecinane, których gdzieniegdzie wysokie pnie widać było sterczące rzędami całemi, wiły się krzaki i zarośla plamiące żółty piasek, na którym żyć się starały... Wioska Zakale dosyć długa, ponad brzegiem wyprostowana, bez drzew, osamotniona na wydmie, dymiła jak pogorzelisko i czarna była od smolnych wyziewów. Dalej na horyzoncie inne dymy oznaczały sadybę Ciemiernej. O pół milki w lewo stała widoczna także Borowica. Nowiny kryły się w lesie. Na Horyniu jak plamka czarna widać było zgarbiony pływak do wąskiej przyparty grobelki.
Między Zakalem a Borowicą, bliżej jednak pierwszego, pokazywały się zabudowania dworskie, wielki placek szaro-brunatny, ponad którym najwyżej wznosił się dwupiętrowy dach starego dworu na pagórku u rzeki usadowionego. Dokoła było coś nakształt mizernych drzew, obficie płotów i nie żałując piasku. Stajnie, obory, stodoły chruściane powiększej części zdaleka miały pozór jakichś strategicznych usypów w tajemnicze linje poukładanych. Wszystko razem wzięte wyglądało nędznie, brudno, opuszczono i ubogo.
Od wioski na przeciwnym brzegu położonej, a do Zakalańszczyzny nie należącej, przez często zatopione ługi wiodła grobla wysłana płotami i chrustem, z kilką wysokiemi mostkami ruchomemi, bo nieraz w rok woda je wynosiła, a ludzie układali nie myśląc nawet przymocowywać; dalej zjeżdżało się do promu zwykle spiącego jak przewoźnicy w karczmie palący fajki, i przebywszy znowu gorszą jeszcze grobelkę, już do państwa Zakalańskiego należącą, stawałeś pod dworem. Zbliżywszy się łatwo było poznać, że tu pan nie postał od dawna, chyba w odwiedziny, tak brak było starania około dworu. Popasali tu tylko panowie rządcy i ekonomowie, pokolenie koczujące, które się nie stara upiękniać, bo nie spodziewa miejsca zagrzać. Około dworu wyjąwszy maleńki ogródek spadzisto ku rzece zbiegający i pokopany w grządki, na którego dwóch, czy trzech ścieżkach sechł nieszczęśliwy ale uparty agrest i zdziczała porzeczka, nie było śladu ludzkiej myśli i ręki: kilka starych drzew, z których siekiery stróżów jak mogły najwyżej pościosywały gałęzie, smutnie poglądały z wysoka na szczęśliwszych braci lasów. Były to osiki, topole i wszędobylskie sosny. Jednym jedna brzoza skrzywiona przytuliwszy się do płotu cichaczem wyrosła na boku.
Obficie za to było pod płotami do koła, na dziedzińcu, w ogródku, tych zaroślów bezimiennych, co zbiwszy się w kupę gęstą, naśmiewają się z niszczącej je ręki ludzkiej. Dziś je wyciąłeś, za dni kilka już żwawo zastępem całym puszczają, a na wiosnę ani znać, że się koło nich uwijano z siekierą. Ta różnorodna płotów obsada, której żaden botanik rozklasyfikować by nie potrafił, nie gardząc przymierzem pokrzywy, łopuchu, blekotu i zawieruszonego z żyźniejszej ziemi bodiaka, wyśmienite stanowiła mieszkanie dla komarów, wróbli i drobnego Bożego stworzenia, co się koło domostw ludzkich kręcić lubi. Obficie było w Zakalu tych utrapionych zarośli, a niektóre kupy szczęśliwie dochodziły już wysokości kilkunastu łokci, żwawo się rozszerzając na wszystkie boki. Na pagórku z gliny i piasku, na którego wierzchołek wiodła wązka droga między dwoma płotami niedbale, choć wysoko wyerygowanemi, ogromna brama z dachem słomianym, z furtką o kilku stopniach, szanowna starożytnością i gniazdami wróbli, wspaniale się najprzód przedstawiała oku. Koło niej stał niebiesko pomalowany krzyż, z napisem świadczącym, że go wzniósł przedostatni rządca. Na prawo zaraz skręcała się droga do drugiej bramy i zajeżdżało się w dziedziniec. Ten przedstawiał oku nieforemny prostokąt ograniczony z jednej strony dworem, z drugiej oficyną, z trzeciej spichlerzem z galerją i stajnią, z czwartej był płot, o którego dawnem istnieniu świadczyły bujne pod opieką jego wyrosłe chwasty.
Na podwórzu panował malowniczy może, ale nie piękny w naturze nieład; pomiędzy oficyną a dworem stała ze spuszczonemi hołoblami beczka wody, stara, pękata i głupawej fizjonomji.
Tuż na płocie wietrzyły się hładysze, garnki, skopki, dojniczki i rozmaity sprzęt gospodarski pozawieszany na kołkach, któremu do góry nogami nie było do twarzy. Dalej na wolnej części płotu, który tyle ma użytków na wsi, schła bielizna długim rzędem najdziwniejszych kształtów zadziwiająca oko. Były tam koszule usiłujące przedrzeźniać z pomocą wiatru figury tych co je nosili zwykle, nadziane na kołki pończochy świecące piętami grubo cerowanemi, spódniczki trzpiotowate, chustki tęskniące za tabakierką i mnóstwo bielizny, której opis nie daje się dokładnie uskutecznić. Najzabawniejszą była jedna długa, biała kamizelka, która widocznie chciała grać rolę ważniejszą i odsunięta od reszty współtowarzyszów, arystokratycznie poglądała na nich.
Przed progiem dworu leżała owa kłoda, jaką często widujemy pod karczmami, służąca póty za podpórkę do rąbania, póki siekiera do reszty jej nie wyszczerbi, lub w głodny czas niewdzięczny stróż nie rozszczepi na podpałki. Męczennica ta w pośrodku już tak była ścieniała, że co chwila groziła podaniem się do dymisji. Koło niej wielki cmentarz trzasek żółtych formował przyzwoitą kupę śmiecia, gdzieniegdzie emaljowanego gałganami i wymiecionemi z domu resztkami żywota. O! gdyby człowiek myśleć umiał, czegożby to nie znalazł w kupie śmieci, tej ultima linea rerum!
Ale wnijdźmy nareszcie do dworu, a najprzód pokłońmy mu się z podwórza. Boć to poważne staroświeckie domostwo, o dwupiętrowym dachu, trzy ogromne ma kominy na nim, a pogląda z ozdobnemi na wszystkie strony oknami oświecającemi strychy. Okna te zdawna powybijane, zastąpione okienniczkami, niezamykane wreszcie, stały się wielkiemi, nieforemnemi otworami tylko, bo i ramy ich opadły po kawałku. Gonty stare nie wiele łatane, pokryte grubą warstwa mchów, w wielu miejscach przebutwiały, popadały się, ośliznęły, lub są w drodze ku ziemi. Ściany dworu choć jeszcze się lepiej trzymają, bo z połowę ich w ziemię wsiadło, prostują się jak mogą, tynk tylko jakoś z niemi pogodzić się nie umiał. Gdzieniegdzie obalił się kupą gruzu, lub poodstawał wielkiemi wydętemi brzuchami. Oprócz poważnego ganku w pośrodku wspartego na nowszych słupach sosnowych, według zasad architektury nieznanej, wydętych w pośrodku bardzo widocznie, domostwo miało po czworo okien z każdej strony i dawniej uchodzić mogło za bardzo obszerne. W szczęśliwych bowiem czasach, których już mało kto pamięta, goście nie potrzebowali osobnych pokojów, spali sobie pokotem, a bawili się wyśmienicie szturchając łokciami. Te cztery okna z obu stron głównego wnijścia już się bardzo zbliżyły ku ziemi, ale jeszcze miały wszystkie maleńkie szybki popalone i okiennice z sercami, acz podpierane kołkami na dzień i na noc, bo ani zamknięte, ani odemknięte na miejscu wytrwać nie mogły i zostawione sobie miały zwyczaj kołysać się i piszczeć nieznośnie choćby nawet wiatru nie było. Jeden z rządców Zakala, którego żona była bardzo nerwowa, z przyczyny, iż służyła u księżnej R... zafundował do wszystkich okiennic drągi, które dotąd służyły.
W pośrodku była sień ogromna na przestrzał ze wschodami na strychy, pod któremi od bardzo dawna stał wielki magiel z resztkami młyńskich kamieni. Na prawo i lewo było po dwoje drzwi wiodących do pokojów, przestrzałowe wychodziły na ogródek, ale się od dawna nie zamykały.
Na lewo przez pierwsze wchodziło się do zajętych izb przez teraźniejszego pana rządcę; były to jeszcze dość pokaźne komnaty, ale już bez cech starożytności; bo w nich sufity płócienne zamieniono na tarcicowe, postawiono nowe piece i kominy, dano podłogi, a zresztą ubiór ich nowożytny odejmował im wszelką barwę.
Pierwszą bardzo wielką zajmowały w tej chwili prządki siedzące na ławach w milczeniu i mówiące po cichu, śmiejące się półgębkiem, bo czuły tuż przy sobie gromowładną rządczynię. Jakoż przez drzwi wpół otwarte świecił się czysty pokoik pani Supełkowej, w którym ona i córka zajęte były rozmową.
Tu było schludnie, łóżka białe wysoko wysłane, kuferków dosyć, obrazków po ścianach i wianków z palmami pełno, tykwy na piecu i na kominie, gitara na gwoździu osłoniona muślinowym woalem starym. Pod oknem stoliczek i wazoniki z geranium, z agapanthusem, rozmarynem i zwykłą botaniką ekonomską.
Na dwóch krzesłach, niegdyś biało olejno pokostowanych i wyzłacanych, na których półtora wieków siedziało i dobrze je wygniotło, naprzeciw siebie spoczywały matka i córka, obie niepospolicie jak było widać po twarzach zafrasowane. Matka choć mogła mieć lat blizko czterdziestu, miała tę szczęśliwą piękność co się nie starzeje, świeżą, krwistą, nieogorzałą, ubraną w wielkie oczy czarne, wyraziste i bez ukrywania się szczerze zalotne, postawę niezmiernie zręczną, wysmukłą jeszcze, choć już bardzo pełnych kształtów, rączkę białą i nóżkę małą. Typ twarzy przypominał garderobianę sprytną, dowcipną, przypsutą, a nie wiedzącą nic więcej, prócz że jej twarzyczka zaręczała powodzenie na świecie. Ale dziś wyraz ten zatarły trochę kłopoty i starania o chleb powszedni...
Córeczka obok siedząca, może piętnastoletnia, chuda, blado-żółta, mocno brzydka i cherlająca widocznie, nic a nic matki nie przypominała, ani zdrowiem, ani wesołością, ani typem rysów. Było to stworzeńko biedne, wychorowane, rozkapryszone, samowolne i nieznośne. Żona rządcy i córka jego ubrane były starannie, a młodsza nawet na swój stan za wytwornie; widać że jej rodzice nic odmówić nie śmieli. Uśmiech jakiś pogardliwy błądził po bladych jej ustach ściśniętych; podparta na łokciu, oczy miała wlepione w róg izby i czoło chmurne.
— Moja Delciu, odezwała się matka, trudno po nas takich rzeczy wymagać... my musiemy służyć, to daremna rzecz, majątku nie mamy...
— Co innego u hrabiego, odpowiedziała panienka, ale u jakiegoś tam kupca co ten majątek kupił teraz, który gotów we wszystko wglądać, prześladować i traktować nas jeszcze z góry.
— E! o toby było najmniejsza! odparła matka. Zresztą nie wiemy jeszcze czy i on nas zechce; pisał prawda do ojca, że gotów go zatrzymać, jeśli mu się starać będzie służyć dobrze, ale zobaczymy dopiero na miejscu jak się sobie podobamy. A że on kupiec czy kto tam taki, to nam wszystko jedno. Jeszcze lepiej, na niczem się znać nie będzie, co zechcemy to mu wmówić potrafim! Potem mamy z ojcem projekt...
— Jakiż projekt, matuniu?
— Ale bo to wcześnie się z tem wygadywać!
— Toć przedemną.
— Ty bo Delciu często wypaplesz.
— Widzę że mnie mama chce rozchorować, ja nie mam tak żelaznego zdrowia, proszę mnie nie męczyć, zawołała pieszczoszka, proszę mi powiedzieć zaraz.
— Zamknijże drzwi od kobiet.
— Gorzej, podedrzwiami podsłuchiwać będą.
— Prawda moja Delciu. Cała rzecz, dodała zniżając głos, żeby go zrazić i nie dać mu tu zamieszkać jak chce. Ojciec i ja bardzo o tem myślemy. Zje licha żeby tu wyżył... Odjeżdżając, musi nam oddać Zakale, będziemy tu panowali lepiej niż za hrabiego...
— Ale czy to się uda?
— O! o! na to głowa ojca i moja! I pomocnicy się znajdą.
Właśnie tych słów domawiała gdy wszedł pan rządca z sążnistym batogiem, a była to tak pocieszna figurka, że nie przywykły musiał ją powitać wykrzykiem zadziwienia. Sąsiedni szlachta nazywali go pospolicie Łokietkiem, a wieśniacy Kucym, co jeszcze lepiej malowało małego człowieka, naczupurzonego bardzo, na wysokich nogach niezmiernie krótki noszącego tołubek i głowę potężną. Twarz, jakby na przekór wzrostowi i nieforemności, była dosyć przystojna, choć podstarzała i nie świeża; wąsik na niej czarny do góry, czupryna także w celu dosztukowania niedostającego wzrostu; ręce przytem jak karły i garbaci miał dosyć długie i żylaste, pierś wydęta, a wyraz fizjonomji zapalczywy i energiczny. Takim w istocie był pan rządca dla całego świata, wyjąwszy żonę i córkę, bo tym ulegał w pokorze, zaraz w początkach swojego małżeństwa przekonawszy się, że Julce rady nie da i że się musi dozwolić wodzić za nos. Był przez nią tak zwojowany, że w niczem bez jej rady i rozkazu nie stąpił kroku i nawet na pole wyjeżdżając jej się meldował.
Wszedłszy do pokoju, powiesił kańczuk u drzwi, zdjął czapkę, spojrzał na długie po kolana buty juchtowe, które miał na sobie, czy zbyt wiele nie przyniosły błota i zbliżył się dosyć nieśmiało.
— A co? odezwała się żona, Fedoś powrócił?
— A jakże, jest bestja.
— Dałżeś mu nauczkę?
— To się rozumie, odlewanych....
— A klucznica gdzie?
— Koło krów...
— Gonty sprzedałeś?
— Jużem się zgodził.
— Trzeba było zaraz odesłać, nuż ich tu licho przyniesie prędzej niż się spodziewamy?
— Gdzie zaś! droga szkaradna, przecieżby kogoś przysłali dla przygotowania domu; bo to słyszę ludzie miljonowi i do wygódek przywykli.
— Słuchasz! kręcąc głową odparła żona, to być musi jakiś przechrzta... pewna jestem, że ze strachu aby mu tu co nieubyło, zleci na nas jak piorun.
— A niech sobie przyjeżdża! ruszył ramionami rządzca, nie wiele o to stoję... Nie pogodzimy się, to mi hrabia daje w Supówce miejsce.
— Pozwól sobie kochanku powiedzieć, że choć to majątek dla dziedzica licha wart, te Zakale, ale dla nas najlepszy. Hrabia już niezadługo bokami świecić będzie, bo się na procesy zrujnuje do reszty. Supówka wołyński majątek, co my tam będziemy robili? Tu, to zupełnie co innego, rąk dużo, prządek dosyć, gont można wyrobić ile chcąc, od łąk się bierze, smoła także do kieszeni ścieka i dziegieć co roku, życie wygodne.
— Toć prawda, rzekł mały ruszając ramionami, ale jak on tu mieszkać zechce, jak mówi?
— Wielka rzecz, że zechce! ruszając także ramionami, z miną wyższości odpowiedziała żona.
— A cóż mu zrobisz?
— Powoli, ślicznie, pięknie, tak go ztąd wykurzemy, że ani się obejrzy, jak się oprze znowu w Warszawie.
— Dawno to ja wiem moje kochanie, że ty masz główkę nie lada, ale jak to zrobić nie rozumiem.
— No! no! darmoby wcześnie mówić, sposoby się znajdą, jest ich tysiące... poszukamy takich co pomogą... zobaczysz: już ja mam swój planik... Możemy trochę w początku przecierpieć, ale to się wszystko nagrodzi.
— Ha! poprobujemy! rzekł cicho rządzca.
— Czy oni w istocie pisali, żeby im dom wyporządzić i oczyścić? spytała Julja.
— A pisali... ale ja jeszcze nie myślałem, były pilniejsze swoje roboty.
— Trzebaby jednak zajrzeć co się dzieje i pomyśleć trochę; dajno mi klucza, pójdziemy oglądniem... Nam nawet na czas na folwark się przyjdzie wynieść, albo do Borowicy może... ale to nic.
Pani rządczyni wstała, wzięła klucze, po które maż spiął się do kołka i zatrzymała się w progu.
— Tej strony domu nie ma co i obzierać, rzekła, ani się wynosić z niej, póki nie przyjadą, bo my ją całkiem zajmujemy i czeladź.
— A druga połowa licha warta! rzekł rządzca.
— To tem lepiej! kiwając główką cicho szepnęła Julja. Ty Delciu zostań, tamby ci wilgoć mogła zaszkodzić. Może się położysz?
Córka nic nie odpowiedziała; oboje państwo wyszli przez pierwszą izbę. Żona przodem surowo oglądając się na prządki, mąż z tyłu uśmiechając się do młodszych.
Minąwszy sień ogromną, otworzyli przeciwległe drzwi i znaleźli się w pokoju obszernym dosyć, ale w stanie zupełnego opuszczenia; pozostał on jeszcze jak za czasów babki hrabiego, z domu Szujskiej, ale też każdy tu rok wypiętnował się jakiemś zniszczeniem.
Ściany okrywały jeszcze lamperje niegdyś pokostowane, dziś pogniłe, odstające, miejscami zdarte, między któremi wisiało szmatami obicie, podobne do reszt zbutwiałych sukni, które okrywają dwuwiekowe ciała nieboszczyków. Na szczętach tej dawnej wspaniałości nie było już barwy żadnej, tylko brunatny kolor który zgniliznę oznacza. Posadzka składała się z odstających resztek spruchniałych tafel; piec kaflowy na wpół był rozebrany. Przykra woń zamkniętej wilgoci, grobowe, ciężkie zimno, uderzało wchodzącego. Okna nie przepuszczały prawie światła przez zaślepione szyby; kilka strzaskanych krzeseł walały się po kątach; zbite zwierciadło wdzięczyło się jeszcze floresowanemi ramami, niegdyś złoconemi, a pod niem stała pusta beczka od pierza.
Pani rządczyni parsknęła śmiechem.
— Oto śliczny salon mieć będą! zawołała.
— Jak to naprawić? rzekł mąż, chyba z gruntu budować nowe.
— Niedoczekanie ich!
Weszli do drugiego pokoju obok, do którego była tylko połowa drzwi, drugą zdjętą z zawias, od dawna przykrywano sypanki pani rządczyni. Tu tenże obraz, barwa i wyziewy, z niewielką różnicą. Pokoik był dawniej malowany w widoki, na których kilka pokoleń rządców młodych popisało i porysowało dziwaczne figury, nie zbyt zdobiące brudną ścianę. Byli tam żołnierze w stosowanych kapeluszach, z fajkami na koniach podobnych do ptaków; portrety różne podobniejsze do zwierząt niż do ludzi i ciekawe hieroglify i jeszcze ciekawsze zdania i myśli. Okno do pół zabite było deskami. Ztąd wychodziło się do porządniejszych nieco dwóch, zajmowanych czasem przez hrabiego, ale od roku przynajmniej zupełnie opuszczonych. Tu już ściany były tynkowane i bielone, szyby lepsze, piece nowe i sufit z tarcic. W drugim znajdowała się jeszcze wielka alkowa, pełna w tej chwili kotuchów, motowideł, makuter i tym podobnego sprzętu. Z maleńką garderóbką, składało to całą część, oczekującą na przybycie dziedziców.
Rządzca głową pokręcał.
— Możnaby choć te graty powynosić, spytał, co nie potrzebne...
— A nie będzie dosyć czasu jak przyjadą?
— Ależby trzeba choć poumiatać, bo gotowi nas przepędzić, jak się tu nie potrafią umieścić.
— Właśnie ja się dam! burknęła żona.
— No! no! rób jak wiesz, rzekł mąż, to już nie moją głową.
W tej chwili właśnie zdyszany parobek od promu wleciał i zawołał:
— Jedzie trzy powozy wprost do Zakala, to musi być nowy pan!!
— A nieszczęście! krzyknął rządzca.
— Cicho! i głowy nie tracić! zakomenderowała żona, wychodząc żywo.






ROZDZIAŁ II.

Komu w drogę, temu czas.

My musimy jeszcze na chwilę powrócić do Warszawy i cofnąć się trochę, nim razem z panem Erazmem, żoną jego, córką i synem przyjedziemy do Zakala.
Nabycie złotego jabłka we dwa dni po opisanych wypadkach przyszło do skutku równie nieopatrznie i żywo, jak traktowanie z hrabią. Nie dając się niczem zbić z wielkich wyobrażeń i nadziei, jakie na Zakalu budował, pan Erazm chwycił je z uśmiechem uszczęśliwienia, zdając się mówić do wszystkich co mu zaprzeczali: zobaczycie! zobaczycie!
Nie zraziła go cena coraz powiększająca się dóbr, o których już mówiono że pewnie o jakie dwakroć przepłacone zostały. Przyszło do finalnych układów i co chwila potrzeba było jeszcze za coś dopłacać.
Kto kiedykolwiek kupował majątek, wie to, że w pierwszych latach, a zwłaszcza w pierwszych chwilach, wyrastają wydatki ze zdumiewającą szybkością, jak grzybki po deszczu. Niepodobna się im opędzić.
Do szacunku Zakala potrzeba było dodać to co wydrwił Zrębski, pod pozorem zaspokojenia plenipotenta, i co jemu osobiście wspaniałomyślny kupiec ofiarował. Dwie te sumki stanowiły już dosyć znaczny wydatek. Zrębski wdzięczący się dotąd, posługujący, roztkliwiający się, winszujący nieustannie, raptem odebrawszy co mu się nie należało, wpadł jak w wodę i zniknął. Napróżno szukano go w mieście. Bal nie umiejący posądzać, łatwiej przypuszczał że się mógł uchowaj Boże utopić. Zrębski w istocie korzystając z tego, że nikt o jego mieszkaniu nie wiedział, trzymał się w niem zakuty, bojąc wychodzić, pókiby Balowie nie wyjechali z Warszawy.
Oprócz tego potrzeba było dać porękawiczne dla pani hrabinej, przyjąć na siebie koszty nabycia i opłaty stemplowe znacznie szacunkiem dóbr przesadzonym podniesione i tysiące drobnostek, których kupując przewidzieć niepodobna, ani kupiwszy uniknąć.
Hrabia Bracibor Sulimowski zaszczycił dom pana Bala bytnością swą na czwartkowym objedzie; przyszedł przygotowany do uśmiechów i żartu, odszedł niemal upokorzony przepychem kupca, tonem jego domu, znajomością świata i zwyczajów, wzdychając nad tem, że arystokracja upada, że już wszystko, co było jej wyłączną własnością, przechodzi na własność powszechną! W istocie szedł wyobrażając sobie po pociesznym panu Erazmie, dom jego na stopie pretensjonalnej a niesmacznej; znalazł w nim więcej niż u siebie, bo pani Balowa była kobietą najskromniej wychowaną i umiejącą przyjąć nawet króla. Przygotowany do szyderstwa, zbił się z tropu zupełnie; salon pani domu, jej śliczna córka, urządzenie przyjęcia, które było przepyszne w istocie a na oko skromne niemal, zdziwiło go i zmięszało. Ten miejski dostatek wszystkiego, wytwor, dobór w najmniejszej rzeczy, w głowie mu się pomieścić nie mogły. Myślał że zapięty pod szyję, wyprostowany, ze swą wstążeczką bożogrobską niedbale przypiętą w pętliczce, wielce zaimponuje postawą i w tem się niezmiernie zawiódł. Towarzystwo w którem się znalazł, było daleko od niego wyższe umysłowie, tonem, manierą, wszystkiem, a to mu popsuło humor. Pożałował niemal że się wdał z panem Balem. Traktowano go grzecznie, ale na stopie zupełnej równości, na której nawet pod względem umysłowym stanąć nie zasługiwał. Przywykły do odegrywania na wsi większej roli, musiał się ograniczyć na wyliczeniu swoich kuzynów, kuzynek, babek i prababek. A i to nawet nie robiło na nikim wrażenia, prócz na panu Erazmie.
Objad i przyjęcie było prawdziwie pańskie, o jakiem nie marzył hrabia; był pewien przydymionych leguminek i suchego pieczystego, a trafił na biesiadę Lukulla, oblaną doborem win, których nazwiska nie znał nawet. W miarę jak to przyjęcie coraz go bardziej zdumiewało, posępniała twarz, ruchy stawały się coraz bardziej sztywne i wydające pomięszanie, usta milkły; wyszedł z tęsknotą, gniewem prawie, upokorzony i zdumiony.
Ukończywszy interes, spiesznie począł się pakować do dóbr swoich, tak że pan Bal, rachujący na bliższą z nim znajomość dla przyszłych stosunków w nieznanym kraju, zupełnie został zawiedziony. Hrabia widocznie go unikał, widać było po nim, jak czuł że się omylił, nareszcie zniknął niespodzianie.
Było w Warszawie naówczas kilka osób znających dawniej i lepiej hrabiego, zebrane o nim przez Stanisława wiadomości najgorzej świadczyły. Był to ów krewny pięknej Konstancji, który jej dziada procesem o śmierć przyprawił. Ilekroć jednak mówiono, z daleka pana Bala do zawodów i strat przygotowując, że może się zawieść na Sulimowskim, ogromnie się zaperzał, gniewał i przypuścić nawet nie chciał, żeby się dał oszukać.
Tak rachował na nabycie i już do niego całą przyszłość swą stosował, że koniecznie chciał wyprzedać kamienicę i handel, szczęściem słowo w pierwszej chwili dane żonie wstrzymało go od tego, a Stanisławowi powierzono kierunek pozostałemi w Warszawie interesami, które znaczniejszą jeszcze część majątku Balów składały.
Strumisz nie bez wahania podjął się tak ciężkich obowiązków i odpowiedzialności, jakie na niego wkładały, obawiał się bowiem młodości swej i niedoświadczenia. Stanisław jednak tyle go prosił, zaklinał i naglił, że się nareszcie podjąć musiał. Pan Erazm zawsze łatwy do zaufania każdemu bez wahania, majętność swoję oddał całą w jego ręce. A że poświęcenie ze strony młodego człowieka było wielkie i stanowcze, zapewnił mu współkę zysków w handlu, bez wykładu kapitału. Ze strony Strumisza kapitał zastępowała praca, która niczem innem nie jest jak nasieniem wszelkiego kapitału.
Ze smutkiem i przeczuciami przykremi pani Balowa opuszczała rodzinne swe miasto. Stanisław chciał zostać, ale mu ojciec stanowczo tego odmówił. Lizia chodziła smutna, sama nie wiedząc jeszcze czy więcej tęsknić będzie za Strumiszem, czy za wioską i nieznanym? Od owej chwili, gdy przeczytała życie jego, gdy wniknęła w myśli, dziwne dumanie i uczucie zastąpiło pierwszą jej trzpiotowatą zalotność. Nie wiedziała sama czy go kochała, czy się go obawiała. Zmięszanie dwojga tych uczuć bardzo się często przytrafia w młodych sercach. Pierwszy to raz w szczerej spowiedzi poznała prawdziwą miłość, o jakiej pojęcia nie miała. To co dotąd uważała za zabawkę, przedstawiało się jej strasznem, groźnem niebezpieczeństwem.
Unikać poczęła Jana, a gdy go nie widziała długo, gdy nie posłyszała głosu, tęskniła; zdawało jej się że przestał ją kochać; ta myśl niepokojem jakimś i obawą ją dręczyła. Im więcej zbliżała się chwila wyjazdu, tem szczerzej smutnieć poczynała, już wieś nie tak ją pociągała, jak to co miała porzucić.
Strumisz na pozór nic się nie zmienił, cierpiał on na tych wypadkach, ale tak starannie krył w sobie co doznawał, że jeden Stanisław mógł się tego domyśleć. Pocieszało go, że węzeł, co go łączył z rodziną Lizi, trwać miał nierozerwany... jakaś daleka widzenia jej... tylko... nadzieja uśmiechała się za mgłami...
Tymczasem pan Erazm zaprzątniony cały swojem nabyciem, posuwał manją dziedzictwa do szału prawie. O niczem innem nie myślał i nie mówił, w nocy się zrywał zapisywać różne ważne projekty ulepszeń. Kogo spotkał na ulicy każdemu opisywał Zakale, jak gdyby je znał i widział, a co namarzył! a co się nauśmiechał do wyrojonych obrazków!
Przyszłe jego dziedzictwo przedstawiało mu się jak ziemia obiecana Izraelitom, codzień wynajdował w niem przymiot nowy, bogactwo niespodziane, wdzięk niespostrzeżony, roztkliwił się czasem do łez gdy mówił o tem, to znów śmiał z radości, tak że mógł dostać serdecznego śmiechu, gdyby go nie broniła szczęśliwa bardzo organizacja. Nie było strony, z którejby nie probował przyszłego swego położenia odgadnąć i uróżować; widział w obywatelstwie poczciwych owych wieśniaków, z sercem otwartem, z duszą sympatyczną i obiecywał wcześnie kochać ich z sił całych, być jak najpopularniejszym i jak najlepszym sąsiadem; w ludzie swym upatrywał zawczasu wszystkie przymioty, jakiemi Bóg obdarza szczęśliwe tylko wyjątki; budował już chaty, dawał zapomogi, sprawiał dożynki i wystawiał sobie jak będzie wyglądał z wieńcem na głowie. Wjazd swój jak rodzaj tryumfu odmalował zawcześnie ognistą wyobraźnią.
Nic też wyrównać nie mogło pośpiechowi z jakim naglił do wyjazdu żonę, syna i wszystkich co mu zawadzali. Rad był jednego dnia uciec z miasta. Ale po kilkudziesiątletnim pobycie nie tak to łatwo jak się zdaje. Jeśli nie interesy zlecone Strumiszowi, to przygotowania same dość czasu zabrać musiały. Pan Bal nigdy nie podróżował z familją, a zwykle jeżdżąc tylko za granicę, gdzie odbywają podróże łatwiej i wygodniej niż u nas, zdumiewał się mnóstwem przyborów które mu wskazywali doświadczeńsi. Był pewien, że Stilton, Chester i doskonałe Sherry i wszystko czego do życia potrzebować może, znajdzie w najpierwszem miasteczku; zaręczał że w każdej oberży po drodze trafią na posłane łóżka i gorące objady lub wieczerze. A gdy mu dowodzono, że w kraju, do którego jedzie, często po miasteczkach nawet nie ma porządniejszych gospód, ani nic do zjedzenia, pojąć tego nie mógł. Składał to na potwarze. Niestety! smutne doświadczenie nauczyć go miało, że obraz kraju nie był wcale przesadzony.
Kupiono nakoniec powozy, konie, furgony, zabrano służących, zwykle niechętnych do wyjazdu w daleką stronę i pan Bal nie mogąc dłużej wytrzymać, naznaczył dzień wyprawy. Latał teraz od domu do domu i żegnał się ze wszystkiemi, nawet po ulicach łapiąc mało znajomych, których zadziwiał rozpromienioną twarzą i mnóstwem pakunków po kieszeniach.
Stanisław posłuszny woli ojca, ostatniego wieczora poszedł ze spuszczoną głową na pożegnanie do Krombachów.
Cierpiał, ale siła tej miłości męskiej, która gorzała w jego sercu, broniła go od rozpaczy, bo ufał w nią. Będę czekał, mówił w sobie, cierpiał, bolał, ale wytrwam do końca.
Nie tajne mu były ojcowskie pomysły, bo pan Bal wszystkim po cichu szeptał, że córkę wyda za grafa a syna ożeni z jaką księżniczką, kupując mu miljonowe dobra; nie sprzeciwił się ojcu by go nie draźnić, ale czuł że to być nie może.
Piękny był wieczór jesienny, gdy się zbliżył do domu Krombachów. Konstancja w czarnej sukni stała na balkonie oparta na poręczy, z wysoka poglądając na zachodzące słońce... Zobaczyła Stanisława i przywitała go skinieniem głowy.
— Zastałeś mnie pan prawie samę, rzekła mu, podając rękę gdy wchodził, musiałam dotrzymać towarzystwa mojej kochanej staruszce, wszyscy zresztą poszli na przechadzkę...
— Tem lepiej, odpowiedział Staś żywo, los mi choć raz usłużył.
Konstancja nie zdawała się tego rozumieć i wskazała mu na kanapie siedzącą z pończoszką starą panią Krombach z pieskiem na kolanach. Staruszka była trochę głucha i nie wdawała się w rozmowę, pierwsza odpychając z łagodnym uśmiechem tych co ją przez litość bawili; zaraz tez swoim zwyczajem odprawiła Stanisława.
— Idź asindzij do młodszych, nie męcz sobie gardła, ja tymczasem pogubione z twojej łaski oczka połapię...
Stanisław i Konstancja pierwszy raz w życiu znaleźli się sami... jemu gorąco serce biło, usta się otwierały i zamykały; chciał powiedzieć wiele a zacząć nawet nie umiał.
— Jutro więc, odezwał się po chwili milczenia, jedziemy, dziś panią przyszedłem pożegnać. Długo myślałem, czy nie lepiej uciec bez tych uroczystych słów, któremi natchnie mnie smutek, alem nie potrafił; bałem się, żebyś sobie pani kroku tego nie tłómaczyła opacznie.
— Panie Stanisławie — odpowiedziała, śmiało mu w oczy patrząc — czy ci co szczerze się rozumieją i cenią, mogą się omylić w znaczeniu swoich postępków?
— Więc pani nie zwątpisz o mnie? więc wierzysz że... tego przywiązania, o którem jej nigdy nie śmiałem wspomnieć, nic zachwiać nie potrafi?
— Wierzę, odpowiedziała młoda kobieta, tak jak wierzę, że to przywiązanie trwać musi i do niczego prócz do zawodów nas nie doprowadzi, jeśli zechcemy mieć nadzieję.
— Jakto? mielibyśmy się jej wyrzec? gorąco przerwał Stanisław.
— Ja się jej nie wyrzekam, bom nigdy nie miała, zawołała stanowczo i poważnie Konstancja. Nie lubię się łudzić, nie chcę oszukiwać... tysiące przeszkód nas dzieli, nic nie może przybliżyć.
— Wytrwanie! wytrwanie! zawołał Stanisław.
— Ale na cóż nam nadzieje? — odpowiedziała mu z uśmiechem kobieta, nie jesteśmy tak niepewni siebie, byśmy ich koniecznie potrzebowali... Ja spokojnie patrzę w przyszłość, przebiegam ją okiem szybkiem i po za nią przegląda mi świat inny, a tam coś lepszego od tej biednej pielgrzymki.
— O! nie! nie! i tu potrzeba mieć nadzieję.... ufasz mi?
— Zupełnie, i ufam sobie; są uczucia o które pytać się nie potrzeba, bo się malują we wszystkiem, czem żyje człowiek... Takiem jest nasze... Wszak to pierwsze słowo, a i to nie wiem czy było potrzebne, bośmy je dawno choć nie usty powiedzieli sobie.
— Jeżeli mi ufasz, miejże nadzieję...
— Nie! nie! wolę jej nie mieć. Ciężko, smutnie spłynęła moja młodość i odarła mnie zawczasu ze złudzeń, ja w ziemię i w ziemskie szczęście nie wierzę... mam coś lepszego. — Westchnęła. — Ale kiedyż się zobaczymy tutaj? dodała spokojnie.
— Nie wiem, odpowiedział Stanisław, to pewna że powrócę, przylecę, jak tylko mi pozwolą... a na długie chwile samotności...
— O! wiem czego pan chcesz, uśmiechnęła się płonąc Konstancja, ja bardzo lubię, ale się bardzo pisać boję. Słowo najprzód nigdy nie wypowie myśli... Napisać wszystko... straszno, trochę... nie dosyć... więc na cóż pisać?
— Żeby choć trochę wiedzieć co się tam dzieje daleko...
— To już rodzaj nieufności, ja tak wierzę sobie i swojemu wybranemu, że listu nawet nie chcę...
— To dobrowolne okrucieństwo!
— Więc piszmy, ale na Boga panie Stanisławie, niech to nie będą listy Julji i Adolfa, ani żadnych dwojga kochanków. Nie piszmy o uczuciach, bo te się nie malują słowem, a tracą rzucone na ten papier który je niesie nieproszonym oczom... piszmy do siebie jak przyjaciele, co pragną wiedzieć o sobie; ja o Warszawie, pan o wsi, o swoich, o sobie.
— Dobrze, bylebyśmy pisali.
— Będzie to rodzaj dziennika, nic więcej, a jeśli się tam wkradnie uczucie, nie będzie go przynajmniej w planie, przyjdzie chyba bez pozwolenia...
Długo tak mówili jeszcze, a rozmowa ostatnia byłaby się nie wiem kiedy skończyła, gdyby nie powrót Krombachów z gośćmi i zapełnienie salonu. Stanisław z pogodniejszą pożegnał ich twarzą i zniknął wkrótce; z ulicy spojrzał jeszcze na balkon, zobaczył na nim czarną postać i chustkę białą, zastanowił się, uciekł.
W domu zastał najosobliwsze zamięszanie, którego przyczyną po części był wyjazd, po części pan Bal, pragnący go przyspieszyć, a najniezręczniej opóźniający. Mnóstwa rzeczy zamówionych brakowało, tych które były nie umiano zapakować, słudzy i państwo do dróg nie przywykli zapominali najważniejszych, brali najniepotrzebniejsze w zamian. Lizia chciała zabrać nuty, przybory malarskie, książki, pamiątki, stoliczki jakieś i ulubione kanapki, a na to wszystko miejsca się znaleźć nie mogło; pan Bal pakował Niesieckiego, sądząc go bardzo na wsi potrzebnym, książki o ogrodownictwie i o gospodarstwie, worki nasion rozmaitych i wytworne narzędzia ogrodnicze. Pani Balowa napróżno mu przedstawiała, że bez filiżanek i talerzy obejść się nie potrafią.
Stanisław wcześnie maleńki akademicki przygotowawszy tłómaczek, któren lada gdzie rzucić było można, w pół ze śmiechem na wpół z żalem patrzał na tę zawieruchę zwabiającą tłumy ludzi.
W dwóch powozach mieli się pomieścić państwo, w jednym słudzy, a furgon wiózł za niemi wszystko co nieodbicie było w pierwszej chwili potrzebnem. Zamówieni furmani mieli nieco później dostawić resztę sprzętów do Zakala.
Pan Bal w ostatku byle już wyjechać, na nic nie zważał, gniewał się, prosił, całował sługi, ściskał furmanów, przemawiał słodko do furgonu chcąc go zmiękczyć, mnóstwa się rzeczy wyrzekał, wiele innych wyperswadowywał.
W dzień naznaczony, zamiast o dziewiątej rano, ruszyli przecie o trzeciej z południa, przeprowadzeni przez Strumisza, zamyślonego, poważnego, ale nie okazującego po sobie, jak żywo go ten wyjazd obchodził, przez przyjaciół poczciwego kupca, krewnych jego żony i dawnych domu znajomych. Na Pradze odkorkowano jeszcze kilka butelek, pijąc zdrowie Bala i wiwat przyszłym jego powodzeniom; a powozy wiozące tyle westchnień i nadziei, potoczyły się o zmroku ku Miłosnej.






ROZDZIAŁ III.

Podroż do zaklętej jabłoni, do jabłka złotego.

Pierwszego dnia wszystko rozczulało podróżnego naszego, który rzadko wprzódy za miasto wyjeżdżał, a nigdy na nim wieś takiego jak teraz nie robiła wrażenia. Zachwycał go wschód słońca, o którym słyszał z tradycji, ale go za kamienicami widzieć nigdy nie mógł; brzęk komarów jesiennych, w którym znajdował pewną harmonją; zapach wypalanych ogrodów nawet i zeschłych liści, który mu się wydawał wonią zachwycającą; cieszył się dzwonkiem kościółka odzywającym zdaleka, kłaniał przechodzącym ludziom z uprzejmą grzecznością, uśmiechał do pokazujących wśród chmur lazurów niebieskich.
Nikt niestety tych jego uniesień nie podzielał prócz Lizy, która pomimo niespodzianego smutku, ciekawiła się na wszystko, wyglądała i której podróż wydawała się zajmującą zabawką.
Szło to wszystko jako tako dopóki byli w kraju ludniejszym i przywykłym do podróżnych, nie doświadczali niewygód, nie doznawali przeszkód, a że jesień nie była jeszcze dżdżystą, dosyć prędko dostali się do granicy.
Tu pierwsze spotkały ich nieprzyjemności, gdyż pomimo próśb, zaklęć i najrozmaitszych manewrów, na które się kupiec zdobywał, pomimo uprzedzającej jego dla najniższych urzędników grzeczności, rewizja czterech powozów odbyła się jak najściślej, mnóstwo rzeczy pokonfiskowano, inne wstrzymano, z obietnicą wysłania napowrót do Warszawy, a resztę trzeba było dobrze opłacić.
Pocieszając jednak żonę i córkę, gdy przebył granicę i znalazł się już wśród Wołynia, pan Bal zakrzyknął z zachwytem:
— Patrzcie co to za kraj! co to za kraj! co to za ziemia! co to za powietrze!
W istocie ziemia bardzo się pokazała tłustą, bo z błota jej wyleźć już było trudno, świeże deszcze zrobiły z niej rodzaj kaszy gęstej, w której ani utonąć, ani się z niej wydobyć nie było można. Jazda stała się męką piekielną; co krok potrzeba było stawać, dwa najmniej razy na dzień grzęznąć i wołami wyjeżdżać z kałuż, w które się końmi wjeżdżało; a w dodatku nocować po karczmach w których deszczu więcej było prawie jak na dworze... swąd, ciemnota i niesposób nawet pomieszczenia powozów.
Ale kiedy kto sobie raz postanowi widzieć co w różowych kolorach, co na to poradzić? Bal żartował z przypadków podróży, rozśmieszał żonę, rozochocał ludzi, wynajdował sposoby z najzawilszych wydobywając się trudności, a nad tem co go otaczało wciąż się pomimo błota i deszczu unosił. W Łucku dowiedział się przecie nieco dokładniej o drodze którą mu jechać było potrzeba, i że miał jeszcze dobrych mil dziewięć do Zakala, nie przenocowawszy więc w miasteczku, coraz niecierpliwszy dążył do swego dziedzictwa.
W ostatnim miasteczku na chwilę zaciągnęło się było czoło jego smutną chmurką, ale i ta rozeszła się wkrótce; żyd bowiem na gospodzie zajezdnej spytany o Zakale, odpowiedział mu:
— Zakale? grafa Sulimowskiego?
— Dawniej grafa Sulimowskiego, a dziś sprzedane.
— Tak! tak słyszelim! a waj! gadali u nas że graf bardzo wziął za niego pieniądze i niezmiernie tego kupca oszukał.
— O! o! — zawarczał pan Bal. — Alboż to zły majątek?
— Ja jaśnie panu powiem, odparł żyd poważnie się zbliżając; to bałamuctwo co gadają, to zły majątek, a to dobry majątek... Może być dogodny i niedogodny, a to co innego... ale zły! On tylko zły kiedy kupiono drogo, a kupiony tanio każdy on dobry.
— Masz wielką racją, panie gospodarzu, ale jakże mówią o Zakalu, urodzajny to przecie kąt?
— Przyznam się jaśnie panu, że ja tego dobrze nie wiem, ale to pewna że w piaskach.
Piasek i ta wieść że został oszukanym, że Zakale kupione było drogo, trochę go zafrasowało, ale przez noc wrażenie się rozeszło powoli, powiedział bowiem sobie: Mam majątek, a gdybym i sto tysięcy kupując go stracił, no to co? Straciłem i kwita.
Nazajutrz rano wyjeżdżając już znowu improwizował sielanki, którym choć jesienne nie sprzyjało powietrze, wyobraźnia dodawała barwy. W miarę jak się posuwali ku Polesiu, natura chociaż piękna, smutniejszą przybierała postać; wesoły Wołyń wyciągał się równą płaszczyzną, błota przerzynały go coraz gęściej, bory sosnowe zajęły miejsce rzadszych co krok dębów, trakt wężał, droga stawała się coraz gorszą, mosty niebezpieczniejsze, karczmy pustsze i zimniejsze. A że deszcze nie ustawały, coraz więc też powolniej jechać było potrzeba i gorączka pana Bala miała czas rozwinąć się do najwyższego stopnia.
Jednego dnia ujechali tylko mil trzy i zanocować musieli w lesie, w jednej izdebce lichej karczemki mieszcząc się ile ich było z mnóstwem chłopów i żydów. Dalej jechać było niepodobna, droga nieznajoma, popsuta, noc choć oczy wykol, wicher i słota. Wszyscy cierpieli ale milczeli nie widząc na to sposobu, a skutkiem dokuczliwej już podróży, zaczęli równo z panem Balem pragnąć Zakala. On z synem przenocowawszy w powozach, pobudził nazajutrz raniuteńko ludzi, spodziewając się że ostatnie mil sześć zrobi jednym tchem i nocować będzie pod dachem Szujskich... ale mil sześć w takiej porze ciężkiemi, obładowanemi powozami, nie tak się łatwo ujechać może i zaledwie cztery z największym wysiłkiem do późnej nocy, pozarzynawszy konie, od noclegu zrobili.
Szczęściem trafił się nocleg choć w dosyć nieporządnej i opustoszonej, ale bardzo obszernej gospodzie małego miasteczka poleskiego. Tu już o mil dwie o Zakalu najłatwiej dowiedzieć się było można; wszakże pan Bal miał tę ostrożność, że gorejąc chętką rozpytywania się, nie czynił tego przy synu i żonie, ale w kącik żyda zawezwał.
— Powiedz no mi mój kochany — rzekł ostrożnie się oglądając, zasiadłszy na ławie w alkierzyku. — Znasz ty Zakale?
— Jakto, coby ja jego nie znał, to dwie mile ztąd; u mnie zawsze staje pan rządca, odpowiedział arędarz, ale mówią, co jego graf sprzedał...
— Jakiż to majątek? spytał Bal powolnie.
— No! a jaki ma być majątek? taki jaki oni tu wszystkie... ot! majątek.
— Ale jakże mówią... dobry?...
— Wun jest i dobry, kiwnął żyd głową, rządca wielki pan, on bogaty człowiek...
— A ziemia?
— Jaka ma być ziemia? zwyczajnie ziemia.
— Pszenicę tam sieją?
— Daj Boże, żeby tam żyto było!
— Chcesz mówić, że to jest więcej żytny majątek? podchwycił Bal niespokojnie.
— Może to pan co Zakale kupił? uśmiechnął się żyd podejmując jarmułkę.
— A no! zgadłeś, odpowiedział przybyły.
— Nu! to winszuję Jaśnie panu...
— Cóż kiedy mi nie chwalisz.
— Jakto ja nie mam chwalić? podchwycił żywo izraelita... Cztery wioski! las! łąki!
— No! więc widzisz, z jaśniejszemi oczyma zawołał kupiec, że dobry majątek.
— Czemu nie ma być dobry? przypochlebiając się sąsiadowi zawczasu, odpowiedział żyd.
— A dwór porządny w Zakalu?
— Stary, wielki dwór, bardzo śliczny dwór! rzekł znowu arędarz, czemu nie ma być porządny?
— Któż tu jest tak w sąsiedztwie?
— Jakto, w sąsiedztwie?
— Kto tu mieszka z obywateli w okolicy?
— O! tu jest gwałt panów obywatelów.
— Powiedzże mi choć kilku.
— Naprzód... jest pan Mikas...
— Co to za nazwisko! Michał chyba?
— Może on i Michał... ale jego nazywają Mikas... co jest koło magazynów turbatorem (kuratorem być miało), bardzo śliczny pan... on niedaleko mieszka...
— No! a więcej, tak z lepszych panów, bogatszych.
— Tu jest plipotent księcia, co do niego wszyscy jeżdżą...
— Ale z panów? niecierpliwie spytał Bal.
— Tu wszyscy panowie, co Jaśni pan chce?
— Tego to się widzę nie dowiem, rzekł w duchu kupiec, skłonił się i pośpieszył na drugą stronę.
— A co, kochana Ludwisiu, zawołał do żony, dowiedziałem się trochę o Zakalu. Żyd powiada że bardzo piękny, żytni prawda, ale żytnie są najlepsze, — majątek... dwór okazały, staroświecki, wielki, wygodny, rządca słyszę ma się dobrze nawet. Co się tycze sąsiadów, o tych jakoś dowiedzieć się od niego nie potrafiłem, plótł mi androny.
Ludwika i Stanisław spojrzeli tylko po sobie, gdyż więcej już daleko od Bala wiedzieli, ale nie spieszyli ze smutną prawdą. Stanisław w Łucku jeszcze znalazł z kim się rozmówić o tem i nagiej dowiedział rzeczywistości. Zaręczono mu że majątek, nie licząc kosztów których mógł wymagać, najmniej o dwakroć sto tysięcy został przepłacony; że ziemia była licha, gospodarstwo nakładów wymagające znacznych.
W najróżowszym humorze spędził tę noc pan Erazm, tak oczekując ranka, jak tęsknił niegdyś za nabyciem majątku. O brzasku pobudził sam ludzi, począł pakować, gderał na kobiety, że zawsze marudzą i nie uspokoił się, aż wziąwszy przewodnika ruszyli nareszcie w drogę.
Chciał pospieszyć, ale błoto zmusiło go jeszcze do kilkogodzinnych niecierpliwości i słodkiego marzenia.
O włos że się nie wywrócili parę razy i zjechawszy z szerszej drogi, stanęli na górze, z której już widać było z daleka Zakale, tak jakeśmy je czytelnikowi ukazali. Gdy wieśniak przeprowadzający biczyskiem na nie wymierzył, pan Bal wyskoczył w błoto, wołając: gdzie? gdzie? i pierwszy raz objął okiem to pożądane dziedzictwo. Wszyscy aż do ludzi z ciekawością otworzyli oczy, powozy się zastanowiły... i twarze powlekły wyrazem smutku. Jedna tylko promieniała.
— Pozycja wspaniała! majestatyczna! wołał nowy dziedzic, przepyszna! przeszła nawet oczekiwania moje... rzeka przypomina amerykańskie... cudna rzeka! bory pełne pierwotnej natury... kraj dziewiczy!
— Ale to smutne jak grób, zawołała z kolei pani Balowa.
— Moja duszko, uprzedzasz się! krzyknął w uniesieniu pan Erazm, na miłość Boga! nie czyń tego, bo ci się wszystko wyda czarno.
— A ty przeciwnieś się uprzedził, smutnie odpowiedziała żona; no siadajmy i jedźmy, bo i mnie pilno, jeśli nie odjechać to odpocząć.
Pan Erazm tak się umieścił w powozie, żeby mógł ciągle mieć na oku Zakale, które egzaminował, szukając starego wielkiego dworu i nie mogąc go znaleść, choć od pół godziny nań patrzał. Przywykły do gmachów stolicy, dom wielki wystawiał sobie czemś nakształt Brylowskiego pałacu, wyobraźnia jego dodawała bramy, stary ogród, obszerne budowy.
Spoglądał na czarniejącą kępinkę na przeciwnym brzegu rzeki i zmieścić mu się w głowie nie mogło, żeby to miała być jego przyszła rezydencja. Wioska za to ogromnym sznurem wyciągnięta, jak czarny wąż na piasku, w dumę go wzbijała.
Tak powoli dobili się po straszliwej grobli, która im się na zakąskę dostała i do promu. Prom spał... ledwie ludzi dowołać się było można.
Podróżni powysiadali mimo deszczu, ztąd już jak na dłoni było Zakale, wioski zasłaniały brzegi i zarośla, ale dwór stał na oku.
— Otóż i twoje pałace! odezwała się z uśmiechem Ludwika, wskazując czarny, płotami ścieśniony, niepoczesny budynek.
— Ale nie, moje serce! śmiejąc się rzekł Bal. Chłopie, zawołał, czy to dwór w Zakalu?
— A to dwór, proszę pana, a cóż? odparł swoim zwyczajem poleszuk.
Bal nic nie rzekł.
— Widzisz moja duszo, zebrał się po chwili, stare wiejskie dwory zwykle tak niepoczciwie wyglądają, środek ich za to nadzwyczaj wygodny... Na wsi to się to na zewnętrzną fizjognomją nie zważa. Nikt tu od czasu Szujskich nie mieszkał! Ale zobaczysz jak ja ci to wystrychnę.
— A gdzie ogród? spytała Lizia.
— Ot przed dworem, rzekł chłop, co panienka widzi, gdzie osika i brzoza, a te sosny.
— A więcej?
— Więcej nie ma.
— Ty, tobyś zaraz chciała saskiego ogrodu! przerwał Bal, usiłując wszystko czego nie dostawało załatwić. Zwyczajnie wiejski ogródek, ale co za widok z niego! Gdy się to zasadzi! urządzi! Zresztą w lesie, a las jest o trzy kroki, park można zrobić jaki zechcesz... choć milowy.
W miarę jak się przewożąc przybliżali, sam pan Bal mocno uczuł zawód, ale tego po sobie nie pokazywał, owszem usiłował tłómaczyć każdą rzecz na dobre, o ile tylko było można; żona się już tylko uśmiechała z tych próżnych jego wysiłków.
— Już to nie zaprzeczysz Ludwisiu, mówił żywo, że pozycja nie widziana. Jak tu stanie nowy nasz pałacyk! ogród! cudo będzie powiadam!
Lizia pokręciła główką, ruszyła ramionami, uśmiechnęła się z przymusem.
Bal spojrzał po twarzach, wyczytał na nich smutne wrażenie i począł się zżymać.
— To są ludzie, rzekł w duchu, co jak sobie raz powiedzą co, niczem im tego z głowy wybić nie można. Ale czas najlepszy radca. Zobaczymy.
Zjechawszy z promu, trzeba się było jeszcze tłuc po niegodziwej wązkiej grobeleczce, po której od dawna żaden większy powóz nie przechodził, zalanej na wpół wodą i poprzerzynanej dziurami niezgruntowanemi. Dalej drożyna wiodła pod górę stromą, ku temu krzyżowi, któryśmy wspomnieli. Ulica do niego prowadząca tak była ciasna, że szeroka kareta państwa Balów między płotami uwięzła.... chciano konie zatrzymać, ale powóz na dół się staczał unosząc połamane płoty za sobą... ludzie byli daleko.... ledwie sobie z tym przypadkiem radę dać mogli, który kobiety nie pomału zastraszył... Słudzy jakoś przytrzymali karetę, a tymczasem posłano do dworu po posiłek. Bal chciał otworzyć drzwiczki, by co prędzej wybiedz, ale płot przytrzymywał je mocno; dobył się więc bez ceremonji przez okno, wlazł na płot i stanął nareszcie na swej ziemi, na swoim dziedzińcu.






ROZDZIAŁ IV.

Wjazd do Zakala. — Installacja.

Rządca, którego śmieszną figurkę widzieliśmy, wybiegł naprzód ze dworu w butach, które go do wpół zasłaniały, wołając ku stodole na ludzi, po których dwie kobiety pobiegły. Popłoch się stał we dworze nie do opisania; jakkolwiek żona pana rządcy nie wiele sobie ważyła nowo-przybyłych i mężowi to przekonanie wlać usiłowała, i ją trochę ten nagły przyjazd przeraził. Mały pan rządca nie wiedział co począć, gdy ku niemu przyskoczył przez burzany i osty pan Bal.
— Kto Waćpan jesteś? spytał zdyszany.
— Ja jestem rządca tutejszy, Hilary Supełek.
— No, a ja jestem dziedzic Zakala mości Hilary.... ale djabli nadali, po co tu Waćpan taką wązką zrobiłeś drogę... kareta mi uwięzła, powóz się stacza, posyłaj po ludzi.
— Zaraz Jaśnie panie! w mig! zakrzyczał sadząc przez podwórze Supełek.
Pan Bal tymczasem przyglądał się dworowi i zabudowaniom.
— Prawda, że do djabla to wygląda mizernie! dom licha wart! ale widać bo w tym kraju lepszych nie ma, przez całą drogę takie same kletki widzieliśmy. Szanowny więc zwyczaj narodowy, przed którym skłaniam głowę. No! to się wszystko da przerobić! Ja tu wiodę z sobą cywilizacją! powoli, powoli, kraj ten inną postać przybierze. Ale prawda, że to coś nie smaczno wygląda; oj będziesz się Ludwisiu naśmiewała.
Wśród tego monologu, ludzie ze stodoły ogromną nadbiegli zgrają, z gołemi lecąc głowami, a pan Bal powitał ich uśmiechniętym ukłonem, fizjognomje ich wydały mu się tak miłe i wdzięczne! kilka kobiet wychyliły się z sieni, spojrzał i rzekł w duchu:
— Co za boży lud! a z jaką na mnie życzliwością pogląda... i wita!
Płot trzeba było wyłamać cały, a o nie wiele chodziło żeby i brama ofiarą nie padła, bo powóz ledwie się w nią mógł wcisnąć. Zawrót był trudny, ale z pomocą gromady, zajechali nareszcie przed dwór choć zdaleka, bo bliżej kłoda leżąca przysunąć się nie pozwoliła. W tej chwili zręczna żona pana rządcy, porwawszy na talerz bochenek chleba i trochę soli, wyleciała starym obyczajem powitać dziedziców.
Pan Bal tak był rozczulony tym obrzędem feodalne czasy przypominającym, że z łzami śmieci, brudów i ruiny nie dojrzał, a rozpłakawszy się, pięć dukatów na miejscu chleba któren do piersi przycisnął, położył.
— Moja Ludwisiu, rzekł, to rozczulające... to patrjarchalne... to prześliczne... poruszony jestem do gruntu.... nie zważaj na drobnostki, ciesz się ze mną.... chodźmy do pokojów. Proszę nam otworzyć pokoje! zawołał do uśmiechającej się chytro rządczyni.
— JW. pan zechce może wejść do nas, to tam...
— Wszakże są mieszkania, gdzie stawał hrabia...
— A! to proszę JW. pana, wielka ruina! odezwała się kobieta, graf rzadko przyjeżdżał, dawno nie był.... to się niezmiernie porujnowało, myśmy ledwie mogli swoje oblatać....
— Aleć przecie choć kilka pokojów mieszkalnych! zafrasowany rzekł Bal; ja pisałem, żebyście państwo wyporządzili.
— Późnośmy list odebrali, a to tyle było roboty, bo się graf wywoził ze stertami, ze wszystkiem, nie było sposobu.
— Jużciż gdzież się pomieścim, proszę no otworzyć!
Klucze były w pogotowiu. Rządczyni poszła przodem, wszyscy za nią w milczeniu, klucz zaskrzypiał w zamku i smutne wejrzenie zdziwionego kupca zatrzymało się na beczce od pierza, pokrytej starą okiennicą.
— A ! do djabła! wykrzyknął wstrzymać się nie mogąc... Ale tłumaczę sobie, dodał, powiadają że hrabia dawno tu nie był, nie znał stanu domu. To się to tak szybko rujnuje. Ale to pustka!
Lizia śmiała się na wpół z gniewem.
— Chodźmy-no dalej! rzekł pan Bal.
Weszli do drugiego pokoju, któren zresztą doskonale pierwszemu odpowiadał i milczeniem go zbyto, następne wydały się lepiej nieco, ale zawsze bardzo licho.
— Cóż tu począć? rzekł dziedzic, tutaj niepodobieństwo zamieszkać, zwłaszcza jesienią; zobaczymy jak tam wygląda gdzie zamieszkuje pan Supełek.
Zwrócili się więc dosyć smutnie na przeciwko, ale już pan Bal odzyskiwał przytomność umysłu i przechodząc przez pierwszy pokój, rzekł do żony:
— Jakkolwiekbądź, w samej tej ruinie jest coś miłego, jest jakaś woń starożytności i wieków ubiegłych.
— Woń zgnilizny, szepnęła Lizia.
— Wiem, że mnie to do duszy przemawia, dodał kupiec. A potem, ciszej rzekł do żony, dom jest rzeczą najmniejszą, chodzi o majątek! to grunt!
— Ale gdzież się podziejemy?
— Nie bój się, musiemy na to poradzić!
Przejście na drugą stronę czyściejszą wprawdzie, ale bardzo po gospodarsku urządzoną i wcale niepozorną nie wiele pocieszyło. Dla ludzi, jak nowo przybyli, do miejskiego wytworu i elegancji przywykłych, gdzie lada krawiec ma salon pokaźniejszy od najwykwintniejszego na wsi, wcale nowym był widok tych izb tak nagich, tak nie wiele białych, gdzie nic nie wstrzymało oka prócz prostych sprzętów i niepojętych dla nich przyrządów i narzędzi. Obeszli wszystko aż do czeladni.
— Ha! rzekł pan Bal odurzając się z bohaterskiem postanowieniem do Supełka, wynoś mi się Waszmość na folwark, czy gdzie ci się podoba, a my tu pomieścim się tymczasem jako tako. Dziś zaś zaraz proszę posłać do miasteczka najbliższego po mularzy, stolarzy, malarzy, cieśli i kogo potrzeba do restauracji domu. Na zimę będzie skończony.
Supełek oczyma radził się żony, która dosyć kwaśną robiła minę.
— Ale proszę JW. pana, na folwarku stoi pisarz, gdzież my się podziejemy?
— Ja w to nie chodzę, widzisz Waćpani że i ja na dworze zostać nie mogę. Ja, żona, syn, córka, przywykliśmy do osobnych pokojów, na to nie ma rady...
— Więc JW. pan zamyśla tu zamieszkać? zapytała bojaźliwie rządczyni.
— A cóż pani myślisz?
— Ja się tylko tem cieszę, odparła pierwsza, bo my tu sami temu wszystkiemu dać rady nie możemy, choćby się mąż jak starał; nie zawsze dziedzicowi można dogodzić, a tak będziemy spokojniejsi, jeżeli JW. pan nas utrzyma.
Pokora z jaką te słowa wymówione były, dotknęła do żywego serce pana Bala, uśmiechnął się.
— O tem potem moja pani, rzekł z miną pańską, to pewna, że kto mi dobrze służyć będzie, nie pożałuje tego... proszę najprzód zająć się spełnieniem moich poleceń... Panie Supełek ruszaj Waćpan do miasteczka natychmiast, jutro żeby mi byli rzemieślnicy... na wieczór powracaj, mamy z sobą do mówienia.
— Rzemieślnicy JW. panie, odparł wahając się rządca, rzemieślnicy u nas nie ciekawi.
— Jacy są.
— Po lepszych chyba o dziesięć mil posyłać.
— Choćby o dwadzieścia.
— Ale gdyby i byli, to materjałów nie mamy żadnych.
— Jakich materjałów? spytał pan Bal.
— Ani cegły, ani wapna, ani drzewa, ani gontów.
— Ale mamy pieniądze, panie Supełek, brzękając po kieszeni rzekł pan Bal, to dosyć, wszystkiego dostaniem... proszę się wynosić i jechać.
Żona wybiegła do sieni za wychodzącym.
— Głupiś serce, rzuciła mu w ucho, czy będą mieszkać czy nie, co nam szkodzi, że dom dla nas zrestaurują? Ruszaj, zamawiaj, kupuj, a nie zapomnij o sobie... mówił, że pieniądze ma, zapłaci dobrze. I te gonty nasze coś miał sprzedać żydom, sprzedaj jemu...
— A jak się wyda?
— No! to co! albo się wypłaczę, albo go wyłaję i pojedziemy do hrabiego. Nie bój się, z taką żoną jak ja nie zginiesz. A teraz słuchać go potrzeba tylko, kiedy to lubi, a drzeć co wlizie; poczekawszy poddamy mu coś takiego że wyleci.
Po tej króciuteńkiej naradzie, której sens główny zrozumiał Supełek, poczęto zaraz rugować wszystkich i wszystko ze starego dworu, uprzątać, zamiatać, czyścić, obijać, wykurzać, ogrzewać... Pan Bal zaglądał przez wszystkie okna i deszcz go tylko mógł wstrzymać od wycieczki po swem dziedzictwie, które gorąco poznać pragnął. Napróżno żona wskazywała mu co chwila jaki zawód, jakąś nie miłą zawadę, lub coś co inaczej się znalazło niżeli mu obiecywano; pan Erazm niewyczerpany w pomysłach, wszystko umiał wytłumaczyć na dobre i wymówić jako tako.
— Co się tyczy budowli, mówił, byłem uprzedzony że są liche. Hrabia jest bardzo sumienny, tego mi nikt nie wmówi, żeby mnie chciał oszukać. Mówił mi i powtarzał, że majątek potrzebuje nakładów, że jest in grudo (sic), na to byłem zupełnie przygotowany. Rzeczywiście tedy pójdzie z razu jak po grudzie. Dom lichy, stary, ale to jest miła ubiegłych wieków pamiątka...
— W której nam za kołnierz ciec będzie, dodała Lizia.
— Nic na mnie takiego wrażenia nie robi jak te szczęty... to są relikwie.
— A! mój Erazmie, jak się ty przesadzasz! uśmiechając się zawołała żona.
— Mijam to, ale położenie nie jestże zachwycające? Pomimo smutku i znużenia, pani Balowa parsknęła śmiechem.
— Szkoda, że za chwastami nic widzieć nie można, a resztę płoty i bramy zasłaniają; naliczyłam bram tyle co w Tebach, kochany papo! zaśmiała się Lizia.
— Szydźcie! szydźcie zdrowe! zobaczycie co ja z tego zrobię! mruknął pan Bal.
Dzień zszedł na urządzeniu się w domu, na szukaniu wszystkiego co brakło. Stanisław w milczeniu ojcu pomagał, a że ciasno było w kilku izbach zajmowanych przez rządcę, z ojcem razem przeniósł się do trochę schludniejszych pokoików niegdyś zajmowanych przez hrabiego na drugiej stronie. Z izby, w której przędły wieśniaczki, zrobiono wspólny salon na prędce, któren Lizia doprawdy przystroić potrafiła. Firanki były w powozie gotowe, proste stoły ponakrywano oponami, sofy porobiono ze słomy i okryto dywanami razem z podłogą, a kilka lamp, obrazów i świecidełek w chwilę przybrały i nagie ściany i brzydkie białe przymurki.
Pan Bal wszedłszy aż ją uściskał.
— O to mi złota dziewczyna! zawołał, zrobiła cacko z tej stodoły! Na honor, to do niepoznania! To lubię, to dowód jenjuszu kobiety! Pokój śliczny... możemy gości przyjmować, choćby nam jutro przyjechali...
Dzień zszedł do wieczora na wyglądach i wywiadach przez ludzi, na pierwszem uścielaniu sobie życia, które trudno było uczynić wygodnem. Wszystkiego brakło, wszystko trzeba było kupować, hrabia ekscypując, tak dobrze wyekscypował, co tylko z miejsca ruszyć się mogło, że ściany tylko i dachy zostawił, kłódki nawet przy spichlerzu i lochu były pożyczane.
Ani jednej krówki w oborze, ani śmietanki do kawy, ani masła do kuchni, ani siana, ani owsa, ani chleba. Bal szepnął sobie po cichu: szalenie ekscypowali, ale zaraz dodał: to sprawa ludzi, wielki pan nie mógł się wdawać w te drobnostki... ale niemniej wszystko kupić będzie potrzeba... No! to się kupi!
Późnym wieczorem powrócił rządca do Zakala, choć nie wiele wskórał w podroży, bo same obiecanki przywiózł od majstrów i posiadaczy materjałów. Gonty tylko dla pana Bala kupił drogo u pana Bala... Nim poszedł do niego, choć dwa razy po niego przysyłano, naradził się wprzódy z żoną.
— Słuchajno serce, rzekł, będzie się mnie ani chybi pytał o majątek, co ja mam jemu powiedzieć?
— Najprzód, Hilarciu, odparła głaszcząc go pod brodę, masz wielki rozum żeś się mnie zapytał... Powtóre, zwąchałam, że nic ani wsi, ani gospodarstwa nie rozumie, nie dziw, mieszkał w mieście całe życie.. Można więc mu będzie wmówić co się zechce...
— Ale pomiarkujmy no co lepiej i jak mu to mówić?
— Mój kochany, tu rzecz jasna, kiedy doktor przyjdzie do chorego, zawsze mówi że niebezpieczny; jeżeli go wykuruje większa wdzięczność, jeżeli umrze jest się czem wymówić... Rządca zawsze powinien mieć na języku, że majątek nic nie wart...
— Oj! jaki to ty masz rozum lubeńko, pokręcił głową Supełek.
— Druga rzecz, odezwała się żona chodząc po izdebce z założonemi w tył rękoma, że nam koniecznie potrzeba ich zrazić, żeby tu nie mieszkali... Jak pojadą do Warszawy, my tu zostaniemy panami, człowiek jakiś miękki, dobry, słowem go można rozbroić a nic się nie zna. Takich panów rodź Boże na kamieniu!
Rozśmiała się pokazując dość jeszcze ładne ząbki.
— Teraz już wiesz co masz robić, kłaniaj się nizko, Jaśnie wielmożnego nie żałuj... a co można tymczasem korzystajmy... Ot i krów im trzeba, dobrze swoje sprzedać, ale nie mów że to nasze, tylko że żydowskie; i żyta im sprzedaj z remanentowego. Na to i ty masz głowę.
— Oho! odparł Supełek rad z siebie i czupurząc się, już ja nam wstydu i szkody nie zrobię.
— Bo pamiętaj że musimy na naszę jedynaczkę pracować, żeby za lada chłystka nie poszła, a dotąd nie wiele się zebrało. Teraz nam żniwo.
Supełek podjął wąsy do góry i poskoczył do dworu. Wszedłszy do salonu najprzód gdzie państwo pili herbatę, osłupiał biedak wydobywszy się zpod zaimprowizowanej portjery i obejrzawszy po izbie, której poznać nie mógł. Ta czarodziejska zmiana czeladnej w salon jakiego na wsi nie widział, oświecony lampami, wybity dywanami, pachnący i błyszczący, niesłychanie go przejęła.
— Cóż to się stało? rzekł w duchu, ci ludzie pokój z sobą przywieźli!
Pan Bal uczuwszy, że niebezpiecznem być może rozpytywanie się szczegółowe przy żonie i córce, poprosił o herbatę do swego pokoju i wyszedł z Supełkiem, który wciąż sobie powtarzał: — Nigdybym nie poznał czeladniej!
Pan Bal usiadł na łóżku, rządca stanął przy drzwiach i zaczęła się rozmowa.
— Waćpan tu już oddawna jesteś?
— Lat dwanaście, Jaśnie panie.
— A więc znasz dobrze Zakalańszczyznę?
— Zdaje się, Jaśnie panie.
— Możesz mnie o wszystkiem objaśnić?
— To pewna że nikt lepiej nie potrafi.
— Nadewszystko proszę Waćpana o szczerą prawdę, nic nie malować.... szczerą i gołą prawdę. Co to za majątek? o ile mogłem miarkować z inwentarzy, zdaje mi się bardzo dobry!
— E! już to Jaśnie panie, odchrząknął Supełek... w inwentarzu wszystko się ładnie wydaje, ale niechno zobaczyć przyjdzie na gruncie! Jam tu wyłysiał od gospodarstwa tego.
— To tylko pochwala gorliwość jego. — Wysiewy piękne?
— Tego roku ozimina licho poschodziła.
— Ozimina! przebąknął pan Bal, przypominając sobie znaczenie wyrazu, z którym się niedawno oswoił. A wiele posieliście pszenicy?
— Gdzież tu proszę Jaśnie pana siać ją, kiedy to szczery piasek...
— Chcesz mówić glinka... trochę z piaskiem.
— Gliny u nas nie ma...
— Tak! ale ten gatunek piasku widać zowią gdzieindziej glinką, dodał Bal. Supełek miał wielką ochotę się rozśmiać, ale się powstrzymał. Grunty więc piaseczkowate?
— Piasek, Jaśnie panie, szczery piasek...
— Ale urodzajny! omłoty piękne...
— Tak, bywa korzec, bywa i ćwierć, ale nigdy więcej.
Pan Bal nie zrozumiał, ale się tem zaspokoił.
— Ale ziarno piękne?
— Czyste, niczego...
— A to grunt! dodał Bal. Łąk dosyć i na ługach słyszałem bywają zbiory pyszne, egypskie!
— Od lat dwunastu, jak tu gospodaruję, trzy razy tylko sieliśmy na ługach, i to nam woda pozabierała.
— A czemuście jej nie spuścili? O! zawołał pan Erazm z wymówką.
— Jaśnie panie, kiedy to rzeka zalewa! dusząc się odparł Supełek.
— A! rzeka! wiem że rzeka, żywo podchwycił kupiec, ale ją trzeba powstrzymać. Na to są nowe sposoby... kanalizacja! o!
— Coś nie rozumiem, szepnął sobie rządca, musi to być z tych rozumnych gospodarzy, co mówią nowemi wyrazami, ale starych zbiorów nie potrafią wygospodarować.
— Siana jest dosyć?
— Tego roku łąki były pod wodą...
— Z tą wodą trzeba będzie coś poradzić, to się obmyśli. A młyny?
— Młyn tylko jeden Jaśnie panie.
— Jakto jeden? ofuknął się pan Bal.
— Jeden tylko idzie, reszta pozatapiana i stare, że się na nic nie zdało.
— Mówili mi że potrzebują reparacji... Aręda robi około siedmiu tysięcy?
— Siedm tysięcy! wykrzyknął rządca dziwnym głosem...
— Jakto! nie robi tyle?
— Jaśnie panie, to chyba żarty!
— Ale jaż ci w inwentarzu pokażę, że tak mi ją podano.
Supełek stanął w zamyśleniu osobliwszem, nie mógł pojąć, jak śmiano tak już niegodziwie kłamać. A! rzekł w sobie, kiedy hrabia tak mu podawał, znać że można z nim zrobić co chcąc.
— A ileż robi aręda...
— Aręda z wielką biedą i z jednym młynem robi dwa tysiące.
— Dwa! ależ szła siedem!
— A! prawda! rzekł Supełek, było to jednego roku, kiedy jeszcze szły wszystkie młyny, i arędarzowi dodano ludzi do wyrobienia sta beczek smoły; płacił wówczas siedem tysięcy...
— A widzisz Waćpan! rzekł poważnie Bal, więc może iść i teraz siedem... i więcej.
— Ale już smoły nie można pędzić!
— Dla czego?
— Pni brakuje.
— Erazm zupełnie nie zrozumiał znaczenia, ale nie chcąc się kompromitować, dodał z cicha: Na to się poradzi! Jakaż, spytał, bywała intrata z majątku w lepszych latach?
— Przez tych lat dwanaście, co ja tu jestem Jaśnie panie, choć Bóg widzi że charuję i pracuję jak wół w pługu a ludzi nie żałuję... z flisami, ze wszystkiem jak będzie osiemnaście tysięcy, to już bardzo dobrze...
Pan Bal za głowę się pochwycił.
— Co mi Waćpan prawisz! brutto?
— Niech Jaśnie pan mnie nie łaje, bo cóż ja temu winien.
— Pytam czy brutto, czy netto?
Supełek nie zrozumiał.
— Osiemnaście razem, czy po strąceniu kosztów? powtórzył wyraźnie kupiec, zbliżając się.
— Ale wszystkiego panie i ze smołą, z gontami, z drzewem, z flisem, het precz.
— To być nie może!
— Niech Jaśnie pan spojrzy w regestra.
— Prawda! prawda! mówili mi że majątek in grudo! że potrzebuje nakładów, ale doprawdy nie spodziewałem się żeby był tak opuszczony.
— Już to Jaśnie panie, z cicha podszepnął rządca, nie wiele tu i nakładem zrobić i głową, kiedy ten szelmowski piasek i nic więcej.
— Chcesz mówić glinka.
— Nie wiem dla czego Jaśnie pan to nazywa glinką, ale tu jej nie ma wcale.
— Glinka, powiadam Waćpanu... Na wszystko jest rada... nawóz, nowe sposoby; czytałem wiele o guano, sprowadzim guano, sprowadzim pudrettę... musi rodzić..
Rządca który jak żył tych wyrazów nie słyszał, zastanowił się, a pan Bal z uczynionego widocznie korzystając wrażenia, dodał żywo:
— Polepszenia na wielką skalę! sprowadzenie agronoma z Marymontu, zakupienie bydła i owiec, gorzelnia, cukrownia, browar, w którym piwo bawarskie zrobimy! guano! płodozmian! majątek poprawi! Wiele jest gorszych po świecie... na to tylko głowy potrzeba!
Ten wykrzyknik był skutkiem czytania rozpraw agronomicznych, któremi się jadąc objadał w drodze pan Erazm i naturalnie nie znając nic praktyki gospodarskiej, chwycił tylko najostatniejszych teoryj.
— Gdzieżeś się Waćpan uczył gospodarstwa? spytał, w Hoch... o! jakże się to nazywa ta szkoła... w Marymoncie, czy w Rosji?
— Jak? Jaśnie panie! nie umiem odpowiedzieć, zająknął się Supełek, ja?
— W jakim instytucie?
— Ja nigdzie nie byłem, skromnie odparł nareszcie Supełek, mój ojciec był rządcą, od młodu gospodarzę!
— A! więc tak, z praktyki tylko?
— Z praktyki, Jaśnie panie.
— Znaszże Waćpan płodozmian, nowe pługi, leśnictwo, uprawę rzędową, łąki sztuczne, i co rządcy potrzeba?
Supełek mięszał się widocznie, bo nawet o co go pytano zrozumieć nie potrafił.
— A to do czego Jaśnie panie, rzekł, u nas zorać, posiać, z żydem się wykłócić, chama ostro trzymać... ot i cała gospodarka.
Nie trafiło to jakoś do przekonania pana Bala, ale nie chciał zrażać człowieka, którego potrzebował; rad był jednak że miał wyborną wymówkę na nieprodukcyjność majątku.
— To osieł, rzekł w duchu, nic nie umie, tu potrzeba gospodarza! będę go musiał odprawić; majątek in grudo, ale i człowiek podobny. I oni tu chcieli co mieć! kiedy on gliny nie rozróżni od piasku!!
Ostatnia wymówka zupełnie była niesłuszną, bo o glinę w istocie trudno było w Zakalańszczyznie.
W czasie tego monologu, rządca stał u drzwi pokornie, jakby przeczuwając znaczenie milczenia, pan Bal obrócił rozmowę.
— Rzemieślnicy czy są?
— Trochę dostałem, poobiecywali.
— Na jutro?
— Nie.
— Jakto nie! muszą być na jutro!
— Jutro szabas, a to wszystko żydzi.
— No ale w niedzielę!
— Mam jednego mularza, stolarza i cieślę i gonty kupiłem.
— A cegłę i wapno?
— Chyba o trzy mile.
— O! toś mi się Waszmość źle sprawił, więc jedź na całą noc... muszę ich mieć tych rzemieślników, żeby to Bóg wie co kosztować mnie miało... Rób pan co chcesz.
Supełek potarł czuprynę i zmilczał.
— Jutro, tymczasowie kupisz mi Waćpan pięć krów.
— Gdzie? Jaśnie panie.
— Albo ja wiem! gdzie się Asanu podoba, pięć pięknych krów tyrolskich, szwajcarskich, lub kałmagorskich.
— Tu są tylko poleskie i to na jarmarku.
— Ale to Waćpan mi robisz we wszystkiem trudności, a ja tego nie lubię.
— Cóż ja poradzę?
— Na to głowa, radź sobie pan jak chcesz, a gdy mówię, że co ma być, trzeba żeby było. Nadewszystko odkładywań nie lubię! Proszę także mi kupić krup, mąki, masła, zamówić mięso, drób’, zwierzynę, rybę.
Rządca aż się uśmiechnął.
— Jaśnie panie, na to potrzeba czasu!
— Masz Waćpan całą noc i cały dzień jutrzejszy.
— Ale u nas to się kupuje w miasteczkach i tylko na targach lub jarmarkach, jutro szabas i szpilki nie dostanie.
— Przecież są rzeźnicy?
— Żydzi...
— Co mi Waćpan gadasz? wszystko żydzi!
— U nas panie wszystko żydzi.
— Rozkazać strzelcom żeby była zwierzyna..
— Nie mamy panie strzelców, bo strzelać nie wolno.
Pan Bal osłupiał i wstrząsł się.
— Co mi Waćpan prawisz! co mi prawisz? czemże żyjecie?... A ryba?
— Ryba się teraz nie poławia, bo woda duża.
— Tfu! cóż u licha, z waćpana dziwny człowiek zaprawdę! Ja się nie pytam co, jak, wolno czy nie wolno, mała woda czy wielka, a proszę żeby mi wszystko było jak kazałem.
To mówiąc trochę markotny pan Bal odprawił rządcę poważnem skinieniem głowy, a sam po chwili namysłu wyszedł do żony.
— Trzeba ją uprzedzić, rzekł w duchu, mogę jej andronów naprawić. Kobieta to weźmie do serca! A to wszystko są bajki i plotki! Będzie tu za mnie inaczej.
Wszedł do pokoju z rozweseloną twarzą.
— No kochana Ludwisiu, rzekł, nie ma co mówić, hrabia mnie nie zwodził, majątek rzeczywiście in grudo, ale nie dziw! Stan istotnie okropny, opuszczenie niesłychane, a rządca ani be ani me! Wystaw sobie, wybrali na rządcę człowieka, który w żadnym instytucie nie był, płodozmianu nie rozumie, osieł nad osłami, a tu potrzeba silnej ręki i głowy.
— I kieszeni, kochany Erazmie, dodała żona.
— A tak! ale to się wszystko powróci setnie... Zobaczycie co zrobię z tego majątku. Cieszę się, istotnie się cieszę, że w tym stanie zastałem Zakale, bo pokażę im tu jak się gospodaruje i co z tego majątku zrobić można!
Pani Balowa ruszyła ramionami tylko.
— Jesteś niezwyciężony, rzekła z uśmiechem.
— A tymczasem spać, odezwał się kupiec, czując znużenie i strapienie do którego się nie przyznał. Dobrej nocy.
Że deszcz jesienny na dworze coraz gęstszy się puszczał, niespodziankę zastał w sypialnym pokoju pan Bal, bo woda na gorszej połowie domu do pokojów szła przez dach jak z cebra. Musiano podstawiać co gdzie się znalazło, niecki, miski, miednice i nosić się z łóżkami, które ledwie ustawiono w suchym kącie, jakby na złość poczynało przeciekać.
— Kupiłem już gonty, mówił sobie pan Erazm, dach najprzód pokryję, a te drobne wiejskie niewygódki będą mi później miłem wspomnieniem tylko.
Tymczasem rządca, który zręcznie podsłuchał rozmowę pana Bala z żoną i dowiedział się z niej, że był osłem, pobiegł niespokojny na folwark.
— Otóż masz, zawołał stając przed piękną uśmiechnioną połowicą, podobnośmy przeskoczyli.
— Co takiego?
— Zacząłem mu ganić majątek, bo taki prawdą a Bogiem nie wiele wart, zżymał się niezmiernie.
— A! niech się zżyma...
— Kazał mi żeby wszystko było, nie słuchając racji!
— Cóż to znowu! fanaberja jakiś! chce żebyśmy go słuchali! Jużciż graf lepszy od niego, a tyleśmy mu tylko robili, co się nam podobało!
— Ba! ale posłuchaj no dalej! namarszczył się na mnie, począł mnie o takie jakieś rzeczy pytać, o których jakem żyw nie słyszałem... pleść coś o jakichś nowomodnych gospodarstwach... i poszedł. Ja w trop za nim podedrzwi... słucham, a on żonie powiada najwyraźniej: rządca osieł! trzeba go odprawić!
Pani Supełkowa tylko się uśmiechnęła.
— Oddamy my mu za tego osła, szepnęła po cichu. Trzeba go odprawić! to można powiedzieć, ale ciekawam jak to zrobi? Albo się tu może obejść bez nas? nic nie zna, nic nie wie... Otóż kiedy tak, to mu jutro podziękujesz za służbę. Patrzajcie go! Że zebrał trochę grosza świeczki sprzedając, już myśli że wielki pan! Dam ja ci osła!
— A jak ja mu podziękuję, to co? spytał Supełek.
— To on cię nie puści.
— A gdyby puścił?
— To jutro odwoła, bo sobie rady nie da.
— Oj! duszko niebezpiecznie! niebezpiecznie! zaraz mu się tu ktoś nastręczy.
— O to się nie frasuj, niedopuścim... i odmalujemy go dobrze przed ludźmi... Rób co ci mówię, a więcej o niczem nie myśl... jutro mu za służbę podziękujesz.
Kochanku! a jak nas wyrzuci?
— On! co tobie? prędzej my jego ztąd! śmiej się z tego, na wszystko są sposoby.
To mówiąc zostawiwszy męża dosyć skłopotanego, poszła do córki.






ROZDZIAŁ V.

Przejażdżka po Zakalańszczyznie.

Szczęściem dla niespokojnych żądz pana Erazma, nazajutrz rano wypogodziło się niebo, zaświtał piękny dzień jesienny, wyjątkowy, któren przy drobince egoizmu można było wziąć za umyślnie dla oglądu Zakala stworzony. Bal nawet nie był dalekim od tej myśli, która mu się uśmiechała.
W mieście jeszcze będąc, wcześnie przygotował sobie wiejskie ubranie do pola i gospodarstwa stary nasz kupiec i o niczem nie zapomniał; wszystko było wyborne i przedziwne, buty angielskie grube i nieprzenikliwe dla wody, łosiowe ubranie dolne, dobra kurtka, pokryta płaszczem z gummą elastyczną, kaskiecik à l’anglaise, laska, torebka z palonej skóry, nawet zegarek do przechadzki, pugilaresik do notat przepomniane nie były. Tak odziany z cudzoziemska i wcale rad z siebie, pan Bal kazał zaprządz do wózka i oczekiwał tylko na rządcę, który go miał oprowadzić, gdy Supełek wcisnął się do izdebki, stanął niedaleko progu, skłonił się jakoś dosyć kuso i nie pytany począł:
— Przyszedłem do Jaśnie pana prosząc, żeby był łaskaw mnie uwolnić: widzę ze wszystkiego, że ja Jaśnie panu dogodzić nie potrafię...
Pan Bal osłupiał.
— Co? zapytał, jakto?
— Proszę o uwolnienie mnie, powtórzył rządca.
— Co to jest? dla czego? Waćpan nie miałeś czasu przekonać się, czy możesz lub nie być mi dogodnym, ani ja czy z niego będę kontent... cóż za powód tak nagły?
Rządca się nachmurzył.
— Tak, proszę pana, mam inne zamiary. Chcę gdzieindziej szukać szczęścia.
Stary widocznie był zmięszany i już miał począć prosić Supełka, gdy drzwi się uchyliły i wszedł Stanisław, który wszystko słyszał. Oczy jego wcześnie dopatrzyły więcej niż ojcowskie, pojął potrzebę wsparcia ojca i niedozwolenia, żeby sobie z niego robiono igraszkę. —
— Za pozwoleniem papy, rzekł oddając dzień dobry, słyszę, że pan rządca chce się uwolnić.
— Właśnie, podchwycił ojciec, ni ztąd, ni z owąd wpadł mi, kiedy go najwięcej potrzebuję, z tą propozycją....
— Ale dla czegożbyśmy tego pana uwolnić nie mieli, odparł Stanisław do ojca, tymczasowo znajdziemy w pisarzu i leśniczym, po których posłałem wcześnie, dla oprowadzenia papy pomocników; pan Supełek jeśli chce, może gdzieindziej szukać sobie szczęścia, papa mu drogi do niego zagradzać nie będzie. Są tylko rzeczy, które się wprzódy powinny dopełnić, trzeba zdać regestry, remanenty jakie nam podano, porządnie wszystko skończyć i wynieść się zresztą kiedy się podoba.
Bal uśmiechnął się z ukontentowania, a rządca zmięszał z kolei.
— Tymczasem pisarz i ja, kiedy mi ojciec pozwolisz, zastąpimy pana tego, miejscowości nie znam, ale tej się nauczę rychło i damy sobie rady.
Ton żartobliwy jakim to mówił Stanisław, zastraszył Supełka, który, że instrukcje żony nie przepisywały mu, co miał czynić na taki raz, zamilkł, ukłonił się i wyszedł.
Bal uściskał syna.
— Kochany Stanisławie, chcę objechać majątek, posłałeś istotnie po leśniczego i pisarza?
— Oba czekają, kochany ojcze.... ja też kazałem sobie konia osiodłać i pojadę razem.
— Otoś mi gracz! otoś mi kochany! zawołał ojciec, dobrze! pojedziemy! a wózek dla mnie jest?
— Wszystko gotowe....
W tej chwili weszli: pisarz, cienki człowieczek, który wyrósł zbytecznie i jako jasny blondyn zdawał się mieć skłonność do melancholicznych miłostek, które nawet rozpoczął był już z rachityczną Delcią, córką państwa Supełków, a z tego powodu duszą całą ich sprawie sprzyjał; i tęgi, barczysty, zdrów jak wół, z wąsami na pół łokcia, łysiną trochę już przeświecającą się leśniczy, pan Józef Krużka. Z twarzy ostatniego, patrzała poczciwa gadatliwość, coś uprzejmego, sympatycznego, jakaś prosta rodzinna szlachetność. Ubrany w długie buty, w spencer z lisami, szarawary skórą wyszywane, z harapem przez plecy i torbą na ramieniu, przewybornie przedstawiał stan do którego należał. Obok niego stojący, wysmukły w surduciku opiętym, z włosami á l’enfant, bródką i wąsikiem, pisarz, miał minę narysowanej na ścianie karykatury.
Pisarz twarzą i postawą wyrażał nieukontentowanie, dumę, wyższość jakąś... i głupstwo. Leśniczy był trochę drwiący dobrodusznie. Oba skłonili się panu Balowi, każdy na swój sposób, pisarz poprawiając włosy szacowne, leśniczy pokręcając wąsa i stając zaraz w pozycji niemal żołnierskiej.
— Panowie, odezwał się Bal, miło mi ich poznać i powitać; wiecie zapewne, że jestem nowym dziedzicem Zakala?
— Przyszliśmy złożyć nasze uszanowanie JW. panu, rzekł donośnie leśniczy i spytać o rozkazy.
Pisarz się uśmiechnął zakrywając ręką.
— Najpierwsza rzecz, rzekł Bal, przypominając sobie odprawę Supełka, niech mi pan pisarz przyniesie tu wszelkie regestry ekonomiczne, inwentarze, raporty i papiery, proszę o nie.
— Czy zaraz? spytał młody człowiek.
— Natychmiast! poparł Stanisław.
Pisarek ruszał ramionami i wyszedł, leśniczy się za nim obejrzał, westchnął.
— A Waćpan, rzekł do niego Bal, zechcesz mnie oprowadzić i obwieść po Zakalańszczyźnie, boć ją musisz znać dobrze.
— Oj! oj! oj! Jaśnie panie! rzekł Krużka, jak moję dziurawą kieszeń! pokażę, nie chwaląc się, lepiej od Supełka, który ponieważ się oddala, mogę powiedzieć, że Borowicy i Nowin tak dobrze jak ja nie zna, choć tu dwanaście lat króluje!
Staś się uśmiechnął. — A pan tu dawno?
— Ja! jam się urodził, wychował i zapewne tutaj umrę, dodał Krużka, w którym się już pasyjka do gadatliwości przebijać zaczynała. Rodzice moi mieszkają na czynszu w Nowinach, ja służyłem trochę wojskowo, a ranny zostałem na Zakalańszczyznie leśniczym, i że dzięki Bogu, jakoś dotąd ze mnie ludzie radzi, może i dalej tak będzie....
— Jak Waćpan myślisz? spytał Bal przystępując do niego, co to się stało rządcy, że chce się oddalić, nim mnie poznał?
— Tego nie zgadnę, rzekł otwarcie prostując się Krużka; to Jaśnie panie robota nie jego, ale żony, która, z pozwoleniem pańskiem, nie przy panu mówiąc, dawno mu spodniczkę skroiła... To kobieta co się zowie! ona i.... tu się przyzastanowił, ale tego mówić nie należy...
Pisarz nie powracał, Bal się niecierpliwił, nareszcie wszedł.
— Pan rządca, proszę Jaśnie pana, potrzebuje regestrów, żeby się przygotować do zdania.
— Powiedz mu pan, odparł Stanisław, że regestry później do zdania służyć będą, a teraz powinny być tu...
— I pamiętaj pan, dodał Bal, że rządca jest tylko rządcą, a ja jestem dziedzic, proszę mi przynieść papiery...
Zaczerwienił się blady adonis.
— Ja także, rzekł, proszę Jaśnie pana o uwolnienie, mam rodziców dostatnich i tylko dla wprawy nie z potrzeby zajmowałem się pod dyrekcją pana rządcy, a ponieważ on...
Pan Bal aż zbladł, ale Stanisław nie odstępował go szczęściem.
— I owszem, rzekł żywo, proszę o papiery, a uwolnienie natychmiast nastąpi.
Krużka patrzący na to z boku, przez politykę słowem się nie odezwał, póki pisarz był w pokoju, ale gdy wyszedł rozśmiał się.
— To Jaśnie panie, rzekł leśniczy, cały interes, że chcą żebyś ich pan prosił, co się nie godzi, a potem myślą jeździć! Niech ich państwo nie wstrzymują... ale proszę mnie nie zdradzać... ja się ich jak djabła boję.
— A cóż oni Waćpanu zrobić mogą?
— Co? zawołał Krużka... to ludzie co mają w kieszeni wszystkich, w przyjaźni z całym światem... asesory, strapczowie, co żyje w stosunkach. Sąd niższy... nawet w gubernji krewnych mają!
Staś się rozśmiał.
— Dobrze się Jaśnie panu śmiać, odparł leśniczy, ale i państwu oni jeszcze na odjezdnem nie jednego piwa nawarzą.
— Nam! zakrzyczał Bal.
— Ba! ale to niech nie zastrasza! Gospodarstwo kłopotarstwo, Jaśnie panie, a nie tylko same gospodarstwo, ale co tylko się go dotycze.
Pisarz wpadł wlokąc za sobą zaperzony dwóch ludzi, którzy nieśli stosy papierów.
— To wszystko? — spytał Staś.
— Jeszcze jest drugie tyle.
— Prosimy i o tamto, rzekł Bal, przyjedzie rachmistrz do obrachunku, zdasz mu pan wszystko i będziesz wolnym.
Gdy się to dzieje we dworze, na folwarku istne piekło! Piękna rządczyni łaje męża, mąż do ostateczności przywiedziony odcina się, jak zając gdy go już psy chwytają, Delcia płacze i tupie nogami, słudzy latają, a pan pisarz, któremu rozkazano się do dymisji podać, posłuszny drży ze strachu i z gniewu, gdyż był pewien że go prosić będą ażeby pozostał.
— Pan Bóg mnie pokarał tym głupcem, woła latając po pokoju rządczyni, ani do tańca, ani do różańca, gdzie chcesz go użyj wszędzie głupstwo zmaluje...
— Samażeś mi jejmość kazała w swej wysokiej mądrości prosić o uwolnienie.
— Tak! a tyś tak się postawił, że cię poczęstowano kolanem; coś był powinien podrożyć się tylko żeby jeszcze bezpieczniej zostać, toś się pospieszył... co to mówić! co to mówić.
— Ba! gdybym ze starym tylko miał do czynienia, płaczliwie odciął się Supełek, ale tam młody przyszedł, licho go wniosło i szyki pomięszał... Cóżem się miał sam prosić...
— Jaki młody?
— A syn! to jakiś frant! ostro kuty.
— Czekajże stary harbuzie i ty młody paniczku — krzyknęła żona, będziecie mieli oba za swoje, pokażę ja wam jak nas ztąd wyganiać. Każ Waćpan zaprzęgać mi do bryczki.
Supełek rad że się wyrwać mógł, poleciał.
Do pokoju pana Bala znieśli wreszcie papiery, a w pierwszej chwili pośpiechu i gniewu tak nieostrożnie się znaleźli, że co do świstka wszystko złożono w ręce dziedzica. Pisarz wyszedł na róg domu, załamał ręce, zapatrzył się w ziemię i dumał o dalszych losach.
Pan Bal uradowany że mu syn przyszedł w pomoc tak skutecznie, poszedł żonę pożegnać i siadł na bryczkę niecierpliwy objeżdżać swe państwo. Staś i Krużka towarzyszyli mu konno.
— Proszę no pana, rzekł leśniczy, zastanawiając się zaraz przy pierwszych wrotach i kręcąc wąsa z powagą, niech mi wolno będzie wiedzieć intencję Jaśnie pana: Czy pan życzy sobie objechać dziś wioski i ogólnie obejrzeć Zakalańszczyznę, czy tylko granicę, czy nareszcie zechce powoli dokładnie, z kolei porządkiem rewidować wszystko? Muszę bowiem Jaśnie pana przestrzedz, że co ma najlepszego ten majątek, to rozległość, prawda ziemia niekoniecznie, las djabli wzięli, ale hulać jest gdzie. Służyłem ja panie w wojsku i pamiętam jakeśmy się po Niemczech włóczyli, bywało nie jedno księstwo niemieckie ledwie rozpędziwszy się człek by nie przeskoczył, ale tu!
Pan Bal rozśmiał się tak serdecznie, tak radośnie, a tak był porównaniem uszczęśliwiony, że gdyby był mógł, byłby leśniczego z wózka porwawszy się uścisnął.
— Jak pan się zowiesz? spytał.
— Józef Krużka! Jaśnie panie. Józef Krużka.
— No, więc panie Józefie, zacznijmy od ogólnego oglądu, a potem szczegółowy.
— Dobrze więc, czy w lewo czy w prawo?
— Zawsze w prawo! odezwał Bal, śmiejąc się.
Wózek potoczył się tedy po piasczystej drodze do Borowicy. Po drodze Bal całą uwagę zwrócił na to co go otaczało; pytał nieustannie. Minęli zasiewy ozime dosyć licho zieleniejące na piasku, potem wydmę, las krzakowaty mizerny, grobelkę okropną i w dali pokazała się Borowica, także nad Horyniem jak Zakale i Ciemierna położona, ale na wyższych jeszcze nie uprawnych, smutnych pagórkach. Po nad nią ogromne krzyże stare i czarne wyciągały ramiona jak na Golgocie, dalej cerkiew czarna, wielka, górowała na końcu sioła, a w środku jego siedziała karczma zrujnowana, na wpół pusta. Drożyna przechodziła środkiem szeroko zabudowanej wioski, która nie będąc przeciętą żadną drogą, a lasami i rzeką odgrodzona od ludzi, miała postać dzikszą od innych. Zdziwił się pan Bal postrzegłszy ten lud któren sobie tak sielankowo wyobrażał, w łachmanach czarnych, w koszulach brudnych, kobiety okropne, rozczochrane, dzieci niemal nagie, starców do żebraków podobnych i to wszystko uciekające na sam turkot wózka, kryjące się po chatach i za płotami.
— Ha! ha! rzekł w duchu, wprowadzimy tu cywilizacją! Gdzież są młyny? zapytał.
— Na prawo, nad rzekę do młynów, zawołał leśniczy. Wózek potoczył się ciasną drożyną zarosłą i dowodzącą że nie bardzo uczęszczano tędy, a nareszcie stanął na grobelce. Stały przy niej dwa młynki na rzeczce, która tu do Horynia wpadała, ale jakie! któż to opisze! Stawek maleńki od dawna wyrwało, grobli były tylko kawałki, a dwie te budowle co się nazywały młynami, już ledwie na palach wisiały. Jeden oparł się o groblę, dach mu wiatr zerwał na wpół, kół tylko drgały skielety, drugi pustka roztwarta, bez ścian, bez dachu, kilką tylko słupami świadczył o swej egzystencji dawniejszej.
— To młyny, rzekł Krużka wskazując i czując potrzebę komentarza.
— To młyny? powtórzył Bal zdziwiony, prawda, że in grudo. — No! nie ma tu co patrzeć, jedźmy dalej!
Już się wózek zawracał, gdy cała czereda żydów zastąpiła mu drogę, nisko się kłaniając. Na czele ich szedł stary siwo-brody Moszko Hercyk, rękę za pas założywszy, w żupanie na prędce włożonym, jedwabnym, z okładami aksamitnemi, poważny, chudy i widocznie uczony, bo blady i wywiędły, przy nim stała gruba żydowica Sure Moszkowa Hercyk, o której tyle tylko powiedzieć mogę, że wyglądała jak bania gorzelni w której dawniej pędzili. Za niemi szedł Icko Moszkowicz Hercyk, żyd blondyn, żupan wełniany, broda czarna, mina głupowata i bojaźliwa, potrząsający czapką i cofający się w tył gdy się kłaniał, żona Icka Ryfke, drugi syn Moszka Dawid, trzeci syn Mejsza; żony Dawida i Mojszy, dzieci Icka, Dawida i Mejszy, słowem cały kahał.
Zaiste ukłony jakiemi przywitali starozakonni nowego dziedzica, winny mu były wiele doznanych i zgotowanych niesmaków nagrodzić! Witali go jak królika. Pan Bal powstał na wózku, zdjął czapkę i przywitał ich z kolei nadzwyczaj grzecznie, ale że przywykli byli do hrabiego drwin, przekąsów i łajań i nie spodziewali się nawet żeby im głową kiwnął, stary Moszko wziął to za szyderstwo. Przywykły znosić wszystko, zbliżył się do wózka i powitał ucałowaniem ręki pana Bala, który się cały zczerwienił i zmięszał.
— Jaśnie pan nie zechce wstąpić do nas — rzekł Moszko poważnie — nie mamy go czem przyjąć, ale czytamy w Biblji, że największych gości nasi ojcowie przyjmowali chlebem, wodą i owocem...
— Dziękuję ci panie...
— Moszko Hercyk do usług.
— Dziękuję ci panie Hercyk, ale spieszę, chcę obejrzeć Zakale.
— Mamy tylko jedno polecenie do Waćpana — dodał Stanisław — ponieważ rządca i pisarz już nie są w naszych usługach, prosimy nic za ich kwitami nie wydawać.
— Ale, ale — rzekł Bal — przypominając sobie że mu mówiono, iż tu wszystko się robi przez żydów, a nie mógłbyś mi dopomódz panie Moszko Hercyk...
— Co Jaśnie pan rozkaże, zbliżając się rzekł stary czystą polszczyzną, jeśli potrafię, co potrzeba?
— Ale ba! wszystkiego mi potrzeba! zawołał pan Bal, dom najprzód naprawić i wyporządzić, bo w nim mieszkać nie mogę, a potem jeść i pić nic nie można dostać!
— Jakto nie dostać! ujmując się za swój kraj zawołał żyd, wszystkiego!
— Zapłacę dobrze.
— Tem bardziej! a któż mówi że nic dostać nie można?
— A któż? dawny rządca! potrzebuję krów, zboża, rzemieślników...
— Wszystko będzie! powoli! wszystko będzie! dodał żyd gładząc brodę z uśmiechem, ale dziś szabas... po odejściu szabasu przyjadę do dworu...
Chciał coś mówić jeszcze, obejrzał się, namyślił, zamilkł i skłonił tylko.
Wszyscy żydzi na ten sygnał patrjarchy skłonili głowy. Icko czapkę podniósł wysoko i potrząsł nią w górze po trzykroć, wózek się potoczył dalej.
— Ale to jakiś bardzo pokaźny ten pan arędarz i ma minę uczciwego, rzekł pan Bal.
— Bo też to Jaśnie panie, odparł rad że się wygada Krużka, to perła żydów, to najmędrszy na okolicę... i trzeba dodać, że choć żyd, ale doprawdy bardzo poczciwy! Handlował dawniej drzewem i smołą, cofnął się potem coś straciwszy, ale jeszcze bardzo bogaty. Mógłby mieszkać w miasteczku, ale że jego familja już od trzechset lat w tej karczmie żyje, przywiązał się do kąta... Nikt lepiej prócz swoich panu nie usłuży jak on! On tu okolicą trzęsie, co zechce to zrobi...
— No! to widzę drugi Supełek.
— Gorzej panie! bo rządca się go nawet boi trochę; byli z sobą na bakier, teraz na polityce... jeden na drugiego przez szpary patrzał.
— Cha! cha! rozśmiał się pan Bal, widzę i tu są intrygi!
Tymczasem wyjechali z wioski, która się dosyć długo ciągnęła, pokazało się znowu żółtawe pólko, obwiedzione lasami i zaraz za mostkiem przez rzeczkę rzuconym, na któren ledwie się do góry windując wydobyła bryczka, tak że kupiec oburącz trzymać się musiał by nie zlecić, co go bawiło niezmiernie, wjechali w piasek i lasek.
Najprzód krzaczki, potem młoda sośninka, potem gęszcze, szeroka droga zwęża się, kręci, zapada w doły, zrywa na wzgórki wydmiaste, gdzieś niegdzieś krzyżyk wywrócony, mogiła chwastem pokryta, poprzeczna ścieżka... jadą i jadą w zielonych ścianach.
— Ot! to moje panowanie — odezwał się leśniczy — jest tego panie, tych lasów milami...
— I piękne lasy? spytał Bal.
— Było to kiedyś! westchnął Krużka, ale teraz żal się Boże! o masztach tylko ludzie mówią jak o żelaznym wilku, belki lat piętnaście jak już wyrobić trudno, murłaty nawet wycięto, pnie wypędzono na smołę, tylko że młodzież się puszcza. Ale żal spojrzeć!
— Jakto? las tak wyniszczony?
— Ze wszystkiem! hrabia sprzedawał a sprzedawał, a co sprzedał kopę, to wyszło półtorej... głumili ludzie, palili, rwali, kradli i zrobili z tych puszczę... djabli wiedzą co! ni to las, ni to pole... cmentarz panie...
— No! ale choć smoła? spytał kupiec.
— A zkąd? a z czego? pnia poczciwego nie zostawili... do ostatniego powykopywali! Trzeba sto lat czekać, żeby drugi las wyrósł!
— O! do djabła! mruknął Bal, a potaż?
— I potaż już palili; potem tu sośniny najwięcej, a ona na to nic potem...
— A towaru nic? powiadasz.
— Gdzie tu towar, kiedy o krokiew dobrą trudno!
Dziedzic przypomniał sobie ową maleńką dyferencją z Radziwiłłami.
— A gdzież to — spytał — ta dyferencja Radziwiłłowska?
— To panie z przeciwnego końca — odparł leśniczy — na drugiej stronie. To straszny lasu kawał, aż miło...
— Maleńki słyszę.
— Ba! ba! trzydzieści włok najcudniejszych sosien.
— Czy to być może?
— Tak Jaśnie panie! ale co nam po tem?
— A jeszcze to nasze!
— Słaba nadzieja, hrabia się prawował, prawował i tyle tylko, że ile razy Radziwiłłowscy w las wejdą, to my swoich spędzim i siekierą uderzyć nie damy... już to lat sto trwa... miały sosny czas do góry pojechać... Ani im, ani nam!
— To się skończy!
— Daj Boże! tymczasem pilnować potrzeba, bo jak się o nowym panu dowiedzą, pewnie poślą do Żubrańca...
— Cóż to Żubraniec?
— Tak się panie zowie uroczysko gdzie dyferencja...
I tak mówiąc, jechali a jechali lasem, a las pożal się Boże tego nazwiska, chory się zdawał na suchoty i wyglądał smutno, biednie, nieszczęśliwie... Co kilkaset kroków, musieli po najszkaradniejszych mostkach przebywać rzeczkę, która się kręciła między Nowinami dokąd dążyli a Borowicą. W końcu gdy pan Bal już niecierpliwić się poczynał i konie zacinać kazał, wyskoczyło pólko, pokazały się czarne dymiące dachy wioski, śliczny jodłami zasadzony cmentarzyk wiejski i gruszami objęte sioło. Wioseczka ta i osada szlachecka, to jest Budki, przedzielone od siebie ową rzeczką tylko, położone były na skraju lasów, na wybrzeżu lepszej ziemi i miały pozór weselszy. Między sosnami gęściej przebijały się dębczaki choć krzaczyste, brzozy i graby. Na pólku lepiej zieleniały żyta, maleńkie stóżki zboża z żółtemi czapkami sterczały tu i owdzie.
— A tu ładnie! wykrzyknął Bal.
— O! ślicznie! wtorował leśniczy uśmiechając się, ale dla mnie to nie dziw, bo tu moi rodzice. Widzi tam Jaśnie pan kominek po nad parkanem, to nasza chatka... Tu i pola najurodzajniejsze i ludzie się najlepiej mają. Za kominami jeszcze ćwierć milki, to i granica, tuż i gościniec pocztowy... karczma pańska, a ztamtąd powrócim się w lewo, w lewo i przez dyferencją do Ciemiernej... tylko że środek majątku zostanie na potem.
— O! na potem! rzekł Bal, który lasu miał dosyć.
Nowiny weselej się trochę uśmiechały, szlacheckie chaty były białe, okrzętniejsze, czyściejsze, włościańskie nowsze i pokaźniejsze, bujne łodygi ogrodowin świadczyły o żyzności ziemi.
Tu już i lud, który tak często w niedalekich od siebie odległościach się różni, inny miał charakter, twarze weselsze, postawy śmielsze, ubranie schludne. Na maleńkiej karczemce siedział wnuk Moszka Hercyka, który szabasował w miasteczku.
— A co Jaśnie panie? odezwał się Krużka czegoś wesół, już koło południa po żołądku zwija... gdyby Jaśnie pan nie pogardził razowym chlebem mojego starego, wstąpilibyśmy do ojca, do Mateusza... trochęby się wytchnęło, bo to drogi dla niezwykłego ciężkie... a możeby się co i zjadło...
Pan Bal się uśmiechnął. Staś obejrzał z pociechą na poufałego wojaka, który go ujął swoją śmiałością szczerą.
— Nie godzi się dobrem waszem sercem gardzić, odparł Bal, i owszem, i owszem!
— No! na lewo! Ilko! do Mateusza!
Sam poleciał przodem.
— To jakiś dobry człowiek, odezwał się ojciec do syna.
— I mnie się podobał, rzekł Staś, ale my im tylko narobim kłopotu, a podobno nie przywykliśmy do wiejskich przysmaków.
Za chwilę wózek stanął przed nizką bramką starego dworku szlachcica, u której stał już uwiązany koń leśniczego, pan Józef i siwi rodzice: szlachcic w sieraku, sparty na kijku i zgarbiony, i Jejmość w chustce na głowie ze złożonemi z turbacji rękoma.
Pan Bal i Staś nie myśląc tu długo bawić, chcieli tylko zajść do chaty na chwilę, ale stary budnik nie wypuszczał bez poczęstowania, kazał stół pokryć obrusem, położyli bułkę chleba, ser, miód, kwaszone ogórki, zawiędłą kiełbaskę. Goście spojrzeli po sobie i choć nie bardzo ochotnie, musieli skosztować uprzejmie ofiarowanego śniadania, które się im nie mogło wydać smaczne. Leśniczy zajadał tylko ochotnie i żwawo.
Ojciec jego tymczasem stare opowiadał dzieje panu Balowi o Szujskich jeszcze, o hrabiach i o rządcach, którzy Zakalańszczyzną w czasie bezkrólewiów władali.
Grzeczny dziedzic i jeść musiał i słuchać choć dławił się i niecierpliwił, powtarzając po cichu do Stasia:
— Co to za miła prostota! jaka gościnność! jaka serdeczność!
Można jednak zaręczyć, że łzy które miał w oczach, wyciskał zarówno kwaśny ogórek, jak uczucie.
Skończyło się nareszcie przyjęcie, w czasie którego bliżsi osadnicy szlachta zbiegli się nowego pana oglądać i w licznej komitywie przeprowadzany, podsadzany wsiadł nareszcie Bal na swój wózek a Stanisław na konia. Pozostawała mu jeszcze znaczna część majętności do obejrzenia, potrzeba było z Nowin dojechać do karczmy na granicę, a potem okrążyć lasy granicami aż do Ciemiernej i brzegiem rzeki powrócić do Zakala. Ta przejażdżka do wieczora zająć czas mogła... należało spieszyć.
Wózek potoczył się raźniej, bo Ilko poczęstowany był wódeczką i pan Krużka jakoś po śniadaniu żwawiej konia zażywał. Pośpiech ten wszakże bokiem wyłaził po prostu mówiąc, bo droga była szkaradna, wózek trzęsący, a pan Bal nie przywykły do takiej podróży. Stęknął nieraz nieborak choć usiłował swoje cierpienia w żart obrócić i pocieszyć się widokiem ogromnych posiadłości.
Do karczemki na trakcie drożyna jeszcze była jaka taka; tu chwilę tylko zatrzymali się, by zobaczyć zajęcia Moszka Hercyka i słupy pocztowej drogi i gładziuteńki trakt, którym ochota brała jechać, ale nie pozwalały okoliczności, musiano zaraz skręcić w lasy i w przenajszkaradniejsze topieliska, brody, przewałki.
— Tu to się pan już lasem nacieszy, rzekł Józef, bo aż do Ciemiernik go będziemy mieli, a porządny szmat drogi...
— A wszędzie taka zła? spytał Bal.
— O! będzie jeszcze daleko gorsza! odparł leśniczy, tu jeszcze wybornie!
— Cha! cha! zaśmiał się z przymusem kupiec... ale to prawdziwie dzika natura, amerykańskie puszcze! nieprawdaż Stasiu, że to przepyszne i oryginalne...
— Dzika, to prawda! piękne, ciężko powiedzieć.
— Oryginalne! oryginalne! wykrzyknął Bal usiłując się podochocić — nic w życiu podobnego nie widzieliśmy!
Tymczasem wózek leciał po kłodach, po korzeniach, a pan Bal najoryginalniej w świecie podskakiwał często chwytając powożącego za barki.
Lasy nieskończone, nieprzebyte, gęste zaroślami, choć ogołocone z drzew większych stały przed niemi jak nieprzebyte zastępy... Nigdzie pólka, rzadka łączka i stożek przerywały dziką monotonją krajobrazu, który w ostatku najzapaleńszemu wielbicielowi natury tej uprzykrzyć się musiał. Jechali, jechali, pytał dziedzic po kilka razy, czy daleko do Ciemiernik? a zawsze mu leśniczy odpowiadał, że jeszcze nawet do dyferencji nie dojechali, którą całą przebyć było potrzeba.
Słońce już się zniżało, gdy stłuczony i milczący pan Bal, żałując niemal że się wdał w tę wyprawę, dowiedział się iż są na granicy dyferencji. Łatwo się zresztą było tego domyśleć, bo nagle las się podniósł i ukazał prawdziwie wspaniały, podsycając entuzjazm pana Erazma. Sosny gładkie, niedoścignione okiem, strzelały w górę zielonemi czołami; pod niemi wyginęły gąszcze, oko daleko w ten labirynt słupów sięgało i gubiło się w jego głębinach. Szum drzew był tu już inny, nie było to szemranie krzewów i karłowatej choiny, ale poważny rozhowor starców, co rozprawiają o wiekach przeżytych. Jakieś uczucie poszanowania, jakaś bojaźń religijna chwytała za serce, mimowolnie uczuli ją wszyscy, po długiej przejażdżce na trzebieżach zarosłych młodemi wypusty wjechawszy w tę puszczę starą.
— Co to, zawołał Staś to istotnie piękne.
— To cudowne! podchwycił Bal, ale mi się zdaje że się po trosze ściemnia.
— Nic to, rzekł leśniczy, aby tylko za dyferencją, tam droga do Ciemiernej po równym piasku, a z Ciemiernej nad brzegiem do Zakala bity gościniec...
— Ale czy wrócimy przed wieczorem?
— O! za widna! rzekł Krużka, ruszaj Ilko.
Pan Bal nic nie pojmował, istotnie droga środkiem boru zdawała mu się gładziuteńka i wyborna, a wózek co chwila stukał o niedojrzane korzenie sosen i zdawało się że powinien się był rozbić w kawałki. Ilko przywykły nic na to nie zważał, ale dziedzic coraz to paskiem się ściskał, bo go trzęska całodniowa jazda niezmiernie zmęczyła.
Cała dyferencja składała się z prześlicznego owego lasu i z żalem z niej przebrali się znowu na krzaki zakalańskie, na pustki pozarastałe brzeźniakami i sośninką. Tu i owdzie resztki pieca smolanego, dziegciarni, potażowe wzgórza fusów zielenią obrosłe widzieć się tylko dawały. Pan Bal w początku brał je za tumulusy, za starożytne wały i okopy rzymskie, ale nieubłagany leśniczy rozbijał te złudzenia, doskonale objaśniając którego roku gdzie smołę pędzono lub potaż gotowano.
Krzakami, piaskami, już o mroku dojechali do Ciemiernej, wsi większej nieco od Borowicy, mniejszej od Zakala, z wielką cerkwią, mieszkaniem parocha i ludem zamożnym. Dawniej była tu binduha, to jest brzeg, na którym wyroby lasów wiązano i przygotowywano do spławu, ale teraz, gdy towar wyrobiony został do szczętu, pamiątka tylko została. Z Ciemiernej mnóstwo ludzi szło co roku na flis i ci apostołowie cywilizacji przynosili z sobą do chat czarne kapelusze, powieści o dalekim świecie i skłonność do hulanki.
Wpływ ich jawny już był w całej wiosce, której ludność nie chowała się przed obcemi jak Borowiczanie, łaknęła zarobku, stroiła się wykwintniej i wyglądała czyściej. Nie mieli już czasu zatrzymać się w Ciemiernej, rzucili tylko okiem na główną ulicę, na cerkiew i dworek plebana staremi otoczony drzewy, na karczemkę schludną, w której mieszkał szwagier Moszka Hercyka i popędzili dalej.
Droga swą nowością podobać się mogła, była to wijąca się po wybrzeżu Horynia ścieżka, utrzymująca związek między Zakalem a Ciemierną. Gdzieniegdzie ukazywała się rzeka płynąca szerokim ługiem, rozlana teraz i błyszcząca w ostatku blasków słonecznych.
Pan Bal mógł się unosić, bo widok ten choć smutny, miał swą powagę i uroczystość.
— Ztąd już, odezwał się leśniczy kłaniając, Ilko Jaśnie pana zawiezie do dworu, a mnie potrzeba pospieszyć do chaty, jeśli pozwoli Jaśnie pan...
— Ale jutro Waćpan przybywaj, odezwał się Bal, a rano będę cię potrzebował...
— Będę na rozkazy!
— Proszę, proszę...
Już się ściemniało dobrze, kiedy nareszcie w dali pokazał się dwór Zakala na pagórku, który z niezrównanem uczuciem powitał pan Bal zacierając ręce.
Ilko popędzał gorąco, konie leciały szybko i w kwadrans wózek zatoczył się przed milczący ganek.
Pan Erazm wyskoczył z niego, połamany w kawałki, zbity, potłuczony, bolejący, ale rad z siebie i gotując się szeroko opowiadać żonie i córce o pięknościach borów i pustyń Zakala.






ROZDZIAŁ VI.

Gospodarstwo. — Kłopotarstwo.

Zdziwił się mocno pan Erazm, gdy mu zaraz w progu znać dano, że jakiś urzędnik który z południa przyjechał, czekał na niego z pilnym interesem na folwarku.
Jakkolwiek zmęczony, musiał wyjść do saloniku i posłał go prosić: po dobrym kwadransie niespokojnego oczekiwania wsunęła się figura zapięta w surdut, który niegdyś mundurowym się mógł nazywać. Twarz ospowata, oczy kose, cera blada, nos zadarty nieprzyzwoicie, ruchy niezgrabne, nie dobrze o tym jegomościu uprzedzały, choć z niepospolitą powagą się prezentował. Mina jego chciała być urzędową, zastraszającą, groźną i tajemniczą.
Pan Bal skłonił mu się pierwszy, to jeszcze nadęło przybyłego, który ledwie oddawszy ukłon, zaprezentował się ochrypłym głosem:
— Jestem pomocnik tutejszego stanu...
Bal ani stanu, ani jego pomocnika nie rozumiał, zrobił wielkie oczy, ale udał że wie o co chodzi.
— A! rzekł, cóż pan każe?
— Pan dobrodziej nowy dziedzic? spytał przybyły.
— Tak jest.
— Pan Bal?
— Tak jest.
— Erazm Bal?
— Tak, Erazm Bal.
— A! pomocnik brodę pogładził, podparł się na bok, zamyślił...
— Pozwoli pan pomówić z sobą na osobności?
— I owszem.
— Są ważne interesa rządowe.
Pani Balowa i Lizia cofnęły się do drugiego pokoju, gospodarz poprosił siedzieć pomocnika, który się rozparł i zamilkł, usiłując widocznie przestraszyć milczeniem z góry.
Pan Bal oczekiwał zapowiedzianych spraw ważnych.
— Pan dobrodziej zna urządzenia nasze? zapytała w końcu tajemnicza figura.
— W ogólności znam niewiele prawa tutejsze, ale wszelkim rozporządzeniom rządowym gotów jestem zadosyć uczynić.
— Pan wie jakie na dziedzicach ciężą odpowiedzialności?
— Nie wiem panie, ale się nauczę.
— Jeżeli pan nie jest z tutejszą manipulacją oswojony, cóż to będzie? kto pana zastąpi?
— Postaram się o kogoś.
— Tak, ale teraz... są sprawy nie cierpiące zwłoki.
— Niechże pan będzie łaskaw powie mi co?
— A, zaraz! są sprawy, są wielkie sprawy! są, o są! Właśnie tu plik papierów przyniosłem... jest wiele!
Tu pomocnik rozpiął mundur, wysypał na stół plikę papierów i począł w nich szukać. — Najprzód, odezwał się, sprawa o przetrzymanie Petra Sokolniczyka, włościanina ze wsi Piwarowa, klucza książąt Radziwiłłów, którą kazano prześledzić.
— Któż to ma prześledzać.
— A to ja!
— Więc to się mnie nie tycze.
— Przepraszam pana, odparł pomocnik, bo jeżeli się okaże że włościanin był przetrzymany w Zakalu, to sztrofy wyniosą do tysiąca rubli.
— Ale cóż ja teraz winien, kiedy to się działo nie za mnie?
— U nas odpowiada majątek, a pan sobie będziesz szukał od kogoś go kupił, uśmiechnął się pomocnik.
— Byłże ten włościanin przetrzymany?
— Albo był przetrzymany, albo nie był, odparł przybyły, podnosząc wargę, to się różnie może okazać.... Powtóre...
— A jest i powtóre?
— Za należną bankowi a nie opłaconą ratę mamy polecenie licytować i opisywać majątek.
— Co pan mówisz?!
— Tak jest, zimno rzekł pomocnik, hrabia nie opłacił.
— Cóż to za roztargniony człowiek! zawołał Bal, nie przypuszczając nic więcej nad roztargnienie.
— A cóż na to poradzić?
— Zapłacić najprzód, potem.... pan dobrodziej powinieneś wiedzieć...
— Wieleż wynosi rata?
— Dwa tysiące trzysta sześćdziesiąt rubli, kopiejek czterdzieści, nie licząc peny.
— To gruba suma! westchnął Bal, muszę pisać do hrabiego.
— A tymczasem majątek zlicytują.
— I sprzedadzą? odparł Bal, jak to być może! a cóż ja temu winien?
— Pan nic, ale zawsze odpowiada majątek...
Zimny pot wystąpił na czoło kupca, który westchnął, podparł się na łokciu i słuchał dalej pomocnika, coraz nabierającego większej powagi.
— Jest tu jeszcze śledztwo o kradzież popełnioną w karczemce na Roztrybiu...
— I więcej co?
— I bardzo wiele jeszcze...
— Cóż ja mam na to poradzić?
— Niech pan radzi jak uważa. Ale czyż pan już nie ma rządcy Supełka? spytał naiwnie pomocnik, jak gdyby nie wiedział co się działo i nie pił herbaty z rumem na folwarku.
— Supełek się oddala.
— O! to wielka szkoda! rzekł kiwając głową pomocnik, walny człowiek, tęgi człowiek, to i do gospodarstwa i do interesów i zna już Zakale dobrze... A ot... tu jeszcze interes z parochem o pasiekę, ciężki dla nieznającego miejscowości, może panu kruhlak zabrać. Nie ma tu na okolicę takiego człowieka jak Supełek, sprytny... do interesów z nami jedyny... Co pan powie? zawsze nas okpi. O bestja! Będziesz pan miał tysiące bied bez niego... Bo tu i z chłopami nie jedna już sprawa była, a on ją zagasił...
— Cóż robić, westchnął Bal, trudno go gwałtem utrzymać.
— No! ale na to są sposoby, odezwał się pomocnik uśmiechając do siebie, podwyższyć mu pensję, lub czemś go ująć... mógłby zostać. Pan widzę nowy człowiek... nie znasz naszych praw, a tu co chwila będą interesa nie do zgryzienia, odpowiedzialność wielka... Ale prawda, jeszcze się zapominam, wszak ci to znowu interes.
— Czy jeszcze?! ruszając ramionami zapytał cicho kupiec.
— Prawie najważniejszy!... ma pan dla siebie i ludzi paszporty? Wziął pan intromisją do majątku? Czy pan potwierdzony przez heroldją? Czy opłacone rządowe należności?
Bal zatknął uszy słysząc razem tyle rzeczy, których dobrze nie rozumiał.
— Powoli! panie, powoli! zawołał, zaraz się wytłumaczym. Paszporty są jak najporządniej wszędzie popodpisywane.
— Potrzebuję przedstawić do nas i do sądu... a intromisja?
— Nie miałem czasu wziąć jej jeszcze.
— A bez tego maszże pan prawo rządzić majątkiem?
Bal spojrzał mu w oczy ze strachem.
— Jutro pojadę z prośbą do powiatowego miasteczka.
Pomocnik nieco się zmięszał.
— Nie o to idzie widzi pan, żeby się spieszyć, bo czasu na to dosyć, ja tylko przestrzegam, a co się tyczy przeszkód z naszej strony, te za porozumieniem się... mogą być i usunięte...
Poczciwy kupiec ścisnął go za rękę z uczuciem.
— A potwierdzenie heroldji?
— Czy i to potrzebne?
— Koniecznie, inaczej znowu nie możesz pan ani posiadać, ani rządzić majątkiem.
— Ale te mam, rzekł dumnie trochę pan Bal.
— No to dobrze... a należności rządowe?
— Opłaciłem.
— A podatki?
— Tego nie wiem.
— Ja zaś wiem że zalegają.
— Mój Boże! co za roztrzepaniec z tego starego hrabiego, o nic nie pamiętał! Ale i rządca winien.
— Za pozwoleniem pańskiem, ten nic nie winien, gdy mu pieniędzy nie dawano.
— Ha! i to racja.
Była chwila milczenia, wśród której pomocnik napawał się dziełem swojem, a kupiec smutnie głowę zwiesił.
— Ze wszechmiar, odezwał się urzędnik, radze panu zatrzymać rządcę... pan sobie rady bez niego dać nie możesz...
— To niepodobieństwo! sam mi podziękował.
— Chce pan to ja z nim o tem pomówię.
— Dziękuję bardzo, ale z tem wstrzymaćbym się chciał jeszcze... zakłopotany rzekł kupiec, nie chcąc zniżyć się do prośby.
— Więc jutro przystąpim do opisu majątku, odezwał się przybyły.
— Ale ja płacę!
— A! pan płaci! dobrze... przystąpim tedy do sprawy parocha o pasiekę i kruhlak.
— Ale ja jej nie znam jeszcze.
— Mnie nagli sąd, ja muszę... to obowiązek.
— A gdyby pan dał mi się czas rozpatrzeć, rozpoznać, wywiedzieć...
— Chętniebym to zrobił, ale co pan chce, obowiązek przedewszystkiem... powinność! ja miejsce stracić mogę!
Znowu chwila milczenia.
— Przyznam się panu dobrodziejowi, dodał po chwili przybyły, że jeden Supełek dałby na to rady, bo wie różne sposoby, możeby na to jakie pismo podał, o! to człek kuty, dałby się interes jakoś pociągnąć... a ja sam wyszukać środka nie umiem... Odpowiedzialność wielka! wielka! powtórzył na końcu.
— Ha! zawołał z westchnieniem ciężkiem gospodarz, pierwszy raz czując że się nie w swoje wdał rzeczy, niech pan jeżeli łaska uprosi Supełka, żeby mi tylko do tych spraw bieżących usłużył, które za niego i jego zarządów początek wzięły... a za to mu nagrodzę.
— Ja o tem z nim pomówię, mam nad nim przewagę, znamy się jak łyse konie! ze śmiechem radości rzekł pomocnik — ale mi już by lepiej było, żeby go pan taki znów wziął na rządcę.
— Raz mi podziękował, nie mogę — stanowczo rzekł Bal.
— Wątpię, żeby się podjął tak tylko interesów tych, bo musi sobie szukać miejsca, sucho odezwał się pomocnik. Ale pan się namyśli, ja tu przenocuję, więc do jutra, do zobaczenia.
I prawie z protekcjonalnym tonem i miną powstał z krzesła gość, obejrzał się po saloniku, wykręcił na nodze, zapiął mundur, schował papiery, ukłonił się i wyszedł.
Bal zaczął latać po izbie trąc czuprynę. Po chwili weszła żona i syn.
— Co ci to? spytała.
— A! to ty Ludwisiu! piwa mi nawarzyć chcą widzę, żywo odparł nowy dziedzic; wystaw sobie, tysiące interesów spada na moją głowę, jakieś śledztwa, sprawy o grunta, zaległości... chcą licytować majątek, oszaleję.
— Niech mi papa dozwoli w to wejrzyć, to muszą być rzeczy na postrach zrobione tylko — rzekł Stanisław. — Trzeba pojechać do miasta, umówić plenipotenta, bo sami sobie rady nie damy. Zdaje mi się też że jest jakaś intryga, bo żona rządcy jeździła gdzieś rano i przywiozła z sobą tego pana.
— Jasna jak dzień, odpowiedział Bal, że to są rzeczy podrabiane i chcą mnie nastraszyć, żebym Supełka wziął napowrót, ale jaka na to rada?
— Pojechać po plenipotenta, sami rady nie damy.
— To prawda, jedź więc jutro zaraz, dziękuję ci Stanisławie. Trochę to kłopotu, ale w rzeczy nic zapewnie, dodał już usiłując różowiej wystawić żonie to co ich spotykało. Nie uwierzysz kochanie moje, co to za głowa szalona była z tego hrabiego! O niczem nie wiedział, o niczem nie pamiętał! Prawda, że wielki majątek i trudny do rządzenia, ale trochę się nim lepiej mógł zająć. Kto inny powiedziałby że mnie chciał oszukać, ja jestem pewien, że on tylko był oszukiwany.
Uśmiechnęła się żona i Stanisław.
— Czegoż to się śmiejecie? ofuknął się Bal. Biedny człowiek! Jutro piszę i posyłam do niego, nie wątpię że mi zaraz przyszle pieniądze.
— Ale jakkolwiek, może cokolwiek zniszczony majątek, prześliczny Ludwisiu! zawołał stękając na potłuczone boki. Obszerność niesłychana, puszcze amerykańskie, oko w nich ginie. Miał racją leśniczy, że to większe od niejednego niemieckiego księstwa... Wszystko in grudo, to prawda! ale co to z tego zrobić można! cuda! cuda! Zapytaj Stasia jakie na nas wrażenia robiły te wspaniale widoki dzikiej natury! Lasy, lasy! rzeki potężne! sioła ogromne! osady szlachty! A jaki lud! powiadam ci, że tu dopiero czuję że żyję, tu w swoim żywiole kąpie się dusza moja... Odezwała się krew Balów!
— A moja wcale nie bije żywiej do tych twoich ideałów, odpowiedziała żona, i nie dziw, jam sobie mieszczanka, jam kupcówna.
— Cicho, cicho, pocóż się z tym wyrywać! zawołał kupiec, na co to gadać! Wiedz Ludwisiu, że się z tem tu chwalić nie można. Palcami by nas szlachta wytykała.
— Juściż się nie zaprę, z pewną dumą odpowiedziała Ludwika.
— Tak! ale nie ma się co też wyrywać bardzo! Do czego? Miecz uszlachca i kwita, a ja jestem miecz i szlachcic! zawołał pan Erazm śmiejąc się. Dobranoc ci kochanie, idę pisać do hrabiego i instrukcję Stasiowi, który jutro jedzie.
Takim był pierwszy dzień spędzony w Zakalu, dzień w ciągu którego pan Bal skosztował na próbę słodyczy i kłopotów życia, do którego tak wzdychał. Mały to tylko był zadatek przyszłości. Bolące kości i zajęcie niebezpieczeństwy, których rozmiaru nie umiał dobrze ocenić nowy dziedzic, nie dały mu zasnąć w nocy, przewracał się z boku na bok i wzdychał. Szczęściem był to człowiek przez słabość może uparty w swojem, a raz postanowiwszy znaleźć słodycz w dziedzictwie, nie przypuszczał zawodu w żaden sposób. Ubierał przeciwności, odganiał strachy, otaczał się nadziejami i nad rankiem na ich poduszce się zdrzemnął. Tymczasem Stanisław o świcie puścił się do miasteczka, a wyjazd jego skłopotał nie pomału folwark.
Tu także trwały narady niemal noc całą, do których kuzynek pani, pomocnik należał. Nie spodziewano się tyle hartu i nieustraszonności znaleźć w przybyszach; zawiodły mylne rachuby, Supełek myślał już pójść nazajutrz i ofiarować swoje usługi. Żona milczała, nie chcąc ani do tego pobudzać, ani się sprzeciwiać, bo innej nie widziała rady; wyjazd zaś Stanisława do miasteczka po plenipotenta zastraszał wszystkich.
Rano nim jeszcze zabrał się rządca do dziedzica, wprowadzono poważnego Moszka Hercyk do pokoju pana Bala. Choć to już nie był szabas, wszakże mając się przedstawić panu, którego się jeszcze nie znając obawiał, Moszko ubrał się w ten sam odświętny żupan, przepasał jedwabnym pasem, wziął czapkę sobolową, jarmułkę aksamitną nową i na brodzie nawet siwej, spadającej mu na piersi, znać było staranne utrefienie.
Była to postać doprawdy piękna i poważna, z wypogodzonem czołem, ze spokojnością na twarzy, jaką rzadko okazują prześladowani Izraelici; Moszko czuł się bezpiecznym widać. Jedną rękę założył na żupan, drugą za pas i tak stanął w progu, czystą bardzo polszczyzną życząc dzień dobry.
— A! panie Hercyk, bardzom na cię tu czekał, odezwał się Bal zbliżając ku niemu, znasz się tu ze wszystkiem i ze wszystkiemi, możesz mi poradzić... wpadłem prawdę powiedziawszy jak w ukrop.
— Słyszałem, pomocnik przyjechał — rzekł żyd cichuteńko — to nie bez kozery... pewnie co przywiózł.
— Nie jedno! nie pamiętam ile mi nasypał.
— Niech się tylko Jasny pan nie boi, to wszystko głupstwo, z pozwoleniem.
— I jam tak myślał, ale majątek chcą licytować słyszę.
Żyd potrząsł głową.
— Nu! nu! jak rata nieopłacona, trzeba ją wnieść, to nie ma rady, a więcej?
— Śledztwo o jakiegoś Radziwiłłowskiego człowieka.
— U! o Petra Sokolniczuka; to już lat dwadzieścia się ciągnie, to nic.
— O pasiekę z parochem?
— I to nic Jasny panie.
— Podatek, intromisja, paszport!
— To fraszki, kiwając głową rzekł Moszko, ale panu trzeba człowieka!
— Chcą mi znów wkręcić dawnego rządcę.
Żyd nie chcąc się widać kompromitować wyrazem żadnym jako wielki polityk, głową tylko pokiwał.
— Co? nie? spytał Bal.
Moszko powtórzył swój ruch wielce dobitnie.
— Posłałem po plenipotenta do miasta.
Żyd skłonił czoło potwierdzając.
— Ale Supełek wynosić się nie chce. Jak myślisz, będę miał trochę biedy nim go wykurzę?
Moszko się rozśmiał, brwi podniósł, pogładził siwą brodę i pejsy i nic nie powiedział.
— Lepiej trochę biedy, niż wiele straty! — rzekł w końcu.
Tu już rozmowa poczęła się o rzemieślnikach, o kupnach, a żyd wszystkiego podjąwszy się gorliwie i uprzejmie, odjechał; tylko na wychodnem szepnął panu Balowi:
— Niech pan rządcy tego nie przyjmuje, to na nic. Ja się pójdę zobaczę z pomocnikiem i potrafię z nim pogadać, on sobie zaraz pojedzie. Bądź pan spokojny. Ja sługa pański, dodał z ukłonem, a mam nadzieję, że mnie za to z chaty ojców nie wypędzicie, ugodzim się i ja się Jegomości przydam.
— Dobrze panie Hercyk, — odparł Bal, — nikomu nie chcę być przykrym, a wdzięcznym każdemu być umiem.
— Nu! bądź pan spokojny, cicho powtórzył Moszko, ja przejdę na folwark.
Nałożywszy wysoką czapkę na głowę, Moszko powolnym krokiem skierował się ku domowi, zajętemu teraz przez rządcę, ale że w tej stronie stał wózek jego, miało to pozór, że szedł wsiadać. Powoli się trochę do tego zbierał tak że Supełek miał czas wybiedz i zawołać:
— Panie Hercyk! panie Hercyk! a do mnie na szklankę herbaty nie łaska?
— Upadam do nóg... ale czasu nie wiele mam.
— Na chwileczkę.
Tak tedy zaproszony, czego z góry był pewien, rachując na to, że nie sam wejdzie ale przyciągnięty zostanie, stary żyd wkroczył poważnie do państwa Supełków, gdzie przy kipiącym samowarze, gorące właśnie traktowały się kwestje. Na widok żyda, o którym nikt nie wiedział za jaką pójdzie stroną, jakby się porozumieli przytomni, sza — ucichła rozmowa, twarze powlokły się nieprzejrzaną obojętnością.
— A co, panie Hercyk, odezwała się rządczyni, mamy nowego dziedzica.
— Umhu! — kiwając głową dwuznacznie, rzekł Moszko.
— No! jużeś się poznał słyszę, jakże ci się wydał?
Żyd głową pokiwał w sposób niezrozumiały.
— Polityk bestja! odezwał się pomocnik, mruczy i kiwa się, ale djabeł go wie, co to ma znaczyć.
— To ma znaczyć, rzekł Moszko, że się tylko chłopi cieszą kiedy nowy dziedzic nastaje, a nam to nie koniecznie pociecha...
— Alboż byś ty się go bał? — spytał ciekawie Supełek.
— Bał! — powtórzył arędarz ruszając ramionami, ja się nikogo nie boję prócz pana Boga, ale kłopot zawsze z nowemi ludźmi.
— Ale to kupiec, mieszczanin! safanduła! zawołała rządczyni.
— Oj! oj! a jak to pani łatwo osądzić! mrugając powoli, ozwał się Moszko. Nu! nu! inaczej pani powie potem.
— Albo co?
— Co? To głowa okrutna, a zna się na wszystkiem, a ciężki, a rachunkowy! rzekł żyd, już ja się na ludziach nie mylę... z nim nie pójdzie jak z hrabią. Zaraz mnie zapowiedział albo aukcją, albo fora z karczmy.
— Patrzajcie! patrzajcie jak się zabiera! rozśmiała się kwaśno jejmość.
— I ma plecy wszędzie — mruczał Moszko — w gubernji, w powiecie, gadają co ma szwagra w senacie.
Pomocnik pobladł.
— No! a wczoraj tak się strapił jakem mu mówił o interesach.
— Próbował! próbował! rzekł Moszko, frant! frant! O! o! z nim!
— Niechże go djabli wezmą, zawołał gość wstając i okiem wymówki pełnem rzucając na gospodynią, gotów kaszy nawarzyć.
— A pan, dodał żyd obracając się do rządcy, dobrze sobie poradził...
— Ja, co?
— Czy to ja tego nie rozumiem? Podziękował słyszę. Bylebyś teraz pokwitowanie wziął, to dobry interes ztąd się wynieść. Żebym to ja mógł i jabym zrobił podobnie, wzdychając rzekł Moszko.
Rządca i żona spojrzeli po sobie; stary tymczasem dopiwszy herbaty, pożegnał ich i poszedł do swojego wózka.
Chwila milczenia panowała po jego odejściu, twarze zafrasowane poprzeciągały się, nareszcie Supełek plunął i zbierając się na odwagę cywilną zawołał:
— A to jejmość wszystkiemu winna!
— Milcz ciemięgo, ofuknęła żona głośno i nogą tupiąc, nie wdawaj się w to co do ciebie nie należy; nie twoim nosem to robić i odrabiać. Widzisz że wszystko się dobrze stało, zdawaj rachunki, bierz kwit i wynośmy się do hrabiego...
— Aha! — cichuteńko rzekł rządca — na tem koniec! A tyżeś mówiła, że nie on nas, ale my jego wypędzim ztąd.
— Niedaleko Supówka, ja o swojem nie zapomnę! — odpowiedziała jejmość, tak ja ztamtąd potrafię figla mu spłatać, jak tu, a może i lepiej... No! słyszałeś! idź, rób co do ciebie należy, a do hrabiego pisz że się wynosim.
— Może miejsca już nie ma...
— Głupiś! dla mnie zawsze jest miejsce, dumnie odparła kobieta.
W czasie tej sceny pomocnik był niemym tylko świadkiem, skorzystał z niej dolawszy sobie cichaczem araku, nie wmięszał się wcale do małżeńskiej kłótni i nieprzyjemnie skłopotany, zaprządz kazawszy Sotnikowi cztery konie do wozu, wyruszył nie żegnając już dziedzica.






ROZDZIAŁ VII.

Kuropatwa, list hrabiego, przyjazd Stasia i nowa znajomość.

Nazajutrz pomimo bolesnych rozmyślań pana Erazma, które mu wieś jego marzoną i ukochaną zatruwały, wielkiej i prawdziwej doznał przyjemności. Zebrane gromady wiosek Zakala, Borowicy, Ciemiernej i Nowin uroczyście przyszły z chlebem i solą, z przemową i życzeniem dziedzica powitać. Na czele ich szli poważni starcy z białemi brodami, w siwych świtach polskich, w nowo uplecionych łapciach, czerwonych pasach i sutych czapkach barankowych. Za niemi tłoczył się lud niezliczony, ciekawy, trochę szydersko z pod oka spoglądając na dobroduszną, uśmiechnioną, rozpromienioną twarz nowego pana, który ani przemówić nie umiał, ani na ich różne prośby i użalenia odpowiedzieć.
Język, obyczaj, życie tego ludu, wszystko niestety było mu obce; leśniczy musiał służyć za tłómacza i panu i włościanom. Ale widok tak licznie zgromadzonych wieśniaków, ich poszanowania pełne postawy odkrytych głów, nastawionych pilnie uszu na każde jego słowo, rozrzewniał niemal pana Bala. Jemu tak łatwo się było pokochać i zapalić. Oko już upatrywało w tych twarzach mnóstwo charakterystycznych oznak wszystkich cnót społecznych; każdy wyraz tłómaczył sobie na najlepszą stronę i najgłębsze nadawał mu znaczenie; śmiał się, zacierał ręce, słowem był szczęśliwy! A że Krużka mu podszepnął, że gromada lubi żeby z nią rozmówić się długo, a zwyczaj chce, by ją przyjmować, pozostał więc w ganku dziedzic, posławszy po kufę wódki do Moszka Hercyka i wysłuchał co tylko ludzie mu powiedzieć chcieli. Tymczasem gromady z właściwą sobie bystrością sądu i filuternem wejrzeniem przyglądały się temu, kogo im pan Bóg zesłał, a wrażenie jakie na nich czynił poczciwy pan Bal, byłoby może najkorzystniejsze dla niego, gdyby nie jedna okoliczność.
Dziedziniec był całkiem zajęty ludem, który nim przywieziono wódkę z najbliższej karczmy, rozsypał się trochę pod płoty i budynki. Młodsi nie mający udziału w rozmowie z dziedzicem i ci co jej unikali, poszli ku folwarkowi. Tu Supełek i jego żona stali we drzwiach bocznych przypatrując się zdaleka obrzędowi. W gromadach już się lotem strzały rozeszła wiadomość o usunięciu Supełka, i chociaż z niej większa część dosyć się cieszyła, bo był niepospolitym ciemiężcą włościan, znaleźli się i tu jak wszędzie faworyci, pochlebcy, co żałowali złego znanego, obawiając się by złe nieznane gorszem od niego nie było. Kilku z ludzi co mieli łaskę u jejmości, bo żony ich przędły dla niej darmo, nosiły grzyby i przysługiwały się różnemi ofiarami, przysunęli się do dawnego rządcy z ukłonem.
— A co, jak się macie Iwanie? rzekła do jednego z cicha żona — słyszeliście, nowy pan, nowego też wam da rządcę! Nie podobał się mój mąż, że was trzymał za lekko. Nie macie sobie czego winszować, dał pan Bóg nowego dziedzica, co wam za skórę zaleje. O! człowieczek! dodała, człowieczek! śmieje się, powiedziałby kto, że go do rany przyłożyć, a to nie hrabia! nie!
— No! a cóż robić? — odparł Iwan, my siebie nie sprzedajemy i panów sobie nie kupujemy, trzeba takich wziąć jakich pan Bóg ześle.
— Za wasze grzechy też się wam dostało, odpowiedziała kobieta. Byliście niedawno kniaziowscy, potem grafa, a teraz się wam zeszło być pod wychrztą! Toć to słyszę żyd... z Warszawy... zrobił majątek na łojowych świeczkach i na pieprzu, i zachciało mu się potem ludźmi handlować!
— Ej! czyż to prawda? odezwali się ludzie.
— Ot to! a któż to lepiej wie od nas? To pewna rzecz, że taki na was zła godzina przyszła, po grafie tego nechresta słuchać.
Ludzie pokiwali głowami, poszeptali między sobą.
— Taki to graf, zawsze graf! Nie żal takiemu panu głowę schylić; a to!!! Wy myślicie, że on nas odprawił? Ot poprostu sami nie chcieliśmy mu służyć, bo to wstyd! Co innego u grafa! a to przybłęda z końca świata, wolelibyśmy u Moszka Hercyka!
To powiedziawszy rządczyni, wzięła się pod boki i rzuciła wejrzenie badające na otaczających, na których widocznie mowa jej wielkie zrobiła wrażenie. Lud ma także swój rodzaj dumy i nie rad spada pod rozkazy niższych od tych, którym wprzódy ulegał. Chłop dóbr książęcych nieraz w karczmie nadmie się nawet przeciw poddanemu ubogiego szlachetki i plunie mu w oczy. A wiesz ty że ja z kniaziowszczyzny? I tu więc rzucone zręcznie domysły pani Supełkowej chmurami powiodły twarze, wieść poszła po gromadach, które się kupkami zbierały i na ucho ją sobie powtarzały. Niektórzy wprawdzie wierzyć nie chcieli, ale ogół chwycił to do serca. A że na wódkę długo czekać przyszło, zebrani ludzie mieli dobry czas się rozmyślać nad upokarzającem położeniem swojem. Młodsi i sprytniejsi z za węgłów przypatrywali się panu Galowi i już, jak to u nich jest zwyczaj, szukali jakieby mu dać przezwisko. Niektórzy poczynali szydzić z naiwnego zapału dziedzica.
— Do czego on podobny? spytał jeden zdaleka się wpatrując. — Maleńki, grubeńki, czerwoneńki, a śmieje się aż płacze, a kłania się aż mu kości trzeszczą. Powiedźcie-bo do czego on podobny? bo nie uspokoję się póki go nie ochrzcim.
— Ja już myślę długo a jeszcze wydumać nie mogłem, odparł drugi dowcipniś... Coś on taki fertki i rzutki jak kuropatwa i tłuścieńki gdyby ona.
— Niech będzie kuropatwa, pochwycił pierwszy, nazwiemy go kuropatwą!
I zaczęli się śmiać do rozpuku; a odtąd już pan Bal został u nich kuropatwą.
Starszy jednak co tego słuchał, odezwał się kręcąc głową:
— Będzie wam kuropatwa, jak on na kobuza się przerobi!
Już innemi oczyma jakoś poczęto spoglądać na nieszczęśliwego pana Bala, który jeszcze odgadywał sympatją, gdy już wzbudzał tylko obawę i odrazę. Nieumiejętność języka naraziła go także na śmieszność nieuchronną i odstrychnęła od niego.
Przyszła nareszcie wódka i ta trochę poprawiła sprawę, bo to jedyna pociecha ludu, który nic nie ma nad nią, a pięknej strony powołania swojego nie zawsze czuć umie.
Chybił pan Bal że się wódki nie napił, że jej przynajmniej do najstarszego z gromady nie skosztował, nie byłby od tego zachorował, a że tylko leśniczy przepił do starszyzny, krzywo na to spojrzano.
— O! patrzajcie, rzekł jeden, tamto był graf, a kiedy nas przyjmował, bywało, nie wstydał się do Iwana i do Hrycia kieliszek gorzałki wypić; a kuropatwa kazała leśniczemu! jaki hardy!
Wszystko się tak po trosze składało na nieprzewidziane złe wrażenia, gdy Bal byłby nie wiem co uczynił, byle serce tego ludu, którego opiekę przyjmował, pozyskać sobie.
Lata często pracować trzeba, by jednej chwili dzieło odrobić.
Zaczęto jednak pić, wódka otworzyła usta, rozchmurzyła czoło, gradem posypały się wspomnienia, a z niemi żale za hrabią, za Supełkiem, których żałować nie było warto. Oba oni, chyba gdy ich już nie stało, godnemi żalu się pokazali w obec nieznanej przyszłości. Gromady jak zawsze przy rozstaniu rozpamiętywały co w nich było dobrego, tracąc złe zapomniane z oczu.
— To prawda, że hrabia popędził do smoły i czasem nie zapłacił za wywózkę drzewa, ale taki to był dobry pan! mówili Borowiczanie. Sam nie mieszkał, bardzo się szczelno nie wdawał, a choć graf, z człowiekiem hardy nie był. Połajał ta i rozśmiał się.
— I ten rządca, rzekł drugi, to jak komu, a mnie on był dobry... no! żona tam czasem poszła prząść, a co baby mają do roboty, daliśmy wianek grzybów, trochę jaj i siedzieli spokojnie.
— Już to nie był zły, poparł inny, a nawet sam przez się i pofolgowałby człowiekowi, gdyby nie żonka. Oj ta! taby pasy darła gdyby mogła.
— I nie prawda, przerwał trzeci, ty bo Hryciu nie umiesz się pokłonić, a cały chłopski rozum w pokłonie... Ot ja, bywało czy co przyniosę, czy nie przyniosę, a jak jej pocznę do nóg padać, a w ręce całować, a czapkę o milę zdejmować, nawet mnie polubiła!
— Oj, bo z ciebie gadzina! — odpowiedział pierwszy — a nie wszyscy mają ten rozum co u ciebie w karku.
Pan Bal, że dzień był niezmiernie chłodny, a on do powietrza wsi i w ogólności do zmian jego nie nawykły, schronił się wkrótce do pokoju, con amore tylko na lud z okna z żoną i córką spoglądając, a wszelkie jego ruchy najpochlebniej już sobie tłumacząc. Tymczasem i to ujście z ganku już mu za złe poczytywano.
Młode parobczaki krzyknęli:
— A co! już kuropatwy nie ma?
— Poszedł za piec w bety! — rzekł inny. I nuż się śmiać.
Trwało jeszcze przyjęcie dopóki wódki stało, chleba i kupionych na zakąskę ogórków, które w chwili znikły; starsi z gromad przybyli pożegnać dziedzica i podziękować mu. Pospieszył wyjść pan Erazm, wypalił do nich z mazowiecka oracją bardzo czułą, której nie mógł wyłożyć leśniczy, bo pan Bal rozrzewniony zbyt szybko mówił, pochwytano więc tylko słowa i to w najdzikszy sposób sobie wytłumaczono. Rozchodziły się wieści nawet że pan Bal strasznie groził i zapowiadał, że nie będzie taki jak hrabia, że przykazywał posłuszeństwo i t. p.
A że co najdraźliwsze to się najlepiej pamięta, ponieśli z sobą odchodzący ludzie do chat pogłoskę o straszliwym nowym dziedzicu, którego nazajutrz młodzież opisywała najpocieszniej przezywając kuropatwą.
A że kupiec widział tylko ukłony, schylone głowy i pokorne miny, daleki był bardzo żeby się setnej części prawdy był domyślił.
Po objedzie tegoż dnia przyszła odpowiedź od pana hrabiego. List ten wart jest ze wszechmiar nietylko dosłownej kopji, ale nawet fac-simile, gdyby to nie było zbyt kosztowne. Ogromny plaster z pieczęcią herbowną z Sulimą, Orłem, Rogalą, Pogonią, Lisem i mnóstwem innych kolligacyjnych znaków złączonych potężną hrabiowską koroną nad książęcym paludamentem zdobił jedną stronę koperty niezgrabnej z szarego papieru.
Bal szarpnął niespokojnie pieczęć, rozdarł papier, otworzył i spodziewając się w jasnej jak słońce sprawie, krótkiej i kategorycznej odpowiedzi, co następuje wyczytał:

Wielmożny Mości dobrodzieju!

Ulegając usilnym prośbom jego, zgodziłem się na pozbycie majątku, szacownego dla mnie jako pamiątki familijnej i dóbr których wartość co chwila podnosić się musi. Uczyniłem to nie bez żalu trwającego do dziś dnia, a kończąc interes aż do zbytku pospiesznie, ze stratą moją, z zaufaniem największem, nie postało mi w myśli, żebym ztąd miał w przyszłości gotować sobie kłopoty. Nie zaprzeczysz mi Wpan dobrodziej, żem mu najszczerzej opowiedział stan dóbr i ich ciężary, ale warowałem sobie, bym raz kończąc, nic już więcej z żadnego tytułu nie tracił. Dziwi mnie nawet, że Wpan dobrodziej mogłeś się z tem odezwać do mnie, przekonawszy się jak święcie dopełniam co za obowiązek poczytuję. Czego więc nie uczyniłem, do tego obowiązanym się nie widzę. Na przyszłość prosiłbym Wpana dobrodzieja, ażebyś był łaskaw z tytułu nabycia Zakala nigdy do mnie żadnych nie rościć pretensji, gdyż te do mnie stosować się nie mogą. Przykro mi bardzo że zmuszony jestem bez skutku zostawić żądanie pańskie, ale mam nadzieję, że głębiej w rzecz wniknąwszy, uznasz pan sam jego niestosowność.
Proszę przyjąć wyznanie szacunku z jakim mam honor zostawać
Wielmożnego Wpana dobrodzieja
najniższym sługą

Jan Bracibor hr. Sulimowski.
Sulimowice, d...
roku 18...

List był, jak widzimy, napisany z taką powagą i pewnością siebie, że w początku obałamucił pana Bala, który z przykrem dosyć uczuciem wyrzucać już sobie począł, że nie musiał mieć słuszności.
— Co u licha! — mówił chodząc po pokoju — ten człowiek by tak nie pisał, gdyby nie czuł że ma słuszność. Musiałem się omylić. To być nie może! Prawda! sprzedając nawet warował sobie, żeby żadnych ogonów za sobą nabycie nie zostawiało. Wolałbym jednak, żeby ten ogonek zaległości nie na moję schedę przypadł. Ale stało się! słowo się rzekło! Nie pomiarkowawszy się napisałem wcale niepotrzebnie. Oczewiście hrabia ma racją.
I czytał i odczytywał i nie mógł przypuścić, żeby ktoś tak kręcąc bezwstydnie, umiał kręcielstwo pomalować i pozłocić. Nic nikomu nie rzekłszy, westchnął tylko i odżałował odliczoną kwotę zaległości, z której zrobił ofiarę nową dla Zakala.
— Wszystko mi się to powróci, rzekł pocieszając się w duchu. Niech co chcą mówią, majątek niepozorny może, ale śliczny! przestrzeń ogromna, rzeka spławna, młyny, ludu dosyć, a jaki lud! Nie żałuję, nie, nie żałuję!
Nie czas bo też żałować było.
Właśnie gdy tak rozmyślał pan Bal, zaturkotało, i bryczka Stanisława, który z sobą wiózł kogoś drugiego, przemknęła się przed oknami. Kupiec wybiegł na spotkanie pożądanych gości.
Przybyły ze Stasiem jegomość, który żywo wszedł, zaprezentowawszy się w sieni pod imieniem Tomasza Parcińskiego, był podżyłym już, ale zdrowym i krzepkim mężczyzną, lat około pięćdziesięciu, małego wzrostu, twarzy ospowatej, dosyć na pozór pospolitej. Chód jego i postawa dowodziły, że nie daleko musiał za próg powiatowy wyjeżdżać, strój był zaniedbany i nie rażący niczem, ale też nie pociągający wzroku. Wpatrzywszy się jednak w tę figurkę ze wszechmiar nie uderzającą, zdziwić się musiał każdy po dłuższem zastanowieniu, dla czego od razu nie zrobiła na nim wrażenia. W oczach żywych i pełnych ognia, w czole wyniosłem i szczególnego kształtu, w wyrazie ust uśmiechniętych zagadkowo, było coś przyciągającego, nie powiem sympatycznego, ale obudzającego zajęcie. Widocznie był to człowiek niepospolity, choć niepozorny.
Króciuchny rys jego życia lepiej go nam cokolwiek da poznać. Tomasz Parciński był synem wziętego bardzo swego czasu adwokata, który że zbyt gościnnie przyjmował, za mało o jutrze pamiętał, ledwie począwszy wychowanie swego syna, odumarł go prawie bez grosza. Pozostała wdowa, poczciwa i potulna kobiecina, której całym spadkiem było trochę sprzętu, wiele papierów i niepozorny dworek w powiatowem miasteczku, pewną była w początku, że ci wszyscy co sprzyjali jej mężowi, co go tak kochali, których on tak przyjmował, co się mu zaklinali że dla niego gotowi dać życie, zajmą się losem jej i dziecięcia. Ale zawodna to rzecz owe hałaśliwe przyjaźni ludzkie, im kto ma więcej gdy ich nie potrzebuje, tem pewniej zabraknie mu w chwili kiedy się do nich odwołać przyjdzie.
Ze śmiercią starego Parcińskiego osamotniał dworek — jak wymiótł. Pisała wdowa listy, przypominała obowiązki, odpisywano zimno, uciekano daleko. Późno otworzyły się jej oczy, popłynęły z nich łzy, ale młody Tomaszek, oburzony niewdzięcznością, którą zawczasu poznał, uspokoił wdowę. Nie miał on czasu być dzieckiem, pomyślał o matce i sobie, wziął się gorąco o własnych siłach, z ufnością że pracą wszystkiego dopnie. Ale są prace jak kwiaty, które los bezowocowemi czyni na przekór ich sile i piękności.
Tysiące zawad niepokonanych spotkał przed sobą Parciński, w szkołach nie lubili go nauczyciele, choć był najlepszym uczniem, na świecie odwracali się ludzie od niego, choć do wszystkich się garnął sercem, które urazy nie pamiętało. Nie daleko mógł zajść, pomimo ochoty i zdatności do nauki; w piątej klasie umarła mu matka, został sierotą na świecie, samemu sobie oddanym, dziedzicem lichego domku... Potrzeba było szkoły porzucić, nie miał już o czem iść dalej; matka pracowała na niego jak to matki umieją, nie wiedzieć jak dobywając grosza z pracy drżących rąk starych. Dworek Parcińskiego stał na ustroniu, w złym kącie, stary był, ciasny, trudno go było wynająć, przecież Tomasz znalazł kogoś co mu kilkadziesiąt rubli zapłacił, a sam się na strych wyniósł; że zaś nie było dla niego innej drogi, poszedł służyć do kancelarji. Nie będziemy opisywali jego ciężkich lat młodości, odartej z wszystkiego co wdzięk ich stanowi; na nieszczęście Tomasz miał namiętność, tą była nauka, chciał jej nabyć bezinteresownie, pragnął jej, jakby w ciemności tęsknił za światłem. Łatwo wystawić sobie z ilu trudnościami łamać mu się przyszło, żeby tej żądzy choć kroplą zadość uczynić. Nie miał za co ani kupić książki, ani gdzie zetknąć się z ludźmi coby mu dodali odwagi i siły; towarzysze z niego szydzili, on sam nie jasno widział drogę, którą iść sobie postanowił.
Nic go jednak nie zraziło, szyderstwa przyjmował łagodnie, przeszkody łamał z odwagą, a czego nie wiedział to instynktowo starał się zgadnąć. Ile mu chwil wolnych zostało, wszystkie poświęcał pracy najniewdzięczniejszej, urywanej, nieporządnej, nie pokierowanej, któraby poszła w korzyść; wielkiego trzeba było wysiłku. Czytał i doświadczał przez co nie jeden samouk przejść musiał: jedna książka zabijała mu drugą, jedna nabyta prawda kruszyła te co pod nią leżały. Nużyła go ta walka, w której sam sobie wystarczać musiał, ale go nie zabiła. Owszem umysł w niej nabrał hartu i tęgości, a świeżość i oryginalność odznaczały pomysły biednego sieroty, na którym się nikt przecie nie poznał. Z kancelarji powoli przeszedł na to u nas dosyć niekorzystne stanowisko plenipotenta, które nie wiele daje a wszystkiego życia wymaga. Pracując na kawałek chleba w pocie czoła cicho, zamknięty, co zarobił drepcząc dla cudzych spraw, obracał wszystko na książki. Ta namiętność uczyniła go śmiesznym; mało jest ludzi co pojąć są zdolni coś podobnego, a że w ogóle za niepraktycznych poczytują tych co myślą żyją, zaszkodziła mu wielce, bo nie chciano uwierzyć, żeby mógł cokolwiek potrafić w życiu codziennem ten co w niem nie żył i innego szukał. U nas też wszystko prędzej darują i przebaczą nad takie zamiłowanie nauki, sztuki, czegoś nieprzystępnego dla tłumu. Uwierzą raczej w pijaka, kosterę, w rozpustnika i hulakę, niżeli w spokojnego pracownika. Jestli to tylko przeczucie, że namiętność tego rodzaju całym człowiekiem władnie i podziału nie znosi, lub głupota tylko? niech kto chce odpowie.
Dosyć że pan Tomasz kawęczał, rzadko przez kogo użyty, ale tyle widać znajdował przyjemności w tej pracy nad sobą, tak mu się ona wywdzięczała za ludzi, że się nigdy nie skarżył. Pospolicie śmiano się z niego, a że do zbytku za uczciwego go miano, że był ubogi a ubóstwo nie pociąga, że był skromny a skromnym się nie wiedzie, ledwie z rzadka spotkało go jakie ważniejsze zajęcie. Chwalono go półgębkiem tylko, ruszając ramionami. Przypadek wskazał Stanisławowi tego człowieka, bo gdyby był szukał go przez innych, pewnieby na niego nie trafił.
Pod samem miasteczkiem pękło mu koło u bryczki, musiał iść piechoto, pan Tomasz siedział z książką nad drożyną, spotkali się; Stanisław począł go rozpytywać, i tak zrobiła się znajomość.






ROZDZIAŁ VIII.

W którym wyglądać poczynają sąsiedzi.

Takim był ów gość przybyły ze Stanisławem do Zakala; skromny jego pozór, uniżone obejście, dość się podobały panu Balowi, a rozsądek zdrowy uderzył wszystkich. Miał on jednak wadę któraby była wielce niecierpliwiła starego kupca, gdyby zawczasu nie uprzedził go Stanisław. Parciński skutkiem doświadczeń całego życia widział wszystko z czarnej strony, ludzi i ich sprawy. Rozczulała go cnota i poczciwość zbytecznie, bo je już za wyjątek przywykł był uważać. W miasteczku i w drodze znając doskonale hrabiego i Zakalańszczyznę, bez ogródki powiedział Stanisławowi co o tem kupnie trzymał, ale troskliwy o ojca syn prosił pana Tomasza, żeby o tem o ile możności przed nim milczał.
— Nie widzę racji, odparł pan Tomasz, bo zawsze prawda lepsza od złudzeń daremnych, których przedłużać nie warto, ale będę się starał spełnić pańskie żądanie. Uprzedzam jednak, że jeśli mnie o co nowy dziedzic zapyta wprost, nie potrafię skłamać, to nad siły moje.
— Ale nie żądałbym też tego, odparł Stanisław, proszę tylko o umiarkowanie, o stopniowanie w objaśnieniach. Ojciec mój dotąd zakochany w swojem nabyciu, widzi w niem samo dobro, nagłe otwarcie mu oczu, mogłoby na nim zbyt przykre zrobić wrażenie.
Tak uprzedzany zjawił się Parciński w starym dworze, zdziwiony sprzecznością jego miny z pełnym smaku wytworem, który już salonik odznaczał.
Stary Bal powitał go z radością widoczną, bo jakkolwiek zajmowało go Zakale, po życiu miejskiem w którem przywykł do ludzi, tęskno mu już było za niemi. Na samym wstępie spytany o hrabiego, pokazał jego odpowiedź synowi, tłumacząc zaraz że w istocie nie miał słuszności.
— Hrabia interesów nie rozumie, ja robiłem pośpiesznie, ale nie mam racji to pewna, bom nabył nie wymawiając sobie wypłaty zaległości. To przepadło!
Parciński rzucił tylko okiem na list i uśmiechnął się.
— Przepraszam pana dobrodzieja, rzekł, hrabia się wykręca zręcznie, ale słuszność przy panu, jest to ogólne prawidło, że zaległości winien płacić kto je zrobił, chyba by wyrażony był punkt w tranzakcji.
— Ten punkt miał się rozumieć, dodał Bal, zresztą mówić nie ma o czem.
— Skoro pan się poszukiwać wyrzekasz; ale najprzód zaległości pospłacać.
— To dopełnim natychmiast. Ale na Boga! zapytał Bal, zaraz na pierwszym wstępie napadł mnie tu pan pomocnik, i cały wór różnych spraw i groźb wysypał. Radź mi pan, bo nic nie rozumiem.
— Gdzież są papiery?
— Nie zostawił mi ich.
— Widać że nie było nic ważnego, byle nie było zaległości, reszta fraszki.
— Ale możeszże pan zabawić tu z nami, żeby nami się zaopiekować, póki się z naszem nowem położeniem nie oswoim?
— Nie będę się drożył, odparł pan Tomasz otwarcie, nie wiele mam zajęcia, zostanę na jakiś czas najchętniej.
Pan Erazm rękę jego uścisnął, wielki ciężar spadł mu z serca...
Tylko co usiedli, gdy znowu zaturkotało, zaburczało, wszyscy się zerwali do okien i ujrzano jasno-żółtą malowaną bryczkę, czterma karemi zaprzężoną końmi, z kozakiem na koźle, która przywiozła nowego gościa. Był to słuszny jakiś mężczyzna w burce także, z wąsami, głośno o pana rozpytujący się na ganku.
— A! to pan Szaławiński! zawołał nowo przybyły, poznaję po żółtym rydwanie, po czarnych rumakach i po sławuckiej burce.
— Któż to? spytał Bal z bojaźnią już.
— Obywatel tutejszy, sąsiad pański, ciekawa figura, wściubski, ciekawski, plotkarz, stary kawaler, nie lubiący domu i szukający nowych znajomości. Ma dziesięciu chłopów za Horyniem...
Nie miał czasu tej charakterystyki dokończyć, gdy się podniosła portjera i słuszny mężczyzna lat czterdziestu kilku ukazał się na progu. Ubrany był w czarną czamarkę krojem extra wiejskim zrobioną, w popielatą resztę, miał chustkę z pąsowemi końcami na szyi, włos krótko ostrzyżony, wąs do góry zadarty, wielkie dwie brodawki na twarzy, nos źle narysowany i szeroki, usta podobne, a wyraz ciekawości, zuchowstwa, śmiałości jakiejś, razem szyderstwa i głupoty najosobliwszy. Wszystko to zmięszało się na twarzy jego w całość karykaturalną, której dobitności dodawał chód teatralny, postawarycersko- bałaguska i zadarcie głowy mające należeć do dobrego tonu. Figura ta w mieście byłaby uderzała dziwacznością, na wsi nie zwracała nawet oczu; ale pan Bal, który się jeszcze nie oswoił z sąsiadami, zdziwił się na widok tak podejrzanej fizjognomji gościa, którego łatwo było wziąć za awanturnika.
Pan Szaławiński wszedł raźnie, odważnie, oglądając się jakby chciał robić inwentarz, powiódł oczyma po zgromadzeniu, uśmiechnął się protekcjonalnie do Parcińskiego i skierował laskę podnosząc do ust niedbale ku panu Balowi.
— Zapewne szanowny gospodarz? rzekł z uśmiechem.
— Tak jest.
— Mam honor prezentować się, Porfiry Szaławiński z Peremyla, sąsiad Waćpana dobrodzieja! przepraszam za natręctwo, ale rad byłem małemu interesikowi, który mi dał powód służenia szanownemu panu.
Ten szanowny pan i cała mowa były w tonie tak górno poufałym, że chyba na wsi przyjąć je mógł pan Bal. A że mu bardzo chodziło o pokazanie się jak najkorzystniejsze przed sąsiadami, o sławę gościnności, uśmiechnął się, podał rękę i wskazał krzesło.
Pan Szaławiński padł na nie, naśladując miejskich paniczów, ale wcale niezgrabnie, nogi wyciągnął, laskę wbił między nie i sparłszy się na poręczy, obejrzeć raczył po saloniku.
— To prawdziwe cudo! zawołał po chwili; izba czeladna przekształcona w śliczny salonik!
— Z musu i na prędce, rzekł przesiadując się Bal; spodziewam się coś lepszego zrobić z tego domu.
— Na co tu lepsze? rozśmiał się pan Porfiry, na wieś i tak aż nadto.
— Jak dla kogo, przerwał Parciński, a czemuż ludzie majętni nie mają sobie wygódek i przyjemności pozwolić?
Przybyły wciąż robił inwentarz mebli i kiwał głową i laski gałkę do ust przybliżał, niekiedy brwi podnosząc.
— Przecieżeśmy się doczekali, dodał po chwili, że w Zakalu będziemy mieli sąsiada! Poczciwy Sulimowski opuścił ten majątek, a w naszem nielicznem kółku wielka przez to była strata; tu taka pustka!
— Przyznam się panu, że nic jeszcze nie wiem jakie mam sąsiedztwo, bom dopiero od kilku dni przybył, rzekł Bal.
— Nikt pana lepiej nie objaśni nad pana Porfirego, rzekł Parciński, bo zna wszystkich, bywa wszędzie i nikogo nie oszczędzi.
— O! o! obgadujesz mnie mości Tomaszu, odezwał się z góry gość; ale w istocie sąsiedztwo znam na palcach. I nie dziw, swobodny jak ptak, sam jeden, nie lubiąc gospodarstwa, przepadając za towarzystwem, muszę robić znajomości... Poczciwy hrabia Jan mieszka daleko, dawni moi towarzysze i przyjaciele: książę B... baron C... powynosili się... zrobiłem sobie nowe kółko.
— A więc chwała Bogu, sąsiedztwo liczne? spytał kupiec, którego ton pełen próżności śmiesznej przybysza niecierpliwił nieco.
— Dosyć! dosyć! mruknął pan Porfiry. Najprzód, jeżeli szanowny pan chcesz wiedzieć, mamy tu... kogóż? (pomyślał chwilę podkręcając wąsa) a! państwa Hurkotów w Dębnie; ludzie majętni, dzieci troje, wiosek dwie... Dom bardzo miły! ludzie porządni! o! co się zowie! Jestem tam częstym gościem na preferansika. Hurkot dobry, poczciwy, do rany przyłożyć! Mogę ich na czele postawić. Dalej — przypominajże mi panie Tomaszu.
Parciński ruszył ramionami.
— Ta nie wiele znam okolicę...
— A! są zaraz Dankiewiczowie w Burkach...
— Imiona coś nie ciekawe i herbarzem nie pachną, rzekł w duchu pan Bal.
— I to ludzie godni, choć ubożsi, ale familja ta stara u nas, sama z domu Kościńska... bezdzietni, gościnni bardzo, w interesach trochę...
— A czemuż nie wspominasz o Zmorze?
— Tak, jest w Brogach o milkę Zmora Teofil, kuzyn Sulimowskich, u niego się najczęściej zbieramy męzkiem kółkiem i hulamy co się zowie... A dalej mamy jeszcze... nieoszacowanego Jasia... Zapominam że pan dobrodziej obcy, powinienem go nazwać inaczej, wielki to mój przyjaciel i zabity myśliwy, Jan Pancer; dalej jeszcze, któż?? Piotr Hubka...
— Ale cóż nam z takiego regestru, przerwał Parciński, pan Porfiry powinienby dobitniej ich odrysować.
Wyraziste milczenie przybyłego malowało jakby umyślną wstrzemięźliwość, która się mówić zdawała: Niech-no lepiej poznam z kim mam do czynienia!
Bal milczał.
W tej chwili drzwi po cichu się przemknęły i pani Balowa z córką weszły tak do salonu, że miejski elegant czy ich w istocie nie słyszał, czy udał że nie słyszy, on się zerwał z krzesła, gdy Bal wziął się do przedstawienia go.
— Pan... pan... tu się zająknął, bo nazwisko zaczynało mu się gwałtem od wszystkich liter alfabetu prócz S... i przypomnieć go sobie nie mógł.
— Szaławiński, podszepnął przytomniejszy Stanisław.
— Szłapiński! powtórzył kupiec, czego szczęściem nie dosłyszał przybyły, zajmując się w tej chwili odegraniem sceny, do której się całą drogę gotował.
— A! na Boga! za kogoż mnie państwo wezmą? przepraszam! nie postało mi w głowie że tu damy zastać mogę! Proszę darować mojej toalecie.
Bal mu się ukłonił, kobiety nie słuchały wymówek, zaprezentowano pana Tomasza, krzesła się przesunęły, towarzystwo zasiadło i przepyszne serwisy herbaciane poczęły migać się przed olśnionemi gościa oczyma.
— Do trzysta djabłów! mówił w duchu gryząc laskę, jeżeli to nie Fraget, to ten człowiek musi mieć miljony. Ho, ho! jaka impozycja! dywany! srebra! On tu widzę myśli rej wodzić! To musi być żyd zbogacony! Patrzajcie! i córeczka nie szpetna...
Podzielona była uwaga pana Porfirego między srebra i Lizię, która układem, twarzyczką, oczkami, zachwyciła starego kawalera.
— Ależ bestja ładna! powtarzał sobie, jak berdyczowskie żydówki, słowo honoru! jeśli jeszcze bogata? choćby neofitka, gotówbym się starać.
Przybyły, który się nie spodziewał ani ludzi, ani domu zastać na takiej stopie wytwornej i pańskiej, jechał z myślą przedrwiwania, gorzał ciekawością zajrzenia, żeby miał co rozpowiadać o kupczyku z Warszawy i nie mógł sobie z doznanym zawodem dać rady. Srebra i Lizia zmuszały go do zmiany tonu: dwa bowiem miał zwykle pan Porfiry, jeden ton wyższości dla tych, których uważał za niższych, drugi niesłychanej pokory przy bogatych i tych, których potem odszedłszy nazywał żółtobrzuchami. Było to wprawdzie na wywrót, bo inni ludzie dla niższych starają się być pokorni, a trochę dumni z tymi, co niemi pomiatać mogą — ale — tak było.
Balowa i Lizia spojrzawszy na tę karykaturę, omało nie parsknęły, szepnęła nawet trzpiotowata dziewczyna matce na ucho, że coś podobnego na parawanie chyba widzieć się zdarza, ale matka zagadała to żywo i rozmowa pchnięta ze zręcznością kobiecą poszła jako tako. Pan Szaławiński powoli i stopniując artystycznie przejście, z tonu do tonu się spuszczał, stając coraz grzeczniejszym i śmieszniejszym jeszcze jeśli można.
Pan Tomasz ze Stanisławem został w kątku po swojemu złożywszy ręce na piersiach i opuściwszy głowę.
Nie będziemy powtarzali banialuków pana Porfirego, które śmiertelnym strachem nabawiały matkę, lękając się żeby Lizia nie parsknęła ze śmiechu, nareszcie filut dziewczyna wymknęła się nie mogąc wytrzymać. Pan Porfiry wiedząc jaki na nim cięży obowiązek, że go obskoczą sąsiedzi nagląc o dokładny opis przybyłych do Zakala, ich życia, fizjognomji i t. p., chwytał tymczasem co mógł i notował w pamięci.
— Zdaje mi się, że pan dobrodziej wspomniał coś o interesiku? spytał pan Erazm nakoniec z uśmiechem swoim dobrodusznym.
— O! to drobnostka! — odparł elegant pokręcając wąs — mała należność, którą od lat trzech mam na Zakalu.
— Jakto? dług? — spytał z przestrachem Bal.
— Fraszka, maleńki spłatek rekrucki.
Kupiec naturalnie nie rozumiał i wezwał w pomoc pana Tomasza.
— Darujesz mi pan — rzekł — że nie oswojony z tutejszemi formami, procedurą, wyrazami nawet, muszę prosić pana Parcińskiego, aby mnie tu zastąpił.
Kwaśno się trochę skłonił głową tylko, nie uchylając karku Szaławiński.
— O co to chodzi? spytał plenipotent, o spłat?
— Tak, spłat dawny należny mi z Zakala.
— Wiele?
— Bagatel.
— Naprzykład?
— Prawdziwie nie przypominam sobie, odparł gość wznosząc oczy do góry, ułożymy to później, głównie chodziło mi o to, żeby się zapewnić czy go odbiorę, bo poczciwy Sulimowski nigdy nic nie płacił.
— Święcie co należy z Zakala, jak tylko należy wypłacę, rzekł Bal.
Pan Tomasz syknął.
— Ale zmiłujże się pan! co ta przeszłość do niego należy? to dług Sulimowskiego.
— To dług majątku! zresztą kochany Tomaszu przyszle jutro papiery, nie mówmy o tem, to bagatel.
I była to w istocie bagatel, bo ten spłat, który tylko za pasport do Zakala służył panu Porfiremu, wynosił całkiem około dwudziestu złotych; wziął go tylko za środek dostania się pod dach pana Bala, ażeby mógł potem całe sąsiedztwo objechać z ciekawą plotką.
Zamyślał się teraz tylko w jakich kolorach miał obraz przedstawić, czarno czy różowo? Lizia była tak piękna, wedle wszystkiego podobieństwa bogata, może nie bardzo wysokiego rodu, kto wie, a nuż by się z nią ożenił?
Po godzinnych krygach, dowcipach i obejrzeniu dokładnem, pan Szaławiński pochwycił czapeczkę, pożegnał towarzystwo ukłonem wytwornym i zawołał z ganku na swego Selwecha.
Bryczka zabiegła piorunem, rzucił się w nią niespokojny i poleciał ku domowi zadumany głęboko. Gdybyśmy też mogli choć część tych marzeń starego kawalera wylać na papier? Niestety! nie mamy do tego prawa. Dość że przed swój dworek zajechał namarszczony, zjadł swój krupniczek z półgęska, nie uważając na przydymienie, długo nie spał, a nazajutrz raniuteńko Selwechowi kazał konie zaprzęgać (co zresztą było codziennym obyczajem, bo nigdy w domu dwóch dni nie siedział) i dalej w drogę do Dębna.
Już wiemy że to była stolica państwa Hurkotów, ale ledwieśmy ich wspomnieli, a bliższe poznanie sąsiadów Zakala jest nieuchronne! Boli nas niezmiernie, że tyle postaci wprowadzamy do powieści, ale tu przedmiot więcej niż my winien temu.
Hurkot podsędek, imieniem Ignacy, był to człowiek pospolity, ni zły bardzo, ni dobry, jedni go mieli za szachraja, drudzy za poczciwego. Zdania się w tem nie zgadzały, ale kto wie, czy oba nie miały w sobie po źdźble prawdy, krągło poczciwych i krągło łotrów na świecie nie wiele, najpospoliciej trafia się mięszanina, z której tłum ulepiony. Pan Ignacy Hurkot należał do tłumu, był planetami, jak się wyrażają często o dniach zmiennej pogody ludzie nasi — zły i dobry. Godłem jego życia było — aby dalej! Nie miał planu i zasady, ruszał trochę na oślep, a omackiem trafiało się i potknąć, potrzeby dzienne, wpływy bliższe kierowały nim absolutnie. Zresztą egoista po swojemu do wszelkiej hulanki mimo wiek pociąg mając, próżniak jakich mało nawet w kraju próżniaczym jak nasz, żonie naprzemian ulegał i walczył z nią, z ludźmi się darł i godził, i tak chyłkiem szedł już pięćdziesiąt kilka lat po bożym świecie. Piętnem była w nim dziwna pretensja do sejmikowej i salonowej wymowności.
Z twarzy czerwonawej podobny był bardzo do indyka, uszy tylko białe, pargaminowe, ogromne, coś także niedoperza przypominały. Mały, z wielkim brzuchem, łysy, tak doskonale nosił tytuł podsędka, jakby dla niego był stworzony. Sama pani dobrze się z nim dobrała... niegdyś rodzice jej nie źle się mieli, wychowywać poczęli bardzo starannie, ale w piętnastym roku odumarli ją i Hurkot z pupilą swą znacznie od siebie młodszą ożenił się przez spekulacją. Widać było na pani Ignacowej niedokończone wychowanie, które cechuje wielka do wszystkiego pretensja. Ton jej, mowa, postawa, ubior, wydawały niedopieczoną i zawcześnie na świat wyszłą istotę, która później nie miała czasu się dokształcić. O trojgu dzieciach tych państwa nie ma co mówić, mieli dwie córki, z których jedną dorosłą już ale nie ładną i syna w uniwersytecie.
W okolicy z powodu dwóch wiosek Dębna i Maciorkowicz, państwo Hurkotowie uchodzili za najmajętniejszy i najważniejszy dom obywatelski, podsędek czuł to że był figurą wielką, że przy nim bezsprzecznie był rej, że jego powóz był najlepszy, jego konie najroślejsze, w kościele pierwsza ławka, u proboszcza pierwsze miejsce... nie powiem żeby się nie zafrasował trochę, gdy o sprzedaży Zakala posłyszał, z dodatkiem że bardzo bogaty nabył je kupiec: ale powiedział sobie z pełnym polityki dilematem — albo się z nim połączę, albo go wykurzę!
Słowa te wcześnie wyrzekł, nic jeszcze nie przewidując.
Dwór w Dębnie był nowy, bez architektury, ale czysty, z zielonemi balkonami, z gankiem niebieskim, z ogrodem założonym do koła. W okolicy uważał się za najpiękniejszą budowę, chociaż Bogiem a prawdą była to klatka tylko. Podsędek nieco domem bywał dumny i mawiał: Jużciż mój dworek żadnemu nie ustąpi, a myślał: Jużciż on wszystkie zakasował.
— Jakże się masz Porfirciu? żono! wódeczki! a co tam na objad? mamy gościa, zawołał podsędek smokcząc przybyłego, który w czamarce, z laseczką, wszedł do salki w Dębnie. O! jakże mu się licho wydała po improwizowanym saloniku w Zakalu, aż się zdziwił postrzegłszy po raz pierwszy ubóstwo paradnej komnaty państwa Hurkotów. Tak się to oczy psują.
Salon miał czystą podłogę sosnową zawoskowaną, ale z mnóstwem gwoździ wystawujących z niej ciekawe główki świecące, lustro w niebieskich ramach ze złotem opstrzone i małe, kanapę pokrytą perkalikiem, sześć krzeseł w takichże mundurach i klepadło fortepian, którego nogi widocznie cierpiały na nieznaną jakąś chorobę, bo były pokrzywione najdziwaczniej.
— Jak się masz? Porfirciu! zkądże cię Bóg zsyła? wódeczki! zmarzłeś? jesień, siadaj!
Razem to wszystko wybełkotawszy, pan podsędek posadził gościa. Koniki do stajni, rzekł. Poleciał i stuknął w okno, ale jakże się zdziwił ujrzawszy w twarzy pana Porfirego wyraz z którym nigdy do Dębna nie przyjeżdżał.
Pan Porfiry po wczorajszej wizycie już jakoś mniej uważał pana podsędka, zawróciły mu głowę splendory Zakala i przybrał przeciwko zwyczajowi swój ton wyższości, jakiego w Dębnie nigdy nie miewał.
— Co to jest? pomyślał podsędek chmurząc czoło, on się dmie! zwykle bywał taki pokorny. Po cóżem się pospieszył konie do stajni postawić?
— No! cóżeś porabiał? gdzieś bywał? zawołał głośno stając po swojemu, to jest jak fortepian, jedna noga w prawo druga w lewo, na sposób rodyjskiego kolosu, w stylu architektury egipskiej.
— Ja? odparł fanfaron stary, ja trochęm w domu siedział, a wczoraj dla interesów byłem w Zakalu.
Podsędek zsunął nogi i jednym susem przyskoczył otworzywszy usta do pana Porfirego, kładąc mu ręce na kolanach.
— A! a! byłeś w Zakalu! Cóż, cóż? Żono! jejmość! kochanie! Czekaj, zawołam Julki!
Pobiegł do drugiego pokoju i wyleciał z nieubraną podsędkową, kobietą młodą jeszcze (stosunkowo do męża), dość przystojną, ale robiącą minki i krygi piętnastoletniego dziewczęcia. Jakoś to tak przeszły jej te dwadzieścia lat pożycia.
— Jak się pan ma?
— Wystaw sobie, kochanie! był w Zakalu!
— A! był pan w Zakalu?
— Byłem wczoraj, rozpierając się i cedząc powoli z ponurym tonem pan Porfiry.
— Dmie się, wyraźnie się dmie! rzekł znowu w duchu podsędek, co jemu jest? zapomniał gdzie przyjechał!!
— A cóż? spytał głośno, mówże, a obszernie, co za ludzie, jak wyglądają?
— Ludzie, bardzo przyzwoici, odparł kawaler, widać niezmiernie bogaci, ton miejski, dom na wielkiej stopie...
Kwaśno uśmiechnął się podsędek i pochwycił stając znowu po egipsku.
— Na jakiej stopie? rozśmiał się...
— Elegancja wielka! wystaw sobie podsędku.
— Tego nigdy nie było! rzekł w duchu pan Ignacy, żeby on mnie podsędkiem goło i kuso nazywał, mówił zawsze panie podsędku, w głowie mu się przewróciło!!
— Wystaw sobie panie podsędku! kończył Szaławiński, cały salon zrobiony z izby czeladnej, wysłany perskiemi kobiercami, we drzwiach ogromne prześcieradła... chcę mówić zasłony, z ciężkiej materji tureckiej, błyskotek i fraszek pełno, a jak podali herbatę, stoły pękały od sreber.
Podsędek aż się cofnął i minę zrobił niezmiernie zdziwioną.
— Co ty pleciesz?
— Zobaczysz kiedyś sam, to się przekonasz, musi być bogacz ogromny...
— Cóż to? Zakale! lichota! nie mieniałbym się na Dębno!
— Tak, ale oprócz niego ośm kamienic w Warszawie i kapitały!
— Cóż to? chyba żyd? spytał podsędek.
— Gdzież znowu, odparł Porfiry, Parciński który tam już plenipotentuje, mówił mi że pochodzi ze starożytnej familji Balów z Balogrodu, o której wiele czytał... i bardzo dumny nawet.
Pan podsędek napchał pełen nos tabaki, spojrzeli z żoną po sobie.
— Ha! rzekł przechadzając się, co nam tam do tego! Bal! Bal! nie znam takiej familji. To coś żydem śmierdzi! kupiec! podradczyk! Zkądby miał tyle pieniędzy? zobaczymy... A ludzie?
— Sam, poważny, grzeczny człowiek; sama kobieta wielkiego tonu, a córka jak anioł!
Pani podsędkowa schwyciła się.
— Aniołek? powtórzyła ze śmiechem poglądając na męża, jak pan Porfiry nie żałuje dziś pochwał.
— W istocie to ma minę mistyfikacji! poważnie zawołał podsędek. Drwisz czy co?
— Ale uchowaj Boże!
— A więcej tam kto? spytał gospodarz.
— Syn, śliczny chłopiec!
— Cha! cha! widzę ci się wszystko podobało, krzyknął zażywając znowu tabakę zachmurzony podsędek... A cóż tam, nie słyszałeś, myślą żyć z ludźmi? będą tu mieszkali?
— Mieszkać chcą w Zakalu, ale dom na łeb na szyję przerabiają, po drodze spotykałem tylko kupy rzemieślników, szeregi fur wiozących materjały, pozakupywali, posprowadzali co gdzie było.
— O! a jaż mam wapno! zawołał podsędek niespokojny! zkądże wzięli wapna... w Zakalu się margiel nie kopie, na okolicę u nikogo bez niego się nie obejdzie...
Ledwie tych słów domówił, gdy wszedł poufalutko do salonu Moszko Hercyk, znajomy nam arędarz z Zakala i stanął przy drzwiach nizko się podsędkowi kłaniając.
Gość to był zawsze pożądany, bo pieniądze dawał, ale nigdy jak dziś, podsędek miał w ręku sposób sprawdzenia mytycznych powieści pana Porfirego, poskoczył ku niemu.
— Jak się masz Hercyk? a co tam u was nowiny, w Zakalu słyszę nowy pan?
— A mamy go! doczekaliśmy się, odpowiedział flegmatycznie żyd gładząc brodę.
— No! no! gadajże!
— Śliczny pan! rzekł Moszko, grzeczny, układny... i bogaty!
— Ba! ba! zkądże o tem wiecie?
— Znać pana po cholewach! wrzucił Porfiry.
— A! dajże mi się rozmówić! syknął podsędek, zasłaniając Moszka i biorąc go w oblężenie. I bogaty mówisz panie Hercyk?
— Juściż to ze wszystkiego widać, mówił żyd. W Zakalu dom na nowo wyporządzamy.
— O! czemuż u mnie wapna nie kupujecie?
— Właśnie po to przyjechałem.
— Żono! kochanie! daj nam wódki! obrócił się podsędek, nie bez rachuby częstować myśląc przed targiem.
— Pan Porfiry mi tu pełną głowę nagadał o nowym sąsiedzie.
— Czemu nie! rzekł żyd, jest o czem, człowiek bardzo piękny, znać z wielkich panów, grzeczny, grosza nie patrzy, jak co chce, to widać że nie przywykł się obywać. Żona także śliczna, a córka i syn daj Boże wszystkim, jak lalki.
Podsędek zażywał tabakę, ale z czerwonego przechodził w kolor siny, który zawsze oznaczał u niego bardzo zły humor i bełkotał coraz niewyraźniej...
— Hm! hm! wielka figura! kupiec z Warszawy! mówił pod nosem. Wielka rzecz Zakale! bogaty! sławny bęben za górami!
Pan Bal miał już nieprzyjaciela w podsędku, zawistnych w całym jego domu.
Zgodzono się o wapno, które potrzebował bardzo spieniężyć pan Hurkot, ale wieści przez pana Szaławińskiego i Hercyka przyniesione wstrząsły nim do głębi.
Lat dwadzieścia dom jego był pierwszym domem, on pierwszym w okolicy, a tu mu na siwe włosy przybywał obcy ktoś wydrzeć palmę. Z tego nic nie będzie! chodząc po pokoju mruczał wieczorem po odjeździe Porfirego gospodarz. To są plotki! ja się nie dam zjeść w kaszy! Ten człowiek musi mieć w sobie coś podejrzanego! To jakiś neofita! Zobaczymy, jak się z nim obejść... powinien przecież odwiedzić sąsiadów, pomyślim czy mu oddamy wizytę... Nowe stosunki powinny się zawierać z wielką rozwagą! To mogą być awanturnicy... I to pewna że im nigdzie pierwszego miejsca nie ustąpię... Jam tu pierwszy!
Zawszem był pewien, że Porfiry błazen, choć stary, ale nigdy mi to się jawniej jak dziś nie pokazało. Zapalił się do tych przybłędów i już nosa zadziera, zaczyna mi mówić mój podsędku! tego nigdy nie było! Żydowi się nie dziwuję, choć i ten rozsądniejszy tu by być powinien, ale na czyim wózku jedzie, tego piosnkę śpiewa; ale on! czas by mieć rozum.
Dosyć, że tak cały wieczór rozmyślał pan podsędek dosyć zakłopotany, nabierając jednak jak mógł otuchy, gdyż za przesadzone wielce uważał doniesienia sąsiada i żyda.
— Kiedy tak, rzekł nareszcie, biorąc ogromny niuch tabaki z przechyleniem głowy, przed adwentem jeszcze dam wieczór i zakasuję tego jegomości. Wapno sprzedane, zieleniak jest, cielęcina się kupi, niechaj znają że umiem się pokazać kiedy chodzi o honor! Zobaczymy kto tu pierwszy być ma, czy ten jakiś przybysz niewiadomego rodu i pochodu, czy ja z dawna osiadły i rej wodzący w okolicy.
Były to tylko marzenia, ale jak pełne groźb dla przyszłości!
Pan Porfiry nie ograniczając się Dębnem, przed wieczorem jeszcze pospieszył chcąc odwiedzić koniecznie państwa Dankiewiczów w Burkach, pana Teofila Zmorę w Brogach, a zanocować u Jasia Pancer’a.
Państwo Dankiewiczowie byli to ludzie średniego wieku, jednej wioski nadkąszonej dobrze dziedzice, bezdzietni. Sama pochodziła z Kościńskich i była pewna, że familja jej wielkim jaśniała splendorem. Dworek u nich pod słomą, staroświecki, ale drzwi jego stały otworem, aż się spaczyły, poczciwe to były serca, ale... ludzkie. Obojgu dokuczała próżność. Walcząc o lepsze z państwem podsędkowstwem nadtracili się już dobrze i nie przestawali boju.
Domy Hurkotów i Dankiewiczów były na stopie sąsiedzkiej przyjaźni, choć w istocie po cichu się gryzły. Dziwił się pan podsędek, że Dankiewicze mogli nawet na jednej wiosce pomyśleć o wydzieraniu im prymu; szeptali ci znowu, że dwie wioski z długami na troje dzieci nie są tak wielką rzeczą, a sama pani powtarzała, że jest z domu Kościńska. W kościele, na zabawach, panie usiłowały zabrać pierwsze miejsca, i ta która ustąpić musiała drugiej, mocno się tem gryzła, tak że bywały choroby. Sami panowie pod serdeczności pozorem kryli stare urazy, podsędek brał wszędzie górę z tytułu swego, a Dankiewicz ustępował do czasu przysiągłszy że choćby wszystko stracił na urzędzie, koperty się lepszej dorobi.
— Co to podsędek, mawiał; cóż to podsędek?... nic! czczość! Wolę nie mieć żadnego niż taki nędzny tytulik, to śmiechu warto.
Państwo Dankiewiczowie więc nie byli bez niepokoju zasłyszawszy o przybyciu nowego dziedzica do Zakala; sam zamyślał przeczuwając, że Zakale weźmie się z Dębnem za ręce, a Burki pójdą w komysz.
Na takie właśnie aprehensje nadjechał wózek Porfirego, który tu był poufale i serdecznie, przybierając zawsze swój ton wyższy...
Dankiewicz, chuderlawy mężczyzna, który miał w twarzy nerwową drżączkę, wykrzywiającą mu jeden policzek, blady, ruchawy, ciemnego włosa, oliwkowej cery, trzaskając drzwiami wybiegł na ganek swego dworku wołając:
— Jak się masz kochany sąsiedzie? w sam czas trafiłeś na herbatę, samowar kipi, żonka ma nalewać.
Weszli na prawo do saloniku, który był znacznie mniejszy od Hurkotowskiego i cale inaczej wyglądał; choć mniej w nim pretensji, więcej było wdzięku. Sprzęt pamiętał dawne czasy, krzesła wyginane, kanapki bronzowemi gwoździkami i czarną wybite włosiennicą, stoły stosowne, obrazy familijne i kilka poczerniałych mazanin na ścianach ubierały go mile. Na oknach kwiaty, pstre firanki z białą fręzlą, wszystko aż do dawnych drewnianych futryn, niegdyś obiciem wypełnionych, było harmonijne w starym dworku. Ale znać też było niedostatek, który dziurami przeglądał. W drugim pokoju, podobnym pierwszemu, wrzał już samowar, a na kanapce z pończoszką w ręku, z wielkim brylantowym na palcu pierścieniem, siedziała pani Dankiewiczowa z domu Kościńska, miłej dosyć twarzy, wielkich tonów kobiecina, trochę ułomna, co jednak starannie ukrywała. Podsędek zawsze w cztery oczy z żoną nazywał tę parę kulawemi turkawkami, chcąc przez to wyrazić obojga defekta i obojga miłość, w istocie przykładną.
Skłonieniem głowy poważnem powitała pani domu gościa, który ze zwykłą przesadą się jej ukłonił i podała mu białą rączkę do pocałowania.
— Zkądże wiatry szczęśliwe przynoszą pana? spytała.
Tak się rozpoczęła rozmowa, najprzód od Hurkotów, potem przeszła na Zakale. I tu opowiadania już coraz kwiecistszego słuchano z zajęciem osobliwem. Pan Porfiry, który się coraz lepiej wyuczał i coraz ozdobniejszy tworzył opis salonu w Zakalu, z pociechą ujrzał że wielkie wywarł wrażenie.
I była chwila milczenia długiego, aż się sama pani ozwała:
— Cóż podsędek na to?
— A! podsędek! zawołał gość, myślę że dosyć mu nie w smak nowo-przybyły, bo podobno ciężko z nim będzie pójść w zawody, a chciałoby się utrzymać.
— Śmieszna próżność ludzka, z uśmiechem powagi pełnym i litości odparła z domu Kościńska, zawsze chce się być pierwszym, nawet gdy się drugim być nie może.
Mąż chrząknął, nie chcąc żeby się żona bardzo z tym przedmiotem przed Porfirym wygadywała.
— Dla czegoż zaraz niechęć do tych ludzi? mówiła dalej pani, uważałam że Hurkotowie już im ich kupiectwo, ich pieniądze wyrzucają i ród gotowi mieć w podejrzeniu. Ja przeciwnie, radam ich poznać, a póki nie znajdę złego, nie będę się go domyślała.
— Ślicznie moja Kasiu! cudownie! porwany tykiem swym z trzęsącą twarzą zawołał mąż, to mi złote słowa!
Porfiry poklasnął także; a wypiwszy herbatę, bojąc się mroku, pożegnał Dankiewiczów i poleciał z kolei do pana Teofila Zmory.
Wiemy już, że to był krewny Sulimowskich, a per consequens miał się za coś lepszego od innych. Był to stary kawaler ale młodzika udający, wielki elegant we wszystkiem, wielki koniarz, i że się kiedyś uczył na skrzypcach, był pewien, że pierwszym po Lipińskim jest skrzypkiem w kraju. Bez skrzypców się nie ruszał.
Dwór przerobiony ze starego lamusu na gotycką architekturę mocno zębatą, spiczastą i wieżyczkowatą, wyglądał zdaleka zwodząc podróżnych co go czasem za kościołek brali. W Brogach ton był wielki i pan Porfiry tu spadał na niższy, bo go Teofil traktował dosyć grzecznie, ale nigdy nie dopuszczając do poufałości.
Jakoż i najtyczanka nie z takim tu zajechała hałasem i pan jej wysiadł skromnie, a wszedł do pokojów bez fanfaronady. W drugim przy zielonym stoliku i szklankach herbaty zastał gospodarza, z Janem Pancerem i panem Hubką grających w preferansa.
Powitano go różnie: Zmora uprzejmie, ale zdaleka, Jaś rzęsisto obsypując całusami, Hubka ze śmiechem który mu wiecznie towarzyszył w złej i dobrej doli.
Rzućmy okiem na graczów.
Pan Teofil, niegdyś piękny mężczyzna, co jeszcze znać było, ubrany od niechcenia ale z wielkiem staraniem, miał włosy i wąsy widocznie farbowane, twarz świeżo opaloną, ubiór wykwintny i bijący w oczy. Guzy koszuli, spinki u rękawów błyszczały brylancikami, dewizka zegarka była emaljowana, kamizelka aksamitna, ale mimo te barwne skrzydełka motyle, motyl miał lat czterdzieści i pięć.
Obok siedzący pan Jan Pancer, vulgo Jaś zwany, był to niegdyś także szaławiła, co siwiejąc zapomniał, że czas było przybrać inny ton, inne życie. Hulaka, sławny śpiewak piosnek polskich i francuskich, dobry jeździec, kobieciarz choć szpakowaty, miał twarz bladą, wygoloną, włosy krótkie, uśmiech miły i trochę otyłości. Trzeci gracz pan Hubka, ex-komisarz, dziś bogaty właściciel, gruby, tłusty, z nosem jak gruszka, z twarzą pospolitą, włosami na tył zarzuconemi, pierścieniami na palcach, wchodził dopiero w obywatelstwo, i że niełatwe wysłowienie zastępował śmiechem, miano go za dowcipnego, bo są ludzie którym do śmiechu dosyć, jak do ziewania, żeby gdzie usta zobaczyli otwarte.
Podano herbatkę, rozmowa się wtoczyła zaraz na Zakale; wszyscy trzej rzucili karty, tak ich zajął pan Porfiry jednem słowem — byłem w Zakalu!
Pytań stosy nań spadły, a po raz trzeci czy czwarty powtarzając wydanie swego opisu, znacznie tu udoskonalone i poprawne, publiczności udzielił.
Usta byty otwarte, zdumienie widoczne, myśli przelatywały po czołach jak jaskółki przed burzą.
— Cóż ty nam śpiewasz z wysokości, zawołał gospodarz... kochany panie! zdaje mi się żeś trochę wezwał w pomoc wyobraźni, na której ci nie zbywa. Miałżeby to być zaczarowany pałac?
— Tak się on wyda, odparł ubodnięty gość i tonem gospodarza i niedowierzaniem jego, tak się wyda przy naszych szlacheckich domkach.
— A to co, nie szlachecki dom także?
— Powiem panu, że zakrawa na pański, tyle tam gustu i przepychu.
— Więc to coś bogatego? spytał Jaś Pancer, i może nam dawać smaczne objadki i winko...
— Lepsze niż Dankiewiczów zieleniak, przerwał Porfiry śmiejąc się z konceptu, rad że mu chórem wtorował Hubka.
— Że bogaty to ani słowa, z wysoka zawsze, rzekł gospodarz przeglądając się w zwierciadle, co miał we zwyczaju, pilnując się w ten sposób żeby nagle nie postarzeć — Sulimowski mi mówił, że był raz u niego na objedzie i nie mógł się naopowiadać dostatku.
— Widać że bogaty, cicho rzekł Pancer, kiedy tak dobrodusznie dał się ociąć hrabiemu, który wziął z górą pół miljona za Zakale, nie warte trzechkroć może. Daruj że mówię na kuzynka.
— O! ja kuzynka tego znam dobrze! uśmiechnął się Zmora, mieliśmy z sobą roboty familijne... to dosyć!
— Ale cóż to za człowiek? spytał Hubka uśmiechając się.
— Poczciwiec, jeśli ci o to idzie, odparł gospodarz, bogaty...
— Szlachcic? powtórzył ex-komisarz, który często o szlachectwo pytał, żeby się swojem potwierdzeniem już pochwalić.
— Nietylko szlachcic, rzekł gospodarz, ale nawet ma i może słuszną pretensję do wielkiego rodu.
— Jak żyję nie słyszałem o Balach.
— Prócz w lesie, rzekł Pancer...
— W swoim już krewnych nie znajdzie, dowcipnie poparł Zmora, Sulimowski mu kuzynków wysłał do Gdańska.
— No! a jakże wyglądają? spytał Jaś siwy, Jejmość czy stara? córeczka podobno jest?
— Jejmość, ni stara ni młoda, przystojna jeszcze...
— Na głodny ząb... wrzucił Pancer.
— Ale córeczka! wykrzyknął Porfiry.
— Załóżcie się ze mną, przerwał Zmora, że pan Szaławiński już o niej myśli!
Hubka parsknął śmiechem takim, że mu karty z rąk poleciały.
— A gdyby? dumnie odparł gość, cóż to by było tak dziwnego?
— Kochany panie Porfiry, rzekł Zmora, a latka?
— Wszakżem młodszy podobno...
— Od kogo?
— Ej nie rachujmy się.
— Gospodarz się zmarszczył i odmienił rozmowę żywo. No! opiszże córkę, rzekł.
— Dość powiedzieć aniołek!
— Ba! aż tak! zawołał Jaś, to coś podejrzanego kiedy ją tak chwalisz. Ładniejsza tedy od Hurkotównej?
Wszyscy się rozśmieli, bo córka starsza podsędka zbyt była do niego podobną, żeby ładną być miała.
— Żartujesz Jasiu! ale jak ją zobaczysz!
— No to co? westchnę tylko wołając non nobis! non nobis! Ba! gdyby nie siwizna!
— Cha! cha! cha! poparł Hubka, a mnie gdyby nie grubizna!
— Jak zaczniecie się nią rzucać, rzekł Zmora, ciężar spadnie na mnie.
— Dla czegożby nie, dodał Jaś, jeszcześ młody.
— Do djabła to jeszcze!
— Przystojny, miły, nie ubogi.
— I tam dalej, i tam dalej, bo się pochwał boję gorzej połajania... Pomagasz?
Gra stała się żywszą, ustała rozmowa, a pan Porfiry zapalił fajkę, i spokojniejszy usiadł obwiózłszy po okolicy swoję wiadomostkę, z którą się popisał najpierwszy.
Łatwo teraz będzie pojąć jakie wrażenie ukazanie się państwa Balów miało zrobić w okolicy i jakie tu czekało ich przyjęcie.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.





ZŁOTE JABŁKO
Powieść
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego


Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom III.




LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





ROZDZIAŁ I.

Poczta. Mieszkańcy złotego jabłka.

Tydzień przebyty na wsi wszystkim dawnym, stałym miasta mieszkańcom, chociaż go przerywały różne wypadki, wiele pracy i zachodu, wydał się jednak dość długi. Dnie płynęły tak jednostajnie, oko tak zawsze ten sam przedstawiało widok, brakło tak bardzo wiadomości, ludzi i świata! Jak na przekorę jeszcze poczta była oddalona o mil kilka i od przyjazdu swego do Zakala Bal nie miał żadnej z Warszawy wiadomości. Przywykły w kraju, gdzie lepsze drogi i żywsze komunikacje ułatwiają codzienne niemal stosunki oddalonych stron, do gazety, do wiadomostek, do ruchu myśli odżywionej i podsycanej czemś ciągle nowem, pan Erazm z niespokojnością wyglądał dnia w którym miał odebrać korespondencją, ale dwa razy zawiodła nadzieja, nic mu posłaniec nie przywiózł. Posłano raz trzeci i na widok pakietu wszystkim serca zadrżały, ręce się wyciągnęły... Bal siadł na krześle zatopiony w Kurjerku, którego chciwie aż do ogłoszeń o nadwiezionych śledziach pocztowych pożerał; łzy mu stawały w oczach, serce biło, spoglądał tylko czy go kto nie widzi, bo się wstydził, ulubioną wioską otoczony, tak tęsknić za miastem.
Stanisław w swoim pokoju zamknięty czytał odpowiedź na list, który tylko co przybywszy, do Konstancji napisał, ta była następująca:

Warszawa...
„Widzisz pan jaką ze mnie gorliwą masz korespondentkę, ledwie jego list przeczytałam już odpisuję. Proszę tylko tego pospiechu źle sobie nie tłumaczyć, jest to prosta litość.
List pański taki smutny. Mój Boże! jestże to takie nieszczęście pojechać na wieś? przyznam się że dla mnie całkiem by to się wydało przeciwnie. Ale między nami jest wielka różnica, pan wychowałeś się w mieście, ja na wsi: wszystkie moje wspomnienia tam mnie ciągną, w mieście mam tylko maleńki skarb, trochę łez i smutku. Na wsi przebyłam młode, wesołe, dziecinne lata, po których się tęskni do grobu; nie dziwuj się pan że mu jego nieszczęścia gotowam zazdrościć. Wszystko, aż do tej dzikości krajobrazów, do ponurej ich ciszy, do braku barw, do smutku czarnych lasów, wszystko mi tam tak powabne, tak się piękne wydaje, nawet w jesieni. Widzę jasno, że człowiek jest wedle słów tego filozofa, który niechcący prawdę powiedział, zwierzęciem nałogowem, nietylko kocha kraj swój, ale kątek, w którym pierwszy raz podniósł głowę i uczuł serce, gdy go zabolało. Dla niego ten kątek ogniskiem, środkiem, stolicą. Przykro mi że stolice naszych królestw tak od siebie leżą daleko. Chciałabym pana ze wsią pogodzić, chociaż pojmuję, że kto się nie zżył z tym krajem, nie łatwo pozna się na jego wdzięku.
Westchnęłam z głębi serca czytając opis podróży, przybycia i widoku Zakala. Wiesz pan że Zakale mi znajome, łączy się ono ze wspomnieniami młodości mojej, a więc mi i ono drogie. Proszę na nie bardzo nie wyrzekać i nie widzieć go tak czarno. Ten stary dwór jak przez sen i mgłę widzę w swoich przypomnieniach dziecinnych.
Chcesz pan bym mu coś pisała o Warszawie? Rozśmiejesz się gdy mu powiem, że jej nie widzę, że dla mnie to pełne życia miasto jest pustką. Siedziemy w domu, godziny nasze biegną jak siostry rodzone w jednakowych sukienkach, z jednakowemi oczkami, jednym powolnym kroczkiem. Raz tylko byłam w kościele na Śto-Jańskiej ulicy, a przechodząc rzuciłam okiem na puste dwa okna. W jednem z nich, pamiętnem dla mnie, ujrzałam wesołą twarzyczkę uśmiechającej się dzieweczki, która schylona nad robotą, niekiedy podnosiła oczy na ulicę. Dzięki Bogu, różowe jej policzki, jasne oczy, upewniały mnie, że nie zawsze smutek w jednym mieszka kątku. Z drugiego okna wyglądała blada, smętna twarz Strumisza, który jak woskowa figurka zawsze siedzi przy swoim pulpicie.
Zresztą cóż panu doniosę? nic się nie zmieniło, nic nie przybyło ani uciekło; myśl tylko moja, za co się na nią gniewam, częściej na wieś jeszcze od niejakiego czasu wyjeżdża.
Muszę kończyć, bo się poczty zgubić obawiam, pisz pan proszę obszernie o wsi, bo ja ją lubię, ja ją kocham (proszę się za to nie gniewać). A może też i pan pogodzisz się ze smutnem Zakalem? Trzeba nie mieć iskierki jednej w duszy, żeby nie przenieść garści żółtego piasku i zeschłej trawy nad najpiękniejszy bruk w świecie. Pożycz pan od ojca trochę jego zapału.“
Lizia nawet, która z takiemi nadziejami jechała na wieś, spojrzała chciwie na listy i zarumieniła się mimowolnie ujrzawszy na jednym z nich znajomą sobie rękę Strumisza. Do niej jednej od nikogo nie było ani słowa. To też dotknięta tęsknotą gdy wszyscy zasiedli do listów i gazet, usunęła się w kątek i poczęła dumać, co się jej rzadko trafiało, po młodemu, z tym smutkiem do zazdrości, który jest tylko zamaskowaną nadzieją!
Dzięki Bogu, listy co zawsze prawie złe wieści przynoszą, na ten raz przyszły pełne uspokajających wiadomości, Strumisz upewniał, że wszystko idzie i iść musi dobrze, uwiadamiał że wysłał bryki do Zakala niecierpliwie oczekiwane, troskliwie się dopominał wiadomości o podróży, przybyciu i rozgoszczeniu.
Pewien był licznych zawodów które tu spotkać miały pana Erazma i zawczasu nad niemi bolał, nietyle szkody ceniąc ile cierpienia.
Ale dotąd, jak widzieliśmy, Bal nie dawał się pożyć w żaden sposób; powiedziawszy sobie, że kocha wieś, że ona go uszczęśliwić tylko może, brał wszystko z dobrej strony, nie spoglądał na podarte podszewki. Znudzony nie przyznał się do nudy, zmęczony nie pokazywał znużenia, a każdy zawód ubierał w barwy nadziei.
— Wieś! nie ma jak wioska! powtarzał żonie, która szczerze i otwarcie na nudy narzekała i śmiała się z pierwszej próbki wiejskiego towarzystwa.
— Nie przeczę, pan Porfiry Szłapiński...
— Szaławiński! zmiłuj się pan, śmiertelnie go obrazisz podobną omyłką.
— A! muszę dobrze sobie zanotować, Szaławiński, nie przeczę dosyć jest śmieszny ale ręczę że bardzo poczciwy człowiek... naiwny, prosty, serdeczny. — Parciński przytomny rozśmiał się bez ceremonji.
— Ja lubię tę prostotę, tę powierzchowność szorstką, podchwycił Bal, kryje ona wielkie przymioty serca, któremi się my miast mieszkańcy chwalić nie mamy prawa. Wolę powierzchowność trochę niekorzystną, bylem mógł na wnętrze rachować. Zresztą niekoniecznie wszyscy są podobni do pana Porfirego.
Było to wieczorem jakoś, wywołano pana Bala do jego pokoju, przyjechał w pilnym interesie leśniczy. Twarz jego posępna nie rokowała nic dobrego, kręcił wąsa, miął czapkę i z nogi przestępował na nogę.
— Cóż mi tam masz powiedzieć, spytał Bal.
— Sam nie wiem Jaśnie panie od czego zacząć, ale licho mamy.
Pan Bal ruszył ramionami tylko.
— No, cóż tam takiego?
— A źle! źle! chłopi się nam panie buntują!
— Co Waćpan pleciesz! — zawołał Bal jednak bledniejąc.
— Tak jest Jaśnie panie, po wszystkich wioskach narady, rozjątrzenie niezmierne, gawędy... z karczem nie wyłażą.
— Ale o cóż chodzi?
— Koniec końcem mówią, że słuchać nie będą! — rzekł leśniczy — licho wie co to jest.
— Z czegoż to przecie poszło? to być nie może!
— Już jabym Jaśnie panie plotki nie przyniósł, zamaszyście odparł leśniczy, ale tu jakieś licho ktoś sieje. Oni tego sami nie zmyślili. Wyobrazili sobie, że to dla nich z ujmą ich chłopskiego honoru.
— Co takiego? co takiego? — zdziwiony spytał pan Bal.
— Ot, jednem słowem powiedzieli, że oni byli książęcy, grafowscy, a że Jaśnie pan ani książę, ani graf, to go słuchać nie będą.
Bal osłupiał: sielanka jego dziwne jakieś przybierała kształty, wszystko co marzył z rąk mu się wysuwało: ten lud jego ukochany, na którego twarzach poczciwych czytał tyle uczucia, tyle przyjaznych dla siebie życzeń, tak boleśnie uderzał go w samo serce.
— Ale powiedzcież im, zawołał po chwili obie wyciągając ręce, że moje szlachectwo książęcego i grafowskiego warte.
— E! Jaśnie panie, to nie ma co w rozhowory się wdawać, odparł leśniczy kręcąc wąsa, mnie się widzi, że który pierwszy nie posłucha, dać mu dobrą naukę, a to się to uciszy.
— Bić? a uchowaj Boże! zakrzyknął pan Bal, na to nigdy nie pozwolę, nigdy!
— Jak to Jaśnie panie? a jeśli zasłuży?
— Znajdą się inne sposoby.
— O! jeśli tak, rzekł Krużka, to bywajże zdrów, nie pogospodarujemy tu długo.
Pau Bal smutnie się uśmiechnął, ale teorja leśniczego poprawiła jego doniesienie, oboje mógł poczciwy kupiec razem odrzucić, odwaga wstępowała mu w serce.
— Ale dotąd słuchają? spytał.
— Dotąd jako tako.
— No! to my nie mamy prawa wglądać w to, co po pijanemu bzdurzą.
— Jaśnie panie, co u trzeźwego na myśli, to u pijanego na języku.
— Od myśli panie Józefie do uczynku daleko.
— Ha! jak się Jaśnie panu podoba, odparł z ukłonem Krużka; ja miałem sobie za obowiązek jako wierny sługa donieść o tem co się święci, a reszta do mnie nie należy.
— I wierz mi, nic z tego nie będzie.
— Daj to Boże, ale niech Jaśnie pan prędko o drugim rządcy myśli, a jeszcze prędzej wysadza tego Supełka, bo póki on tu będzie spokoju mieć nie możemy. Wszystko to jego roboty.
— To najpewniej, ale czemuż się nie wynosi?
— Miejsca słyszę nie ma u hrabiego.
— Niech gdzieindziej szuka.
— Nie tak to łatwo!
— Co się tyczy ludzi, panie Krużka, proszę z niemi jak najłagodniej, jak najgrzeczniej, jak najlepiej.
— Jaśnie panie, górę wezmą... pan ich nie zna.
— Poradzimy sobie, jak oni mnie lepiej poznają.
Pan Bal ufając w swoję dobroć, uśmiechnął się, ale niespokój wkradł się był w jego duszę, wyszedł do saloniku zasmucony, zadumany, potrzebował znów poddmuchnąć sobie marzeń dawnych, żeby się wrócić na stanowisko admiracyjne, z którego spychały go codzienne wypadki. O! jak to zawsze rzeczywistość daleka od marzeń, choćbyśmy o najprostszej, o najpoziomszej rzeczy marzyli.
Podnosząc portjerę uśmiechnął się pan Erazm, żeby żona nie poznała co się w nim działo, zatarł ręce, począł się żywo przechadzać.
Staś, pani sama, poznali zaraz, że go coś dotknęło, bo nikt gorzej nad niego nie udawał, ale Bal jakby się tego domyślał, rozpoczął żywo mówić o swoich projektach na przyszłość.
— Niech no Bóg da doczekać wiosny — zawołał — słowika, zapachu lasów, szumu wód, woni brzóz rozpękniętych, dźwięku pastuszych fletów, zobaczycie jaki to raj ta wieś! Co do mnie nawet w tej chwili widzę w niej wdzięk nieopisany — coś majestatycznego, ponurego, ale surowej, wysokiej piękności.
— Takie wrażenie muszą robić stepy i pustynie — odparła żona...
— O! o! nie dziwuję się tobie, tyś córka miasta i kochasz je miłością wszystkich pokoleń twej rodziny, która zrosła wśród miast, we mnie pozostała pamiątka zagasłej przeszłości, dla mnie nie ma jak wieś...
Lizia, która tak z ojcem wzdychała do wioski, podniosła zwieszoną główkę, spojrzała po pustym pokoju, i z trochą niecierpliwości odezwała się:
— Ale drogi papo! żeby coś kochać, trzeba znać...
— To kwestja, śmiejąc się przerwał ojciec, może właśnie przeciwnie.
— Ja przynajmniej — kończyła chmurno faworytka ojcowska — com tak była ciekawa wioski, przyznaję, że dotąd niczem mnie ona nie pociąga. Nie znamy jeszcze nikogo, bo trudno mi liczyć do miłych znajomości gromadę która była na dziedzińcu i pana Porfirego który się rozkrzyżował w pokoju... Zacznijmyż używać wsi...
— Trochę cierpliwości, przerwał ojciec, żeby rozpocząć znajomości, trzeba je mieć gdzie przyjąć, dom cały rozrzucony, połowy przyborów braknie.
— No więc tymczasem papo nie miej nam za złe że się nudzimy, a przyznaj się że i ciebie to nie bawi.
— Co? mnie! zawołał pędem podbiegając pan Bal, mnie nie bawi? zkądżeś to wyczytała? ja jestem szczęśliwy, ja jestem w swoim raju.
— Papeczko! a twoje kłopoty?
— Jakie? nie mam żadnych!
— Ej! ej! czyż się godzi tak mówić?
— Powiadam ci, żem szczęśliwy!
— I nic papy nie zawiodło?
— Nic! nic! wszystkom znalazł jak chciałem, cieszę się, raduję, rozpatruję i marzę.
— Co to za szczęście tak sobie wyobrazić, że człowiek szczęśliwy! odparła śmiało Lizia, ja bardzom była rada wiosce, ale przyznaję, że się tu okrutnie nudzę i już mi żal Warszawy.
— Nie dziw, tyś kobiecina, a kobiety zawsze żałują tego, co przed chwilą ich nudziło.
— Papo! stajesz się złośliwy w skutek wielkiej szczęśliwości.
Bal trzepiotał się jak mógł, śmiał, ale mu ciężko było na sercu, teraz gdy już leśniczego odesłał, nasionko przezeń rzucone narastało się w głowie... najdziksze wyradzając owoce. Niechęć włościan olbrzymiała, przerażała go, przybierała fantastyczne rozmiary, każdy szelest go zastraszał, groził mu, wstrząsał, przychodziły na myśl historje zapomniane, krwawe sceny, obrazy płomieniem malowane. Męczył się jednak z sobą żeby nie dać poznać co się w nim dzieje, i zaraz po wieczerzy, zabrawszy Stasia i Parcińskiego, ruszył z niemi do swego pokoiku. Tu zaparłszy ich do kątka obu, rozpoczął po cichuteńku opowiadanie leśniczego.
— Może to być plotka, rzekł do swego tymczasowego plenipotenta, ale mnie to trochę niepokoi. Wystaw sobie pan, chłopi wbrew i głośno odgrażają się, że słuchać mnie nie będą.
— Z czegoż to poszło? spytał spokojnie Parciński.
— Właśnie że jawnego powodu nie ma; powiada leśniczy, że ich dawny rządca podburza, dali się z tem słyszeć, że byli książęcemi, grafowskiemi, więc prostemu jak ja szlachetce ulegać nie myślą.
— A cóżeś pan kazał z tem zrobić? rzekł kiwając głową Parciński.
— Na burzenie nic, na gawędy ich po pijanemu nie ma co zważać, nieposłuszeństwa dotąd jawnego nie ma, głupi Krużka radził mi zaraz wziąć się do srogości, ale ja mam inny środek: jestem apostołem cywilizacji i działać będę łagodnie.
Parciński uśmiechnął się i skłonił głowę.
— Więc pan wiesz i gotów jesteś na wszystko co jego misja apostolska pociąga za sobą? — zapytał.
— Jakto? co?
— Pan więc chcesz tych ludzi z gruntu na innych przerobić?
— Pochlebiam sobie, że powoli...
— Piękny to zaiste cel życia, rzekł Parciński, ale na olbrzymie się pan rzeczy porywa! Nie znasz pan tego ludu jeszcze do którego przychodzisz, powiadasz, jako posłannik cywilizacji... Jest to poczciwe plemię, jest to lud w istocie najlepszy w świecie.
— A ha! a ha! zakrzyknął Bal.
— Ale to są poczciwe dzieci... Z dzieci nikt na prędce nie potrafi porobić mężów, tembardziej z ludem w stanie dzieciństwa; na to potrzeba jeśli nie wieków to długich lat powolnego, stopniowego rozwoju, bo co nagle, to po djable.
— A tymczasem?
— A tymczasem, dokończył zimno Parciński, z dziećmi potrzeba postępować jak się winno z dziećmi.
— Więc łagodnie.
— Łagodnie najprzód, póki łagodność starczy, z surową sprawiedliwością, gdy się okaże wina, zawsze wiedząc czego się chce i do czego się idzie, a nie cofając nigdy. Moje porównanie ludu do dzieci tak jest ścisłe, tak dobre, śmiem powiedzieć, że co tylko stosuje się do wychowania dzieci, da się zastosować do wychowania ludu. A tymczasem widzę, że pan z dobrego serca możesz wiele zrobić złego.
— Ja! złego! im! — zawołał oburzając się Bal i chwytając oburącz Parcińskiego, który ze strachu się cofnął.
— Pozwól mi pan się wytłumaczyć, rzekł powolniej, pan żywo rzeczy pojmujesz i żywo działasz, a tu rok ani dwa nic nie mogą... Dzieci potrzebują czasu, by dorosły. Ogólny stopień cywilizacji podnosi się co chwila, a z nim i stopień cywilizacji ludu: co więcej, równoważy się coraz bardziej oświecenie klas, znikają różnice w ich stanie, ale to wszystko dzieje się więcej sprawą Opatrzności, niż tych co myślą, że ją potrafią wyprzedzić. Za gorąco się biorąc, można wszystko popsuć, bo tu żadnego stopnia przeskoczyć nie potrafimy. Dziś więc nie pozostaje nic więcej, jak czyniąc co można do stopniowego ukształcenia ludu, postępować z nim tak go biorąc jak jest, nie takim jak być ma. Jeśli pan zechcesz rozumować z niemi od razu, głowy im poprzewracasz i nic nie dokażesz.
— A cóż robić? spytał zamyślony kupiec.
— Powtarzam, co tylko można, by ich byt materjalny i moralny podnieść, a nim się to zrobi, wieść ich jak dzieci, nie rozumowaniem, ale posłuszeństwem. Wiem, że to zdanie może się dziko wydać panu nawykłemu do teorji, ale ja napatrzyłem się świata i mówię, com nie z książki, ale z doświadczenia wyssał. Najlepszym dowodem, że tu rozumowanie nic potem, jest to, iż gdybyś pan chciał nie rozkazem, ale dobrą wolą skłonić ich do przyjęcia trochy oświaty, ważnych ulepszeń i t. p. i tegobyś nie dokazał. Do szkółki nikt nie pójdzie, do płóżka nowego nie zaprzęże w początku z ochoty, bo nikt nad nich mimo biedy nie ma silniejszego instynktu konserwacyjnego. Sądź pan z tego co mu czynić wypada.
Na tem się skończyła rozmowa, a pan Bal poszedł spać strasznie markotny.






ROZDZIAŁ II.

W parafjalnym kościele.

Kościołek parafjalny w najbliższem Zakala miasteczku, z drugiej strony Horynia, stał na wzgórzu piasczystem, osadzony kilka sosnami i brzozami, które pomimo nieżyznego gruntu bujno się rozrastały. Była to niepozorna skromniutka budowa, murowana wprawdzie ale ledwie parafjan mogąca w sobie pomieścić. Za wzór jej służyły kościołki jakich w kraju naszym mnóstwo, z kopułką na środku, z dzwonnicą na cmentarzowym murze, z wieżyczkami po bokach nizkiemi. Do koła rozciągał się cmentarz, który dawniej służył za miejsce pogrzebu, a dziś tylko do procesji na Boże Ciało. Kilka wklęsłych mogił, kilka płaskich kamieni i spadzistych krzyżów świadczyły o miejscach spoczynku.
Wewnątrz była to wiejska świątyńka, którą ja wolę od wielkich kościołów po miastach; tam Bóg w całym majestacie, tu z całą swą nieprzebraną miłością. Nawet niesmak przystrojeń jaskrawych, nawet niezgrabne chorągwie i obrazy samem malowane uczuciem, bo w nich ani rysunku, ani barwy nie znajdziesz, mają wdzięk pewien dla mnie. Te szklanne paciorki przy ołtarzyku przenośnym, wstążki i lnem pozwiązane świece żółte są tak gorącego nabożeństwa ofiarą. Często w najniezgrabniejszym obrazku błyska myśl głęboka, której ręka nie podołała, którą wydała na świat ułomną ale żywą, gdy w obrazach uczonych malarzy zimne i bez myśli naśladownictwo ostygłych dawno wzorów.
Tu jeszcze schroniła się stara poczciwa nabożność, która nie potrzebuje rozumowania, żeby się na niem jak kaleka na kulach oparła.
Przejdźmy po tym pustym kościołku, w którego ławkach z jednej strony siedzi trzech mieszczan w kapotach taśmami oszytych, z drugiej cztery mieszczanki dyszkantem szczerym choć krzykliwym wywodzące Zawitaj Pani światów!
Nie ma tu kroku na którym byś nie znalazł śladu myśli lub uczucia, piętna niedoli ludzkiej lub uśmiechu ocalenia. Te wyklęczane wschodki pod presbyterjum, ilu grzeszników pocieszonych stopami były dotknięte! Ten krzyż drewniany, któren ubrano w wieńce dziś zeschłe, tak się już otarł pod dłoniami pobożnych krucyferów! W starym konfesjonale ile łez oschło i strapień zniknęło! A też świecące ex vota, nie sąż całą historją wielu pokoleń, których wdzięczność przeżyła i boleść i pociechy?!
Wszystko to naiwną wiarą uśmiecha się jeszcze; lubię i tę pobożną grę, która wisi u drzwi przy kropielnicy, i ten straszny czyściec, który cię zniewala do westchnienia za dusze zmarłych.
W wielkim ołtarzu wisi czarny krwią oblany krzyż Chrystusów, a na nim Pan świata i Pan boleści skłonił głowę cierniem oplecioną, przykrytą koroną. On umiera jeszcze codzień jak umarł na Golgocie. I nad głowami twojemi ten sam krzyż powtarza się na tęczy, ale tu nie sam Chrystus jak w ołtarzu, tu wszyscy co mu zostali wierni w męczeństwie: matka, uczeń ukochany i wielka grzesznica.
Na lewo, w każdym kościołku i tutaj znajdziesz ołtarz Matki Bożej, a przy nim, koło niego, co ofiar, co kwiatów, co strojów! Przez serce macierzyńskie wszyscy drogę czują do syna. Na starym obrazku poważne, smętne, czarne przegląda oblicze Marji, jak gdyby malarz przedstawiając ją nie we wdzięku młodości, ale w majestacie męczeństwa z dzieciną Boską na ręku chciał wyrazić, że do końca była tylko matką.
Z drugiej strony w habicie grubym klęczący przed Jezusem dzieciątkiem goreje miłością święty Antoni. Zbywało malarzowi na nauce, ale uczuciem ją zastąpił, i nad tym pokornym, ubożuchnym zakonnikiem świeci korona, zdobyta poświęceniem dobrowolnem.
Do koła masz stacje męki pańskiej i świętych od ludu ukochanych: Stanisław z Piotrowinem, Wojciech z włócznią i wiosłem, św. Mikołaj z dzieciątkami, św. Erazm z okropnym swego męczeństwa obrazem. Oto jeszcze św. Anna z dzieciną... Ale któż wyliczy co tam pobożne pozawieszały ręce? Tu i owdzie wyczytasz nagrobek na ścianie, pokaże się ponsowy żupan fundatora, czarne zasłony jejmości... Nad ławkami stoją rzędem chorągwie, a na nich znowu obrazy i cyfry i daty ofiary. Z jakiem to uczuciem pierwszy raz chłopię dorosłe odmyka klamrę żelazną, mając za zgodą starszyzny dźwignąć to godło zwycięstwa!
Maleńki organ wygląda na chórze ze swemi aniołkami trochę roztrzepiotanemi, którym czas skrzydła połamał. Niżej te stosy desek, te piramidy czarne, to przybór pogrzebowy, który tylu już trumnom towarzyszył, tyle ich jeszcze dźwignie. Każda kropla wosku co na nim stężała, wygląda mi jak łza ludzka... Dwie myszki uwijają się wesoło po katafalku jak w domu.
Na cmentarzu już się lud gromadzić poczyna, obsiada do koła kościołek, czekając mszy i po cichu wiodąc rozmowę. Dzionek jakby umyślnie trochę przyniósł ciepła i jesienne słoneczko przygrzało na pożegnanie. Nie jeden z tych co tam wesoło gwarzą, już go na wiosnę nie zobaczy.
Powoli jednak kościołek napełniać się zaczyna, wchodzą pobożniejsi, zajmują miejsca zwykłe, w ławkach, na katafalku, pod konfesjonałem, przy ścianach i stacjach.
Dzwony zaczynają się rozlegać, jeden, dwa, trzy, uderzyły wszystkie razem, rzekłbyś że śpiewają ochotnie chwałę Bożą nim ją ksiądz z ludem u ołtarza zanuci. Ustały chwilę i rozkołysały się znowu, aż nareszcie widać po drogach wiodących do miasteczka tumany pyłu, powozy i bryczki.
Pierwsi państwo Hurkotowie stają przed bramą, obejrzeli się że jeszcze powozu nie ma żadnego i jegomość ścisnął żonę za rękę. — Do pierwszej ławki! do pierwszej ławki! żywo! chwała Bogu nie uprzedzili nas. Z podsędkiem oprócz żony przybyły dwie córki, starsza wysmukła panienka, ale bardzo nieładna, i młodsza, z której pucułowatej twarzyczki nic jeszcze wróżyć nie można. Powóz usunął się na bok, a państwo zajęli szczęśliwie całą pierwszą ławkę po prawej ręce i tak się rozsiedli, że więcej się już tam nikt nie zmieści.
Zaledwie się to stało, trzy razy słychać powtórzone z bicza klaśnięcie, pędem leci stary koczyk zielony, cztery konie kasztanowate w krakowskich chomątach, liberja spłowiało-migdałowa, a płaszcze o sześciu pelerynach. To państwo Dankiewiczowie.
— Spóźniliśmy się! zawołała z domu Kościńska, są już Hurkotowie, pierwsza ławka zajęta.
— A jednak tego osła Piotra pędziłem jak mogłem, żeby nie marudził, rzekł zżymając się Dankiewicz. Siadaj duszko po lewej ręce w pierwszej...
— To mi wszystko jedno! poważnie odezwała się pani, choć widać że nie było jej zupełnie jedno gdzie usiądzie: pilnuj tylko żeby lada kto do nas nie wlazł, bo niemiła rzecz, jak ta stara szlachcianka pod bok mi się wścibi, a tak ją czosnkiem słychać...
— Jeśliby oni przyjechali, dodała z przyciskiem, ustąpisz damom i puścisz je do mnie.
Dzwony dzwoniły jeszcze, a bryczki szlacheckie zajeżdżały żywo i lud cisnął się już do kościoła: ławki się coraz zapełniały; kilku mężczyzn, na których czele pan Porfiry w pysznym płaszczu hiszpańskim, podbitym manszestrem udającym aksamit, zastanowili się u furtki, ciekawość trzymała ich tu przykutych; pan Teofil Zmora w paltocie, Jaś Pancer w kruciuchnym surduciku dziwnie z siwemi włosami sprzecznym i Hubka w pospolitym płaszczu, ale ze lśniącego granatowego sukna, składali to gronko.
— Coś nie jadą, rzekł pan Zmora, niecierpliwiąc się, przyznam się panom że nie bardzo lubię stać na podwórzu i wilgoci nie wiedzieć dla czego... a jednak dla ich towarzystwa dotrzymuję... Ci państwo mieliż być pewnie?
— Ale jakże! zawołał żywo Porfiry zarzucając róg płaszcza na ramię, i drapując się przepysznie, jestem najpewniejszy tego, mam swoje wiadomości... konie i powozy kazano przygotować, wszyscy mieli przyjechać.
— Jużby być powinni, śmiejąc się rzekł Hubka.
— Jedenasta przeszło, dodał Jaś dobywając zegarka który miał w kieszonce na piersiach.
— Zaraz będą, zobaczycie, rzekł Szaławiński...
— Otóż jadą!
— Jadą! — Jadą!
Powtórzyli wszyscy i oczy zwróciły się z ciekawością niewypowiedzianą na drogę, wśród której widać było prześliczną karetę państwa Balów i świeży ich kocz wiedeński; w pierwszej jechali państwo sami z córką, w drugim Parciński ze Stanisławem.
Jak tylko zajrzeć ich mogli ci panowie, rozpoczęły się sypać uwagi i postrzeżenia, a każdy ukradkiem coś około siebie poprawił, nawet Hubka płaszcz spadający mu z ramion nasunął i czapkę przegiął na bok dla dodania sobie fantazji. Porfiry starał się być bliżej furtki, chcąc korzystać ze znajomości i pierwszy ich powitać.
— Ekwipaże przepyszne! rzekł Pancer, prześliczne! konie ładne! o! do kata! jakże się szkapy i niedobitki Danglowskie przy tych świecidełkach wydadzą? Co powiedzą Hurkoty i Dankiewicze?
— Trzeba przyznać że i powozy i zaprzęgi smakowne... dodał Zmora.
— Kareta najmniej 300 czątych kosztować musiała, mruknął Hubka.
Porfiry układał tymczasem powitanie i milczał pracując nad frazesem, którym miał państwa Balów u furtki przyjąć.
Zmora z niejakim niepokojem myślał, czy pozostać w tem towarzystwie, czy nie kompromitując się niem wysunąć do kościoła, ale ciekawość go do ziemi przykuła. Powozy co chwila się zbliżały, coraz nowe wywołując uwagi, nareszcie zatrzymały się przed furtką.
Kto kiedy z was mili czytelnicy, wchodził pierwszy raz w nieznane sobie towarzystwo tłumne, i jak zawsze prawie bywa, w początku nieprzyjazne, wie co doznaje człowiek przechodząc przez rózgi spojrzeń, przez egzamen szyderski mnóstwa oczów skierowanych by w nim wyszukać śmieszności.
Państwo Balowie mniej może doznali tu wzruszenia, bo nie przekonali się jeszcze jaka jest różnica towarzystwa wiejskiego od społeczności miejskiej, a tłum był dla nich rzeczą codzienną, nie nową. Ale inna to była pokazać się w mieście, inna tutaj gdzie od guzika sługi do trzewika pani wszystko baczne oko próżnujących wieśniaków obejrzeć musiało. Im bardziej uderzał od razu powóz, konie, ludzie, zamożność, tem głodniejsza budziła się ciekawość, a w chwili gdy z trzaskiem rozpadły się stopnie karety, oczy wszystkich stojących na cmentarzu utonęły wewnątrz powozu.
Hubka tak się zapomniał że usta otworzył naiwnie, Porfiry stał gotując swój komplement; Zmora ukłuty w serce przepychem przybyszów, powtarzał sobie w duchu, kupiec! kupiec! tak! stare rody upadają, nowe na scenę wychodzą.
Ale już Bal z rozjaśnioną twarzą, wesół, ciekawy, szczęśliwy wytoczył się z powozu by podać rękę żonie, przyskoczył widząc to pan Porfiry, z kocza przypadli Stanisław i Parciński, całe towarzystwo stało przed oczyma ciekawych, mignęło i znikło wewnątrz kościoła.
— A co? od drzwi powracając, zawołał pan Porfiry, albom przesadzał?
— Panna ładna! rzekł Zmora, matka ma poważną powierzchowność, ojciec trochę śmieszny, przypomina kupca! a taki uśmiech dobroduszny! pojąłem zaraz jak go Sulimowski ociął.
Jaś Pancer dodał kiwając głową:
— Panna śliczniutka, ale to dziecko prawie; co za pańskie przybory, powozy, ubrania... i ten młody panicz... ma bardzo przystojną minę.
Hubka tylko pomruknął:
— Worek musi być tłusty!
Jeszcze raz rzuciwszy okiem na konie, ludzi i karety, na której herbik Gozdawę dostrzegł Zmora, wszyscy się ruszyli do kościołka... Tu także wnijście państwa Balów wielkie zrobiło wrażenie, ciągle się oglądano na drzwi, a klask z bata i szelest u wnijścia, Hurkotów i Dankiewiczów obrócił mimowolnie... Pierwsi mieli uśmiech niespokojnego szyderstwa na ustach, drudzy wyraz chciwej ciekawości.
Pani Balowa przywykła w mieście poszukać sobie bliżej ołtarza spokojnego kątka do modlitwy, wprost minąwszy ławki i nie zaglądając nawet do nich, posunęła się aż do kratki oddzielającej prezbiterjum i tu z córką uklękła, Bal, z resztą męzkiego towarzystwa, wsunął się na ostatnie miejsca, milczkiem i po cichu...
Nic w tem wszystkiem nie było nadzwyczajnego, ale Dankiewiczowie i Hurkoty żywo szeptać zaczęli.
— Poradziła sobie, rzekła z gniewem podsędkowa — wielcy państwo! nie dobre im ławki, zostawują je dla nas, sami się aż pod ołtarz cisną! Nie raczą mięszać się z nami biedakami.
— Przecież widzieli że tu jest miejsce, odezwała się pani Dankiewiczowa z domu Kościńska... podobało im się być na przodzie...
— A co za stroje! co za atłasy i koronki!
— Ubrały się umyślnie do kościoła żeby nas wszystkich zakasować, szeptała podsędkowa, fe! fe! próżność taka! i gdzie? w kościele.
— Panienka przystojna, rzekł Dankiewicz...
— Tak sobie... zgrabna kawiareczka, dumnie odpowiedziała żona.
— Uważałaś serce, dodał Hurkot... że on sam, ten okrągły człowiek i syn siedli w ostatniej ławce? I to nie bez myśli. Ani się posunęli wyżej! to nie bez myśli. Chcą nas upokorzyć widocznie.
Szczęściem ksiądz wyszedł i rozmowy przytłumione zostały śpiewem lub pozorem nabożeństwa, chociaż z książek latały wejrzenia na nowo przybyłych, niespokojne, zazdrośne.
Poczynała się suma, gdy trzask z bata i tentent zajeżdżającego ciężkiego powozu przerwały uwagę parafjan, skazanych dnia tego na roztargnioną modlitwę. We drzwiach powstał szum wielki i z powagą wtoczył się hrabia Sulimowski z hrabiną i starszą córką.
Było to zjawisko rzadkie, bo kościołek ten nie miał zwykle szczęścia posiadania tych państwa; widocznie przejeżdżali tylko i wstąpili. Hrabia zapięty w długim migdałowym angielskim surducie, wyprężony, im trudniejszy miał pozór tem majestatyczniejszą robił minę, jakby wszystkich hurtem chciał protegować; hrabina była to chuda, trochę garbato się trzymająca kobiecina, skromnie ubrana, w ostatki dostatków, blada i przygnębiona; córka, słusznego jak ona wzrostu, bardzo przypominająca rysy ojca, ale wcale pomimo to przystojna, śmiała i jak on, po pańsku weszła za hrabiną. Znalazły one miejsce przy Dankiewiczach, bo im zaraz ustąpił sam pan, a hrabia oparł się o ławkę i w postawie rozmyślającej, jedną rękę na piersi złożywszy, pozostał przez mszę całą. Służący hrabiów w starej, ale wyherbowanej liberji, przyniósł książki i stanął za panami.
Państwo Hurkotowie, Dankiewiczowie, wszyscy oglądali się niespokojnie ubiegając o przywitanie hrabiów, dosyć im skąpo wydzielone. Zmora przystąpił do kuzynka i kilka słów poszeptali z sobą. Poczem Sulimowski odwrócił się w stronę pana Bala, uśmiechnął i z niesłychaną uprzejmością kupca pozdrowił.
— Mamo! to ci państwo! szepnęła córka do matki, rzuciwszy okiem ku kratce.
— Zmiłuj się, nie przypatruj się im bardzo! szepnęła hrabina.
Jeszcze ksiądz nie wyszedł na kazalnicę, gdy hrabia ze Zmorą korzystając z poruszenia przy wstawaniu, znikli z kościołka tak zręcznie, że nikt się nie obejrzał, gdzie się podzieli.
Oba wyszli na cmentarz i tu oparłszy się o mur, cichą poczęli rozmowę. Pan Teofil Zmora był bardzo bliskim kuzynkiem hrabiego, bo rodzona jego siostra była matką pana Teofila. Dawne ich stosunki majątkowe poróżniły były na chwilę, ale lata zatarły wrażenie i żyli z sobą dobrze, choć niemniej dobrze się znali.
— Cóż tu robisz? zapytał pan Teofil, chyba przypadkiem jesteś w naszym kątku?
Hrabia się uśmiechnął trochę tajemniczo.
— Tak, rzekł, jadę... jadę do drugiego majątku.
— I nie raczyłeś hrabio wstąpić do mnie?
— Jakże chcesz? z przeciwnej strony jadąc?
— Więc wstąpisz?
— Zobaczymy, chciałbym szczerze.
— Między nami mówiąc, podchwycił pan Teofil, mógłbyś mi zrobić wielką przysługę.
— No! cóż takiego? byle nie pieniądze.
— Czyżbym o nie hrabiego prosił?
Hrabia się rozśmiał szerokie usta stulając po swojemu. — No! cóż?
— Nie wiem czy mi się na co przyda, ale cóż to szkodzi? Chciałbym z nowemi panami Zakala zrobić znajomość; wolałbym żebyś ty mnie hrabio zaprezentował niż kto inny i jako kuzyna.
Hrabia mrugnął jednem okiem.
— Ha! już masz projekcik?
— A ba! nie taję się z tem, przyszło mi to na myśl, gdym dziś zobaczył panienkę. Czas przecie skończyć!... Sądzę że ci państwo, gdyby im się piękne połączenie trafiło, daliby dobry posag, panna wcale ładna, ludzie przyzwoici.
— Żebyś wiedział co u nich za przepych! dodał Sulimowski kręcąc głową.
— Nie stałoby go wkrótce, jakby zaczęli Zakala kupować.
Hrabia się zmarszczył.
— Na honor nie rozumiem co wy sobie myślicie, to majątek za psie pieniądze sprzedany!
— No, no, dajmy temu pokój. Ale mnie hrabia zaprezentujesz?
— O i owszem, jeżeli nam z kościoła nie uciekną. Wszak jest i syn? spytał cicho.
— Syn? a jest! przystojny młokos i wytresowany. Wtem parsknął Zmora. — Ba! zakrzyknął, macie także myśl jakąś; ho, ho! rozumiem, przywieźliście mu Łucją pokazać.
— Co za idea! ofuknął hrabia.
— Nie zła, gdyby tylko jedne miał Zakale nawet. Ciężkie teraz na panny czasy, a jest ich trzy u hrabiego.
Sulimowski westchnął.
— No, mówmy szczerze i pomagajmy sobie po kuzynowsku, kończył Zmora, ty mnie do panny, ja wam do chłopca; mogę się z nim poznać... poprzyjaźnić... przywieść go wam.
Z uśmiechem skrzywionym biorąc za klapę paletotu Teofila, hrabia rzekł mu na ucho: — Dobrze! zgoda! ale sza! rzeczy się dziś powinny tak robić żeby nas poznano, nie żebyśmy się im nastręczali. Jegomość próżny bardzo, ma się za potomka Balów z Balogrodu, kolligacja z nami niesłychanie mu pochlebi... A bogaty! adwokat mój mi mówił, że go na kilka miljonów rachują. Zakale dzieciństwo! pozwolę je oddać w posagu, byleby nam przyszły kamienice w Warszawie.
— A więc hrabio pomagajmy sobie i baczność!
— Nadewszystko nie psuć rzeczy pospiechem, a zręcznie, powoli.
Zmora się nieco zastanowił.
— Ale hrabio kochany, rzekł po namyśle, czyż ci on tej sprzedaży nie ma za złe? pewny jesteś?
— Mój drogi, odparł dumnie Sulimowski, bądź pewien że umiem robić co robię, a on czuje jeszcze żem mu wyrządził łaskę, musi mi być wdzięcznym.
— Prawdziwie to sztuka.
— Chodźmy do kościoła....
To mówiąc wcisnęli się powoli i stanęli na swoich miejscach, czekając końca nabożeństwa i pilnie oko zwracając na Balów, żeby się im nie wymknęli.






ROZDZIAŁ III.

Odwiedziny nie bez celu.

Wyjście z kościoła pełne było zamieszania, jedni nie chcieli być pierwszemi, drudzy pragnęli stanąć na cmentarzu i czyhać tam na wychodzących; Hurkotowie wahali się czy uciec żeby niepozornego nie pokazywać powozu, czy pozostać dla postrzeżeń; Dankiewiczową zasiadła hrabina i oddzieliła od męża, niepodobna się było naradzić. Państwo Balowie wprzód jeszcze powiedzieli sobie, że wyjadą ostatni, niechcąc cisnąć się przez tłum i ocierać o nieznajomych sąsiadów: hrabiowie wyszli zaraz, ale stanęli na przesmyku niby rozmawiając z kuzynkiem Zmorą, ale tak się umieścili, by ich minąć było niepodobna.
Kościołek był wreszcie próżny ale cmentarz pełen jeszcze, gdy niemogąc pozostać dłużej, wyszli nowo przybyli... Wymknąć się niewidzianym, jak chciała pani, było niepodobna, a Bal też sobie nie życzył, bo rad był wobec wszystkich powitać hrabiego.
Przechodząc zdjął kapelusz i myślał, że uśmiechem i ukłonem się obejdzie, gdy Sulimowski z powagą ale z wielką razem uprzejmością postąpił wyciągając ręce ku niemu.
— Jakże mi miło!
— Jakem szczęśliwy!
Chére Josephine! odwracając się do żony, zróbmy znajomość państwa.
— Winnam im podziękować za tak miłe przyjęcie mojego męża w Warszawie.
Bal rozpływał się!
— Moja córka! zaprezentował hrabia rumieniejącą ale śmiało z pod rumieńca rzucającą okiem panienkę.
— Mój kuzyn, a państwa sąsiad, Teofil Zmora.
— Pozwolisz hrabio, że przedstawię mojego syna...
Stanisław ukłonił się ze spuszczonemi oczyma; rozmowa stała się nieuniknioną.
— A pan hrabia tu jakim przypadkiem? zapytał pan Bal.
— W istocie przypadkiem, jadę do dóbr moich... tuż pod Zakalem nawet przejeżdżam...
— Jakżebym był szczęśliwy, gdyby hrabia chciał się zatrzymać u mnie chwilę, ale w domu jeszcze taki nieład, że nie śmiem zapraszać!
Qu’ en dites vous ma chére! spytał spoglądając na zegarek Sulimowski, państwo tak łaskawi możebyśmy mogli spocząć, a na noc bylibyśmy u pana Teofila?
— Dla czegoż nie, czas nam wystarczy.
— Z góry tylko za przyjęcie przepraszam, zakłopotana rzekła pani Balowa, ani dom nasz w tej chwili, ani my nie przygotowani.
A la fortune du pôt, śmiejąc się zawołał hrabia.
Zmora tak się tu podsunął, że się także zaprosił, a Staś z Parcińskim co tchu polecieli przodem żeby objad i jakie takie przygotować przyjęcie.
W jednej chwili towarzystwo się rozdzieliło na żeńskie i męzkie, jak to dziś pospolicie się dzieje, po pół godzinie. Hrabina z córką siadły do karety Balów, a Bal z hrabią do wielkiej, starej oszarpanej landary Sulimowskich, zaprzężonej sześcią chabetami, w których uprzęży część zastępowały postronki najzręczniej posztukowane. Prześliczny powóz Balów wyrwał westchnienie z ust hrabinej, a że porównanie jego z łataną arką JWW państwa zbyt biło w oczy, Sulimowski wpraszając Bala do powozu, odezwał się od niechcenia z pańskim uśmiechem.
— A! jak to znać miasto na ślicznej karecie państwa. Aprés tout, ja tak przywykam do starych moich gratów, jak do sukni; co też mi żona głowy namyje, żebym używał angielskiej karety, którą mi mój przyjaciel ambassador... odstąpi; nie mogę! Najszczęśliwszy jestem, najlepiej mi kiedy swojemi staremi dryndulami i końmi się wożę. Człowiek tak przywyka do wszystkiego.
— O to prawda, wtórował kupiec, choć czuł, że landara djable była twarda i rzucała wcale niewygodnym sposobem.
Zmora uczuł potrzebę przyjść w pomoc kuzynowi, uśmiechnął się.
— Dziwnie w tym względzie hrabio jesteś niedbały, takie mając stada, tak przepyszne powozy, zawsze tą żółtą kalafarnią musisz się wozić!
— Co mi tam! machnął ręką hrabia, to mi jedno! Żozefina się gniewa, a ja się śmieję.
Jechali tak powoli po piasku ku Zakalowi, a tymczasem w plebanji gromadzili się parafjanie wszyscy do proboszcza i przedmiotem rozmowy naturalnie byli nieszczęśliwi przybysze.
Proboszcz był to sobie prosty, dobry człowiek, któremu gawędy o bliźnim nie bardzo przypadały do smaku, ale cóż miał zrobić z gośćmi? Oddawna trwał zwyczaj zapraszania ich na przekąskę, na bigosik lub kiełbaskę, choć się jak mógł spierał, żeby przy tem nie przekąsywali jedni drugich, głos jego nie bardzo skutkował. Był to w istocie nazbyt dobry człowiek, robili z nim co chcieli.
Hurkotowie i Dankiewicze, Pancer i Hubka, a do tego inni parafjanie zaraz po sumie znaleźli się w skromnej izdebce, na której w pośrodku stała flaszka wódki, ogromny półmisek bigosu, masło, chleb i szynka.
— Tylkoż moi drodzy, rzekł proboszcz na wstępie, z góry proszę, dajcie pokój nowym parafjanom, sza!
— Jakto sza! co to sza! krzyknął Hurkot, zjeść ich nie zjemy!
— Pocóż kąsać? rzekł proboszcz.
— I kąsać nie myślim, a żebyśmy o nich słowa powiedzieć nie mieli, to niepodobna.
— To państwo! zaśmiała się z przekąsem podsędkowa siadając. Uważaliście ich, zaraz poszli aż pod sam wielki ołtarz!
— Tak, odezwała się Dankiewiczowa, choć przy nas miejsce było, ale się nie chcieli pospolitować zapewnie...
— Im z ciemniejszego kąta to wylazło, aforystycznie rzekł podsędek, tem się bardziej dmie i na jasność lezie.
— O! już! krzyknął proboszcz łamiąc ręce, a wieszże panie podsędku co oni za jedni?
— A wiem, kupiec warszawski, ani chybi i z naszych.
— No! a gdyby tak? rzekł ksiądz, czy to u Pana Boga nie jedno, ostatni i pierwszy w jego winnicy?
— U Pana Boga może, ale u ludzi... dodał Dankiewicz.
— Bo ludzie nic potem!! niedobrzy! niedobrzy! śmiejąc się łagodnie odparł proboszcz. Co wam do tego zkąd pochodzą, byle by byli poczciwi.
— Widzisz proboszczu że i o poczciwości nic nie wiemy.
— To nic nie gadajcie! sza! cicho i o czem innem. — Jak zasiewy podsędku?
— E! co mi tam zasiewy! widzieliście jak byli postrojeni, do kościoła! po co? dla impozycji tylko! dla pokazania...
— Skaranie Boże z temi staremi dziećmi! ruszając ramionami rzekł ksiądz, uparte to jak...
— Księże proboszczu są damy!
— Dla was to damy, a dla mnie grzeszne dusze i nic więcej!
— To tylko przy konfesjonale, odezwała się nadstawując pani Dankiewiczowa.
— A jak to zaraz przylgnęło do hrabiów! rzekł utrzymując drgającą twarz dłonią Dankiewicz.
— Słyszę razem pojechali...
— I Zmora, kłaniając się zawołał Pancer, myśli już smalić cholewki do panienki! ręczę za to.
Pan Porfiry którego zły humor był widoczny, porwał się od bigosu.
— Co za myśl! rzekł.
— Niestety, ty albo ja to co innego, siwą czuprynę strzępiąc szydersko dodał Pancer.
— Daj pokój żartom!
— Co z was za ludzie, przerwał proboszcz, doprawdy nie rozumiem, jedna familja nowo przybyła w sąsiedztwo, pokoju sobie z nią dać nie możecie.
— To prawda, potwierdził Porfiry, i cóż w tem tak godnego uwagi?
— Nadewszystko co za powód do szyderstw?
— Księże proboszczu, czyż szydzimy? odezwała się Hurkotowa, zbyt bo jesteś surowy, trzeba o czemś mówić, wolemy o nowem jak o starem.
— Widzę że wam rady nie dam, no! gadajcie sobie, ale pamiętajcie nie za wiele! nie przesadzać! nie godzi się! nie godzi się... I poczciwy ksiądz choć dał pozwolenie, znów odwracając rozmowę spytał o oziminy, nikt mu nie odpowiedział.
— Widziałeś powóz? szepnęła podsędkowa i konie!
— Jak z igły! rzekł mąż, nie dziw, zwyczajnie dorobkowicze!
— A już! już! przestrzegł ksiądz.
— Panienka niczego, pochwalił Hubka.
— Tak, odezwała się podsędkowa, kawiareczka! bez gustu poubierane, istotnie w stroju i w minie coś żydowskiego.
— Kara Boża z tymi ludźmi!
— Sam jak beczka.
— Półankierek! rozśmiał się Pancer.
— Nie! jak dobra dynia! odezwał się ktoś inny.
Proboszcz uszy zatknął.
Tak przeszło całe śniadanie, a co jeszcze uwag zrobiono w drodze, co ich przywieziono do domu, ile się nagadano przez kilka dni następnych, ile nadowiadywano o Balach od żydów, arędarzy, od rzemieślników, od ludzi, tego by i na wołowej skórze nie spisał.
Stanisław tymczasem kwaśny, bo widok Sulimowskich boleśnie mu przypomniał, co z ich po większej części przyczyny wycierpiała jego Konstancja, pędzić musiał przodem do Zakala gotując dla nich przyjęcie. Nie pojmował on tej zimnej bezczelności, z jaką hrabia w oczach całego świata, widzącego krzywdę którą im wyrządził podstępną sprzedażą, zdawał się jeszcze natrząsać z oszukanych, nie przypuszczając żeby się ośmielili posądzić go nawet. Parciński zagryzł usta tłumiąc uśmiech szyderski.
— To nie bez kozery! rzekł do Stasia, miejcie się państwo na baczności, albo chcą pieniędzy pożyczyć, albo na coś jeszcze większego kroją...
— Co do mnie, odparł Staś, sądzę że to tylko zręczny niby sposób pokazania, że kiedyśmy w przyjaźnych stosunkach z niemi, nie czujemy się pokrzywdzonymi.
— A! i to być może, ale czyż hrabia dba tak dalece o opinją?
Co najgorszego widział w tem Staś, to że ojciec chwycony ze słabej strony swej próżności da się zupełnie Sulimowskiemu osiodłać i łapki przed nim położy.
W Zakalu nie było żadnego przygotowania dla tak dostojnych gości, ale dzięki brykom które w wigilją dnia tego z Warszawy nadeszły i licznym przywiezionym zapasom, objad dał się skleić bardzo przyzwoicie, a jak na wieś aż wystawnie.
W pół godziny po Stanisławie zaszły powozy i nie bez dobrze odegranego westchnienia do cieniów prababki, Sulimowski wysiadł w ganku. Salon przerobiony z czeladni zrobił furrore, zakrzyknęli wszyscy z podziwienia, a Bal zatarł ręce z radości... W istocie było tu ładniuchno, świeżo, wdzięcznie, jak gdy kobieca ręka dotknie czego: a wszystko dowodziło zamożności, na której widok wzdychali zazdrośnie Zmora i hrabia, nie pomyślawszy na chwilę, że dostatek nabywa się pracą tylko.
Hrabia jednak, hrabina i piękna Łucja udawali zgodnie, że ten przepych nowym dla nich nie był, zgadywali czego nie widzieli bardzo zręcznie i nie pokazali po sobie ile ich upokarzała wykwintność na prędce urządzonego saloniku.
Rozmowa z panną zręcznego Zmory poszła dosyć raźnie, hrabina była zimno-grzeczną, Łucja poznała się poufale z Lizią i widocznie usiłowała poprzyjaźnić, hrabia mówił o swych dobrach i interesach ciągle grając rolę cztery razy większego niżeli był pana; z panem Balem nieźle mu się to udawało. O zaległościach, o liście mowy nie było.
Ciekawość trzpiotowatej Lizi była zupełnie zaspokojoną, nareszcie miała przed sobą kwiat towarzystwa okolicy, w osobach hrabstwa i ich kuzyna Zmory, a zarzucić nie mogąc kwiatowi temu barw dosyć harmonijnych choć trochę jaskrawych, dziwiła się, że w nim woni nie było. Ci państwo byli sztywni, dosyć zardzewiali umysłowie, usiłujący widocznie wiele rzeczy zgadnąć choć nie wiedzieli, zgadując nawet zręcznie bardzo, ale niemniej uderzała wielka różnica społeczności miejskiej od tutejszej. Pan Bal ile razy go to ukłuło wmawiał sobie, że serca pełne prostoty i uczucia płacić miały za wszystko czego brakło, Lizia nie rachowała na nie tyle. Hrabianka zdała się jej czem była w istocie, panienką wielkich zdolności praktycznych, doskonale pojmującą życie, ale zawsze zimną i starą, a mało bardzo wykształconą.
Kilka razy usiłowała rozmowę z nią podnieść trochę wyżej i zawsze spaść musiała na ton powszedni. Zmora korzystając z czasu, nie tracąc chwili, zbliżał się coraz do panny, usiłując zarazem to rzuconem pytaniem, to zaczepką zręczną przyciągnąć Stanisława ku Łucji, szczęściem Staś miał wymówkę, że zastępował gospodarza domu i nie dał się ująć. Kilka razy oko piwne panienki zajrzało w jego źrenicę, jakby z zapytaniem śmiałem, ale odeszło bez odpowiedzi. Hrabia udając że nic nie widzi, doskonale postrzegał i uznał w końcu za konieczne sam się zbliżyć do Stanisława, rachując wiele na swą wymowę, by sobie pozyskać naiwnego młodziana. Takim go sobie bowiem wyobrażał.
Ale pierwszych kilka słów dowiodło mu że tu nie ze starym Balem sprawa. Stanisław w swoim domu był grzeczny, ale zimny jak opoka i widocznie zbyt jasno pojmujący rzeczy. Z różnych stron zaczepiał go hrabia, chcąc słabiznę odkryć, jak mawiał, ale tej achilesowej pięty dopytać się nie mógł. Odstąpił po chwili trochę zafrasowany, zamierzając wprzód polecić Zmorze, żeby mu drogę przetrzebił i spenetrował lodowatego przybysza.
Zmora podwajał się, jaśniał wszystkiemi przymiotami umysłu, serca i ciała, które miał i których nie miał, udawał młodego, entuzjastę, dowcipnego, ożywionego, a że Lizia znudzona samotnością, rada była jego szczebiotaniu, wiele już sobie z tego rokował.
Podano objad w naprędce oczyszczonym pokoju pana Bala, z którego sprzęty wyrzucono, a że Staś z trochą próżności chciał wystąpić, przepych zastawy, wykwintność kuchni, musiały uderzyć gości. Słudzy uwijali się przedziwnie i jak to najczęściej we wsi się trafia, nic ogólnej harmonji na ten raz nie przerwało, a żaden wypadek nie zasmucił gospodyni. Bal był zupełnie szczęśliwy, przyjmował hrabiów, był za pan brat z niemi, raz nawet wyjechał trochę z Massagetami, z Justynjanowym komendantem, i jakimś podkomorzym Sanockim. Hrabiowie zdawali się w przedziwnych humorach, choć humor ich był po większej części nadrabiany.
Po objedzie już widać ukartowana rozmowa wtoczyła się na wiejskie życie, towarzystwa, stosunki.
— Nie wierzysz pan, rzekł hrabia z tonem swoim zwykłym, co za nieszczęście jest dla ludzi dobrze wychowanych, pewnej towarzyskiej sfery, gdy żyć nie mają z kim. A wieś, to istna pustynia! Oddawna żona moja domaga się odemnie żebyśmy w mieście zamieszkali, lecz ja utrzymuję, że przedewszystkiem obowiązki! W istocie wielkie dobra wkładają wielkie ciężary, musimy pracować nie spuszczając się na nikogo, ja z kolei urządzam jedne po drugich. Nie sprzedałbym nawet, przyznam się, Zakala, gdyby nie przekonanie, że mimo trudy, życia mi na uregulowanie jego nie wystarczy. Ale wracając do towarzystwa, przekonasz się pan, że z tej strony wiele na wsi braknie.
— Jeśli mi się jak dotąd powodzić będzie, grzecznie odparł Bal, pewnie na to narzekać nigdy nie potrafię...
— Traf chyba zbliży ludzi, ciągnął dalej hrabia, ale codzienne powszednie stosunki najczęściej jeśli nie gorzkie, to ckliwe.
— O! to prawda, dodała hrabina, niemając co powiedzieć.
— To też, rzekł Sulimowski, nie uwierzą państwo ile nas cieszy ich przybycie w nasze strony.
Bal skłonił się, a gdyby uchodziło, byłby go uścisnął.
— Ludzie pewnej sfery, dodał Bracibor podając protekcjonalnie rękę kupcowi, powinni się zbliżać i żyć z sobą. Sulimów nie jest tak daleko... nie potrzebujemy powtarzać że szczerze zapraszamy państwa.
Hrabina z uśmiechem wystudjowanym i uściśnieniem rąk à l’anglaise powtórzyła toż samo pani Balowej; poczęły się sowite a ze strony pana Bala łzawe niemal podziękowania, w końcu formalnie zaproszono na jakąś niedzielę.
Stanisław ukłonił się z daleka, wcześnie sobie zapowiadając że zachoruje w porę.
Hrabia bawił do mroku, bo Brogi pana Teofila były tylko o milkę, zajechać było łatwo, a w dodatku był wołyński kozak i kaganiec, z któremi najciemniejsza noc nie straszna.
Łucja z Lizią i Zmorą usiłowali wciągnąć Stanisława w rozmowę, w zabawę, ale napróżno; ze spuszczoną głową, z niechęcią ciężko tłumioną, złożywszy ręce z rezygnacją, stał opodal w oknie i odstrychał się od nich.
Podano herbatę, zaszły konie i najczulsze nastąpiło pożegnanie, a Bal z odkrytą głową mimo wieczornego chłodku, co do nogi wszystkich do landary powsadzał, nie szczędząc upadania do nóg i ucałowania rączek. Kozak ruszył, za nim rodzina Braciborów, wiodąc za sobą kuzynka najszczęśliwszego ze wszystkich, bo już wolny przystęp do Zakala mającego.
Nie potrzebujemy tłumaczyć że kuzynek ten hrabiów, urodzony z Sulimowskiej, bardzo wpadł w oko panu Erazmowi, który w wielkiej tajemnicy powiedział sobie nawet cichusieńko: Gdyby Lizia chciała! Co się tyczy hrabianki, myśl jego nie podniosła się tak śmiało, by przypuściła nawet coś dla Stanisława. W pokorze ducha takiego szczęścia nie śmiał on nawet wyglądać, chociaż zręczny hrabia kilka razy mu napomknął w pustej rozmowie po objedzie:
— Mam trzy córki, żadnego syna! mógłbym być bardzo wymagającym w wyborze partyj dla nich, ale byle się uczciwy człowiek trafił a dobrze wychowany, na nic zważać nie będę. Stare przesądy codzień upadają! Pan Bal który nie zwał wcale przesądem swego szlachectwa, nie wiele zrozumiał tego wykrzyknika, zwłaszcza z ust Sulimowskiego nie wziął go do siebie.
Najciekawszą może rzeczą w życiu powszedniem nie są spotkania ludzi z ludźmi, ale sądy które wywołują. Ich rozmowa, wejrzenia, obejście są zawsze mniej więcej — komedyjką i czem innem być nie mogą; dobrze gdy ten akcik niewinny tylko a wesoły, prawda odkrywa się dopiero w monologach, djalogach i trylogjach pomiędzy swojemi. Pilny badacz przez formy towarzyskie wyczyta zawczasu i odgadnie myśli i wyrok, jaki ma zapaść za chwilę, ale nigdy tak dobitnie ich sobie nie skreśli, jak się one same rozwijają.
I tu nad odwiedziny ciekawszą była rozmowa w saloniku i uwagi w karecie. Bal chodził zacierając ręce, podnosząc kołnierzyki, nucąc piosenkę, marząc widocznie; Lizia siedziała smutna pod piecem, pani Balowa wzdychała w oknie, Stanisław czytał, chmurny jak noc.
— No cóż powiesz Ludwisiu, odezwał się Bal do żony... prawda... panowie! Jaki to układ, jak u nich wszystko tchnie arystokracją dobrego tonu!
— A! mój poczciwy Erazmie, odpowiedziała żona, ty często masz talent widzenia tego czego nie ma. Czy i ich powozy i konie i ludzie głodni i suknie wyszarzane i ton wyblakły tak ci się bardzo pańskiemi wydały?
Pan Bal podskoczył, plasnął w ręce, krzyknął z podziwienia i cofnął się.
— I ty to mówisz?
— Bom wcale nie oczarowana.
— Przyznasz że hrabina...
— Nie przeczę jej wielkich przymiotów, ale zdała mi się zupełnie pospolitą postacią.
— Pełna dystynkcji!
— Mój Erazmie! Co ty zowiesz dystynkcją ja powiem przesada.
— Uprzedzenie!
— Uprzedzenie!
— Liziu, a śliczna Łucja!
— A! kochany papo, nie rachuj mnie jako sprzymierzeńca... to może być bardzo miła i dobra panienka... ale wiele więcej się spodziewałam po kwiecie tutejszych towarzystw.
— Wam się w głowach poprzewracało! wybuchnął pan Bal prawie z gniewem; dla tego że ja kocham wieś, wy mi robicie na przekór. Jakto? Lizia nawet! Stanisław stoi jak mruk, ale jemu się nie dziwuję. Pani spełnia obowiązki gospodyni jak z musu, Lizia półgębkiem się bawi; zmówiliście się na mnie żeby mi życie zatruć!
Pierwszy to raz z takim gniewem od czasu przybycia na wieś wybuchnął pan Bal, wszyscy umilkli; spostrzegł się że za daleko zaszedł, popatrzał po żonie i córce milczących pokornie i wyszedł żywo z pokoju.
W karecie na promie już poczęły się powoli uwagi i wyroki.
— No! jakże ich znajdujesz? rzekł hrabia do żony.
— Jacyś dobrzy ludzie.
— O sam! dobry człowiek! dobry człowiek! z przyciskiem powtórzył Sulimowski, ale sama zdaje mi się pełna rozsądku, a Lizia...
— Panienka, przerwała Łucja, mogłaby być miła, ale w obłokach ciągle, nie umiałam dla niej dobrać rozmowy... widać że ma talenta, przepada za muzyką, maluje, artystka, literatka. I Łucja rozśmiała się trochę.
— Nie sądź jej tak ostro, przerwał ojciec, w ich położeniu trzeba tego wszystkiego żeby znaleźć męża... Zmora już podobno zaszłapał.
— Che! che! rozśmiała się hrabina, trochę dla niej za stary!
— Ale nie! byle umiał rzeczy prowadzić, oddadzą mu ją chętnie, znam ich.
— Przepych nieprzyzwoity! znać w tem parwenjuszów!
— Co do tego masz słuszność, Żozefino, potwierdził hrabia, ale nie każdy może tem zgrzeszyć... Uważałaś srebra?
— Uważałeś objad? a nie był przygotowany, bo wiedzieć nie mogli.
— Co za salonik! odezwała się Łucja.
— Już to bez gustu, przerwał ojciec, nadto fraszek, nadto ozdób, nic starego, żadnej pamiątki. No! a pan Stanisław! Ten choć wielki mruk i dziczek, a l’air trés comme il faut.
Spojrzał na córkę, Łucja patrzała przez okno na gasnące iskry kagańca rozsypane po drodze.
— Nudny! szepnęła...
— Powierzchowność dobra, rzekł hrabia. I nie byłby może nudny, gdybyś ty Łucjo trochę była sobie pracy zadała przyciągnąć go.
— A to mi na co? żywo ruszając ramionami, spytała śmiało hrabianka.
— Ba! ba! kto to wie!
Matka milczała, wjechali w dziedziniec Brogów.






ROZDZIAŁ IV.

Odwiedziny w Sulimowie.

Dom w Zakalu choć wielkim kosztem i z niemałem utrapieniem, kończył się bardzo szybko, gniewał się pan Bal, że to jak w mieście na zawołanie i za swój miły grosz ani rzemieślnika dobrego, ani potrzebnych przyborów mieć nie można, ale go w zapędach uśmierzało uczucie jakie dla wsi poprzysiągł.
Niestety! była to chwila, w której sielskie obrazy nie najpiękniej wyglądały, ta u nas tak odznaczona wybitnie pora jesienna, która powinnaby mieć osobne dla siebie nazwisko. Jeśli Francuzi piątym elementem nazwali błoto, które poznali w 1812. roku po raz pierwszy w całej jego rozciągłości, potrzeba żeby i tę piątą czy szóstą porę roku ktoś także nacechował właściwem imieniem. W istocie, nie mamyż my sześciu części roku wbrew wszystkim kalendarzom, które tylko o czterech mówią. Pomiędzy zimą a wiosną prawdziwą, między jesienią a zimą, te chwile środkujące, tak do przebycia ciężkie, tak trudne i długie, mająż uzurpować sobie niewłaściwy tytuł wiosny i jesieni? Co do mnie, nigdybym się na to nie zgodził, ale żem nieskłonny do tworzenia nowych wyrazów choćby najpotrzebniejszych i wolę się staremi obchodzić, zostawiam to neologom z profesji, których nic nie kosztuje ukuć niezrozumiałego dziwoląga.
Nasza jesień późna, gdy się zima nie pospieszy, ma cechy zupełnie odrębne i wcale nie jest miłą. Co tylko było zieloności znikło, zasiewy jedne pasują się z chłodem i słotą przenikającą; drobny deszczyk, ów sławny nasz kapuśniaczek rozmiękcza ziemię, której już słońce podsuszyć nie umie, wichry bujają po przestrzeniach na których nic ich nie wstrzymuje, ciężkie chmury ołowiane latają po niebie bez blasku i barwy, dymy wloką się po ziemi, las szeleści złowrogo, trzciny suche paplają nad stawami piosnkę jakąś skieletów, a jak zajrzysz w tej pustyni nigdzie stworzenia i głosu. Żaden ptak prócz czarnego kruka i starej wrony nie ożywia zamarłego świata; krakanie ich pogrzebowe tylko słyszeć się daje jak jakaś przepowiednia nieszczęścia. Zdaje się, że ziemia tak usnęła, tak skonała, że jej już nawet pocałunek wiosny przebudzić nie potrafi. Zima już ma twarz weselszą, oblicze jaśniejsze, fizjognomią trochę rozmarszczoną, a mroźne jej dnie bywają jak lata późnej, spokojnej starości — wdzięczne po swojemu.
Trzymał się wszakże pan Bal w ciągłem wsi uwielbieniu, wzywając tylko w pomoc wiosny dla nawrócenia niedowiarków, któremi był otoczony.
Żona, syn, nawet Lizia, tak się wsią nudzili, tak się z tem nie ukrywali; napróżno szukał im zajęć, a ledwie ukończywszy dom, natychmiast postanowił objechać sąsiedztwo i wejść w życie towarzyskie ogółu. Nie wiedział jakie tam już uprzedzenia, jakie osnuwano spiski na przybyszów.
Trafiało się tak, że zaproszenie do Sulimowa poprzedziło inne wizyty, i państwo Balowie wyjechali całym domem prócz Stanisława, który pomimo wyraźnej woli ojca został w domu z Parcińskim. Spotkanie w kościele wobec wszystkich i pokumanie się z Sulimowskiemi, wyjazd najpierwej do nich, o którym wszyscy wiedzieli zaraz, oburzył nadzwyczaj bliższych sąsiadów. Podsędek nie taił już gniewu, a Dankiewiczowie, osobliwie sama, zżymali się okrutnie. Pan Porfiry który w początku osnuł był zuchwałe na przyszłość projekta, zobaczywszy że w Zmorze ma współzawodnika, cofnął się roztropnie, ale żal powzięty zamiast do niego, skierował do Balów. Wziął ich na zęby z innemi, a że mieszkał blisko, że miał zdawna wprawę w zbieranie plotek i ubieranie ich przyzwoite do ludzi, siał więc niestworzone rzeczy o nowych sąsiadach. Od Supełków do których się starał przybliżyć (ci się dotąd z Zakala nie wynieśli) baśnie czerpał najszczególniejsze, dodawał im nieco swego i nie było tygodnia, żeby nowej potwarzy w obieg nie puścił. Z Balów tedy zrobili sobie wszyscy coś tak poczwarnego, rodzinę tak niebezpieczną, tak podejrzaną, że zastanawiano się, czy można ich będzie przypuścić do towarzystwa uczciwych ludzi.
Wyobraźnie pani Supełkowej i pana Porfirego natworzyły powieści, których sprzeczność nawet nie raziła nikogo, tak je chciwie chwytano. Jedni opowiadali że Bal był neofitą, który zrobił majątek na podradach, drudzy że żona jego była faworytką jakiegoś ministra, inni że miał tajemny urząd i tajemne stosunki niebezpieczne dla tych z kim mógł żyć bliżej; żonie, córce, synowi, nie darowano nikomu, Lizię zrobiono niebezpieczną zalotnicą, Stanisława prawie obłąkanym, dobroduszność Bala podszyto podstępem... Ale któż zliczy potwarze! Z nich zawsze coś przylgnie, jak powiedział Beaumarchais i przylegało też wiele. Śmiejąc się w początku, powtarzano potrząsając głową, aż nareszcie potroszę, potroszę zaczęto przykładać wiarę. Taki był stan okolicy, gdy Balowie wyjechali do Sulimowa.
Zmora uwiadomiony wcześnie, pospieszył na ich spotkanie.
Sulimów, było to coś pośredniego między wsią i miasteczkiem, ojciec i dziad hrabiego Jana, chorujący na państwo, które jeszcze dość było świeże, usiłowali rezydencją swoję postawić na stopniu odpowiednim pretensjom, rujnowali się też w części na mury którym chcieli dodać okazałości dawnej ale opuszczonej wprzódy sadybie. Nad moczarem był tam niegdy okop i mur maleńkiego podobno zameczku, z którego w końcu XVIII wieku zrobiono piętrowy pałacyk dodając dwie długie murowane oficyny po skrzydłach. Stara brama wjezdna przerobiona została nieco i zamykała dziedziniec od strony wioski. Oprócz tego wysadzili się Sulimowscy na ogromne nieodpowiadające potrzebom mury stajen, wozowni, spichrzów, kaplic, na austerją paradną stojącą pustką w trzech częściach, kościół, cerkiew i t. d.
Wszystko to razem wzięte z daleka nadawało wiosce pozór miasteczka, ale za zbliżeniem się smutny przedstawiało widok. Murów tych utrzymać porządnie było niepodobna, waliły się, opadały, pustoszały, okna w nich zabijano deskami, dachy gontowe zatykano słomą, ściany porastały zielenią, a obalone tynki stosami leżały na ziemi. Kościół i cerkiew jedne jeszcze jaśniały calsze i przedniejsze, reszta była opuszczona zupełnie; hrabia mówił wszystkim że mając zamiar zająć się restauracją budowli na wielką skalę, nie chce ich tknąć, aż wówczas gdy się zbierze na odnowienie ich z gruntu. Nie mówiąc już o austerji, której mury trzymały szkarpy i podstawione dyle, sama brama przed pałacem i ów pałacyk w najśmieszniejszym były stanie. Tu i ówdzie znać było rozwalony kawałek i niby coś dolepionego, ale budowa była podobniejsza do pustki niż do ludzkiego, cóż dopiero pańskiego mieszkania. Dach na niej przegniły był zupełnie, pierwsze piętro nie zajęte prócz pary pokojów gościnnych, na dole mieścili się państwo, a dwór w oficynach. Dziedziniec z przyległościami nie lepiej był utrzymany. Sprzeczały się wszędzie resztki zbytku z początkami niedostatku i dowodami nieładu.
Wewnątrz jednak kilka głównych pokojów wcale jeszcze były pokaźne, stroiły je dosyć zręcznie nagromadzone i ustawione piękne niegdyś dawne sprzęty, portrety przodków i skoligaconych familji, stare obrazy, źwierciadła w ramach srebrnych, obicia spłowiałe ale umiejętnie pozakrywane na zranionych gorzej miejscach, pamiątki Stanisławowskiej epoki, w której wzniosła się Sulimowskich rodzina.
Salon i gabinet szczególniej jeszcze zdradzały możność dziadowską, dalej już coraz lichsze były sprzęty i niedbalej utrzymane pokoje. Jadalnia na nowo pobielona tylko miała stół wielki i krzesła z trzciny plecione, a przechodnie pokoje nagie się wydawały. Na przyjazd jednak Balów przystrojono jak było można wszystko co było widoczniejsze; a że hrabia szczególniej chciał zrobić wrażenie pamiątkami rodu, powyciągano z kątów najodrapańsze nawet starzyzny.
— Będę w to bił, rzekł w duchu Sulimowski, że brzydzę się wszystkiem nowem, że ukochałem co mi dawne przypomina czasy. Wszakże mógłbym w istocie mieć taką fantazją?
Kilku godzinami przed przybyciem gości oczekiwanych, dla których apartament przybrano na górze, właśnie gdy hrabia sam, gdyż on był niedołężną głową domu we wszystkiem, zbierał i liczył srebra mające się użyć na stół, nadjechał pan Teofil Zmora.
Kuzynkowie przywitali się poufale i hrabia wziął zaraz na ustęp do swojej kancelarji krewnego. Pokój ten położony od ogrodu, ciemny, w największym nieładzie zawsze, miał kilka fotelów okrytych z poręczami płócienkiem pstrem i ogromną sofą wyleżaną i wysiedzianą, z ciemną w głowach skórzaną poduszką. Była w nim fajkarnia, stół zarzucony papierami, archiwum w wielkiej czarnej szafie, a u drzwi prosta karafka z wodą na drgającym stoliczku z bronzową galeryjką.
Jak wszędzie tak i tu czuć było stęchliznę, woń właściwą Sulimowskiemu domowi, która zapewnie z niezamieszkanej góry pochodzić musiała, ale przejmowała najskrytsze jego kąty.
— Słówko nim przyjadą, rzekł hrabia siadając na sofie, muszę cię uczyć kochany Teofilu...
— Jestem na usługi...
— Gdy przyjdzie do oświadczyn z twojej strony, do intercyzy i kontraktów, odsłużę...
— O! to jeszcze daleko! z uśmiechem odparł pan Zmora.
— Co do mnie, między nami mówiąc, zawołał hrabia, muszę, są pewne powody... później ci to objaśnię, ale dość że mi wypada przyspieszyć, jeśli co ma być z młodym Balem. Dawałem już do zrozumienia staremu, że córki moje nie będą zbyt wysoko szukały i sięgały... ale głowa tępa... nie śmie nawet pewien jestem przypuścić, żeby Sulimowska poszła za kupczyka. Ba! ba! Inne czasy! inne czasy! książęta szukają kupcówien, hrabiankom wypada iść za kupców! Na to nie ma rady! Otóż, gdybyś ty mój Teofilu, tobie to łatwiej przyjdzie, dał staremu jasno i wyraźnie do zrozumienia, ale zręcznie, z daleka, konfidencjonalnie, tak, jakbyś się tylko domyślał.
— Rozumiem, rzekł Zmora, potrafię ci usłużyć, jednakże pozwól sobie powiedzieć, że to powoli prowadzić potrzeba.
— Ba! gdyby nie pewne okoliczności, tajemniczo rzekł hrabia trąc czoło... Dowiadywałeś się czy będą oni?
— A jakże! posyłałem szpiega do Supełków, wszystko na dziś było w pogotowiu, słyszę tylko Stanisław nie miał jechać; ojciec go zmuszał, napędzał, ale nic nie pomogło.
— O! toś mi złą zwiastował nowinę, rzekł hrabia, ale mijam to, ty zawsze swoje staremu powiedz, o panicza mi nie idzie, będzie musiał, byle ojcu myśl tę poddać.
— Panicz nie zdaje mi się łatwy wcale.
— Dotąd go nie rozumiem, ale ojciec rej wodzi, byle on się rozpalił, a sztuka zapalczywa, o młodego nie stoję...
— Tak, a jeśli nie będzie miał do Łucji przywiązania?
Uśmiech Mefistofelesa, z tą różnicą, że w nim głupoty i zarozumiałości daleko było więcej niż djabłom mieć wypada, rozsunął jeszcze więcej niż zwykle usta Bracibora.
— Przywiązanie! rzekł szydersko, mówisz o tem jak gdybyś (między nami) nie przeżył czterdziestówki na świecie. Człowiek się przywiązuje łatwo, zapomina prędko, a grosz i chleb przedewszystkiem. U mnie przodem idzie rachunek, za nim przywiązania ile ich jest... Zresztą młodzi oboje, przywiązanie się znajdzie, a w małżeństwie, kochany Teofilu, nie wiem co lepszego, czy ta miłość co się później znaleść może, czy ta z którą idziemy do ołtarza, a bez której już często od niego odchodzim?
Cały ten wykrzyknik filozoficzny wyrzekł hrabia tchem jednym, zatarł dłonie i rzekł cicho:
— No! pamiętajże! ręka rękę myje. I pomnij że pośpiechu mi trzeba.
Kończyli rozmowę, a hrabina ubranie swoje i córki, gdy państwo Balowie nadjechali. Sam jakkolwiek trafnie po większej części sądził, gdy go myśl wcześnie zawzięta nie oślepiała, zobaczył tylko wspaniałe mury, feudalną bramę, pałac wielki i ruiny. Nie bez bicia serca nawet wysiadł z powozu i wszedł do ogromnej sieni, w której już trzech ugalonowanych czekało lokajów, a z tych dwóch było improwizowanych z kuchtów. Z czwartego zrobiono kamerdynera, dając mu stary frak pana i białe perkalowe rękawiczki.
W pokojach, do których wprowadzono ich, nie zastali nikogo. Sulimowski umyślnie wstrzymał się z wyjściem dla pewnego tonu, hrabina zastosowała się do woli męża, a Łucja dowiedziawszy się że nie ma Stanisława, wcale nawet wychodzić nie miała ochoty.
Mieli więc czas goście obejrzeć salon istotnie ciekawy, rzucić okiem na portrety nim gospodarstwo wystąpili. Bal z rozczuleniem prawie poglądał na wygolone głowy komponowanych podobno Sulimowskich z przed Jagiełłowych czasów i wzdychał mówiąc w duchu: Mielibyśmy i my takie drogie pamiątki, gdyby się to kalwiństwo do naszej familji nie wkradło!
Ukazała się nareszcie pani hrabina z córką, strojna, pewna siebie, chłodna i umiejąca dać uczuć samym ruchem, że się za wyższą uważała. Hrabia przyskoczył z udanym pospiechem, z serdecznością wielką, wpadł do salonu, i po chwilce rozmowy spytał o Stanisława zaraz.
— Prawdziwiem wdzięczen hrabiemu za pamięć o moim synu, bardzo chciał służyć, ale trochę chory...
— O! jakaż to szkoda!
Wziąwszy pod rękę pana Bala, Sulimowski począł się z mm przechadzać, starsze panie uśmiechając się gwarzyły półgębkiem, kryjąc napadające je ziewanie, panny poszły do kątka gdzie stały kwiatki, Zmora przybliżył się do nich. Zapomnieliśmy dodać, że wszystkie trzy córki hrabinej pokazały się tą razą, Łucja w lokach i już emancypowana, a dwie młodsze, acz z nich jedna była już co się zowie dorosłą, w krótkich sukienkach, w białych majteczkach i niby dzieciaki.
Wieść chodziła że starsza zaczynała rok trzynasty (którego od lat czterech skończyć nie mogła), a młodsza jedenasty (i ten szedł jej jakoś ciężko; są lata tak do przebycia trudne!). Z niemi wyszła także stara Szwajcarka z plastrem na jednem oku, bardzo pokorna, co mogło dowodzić że była gdzieś wprzód kucharką nim tu została guwernantką. Zwano ją madame Schmidt!
Słudzy zaczęli się krzątać około herbaty oddawna już przygotowanej, a stary hrabia bawił tymczasem Bala, udzielając mu niektórych potrzebnych wiadomości.
— Wątpię, mówił, żeby się panu Sulimów podobał, boli mnie że ma tak pozór opuszczony, ale dałem sobie słowo nie tknąć tych murów, aż gdy je będę mógł z gruntu odnowić... Spodziewam się to rozpocząć w roku przyszłym. Dotąd procesa, urządzenie majątków zbyt rozległych nie dały mi się wziąć do tego.
Po chwilce nastąpiło inne tłumaczenie:
— Moja żona (jak widzim wiele się tu rzeczy składało na żonę, która całkiem nieznaczącą grała rolę, ale kłaść na siebie dozwalała co się podobało) moja żona nie raz mi głowę durzy, żebym wewnątrz nasz pałacyk świeższą modą urządził. Ale ja mam takie do przeszłości, do tych sprzętów, do starych nawet gratów przywiązanie, że nic tknąć nie daję... To moja fantazja! nie lubię rzeczy nowych! Brzydzę się tem co mi nie przypomina nic.
Łatwo pojąć że pan Bal wszystkie fantazje hrabiego pochwalać musiał, chwalił nawet niektóre pokaźniejsze graty, a Sulimowski zaraz dodawał:
— Jest to krzesło mojego stryja biskupa... jest to stół mego stryja kasztelana... jest to parawanik klejony ręką babki mojej, księżniczki Szujskiej i t. p.
Bal w końcu nie śmiał już prawie siąść na tych relikwiach improwizowanych, jak wiele rzeczy dnia tego.
Herbata odznaczyła się więcej saską porcelaną, o której opowiadano historją, bo miała być darem Poniatowskiego, srebrami staremi, a i do tych wiązały się tradycje, niżeli zapachem i smakiem. Znać było po ciasteczkach i śmietance, że hrabina nie gospodarowała, a hrabia do kuchni chodzić nie miał czasu. Pan Bal jednak znalazł to wszystko wybornem, tak był rozczulony, wzruszony, uszczęśliwiony.
Wieczerza, jak się domyślać łatwo, wywiodła na scenę resztę sreber jakie gdzie były, ale smaku trudno w niej było dopytać. Do tradycji bowiem należało u hrabiego że cały dwór miał złożony z pijaków, ci że się go obawiali wstrzymywali się trochę gdy był sam, a przy gościach dopiero poczynali hulankę, wiedząc że Sulimowski wyjść i śledzić ich nie może. Dymu i węgli w potrawach było wiele, roznosząc półmiski oblano gości i gospodarzy, ale kto by tam na te drobnostki uważał!
Państwo Balowie odprowadzeni zostali na spoczynek po wschodach, które dygotały pod ich nogami, na pierwsze piętro, gdzie pozaklejano okna wprawdzie, ale chłód i wilgoć były nie do wytrwania.
Lizia śmiejąc się upadła na kanapę.
— Co ci jest? spytał surowo ojciec, który miał już odchodzić.
— A! papo! daj mi się naśmiać z twoich hrabiów.
— Oszalała dziewczyna!
— Papo, jeśli wszyscy panowie tutejsi są w tym rodzaju.
— Cicho na Boga! łamiąc ręce zawołał Bal.
Pani Balowa siedziała ze smutnie spuszczoną głową.
— Liziu! ja cię nie poznaję! rzekł ojciec, dom tak szanowny.
— O! a tak brudny! odparło dziewczę.
— Oszalała! oszalała! szepnął przelękły ojciec, bojąc się, żeby jej kto nie podsłuchał.
— Mijam to papo, śmiejąc się na nowo i klaszcząc w dłonie odezwała się Lizia, ale czy uważałeś, że kuzynek naprawdę myśli o mnie? Cały wieczór prawił mi grzeczności, nie mogłam się wstrzymać od śmiechu, musiałam mu się wydać bardzo wesołą.
Bal osłupiał i aż się wstrząsł z gniewu.
— Ale moja panno! zawołał, cóż w tem tak śmiesznego, kuzyn hrabiego, bardzo miły, pełen zalet człowiek.
— W dodatku trochę łysy i dobrze stary.
Matka podniosła głowę.
— Uważałam to także, i nie bez jakiegoś niepokoju, że i u nas i tutaj ciągle jest przy Lizi: to mi się nie podoba.
— Mówmy szczerze, odezwał się wreszcie Bal, cóż pani także możesz mieć przeciwko temu?
— Powiedz mi co jest za tem? szczerze i poważnie rzekła żona; ludzi tych nie wiele znamy, a z tego co wiemy, nie bardzo możemy szacować; wrażenie jakie oni na mnie robią, jest przykre; nie czuję tu ani kropli, ani odrobiny szczerości, wszystko u nich kłamane: możemyż pomyśleć nawet o takim związku?
— Widzę, odparł pan Bal, że pani jak zawsze nie wierzysz ludziom, przywykłaś ich posądzać... Ale to wieś! to wieś nie miasto! tu serce na dłoni! tu jeszcze wiek prostoty i niewinności! Czego nie widać w nich od razu, tego nie ma; potrzeba sobie wyperswadować!
— Mój kochany Erazmie, tyś dziwnie zaślepiony.
— Moja Ludwiko, tyś okrutnie uparta!
Lizia wstała z kanapy.
— Niech ich sobie papa kocha jak chce, odezwała się, rozczula nad niemi, ale pozwoli mi powiedzieć, że przynajmniej dla miłości ich hrabstwa nie pójdę za jakiegoś tam starego kawalera.
— A gdybym rozkazał! przywiedziony do niecierpliwości wybuchnął kupiec.
— Pocałowałabym papę w rękę, w nogę, w czoło i takbym się rozpłakała, że nie miałbyś serca mnie zmuszać.
— Ha! rzekł kupiec machając ręką, róbcie sobie co chcecie! nic jeszcze nie ma, a już fochy! dajcie mi pokój! Dobranoc!






ROZDZIAŁ V.

Grube sieci, niespodzianka, odwiedziny.

Nazajutrz z małemi bardzo odmianami powtórzyło się przyjęcie dnia pierwszego, a po objedzie wyjechali państwo Balowie. Zmora który ich godziną wyprzedził, bo polecenia hrabiego nie mógł spełnić w Sulimowie, pod pozorem zepsucia czegoś w bryczce, zatrzymał się w karczmie o mil parę i tu czekał na pana Bala. Obrachował on, że tu staną zapewne i postanowił nie naprzykrzając damom, wziąć na bok kupca, by zręcznie podrzucić mu myśl tak pilnie potrzebną.
Że między Sulimowem a Zakalem nie było porządniejszej gospody, a dwie mile piasku koniecznie wytchnienia dla koni potrzebowały, powóz istotnie się zatrzymał, panie wysiadać nie chciały, pan Erazm zobaczywszy Zmorę, kazał sobie otworzyć i poszedł do niego. Pan Teofil rozłożył się zupełnie w gościnnej izdebce i na podróżną zapraszał herbatę; zdała się ona bardzo po objedzie, który ubawił oko, ale nie nasycił żołądka. Usłużny kawaler pobiegł do karety spytać panie czy nie pozwolą jeśli nie prosić na herbatę, to ją sobie przysłać do powozu, na co ból głowy pani zmusił ją przysłać, choć bardzo nie miała ochoty przyjmować tych grzeczności.
Tak zyskawszy chwilkę czasu Zmora użył jej wedle instrukcji.
— Nie prawda, począł, że dom mojego kuzyna bardzo miły?
— O! nad wszelki wyraz! co za ludzie!
— Ludzie! Ja to wiem najlepiej. Sam głowa wielka, objęcie ogromne, czynny jak nikt, rzadkich talentów człowiek, szkoda że się na wsi zagrzebał; sama pełna cnót chrześcjańskich, jaka matka! jaka żona! a co za skromność! jaka cichość! rzekłbyś, że nie ma nic za sobą, tak ukrywa się z przymiotami.
— To prawda, machinalnie rzekł Bal i dosyć niezręcznie.
— Córki wychowane nie jak hrabianki, co to będą za gospodynie! jakie żony! I wie pan dobrodziej, choć nigdym o tem od Sulimowskiego wprost nie słyszał, ale widzę ze wszystkiego, że właśnie zdaje się przygotowywać je do takiego losu, jaki im Bóg zdarzy. Nic dumy, nic próżności w tym człowieku.
— Czy to być może!
— Raz pamiętam z żoną się nawet o to posprzeczał, ona bowiem ma trochę uczucia swego rodu... to prawda. Byłem przy tem, zaczęła dowodzić, że wolałaby wydać córki ubogo, byle imię mężów odpowiadało jej wymaganiom. Hrabia wyraźnie wówczas powiedział: twoje córki wyjdą za uczciwych i dobrze wychowanych ludzi, nie będę na nic patrzał! Wieki przesądów minęły!
— A! a! westchnął kupiec, który żadnego jeszcze nie śmiał robić zastosowania.
— Gdyby nie bliskie kuzynostwo, dodał pan Teofil, nie dałbym Łucji długo czekać, bo to wyjątek! Nie zliczyć jej przymiotów! dziwnie dobre bo łagodne i bez żadnej dumy, marzy tylko słyszę o cichej chatce szlacheckiej...
— Prawdziwie. Waćpan dobrodziej zadziwiasz mnie.
— Trzeba ich poznać, rzekł z uśmiechem Zmora; jaka to szkoda, że pan Stanisław chory, przyznam się panu dobrodziejowi... ale na co mówić! Gdybyś pan się domyśleć mógł co mi po głowie chodzi ciągle...
Bal rzucił nań okiem zdziwionem.
— Na miejscu pańskiem, szepnął Teofil, czemuby nie skłonić pana Stanisława, żeby spróbował szczęścia?
Sieć zastawiona w ten sposób na pana Bala była cokolwiek za gruba, podejrzenie błyskawicą przesunęło się po jego głowie, ale wnet pomyślał, że gdyby rzeczy były ukartowane, robionoby je zręczniej, to go uspokoiło. Niezgrabstwo dowodziło szczerość.
Uśmiechnął się wstając.
— A! panie dobrodzieju! rzekł, mógłżebym pomyśleć nawet o takim związku? Rodzina hrabiów cała oparłaby się temu, sam pan powiadasz, że i hrabia nie jest bez uczucia właściwego dumy familijnej. A szczerze, choć pochodzimy z dobrego starego szlacheckiego rodu, który żadnemu nie ustąpi, bośmy i senatorskie krzesła mieli w familji; ale wszystkim wiadomo, że od lat wielu zamieszkaliśmy w mieście i od pradziada handlem się trudnimy.
— O! któż zważa na te przesądy!
Służący przyszedł wezwać pana Bala, bo się ściemniało, kupiec uściskał z rozrzewnieniem Zmorę i spiesznie siadł do powozu ale z głową rozmarzoną.
Chwilami przychodziło mu do niej, że na niego zastawiono sidła, to znowu zbijał swe posądzenia i rozczulał się nad ludźmi tak pełnemi otwartości i dobroci... A że nie mógł długo utrzymać nic w sobie, nim dojechali do Zakala, szepnął już żonie na ucho co mu Zmora powiedział w karczemce.
Biedna kobieta poczuła dreszcz przechodzący po sobie i wstrzęsła się cała, ręce jej opadły ze strachu.
— Erazmie! zawołała z uczuciem matki, na Boga cię zaklinam, otwórz oczy! Niczegoż dotąd nie widzisz, niczego się nie domyślasz?
— Ba! rzekł z niejakim wstydem kupiec, a ja sam w początku miałem niejakie podejrzenie, ale zważ, czyżby byli tak niezgrabni? Intryganci są zwykle trochę zręczniejsi.
— Ileż to razy udaje się niezgrabność by wzbudzić zaufanie?
— Ludwisiu! na Boga nic-że się nie stało! To są myśli na wiatr rzucone, dodał widząc ją niespokojną, nie jestem tyranem swoich dzieci. Ale sama tylko uważ z drugiej strony, połączenie z takim domem! toby nas od razu postawiło na stopie która nam należy, a którą odzyskać nie łatwo... Balowie wróciliby do dawnej zacności.
Pani Balowa ciężko westchnęła.
Wjeżdżali w dziedziniec, na którym rozruch jakiś widać było i gromadę ludzi stojącą.
— Co to jest? wysadzając głowę, zapytał pan Bal postrzegłszy syna i Parcińskiego w ganku stojących.... czego to chcą ci poczciwi ludzie?
Stanisław się uśmiechnął.
— Nic to nic, maleńka sprawa rzekł Parciński... dowiesz się pan dobrodziej.
— Cóż to takiego? skarga jaka? prośba?
— Jedna z powszednich i codziennych na wsi przyjemności, odpowiedział plenipotent, złapano złodzieja, musieliśmy go kazać ukarać... ci ludzie przyszli za nim prosić.
— Powiem im naukę dobrą i przebaczę, zawołał pan Bal...
— Już ukarany...
— A czegoż chcą ci ludzie? spytał zafrasowany p. Bal.
— Ci ludzie, odparł Parciński mrugając na Stanisława... ci ludzie, oni już nic nie chcą...
Kłamstwo było widoczne na twarzy plenipotenta, tak że je pan Bal postrzegł.
— Mówże bo mi prawdę! zawołał żywo, czego chcą?
— Przyszli z wymówkami, z groźbą, z buntem prawie, odezwał się Stanisław ale się tem nie ma co martwić.
Pan Bal zbladł. — A cóż to będzie? spytał cicho.
— To są tylko próbki, odparł Parciński, ani się potrzeba dziwować, że w ich położeniu znajdują się ludzie chcący z położenia każdego na ulgę swoję korzystać... Od znalezienia się pańskiego w tej chwili może wiele zależeć na przyszłość... Nie chodzi tu o złodzieja... Było nieposłuszeństwo, były pogróżki, musiałem kazać wziąć winnego i pogroziłem karą. Jest to smutna konieczność! karać nie myślę, ale postrach jest potrzebny... Od tygodnia pańszczyzna tak jak nie wychodzi...
— Głupia ta pańszczyzna! dawno ją powinni skasować! zawołał pan Bal...
Parciński się uśmiechnął.
— Ale mniejsza o to, przerwał Bal, tymczasem ja na ten raz daruję wszystko.
— Jak się panu podoba, ale jutro będzie gorzej.
— Zobaczymy.
— Zobaczymy.
Wzruszony wyszedł pan Erazm na ganek, ku któremu zbliżyli się wieśniacy zaraz. Wielu z nich było widocznie podpiłych a twarze miały ten wyraz dumy, który chwilowo umie przybrać oblicze najdłużej upokorzonych ludzi. Ledwie skłonili głowy.
— Co ja słyszę, rzekł pan Bal zakładając wtył ręce i minę poważną przybrawszy, co to jest, nieposłuszeństwo?
Wszyscy milczeli.
— Ja tego nie lubię! słyszycie Waćpanowie? o! ja tego nie lubię! — i nie zniosę... u mnie tego nie będzie.
— Z pozwoleniem Waszeci (tego wyrazu użył jeden ze starych, nie wiedząc co za grafa położyć). No bo my nie wiemy co z nami będzie.
— A cóż ma być?
— Co ma być? powtórzył chłop skrobiąc się w głowę... my zdawien dawna bojarowali! to były kniaziowskie dobra, myśmy nie robili pańszczyzny.
— Jak to? podchwycił Parciński.
— Pozwól im się wytłomaczyć, rzekł Bal.
— A ot tak, mówił pierwszy, że za kniaziów pańszczyzny nie było to nie! Dopiero to za grafa nastało, ale myśmy się zawsze opierali, a teraz nie chcemy, ta i robić nie będziemy.
Nowy dziedzic nie wiedząc co odpowiedzieć na to, obrócił się do plenipotenta.
— Jeżeli tak, rzekł spokojnie Parciński, to co innego, macie jak mówicie jakieś prawa...
— A mamy prawa.
— No, to zjedzie sąd, zobaczy i osądzi. To tylko sobie pamiętajcie, że jeżeli się okaże bałamuctwo, może być źle...
— Gorzej nie będzie! mruknął jeden.
— Może być i gorzej, odezwał się śmiejąc nieco Parciński.
Chłopi spojrzeli po sobie onieśmieleni.
— No! cóż myślicie?
Odpowiedzi nie było.
— Macie wóz i przewóz, odezwał się plenipotent, albo słuchać i mieć opiekę nad sobą, bo to nikt was teraz nie skrzywdzi pod takim jak wasz panem, albo idźcie do sądu, a wówczas zobaczymy. Z sądem żartować nie można; — nieposłuszeństwo nie pójdzie lekko!
Pan Bal uczuł potrzebę dodać:
— Za to wam mogę ręczyć, że krzywdy zrobić nie dam nikomu.
— Ale i sobie także! spiesznie dorzucił Parciński, chwycił za rękę pana Bala i chciał odejść.
— A cóż będzie z tym...? spytali chłopi, my jego karać nie damy!!
— Złe słowo! zakrzyczał znowu podnosząc głos plenipotent! złe słowo! pamiętajcie żeście to powiedzieli! Byłby pan może ten raz darował, a tak...
Spojrzeli po sobie wszyscy.
— Odeślemy go do sądu.
— Puszczam go ten raz, żywo począł pan Bal, wiele rachując na swoję łagodność, ale niech mi więcej tego nie będzie, bardzo proszę!
Na tych słowach skończyła się rozmowa i gromadka w milczeniu ponurem odeszła, a kupiec nieco spokojniejszy wcisnął się do swego pokoju, troska jednak pozostała mu na czole.
— Powiedz mi pan, odezwał się po chwili namysłu do Parcińskiego, wszakże mógłbym zamienić pańszczyznę na czynsze? Wszakże to wszystko jedno, ocenić robotę ich i odebrać za nie pieniądze?
— Dla czegoż nie? odparł z uśmiechem plenipotent.
— Dla czegożbyśmy tego przedsięwziąć nie mieli? zawołał z zapałem poczciwy pan Bal.
— To zupełnie zależy od woli pańskiej, jest to piękny i wielki cel, ale wprzód powiedzieć sobie potrzeba, że pan mu podołasz.
— Ale to obowiązek, jestem właścicielem ziemi, opiekunem tego ludu, spełnię co na mnie spadło.
Mówiąc to tak szlachetny wyraz przybrała twarz jego, że Stanisław pierwszy raz uczuł się dumny swym ojcem, a Parciński uchylił przed nim głowę.
Słowa nie powiedzieli o tem więcej, bo plenipotent znający lepiej stan majątku i moralne usposobienie włościan, nie chciał przestraszać trudnościami.
Nazajutrz wypadło korzystając z dnia pogody i rozpocząć przerażające odwiedziny po sąsiedztwie. Pan Bal nie wątpił o dobrem wszędzie przyjęciu, bo nie czuł się do żadnej winy, a w ogóle towarzystwo wiejskie uważał dotąd za spiżarnią serc poczciwych dusz chrześcjańskiem tchnących uczuciem, za skarbiec szczeroty i staropolskich cnót dawnych. Po naradzie z Parcińskim wypadło najprzód ruszyć do Dębna do podsędkowstwa Hurkotów, nie wiedziano bowiem że tam największa była wrzawa przeciw przybyszom i stek plotek najniedorzeczniejszych... Po objedzie tedy zaszły powozy i w towarzystwie Stanisława i plenipotenta wyjechali państwo Balowie. Podsędek który miał doskonałych szpiegów, a srodze był dotknięty tem że Zakale zaćmi splendory Dębna, postanowił otwarcie wojnę rozpocząć i umyślnie z domu wyjechał żeby go nie zastano. Nadaremnie więc przebywszy kawał najniegodziwszej drogi, trzeba się było od ganku zawrócić, bo i pokoje zamknięto. Ztamtąd na przełaj jeszcze gorszą drożyną nie tak daleko było do Burek gdzie mieszkali Dankiewiczowie, pojechano do nich.
Nie lepsze było usposobienie obojga państwa Dankiewiczów, ale oni plotki dotąd za plotki biorąc, a mając to w zysku, że Zakale strąciło Dębno z wysokości, gotowi byli na przekór podsędkowstwu i przyjąć państwo Balów i rozpocząć z niemi stosunki. Sam pan nawet po cichu osnuł był sobie projekcik pożyczenia pieniędzy, który dojrzewał w jego głowie, ciągle niespokojnej niedostatkiem.
Najniespodzianiej jednak wpadli odwiedzający na chwilę w której żadnaby gospodyni rada gościom nie była; pokoje od dawna potrzebowały restauracji, zbierano się na to długo i spodziewając teraz państwa z Zakala, wzięto się do podłóg, do tynków i. t. p. Wszystkie meble stały w ganku, w sieni, całe domostwo przewrócone było do góry nogami. Widok karety i koczyka w alei do rozpaczy przyprowadził panią Dankiewiczową która dostała mdłości, mężowi odnowił się gwałtownie tyk w twarzy bolesny, słudzy poszaleli.
— O Boże! zawołała z domu Kościńska, na cóżem dożyła tej chwili!
— Jejmość, kochanie! zawołał mąż pocieszając ją, a sam drżąc także, tu trzeba rady a prędkiej... nie ma nic tak okropnego, wszyscy wiedzą że się dom kiedyś poprawić musi.
— Na cóż trafili na ten moment! na co trafili! co ja tu poradzę!
— Do jadalnej sali! do sali jadalnej! nie ma ratunku! krzyczał pan Dankiewicz.
Ale i w sali nie było lepiej, bo krzesła sięgały sufitu jak olbrzymy szturmujące do nieba, na stole leżeli do góry brzuchami wszyscy przodkowie Kościńskich, a w kącie ścisnęły się parawaniki i serwantki oblężone dwoma kanapami...
Wśród powszechnego popłochu zajechała kareta, wyszedł łamiąc ręce gospodarz, sama pani porządkowała jadalnią, szczęściem Balowie jako ludzie dobrego wychowania umieli zaraz wyprowadzić gospodarzy z kłopotu.
Na widok dobrodusznego uśmiechu pani i Lizi, wstąpiła otucha w serce gospodyni, wszyscy się jakoś rozgościli, i rozmowa ożywiona samym wypadkiem, poszła jak po maśle.
Gospodarzowi tylko jego drganie w twarzy przeszkadzało do podzielania jej z innemi, zajął się więc częścią ekonomiczną i pilnował podania herbaty.
Ochłonąwszy z pierwszego strachu gospodyni, poważnie i z pewną przesadą jęła zabawiać panią Balową, wzdychając ciągle nad tem że tak się to nieszczęśliwie złożyło... Portrety które zdejmowano ze stołu, były dla niej wyśmienitym powodem do wzmianki o Kościńskich... Pan Bal z wielką uwagą słuchał anegdot o dowcipnym pułkowniku stryju pani, który na mil trzydzieści uchodził dawniej za największego żartownisia, chociaż żarty jego nie tyle na dowcipie jak na mistyfikacji polegały; potem o kanoniku, który był bardzo świętobliwym człowiekiem, o łowczym... i t. p.
Nie spodziewała się gospodyni, żeby jej poszło tak łatwo jak zwykle idzie z ludźmi dobrze wychowanemi a dobrego serca, którzy widzą tylko to, co widzieć powinni, mówią co można, a czynią co potrzeba... Sąsiedzi nie przyzwyczaili jej do tak łatwych stosunków: dziwiła się i powoli rozweselała.
— To dobrzy ludzie! i nic nie dumni! mówiła w duchu, a tacy jacyś nie trudni! a tak grzeczni!
Dankiewicz rad był także, że pan Bal nie wzgardził jego lekkim węgrzynkiem i wypił go aż trzy kieliszki... słowem odwiedziny poczęte pod tak złą wróżbą ukończyły się powszechnem zadowoleniem.
Jednym zamachem Bal chciał odwiedzić Zmorę, i żonę odprawiwszy do domu, wprost ruszył z synem i Parcińskim do Brogów.
Nie będziemy opisywali tych odwiedzin, które czytelnik łatwo odgadnie, bo starając się o pannę, któż ojca nie przyjmuje jak umie najserdeczniej? Tu elegancja, występ, okazanie zamożności, rządu, ładu i wszystkiego czego może właśnie brakło, miano głównie na celu. Człowiek zawsze chce się popisać z tem czego nie ma. Voltaire najwięcej cenił swoję nieznajomość matematyki i popisywał się z nią na wyprzódki z panią du Chatelet.
Późną już nocą wyjechali z Brogów z kozakiem który wiózł przodem kaganiec, choć pan Bal bardzo się od tej grzeczności wymawiał.
— Nie prawdaż, rzekł do Parcińskiego w drodze, choć to pan rzadko komu dasz dobre słowo i ostro sądzisz, wszak pan Teofil miły i gruntownie poczciwy człowiek!
Uśmiechnął się biedny Ezop.
— Mam obowiązek mówić prawdę, odpowiedział kiwając głową, tu może więcej niż kiedy. Miłym jest gdy chce, a poczciwym gdy mu to nie przeszkadza do niczego.
— Nikomu nie darujesz, widzę.
— Znamy pana Teofila od dzieciństwa, zestarzał się między nami; w interesie (a wielu ich się dotykałem) jest ostry i niebardzo dobierający środków, panuje nad sobą jak nie wielu, serca za trzy grosze, duma ogromna, chciwość wielka!
— Nie żałujesz farby!
— Chciałeś pan prawdy.
— Ale nie dałżeś mi tylko pan karykatury za portret?
— Spytaj pan innych. Jest to uczeń wuja hrabiego Sulimowskiego!
— A! śmiałżebyś i na niego co powiedzieć? to najgodniejszy z ludzi!
Uśmiechnął się znowu plenipotent.
— Chcesz pan posłuchać historji? spytał.
— Chętnie bardzo.
— A więc proszę o chwilę uwagi.






ROZDZIAŁ VI.

Historja podstolego i zaczepka o dyferencją.

— Był to sobie niedawno, gdyż sądzę że już mu pan Bóg dał niebo, możny bardzo obywatel w chełmskiej ziemi, jak to ją zwano przed laty, nazwę go podstolim...
Tak rozpoczął Parciński, a Stanisław mimowolnie wzdrygnąwszy, powtórzył głosem wzruszonym — podstoli?
— Tak, był to jego tytuł, dodał plenipotent, człek jakich mało, ale nie do dzisiejszych stworzony czasów... Dusza wielkiego chrześcjańskiego uczucia pełna, wiary w ludzi i świat aż do zbytku, pojęcie swych obowiązków, nawet takich które nie u każdego na to imię zasługują, niekiedy przesadzone; w dodatku odważny w młodości, na starość nieopatrzny, krew gorąca w żyłach, w sercu kipiątek... do szabli i do worka ręka zawsze gotowa.
Takim go jeszcze pamiętają wszyscy co go znali. Że to był człowiek majętny, jedną tylko mający córkę, dom trzymał otwarty, gościnny, i ani się opatrzył jak dobrze fortunki nadszastał, wstyd mu było się cofnąć jakoś z zajętego stanowiska, córkę wydał nie bogato, począł się oszczędzać po cichu, ale nie zmienił trybu życia.
Człowiek ten taką miłość u ludzi, tak powszechny zjednał sobie szacunek, że nie było sprawy, sporu, trudności, którejby nie rozsądzał, którejby u niego nie zapijano i nie zajadano. Nieprzyjaciół cale nie miał... ale któż może powiedzieć że ma przyjaciół?
Podstoli zestarzał tak wśród szału życia jakiego już dziś nie widać, nie wiem czy prócz godziny spędzonej w kaplicy miał czas kiedy myśl zebrać i rozmierzyć ścieżkę którą szedł... Drzwi się nie zamykały od rana do wieczora, goście płynęli, a jeśli dnia którego ich jakim wypadkiem zabrakło, podstoli okręcał się sutym pasem i nie mogąc już znieść samotności, jechał w sąsiedztwo.
Wydawszy córkę, nadtraciwszy majątku, nie umiał się powściągnąć; — ludziom owych czasów koniecznie potrzeba było czynnego życia, tworzyli je sobie z czego mogli.
Córka podstolego po trzyletniem pożyciu, poprzedzając męża do grobu o rok, umarła, starzec odchorował śmiertelnie te straty i nie powstał, aż mu poczciwy kanonik D... jego przyjaciel przyniósł na ręku pozostałą wnuczkę sierotę. Łzy które mu z oczów wytrysły i uczucie obowiązku, przywołały go do życia.
Powstał z łoża i pierwszy raz może pomyślał o pracy, o dźwignieniu majątku, o interesach... W takiej to chwili krewny podstolego przez żonę, która była rodzoną siostrą jego, przybył do szwagra... Łatwo odgadnąć że to był hrabia Sulimowski. Scenę którą opiszę, mam od naocznego świadka, poczęła się ona od użaleń, od uścisków, od serdeczności największych, starzec który sądził że jego nieszczęście przywabiło szwagra, rozpłakał się z rozczulenia.
Jeszcze te łzy nie oschły, gdy gość powstał i odezwał się że miał maleńki interesik.
— Cóż to tam takiego? spytał podstoli obojętnie, sądząc że wzywają go znowu aby przewodniczył...
— Chciałem spytać pana podstolego, rzekł naiwnie hrabia, czy nie masz jakiego dowodu w swoim archiwum, że posag mojej żonie został wypłacony.
Stary w początku nie zrozumiał.
— Jakto? rzekł, alboż jest kwestja o to?
— Tak dalece kwestja, odparł hrabia, że ja pewien jestem że nie odebrałem go.
Podstoli osłupiał: w istocie posag ten zaraz po ślubie w gotówce oddany został, ale pokwitowanie z niego odłożono; intercyza zaś świadczyła że tyle a tyle było naznaczono... a nic nie dowodziło iż tę kwotę oddano.
— Mój Janie! rzekł podstoli, wszakci to całemu światu wiadomo, że dwakroć wzięliście gotowizną pod poduszkę.
— I ja temu nie przeczę, odparł hrabia, ale to był dar rodziców, nie posag. Gdyby to była suma posagowa, żona moja byłaby z niej kwitowała w mojej asystencji, a jabym był ewinkował na majątku.
Podstoli słowa nie rzekł, wejrzeniem wzgardy tylko pożegnał przybysza i odszedł.
— To być nie może! krzyknął pan Bal.
— Ja tę historją już słyszałem, poparł Stanisław... i mogę ręczyć że tak było.
— Ale to niegodziwość!
— Pozwól mi pan dokończyć, hrabia napróżno chciał po swojemu, z uśmiechem dobrodusznym wmówić podstolemu, że ma słuszność za sobą, gdyż metodą jego zawsze jest tak robić złe, jakby w sumieniu był przekonany, iż świętą pełni cnotę. Rozpoczął się tedy proces. Podstoli miał przyjaciół i poprzysiągł nie ustąpić: szło tu o ostatek mienia, o posag wnuczki, której ojciec własny nic nie zostawił. Hrabia znał prawo na palcach, na procesach zjadł zęby, płacił, nudził, a niewinniejszych sędziów otumaniał grając doskonale skrzywdzonego rolę. Ciągnęła się ta sprawa lat kilka, w końcu osądzono, żeby podstoli posag siostrze wypłacił.
Apelowały obie strony, podstoli od dekretu, hrabia, że mu nie przysądzono procentów; w drugiej instancji padł wyrok dla hrabiego, zabrano podstolemu nietylko majątki, ale zlicytowano ruchomości. Starzec dumnie wzgardził teraz wszelką powolnością szwagra i z sierotą wnuczką uciekł bez grosza prawie do Warszawy.
— Gdzie umarł, rzekł Stanisław z westchnieniem.
— Jakże ty to wiesz? spytał kupiec.
— Stał w kamienicy naprzeciw naszej i w niej skończył, rzekł syn.
— A wnuczka?
— Poszła służyć, jest teraz u Krombachów przy dzieciach nauczycielką. Mogę zaręczyć, że pan Parciński nic nie dodał, wiele ujął jeszcze, słyszałem tę historją nie z ust panny Konstancji, która mi o tem nie wspomniała, ale od najlepiej uwiadomionych ludzi.
Pau Bal się ponuro zamyślił.
— Ha! rzekł, jeśli to prawda? człowiek niebezpieczny! Ale jakże mógł mi się wydać tak dobrodusznym, tak uczciwym i szlachetnym przy sprzedaży!
— O! to były zastawione sidła, w które pan wpadłeś zbytkiem szlachetności.
— Ja tu jednak nie widzę, dotknięty trochę rzekł kupiec, w czem mnie mogli złapać?
— Najprzód na cenie majątku, która jest ogromnie przesadzoną, powtóre, wystawując panu Zakale jako złote jabłko, gdy w istocie kwaśna to dziczka! Reszta powoli przyjdzie.
Pan Bal był tak uderzony tem co usłyszał, że pozostał milczący i zamyślony aż do domu, a Stanisław ujrzawszy jego twarz, gdy weszli do pokoju, uczuł się o niego niespokojnym.
Milczenie kupca było nienaturalne, wzdychał, wstrząsał się i widocznie cierpiał w głębi. Walczył z sobą i nie umiał jeszcze ani się poddać rzeczywistości, ani utrzymać w złudzeniu. O! ciężko to zawsze człowiek przypłacić musi wszelką wiarę, z której go odziera nielitościwe doświadczenie, ciężko wyrwać z tego spokojnego posłania, które sobie marzeniem przygotowujemy.
W milczeniu chodził po pokoju zamyślony i usiłował jeszcze wmówić w siebie, że wszystko to o czem go przekonywał Parciński, było zmyśleniem, potwarzą tylko, przesadzoną pogłoską, puszczoną przez nieprzyjaciół, gdy mu oznajmiono, że ktoś z pilnym interesem chce się z nim widzieć.
— Któż to taki? zapytał niespokojny odwracając się do Parcińskiego, chciej pan zobaczyć... ja tak jestem... zmęczony.
Po krótkiej chwili powrócił plenipotent.
— Jest to pan Hubka, dziś sąsiad pański podobno, a niedawno jeszcze komisarz i plenipotent Radziwiłłowski; powiada że osobiście chce się widzieć z panem, ale to nic innego tylko sprawa o dyferencją w lesie. Wiem, że rzucając interesy książąt zobowiązał się ten jeszcze ukończyć, zapewne więc przybył w tym celu.
— E! to dzieciństwo! rzekł Bal, rzecz mała!
— Mała! z zadziwieniem spoglądając na niego odparł plenipotent; mnie się zdaje ogromną owszem... kawał ten lasu.
— Kilka, czy kilkanaście morgów.
— Kilkadziesiąt włók i to najpiękniejszego, to może wartać jakie parę kroć sto tysięcy, bo las nietknięty oddawna.
Bal zdziwiony już u drzwi się wstrzymał.
— Byćże to może?
— Tak jest.
— Ale prawo za mną! dodał żywo.
Parciński ruszył ramionami tylko, uśmiechnął się i dodał:
— Nie wiem, czy prawo za panem lub nie, to pewna, że interes ten można zrobić z panem Hubką pieniędzmi.
Bal się oburzył.
— Zmiłuj się pan! możesz-że mi radzić, żebym komuś pełnomocnika podkupywał?
— Ja nic nie radzę, bo sam podkupićbym się nie dał, to pewna, ale wiem o kim mówię i jak się tu u nas dzieje.
— Jakto! na wsi! na wsi! w tym przytułku cnót starych, prostoty i szczerości?
— Gnieździ się dziś niestety wiele brudów, dodał Parciński, ale chodźmy do pana Hubki, zobaczymy.
To mówiąc, pospieszyli do salonu, gdzie na nich gruby i okazały, spasły na cudzym chlebie oczekiwał pan Hubka. Przywitanie było chłodne; humor jednak przybyłego wesoły, śmiech zwykły mu z podwójnym hałasem rozlegał się co chwila; gospodarz siedział jak na szpilkach, nic nie wspominając o interesie, którego niby się nie domyślał, plik jednak papierów za frakiem sąsiada oznajmywał, że niedawno przybył i czekał na pana Bala. Zdawało się, że Parciński mu przeszkadzał, bo się kilkakroć zażywając tabaki na niego oglądał, jakby go chciał odprawić. Widząc to plenipotent zszedł z oczów na chwilę, a Hubka natychmiast z oddalenia się jego korzystał.
— Cha! cha! rzekł macając się po bokach i dobywając z kolei tabakierki, chustki, okularów, papierów nareszcie, mam tu do Waćpana dobrodzieja maleńki interesik.
Pan Bal, który już trochę wiedział co to są interesiki i poczynał gorzej się ich lękać niż wielkich interesów, zadrżał i w milczeniu jak skazany skłonił głowę.
— Trzeba tedy panu dobrodziejowi wiedzieć, że chociaż mi Pan Bóg dał kawałek chleba własnego, a teraz i wioseczkę...
— Wiem panie dobrodzieju!
— Jednakże trzymałem się pańskiej klamki lat kilkanaście. Teraz to się już pod starość odpocząć zachciało i swojego chleba skosztować. Książęta Radziwiłłowie, których interesami czas jakiś zabawiałem się, polecili mi tu jeszcze jeden maleńki do załatwienia.
— Z Zakalem?
— Tak jest! cha! cha! z Zakalem! maleńki... Panu dobrodziejowi zapewnie wiadoma już dyferencja w lesie, rozciągająca się klinem długim od Nowin prawie do samej Ciemiernej.
— Wiem, ale to mała rzecz, rzekł Bal.
— Ta, jak komu! rozśmiał się Hubka; ale to lasu kawał pyszny, a siekiera w nim od niepamiętnych czasów nie postała. Szlachecka fortunka, mości dobrodzieju! tak, tak.
— Bardzobym i ja rad o tę dyferencją z książętami ostatecznie ukończyć, rzekł kupiec.
— Właśnie do tego jestem upoważniony, kładąc na nos okulary dodał Hubka i rozłożył plik papierów, które przerzucać zaczął szukając planiku. Otóż jeśli mi pan dobrodziej łaskawego pozwolisz ucha, moglibyśmy kwestją rozpoznać, rozpatrzeć, a potem coś postanowić...
— Najchętniej.
— Cha! cha! rzecz się tak ma: Oto planik dyferencji... Na samej granicy dzisiejszej pańskiej używalności są jeszcze stare doły i ślady, że tamtędy szła niegdyś prawdziwa granica Zakala. Jak się las kończy, aż po rzekę, gdzie dziś wioska pańska Ciemierna, było niezawodnie gruntem Radziwiłłowskim.
— Jakto panie? jakże to być może? zawołał Bal zmieszany.
— Cha! cha! o chwilkę obliguję. Rzecz się tak ma: Kniaź Szujski Teodor, ówczesny dziedzic Zakala, był to człowiek bardzo gwałtowny, w dobrach książąt nigdy nikt nie mieszkał, a Szujszczyzna rozciągała się wówczas za miasteczko, które do niej należało. Przy kniaziu Teodorze była siła... Obawiali go się wszyscy, bo po prostu wieszał na sosnach kto mu bruździł, a nikt go zapozwać nie śmiał nawet. Ten tedy, cha! cha! kniaź Teodor zajął pierwszy jure caduco kawał Radziwiłłowszczyzny, kopce nowe posypał, dęby i sosny rubieżne z krzyżami porąbać i popalić kazał, a na gruntach cudzych wieś Ciemierną założył... Książęta Radziwiłłowie zanosili ciągle manifesta de violentia, ale póki kniaź Teodor żyw był, ani mu kto śmiał w oczy zajrzeć. Dopiero po jego śmierci, choć to jeszcze dawność była nie zaszła, rozpoczęły się wizje na gruncie i sprawa, ale ta po dziśdzień się ciągnęła.
— Jakto? przerwał pan Bal, więc panowie nietylko lasu ale i gruntu na którym Ciemierna stoi, dopominać się myślicie?
— A tak jest! cha! cha! odparł pan Hubka... Rzecz w istocie tak się ma.
Kupiec ruszył ramionami.
— Zresztą co się tycze wioski, brzegu i kawałka zarośli, książęta nie będą przy tem stali, dodał plenipotent, ale co się tycze lasu.
— Mnie sprzedając podano całą dyferencją jako słusznie należącą do Zakala.
— Cha! cha! to się to podaje, a na gruncie inaczej się rzecz ma, odparł swoje ulubione powtarzając wyrażenia pan Hubka.
— Pozwól mi pan wezwać tu rady i światła mojego plenipotenta i przyjaciela pana Parcińskiego, rzekł po chwili namysłu Bal, ja za mało znam i majątek i procedurę tutejszą.
— Wola pańska! cha! cha! choć możebyśmy się bez pomocników obeszli, krzywiąc się dodał Hubka, rzecz jasna, pogadalibyśmy i kwita.
— Pośrednik nigdy nie zaszkodzi, rzekł z uśmiechem na ustach ale trwogą w duszy o wioskę i las pan Bal i wyleciał naprzeciw do Stanisława. Tu zastał Parcińskiego na prędce przebiegającego okiem mapę, dokumenta i starającego się oswoić z nową kwestją.
— Aj! bieda! ratuj dobrodzieju! krzyknął kupiec na progu łamiąc ręce.
— No! a co tam?
— Wszak wiesz co mi śpiewają! Chcą całej dyferencji i Ciemiernej w dodatku...
— No! no! nie ma się czego obawiać! przynajmniej o wioskę! odparł Parciński. Dawniej nieco o tem wiedziałem, teraz przebiegłem okiem papiery — poradzimy, pomówim... zostaw nas pan tylko samych, a jeśliś ciekawy lub niespokojny, możesz z drugiego pokoju posłuchać.
— Dobrze, ustępuję chętnie, pójdę do mojej żony, panowie układajcie się, byle mi ten nowy niepokój jak najprędzej spadł z głowy.
Parciński chwyciwszy papiery ze stołu, uśmiechając się, wszedł do pokoju w którym nań oczekiwał dumny komisarz Radziwiłłowski. Nowe położenie jego nie dozwalało mu zbyt poufale zbliżyć się do ubogiego jakim był pan Tomasz człowieka, którym słusznie czy nie wszyscy pomiatali. Nadął się więc, ręce w kieszenie powkładał, minę stosowną przybrał i od niechcenia rzuciwszy nań okiem zapytał:
— A co panie Tomaszu, jak myślisz, co będzie z dyferencją?
— Co ma być? odstąpicie nam ją całą, rzekł plenipotent, kopce posypiem, upijem się i podpiszemy rozgraniczenie.
— O! o! jak to Waćpan szparko i dzielnie te rzeczy robisz! Cha! cha! żart na bok, co tu mówić długo! Dyferencja dobrze to wiecie należy do nas... nie ma co darmo się durzyć. Podziękujecie jeszcze jak wam zostawiam Ciemierne... Wszak zapewnie wiesz gdzie szła stara granica?
— A wiem! zawołał Parciński wesoło, zajmowała ona aż wioskę Radziwiłłowską Zamulanie: książę Mikołaj Krzysztof czy Krzysztof Mikołaj gwałtownie zajął Szujskim lasy ich, a Fedor oddał za swoje i zniszczywszy ślady gwałtu przywrócił co nam należało.
— E! to Waćpan te rzeczy tak bierzesz? ale ba! zobaczym co się okaże na gruncie, rzekł Hubka. O księciu Mikołaju Krzysztofie to bajka.
— Tak jak o zaborach kniazia Fedora...
— Ciemierna stoi na naszym gruncie.
— A Zamulanie na naszym...
— No! to się nigdy nie porozumiemy, westchnął dobywając papieru z kieszeni Hubka, rzucił okiem szyderskiem na Parcińskiego i podał mu jakieś pismo; chyba Waćpan to przeczytaj...
Plenipotent rzucił okiem i pobladł.
— Jakto! zawołał, był układ z Sulimowskim?
— A widzisz Waćpan że był! — uśmiechając się rzekł Hubka — ot! jak rzeczy stoją.... a co teraz pan powiesz?
Parciński usta zaciął.
— Czemuż granica nie przeprowadzona, linja nie wycięta, dokument nie aktykowany?
— Dobra wiara! dobra wiara! — rzekł zimno Hubka — tak stoją rzeczy! pan Bal wchodził w prawa i zobowiązania się hrabiego Sulimowskiego, a zatem dopełni nam co tamten przyrzekł...
— A jakby nie uczynił tego?
— Pójdziemy do sądów!
— No! to pójdziemy do sądów! — zimno oddając papier, niezmięszany rzekł Parciński — niech i tak będzie.
— Tak pan mówisz?
— A cóż mam powiedzieć?
Zamilkli oba, pan Bal niecierpliwy wsunął się po cichu.
— A co? spytał trwożliwie.
— Pan Tomasz, odezwał się Hubka wstając i zmieniając głos i postawę na pokorniejsze, straszy mnie sądem.
— Za cóż pan Piotr straszy mnie jakimś świstkiem? odparł plenipotent.
— Świstek! tak rzeczy stoją! świstek! obruszył się ex-komisarz, niech no pan przeczyta, to formalna komplanacja, ze świadkami.
— Czemuż-o niej nie ma wzmianki w naszej tranzakcji? spytał pan Tomasz.
— Dobra wiara! dobra wiara! ale to się spełnić powinno! szepnął Hubka. Bal spojrzał na Parcińskiego nic nie rozumiejąc. Co to jest? zapytał cicho, poglądając na papier, który trzymał w ręku.
— Nowy jakiś podstęp na pańską krzywdę — rzekł plenipotent: pokazuje się z tego, że rokiem przed sprzedażą hrabia Sulimowski zrobił układ o nową dyferencją, ustępując jej całkowicie Radziwiłłom... Wszak o tem panu nic nie wspominał?
— Ani słowa! musiał zapomnieć.
Parciński parsknął śmiechem, a Hubka począł mu wtórować, aż się pan Bal zawstydził.
— Juściż wątpię, dodał, żeby chciał mnie tak podejść, nie spodziewam się by to było w jego charakterze... nadto go szacuję.
— Che! che! tak stoją rzeczy! szepnął Hubka.
— Przeciwko tej konplanacji iść musimy — dodał Parciński.
— Mnie się zdaje, czy nie napisaćby dla objaśnienia się do hrabiego? zapytał trwożliwie kupiec.
— Cha! cha! cha! jużci się podpisu nie zaprze, a wreszcie są świadkowie... urażony trochę dodał Hubka.
Chwila milczenia i namysłu ciężka do przetrwania i długa, przeleciała w ciszy złowrogiej; Hubka tylko sapał, zażywając tabakę i marszczył się.
— No cóż tedy będzie? zapytał.
Bal spojrzał na plenipotenta; Parciński wziął pod rękę sąsiada, chociaż ten nie zdawał się zbytnie rad tej jego poufałości.
— Panie Piotrze, rzekł mu na ucho, ten interes trzeba kończyć po sąsiedzku i po obywatelsku. Konplanacja hrabi Sulimowskiego jest świeżo zrobiona... nas w kaszy nie zjecie; jeśli po ludzku gadać myślisz, możemy to dogodnie i dla pana (przycisnął) i dla książąt załatwić, jeżeli inaczej pójdzie... to się i śledztw i sądu i przysiąg nie zlękniemy.
Hubka wyrwał się Parcińskiemu i pobiegł do pana Bala.
— Jabym chciał z panem dobrodziejom samym mieć do czynienia — rzekł grzecznie — pan Tomasz... nam bruździ...
Parciński ledwie miał czas mrugnąć na Bala, żeby do niego odesłał znowu natarczywego plenipotenta.
— Panie dobrodzieju! grzecznie kłaniając się rzekł gospodarz, darujesz mi że sam z nim sprawy tej traktować nie będę; nie dosyć jeszcze znam miejscowości, stosunki... okolicę, własne prawa, uproszony odemnie pan Parciński...
— Otóż widzisz panie Piotrze, zawołał Tomasz, że musisz zemną się zostać, porwał go znów pod rękę. Zabieraj papiery, herbatę i wino nam przyszlą do mego pokoju, pójdziemy kończyć na osobności.
Opierał się trochę chcąc swą obywatelską świeżą jeszcze godność utrzymać pan Piotr, ale Parciński gwałtem go prawie śmiejąc się za sobą pociągnął.






ROZDZIAŁ VII.

Listy z Warszawy i list z Borków.

Oddalenie często jest najsilniejszym sprzymierzeńcem poczynającego się przywiązania, tak jak zbliżenie się do ideału, długiem wypieszczonego marzeniem, rozkrwawia serce i ustudza miłość... Uczucie to niezbadane, kapryśne, które tak dobrze Grecy na swój czas uosobili w postaci amorka, dzieciny, ma wszystkie piętna wieku który je wyobrażał. Goni i ucieka, tęskni i odwraca się na pozór bezprzyczynnie, w rzeczy jednak wedle pewnych praw stałych, które leżą w głębi najpłochliwszej czynności. Świat dzisiejszy wielce od dawnego postarzał i wtem i w wielu innych rzeczach. Znalazły się teorje na wszystko, na magnetyzm i na miłość, na kształcenie się gradu i kłótni kochanków; ale w praktyce stara to historja tysiącoletnia, jedna i taż sama od wieków! Mimo widocznego postępu, w poznaniu siebie ludzkość zastosować go jeszcze nie potrafiła do praktyki życia; postęp idzie zdaje się równolegle od rzeczywistości, nigdy nie przeskakując ze sfery myśli do sfery żywota czynnego.
Spytasz mnie może czytelniku, dla czego cię tem nudzę? niestety! odpowiedź byłaby trudna. Nie mamyż prawa przeplatać opowiadania swojego tem co myśl z niego wysnuje i nastręczy? Przypuśćmy żebym pisał powieść historyczną... do iluż to ustępów podobnych nabyłbym większego jeszcze prawa? A zatem nie gniewać się za tych słów kilka, ale jeszcze pokornie, podziękować należy, że ich tylko tyle.
Ale o czemże mówiliśmy?
A! wszakci o miłości, oddaleniu, dziwactwie tego uczucia, teorjach i życiu... Wierzcie mi, nie przyszło to bez obejrzenia się na powieść naszą. Oto właśnie dzień znowu pocztowy, którego otwarcie z utęsknieniem oczekują wszyscy, sam pan Bal tylko nie przyznaje się żeby za nim bardzo wzdychał. A jednak chwycił listy, pożarł je szybko, rozgrzał się niemi widocznie, rozdarł koperty gazet i brnie w doniesieniach Kurjerka przedstawujących mu żywo Warszawę, po której trochę smutku i żalu mu zostało... W początku udawał nawet obojętność na listy i doniesienia z rodzinnego miasta, niekiedy przychodziło do tego, że pół godziny zostawiał korespondencje nierozpieczętowane, żeby dowieść jak go niewiele obchodzą, a gromił żonę, córkę i syna za ich chciwą niespokojność nowin, teraz już sam nie może wytrwać by nie zasiadł zaraz do poczty, a trafia się że kilka razy spyta o nie nim przyjdzie.
Lizia, biedna wesoła i trzpiotowata Lizia, jakże uwiędła na wsi, jak zawiedziona posmutniała. Jestli to tylko odczarowanie czy innego rodzaju uczucie? Na oczy tak jasne i błyszczące nieraz się zjawia łza tajemna, której nikomu się nie zwierza, a wieczorem ile westchnień po Bielańskiej ulicy! Nawet ojciec postrzegł już że Lizia jest wcale inną, że ją nic nie bawi, nic nie zaciekawia, że poczty tylko oczekuje, choć z niej listów nie odbiera... Postrzegła matka tęsknotę, dziwi się jej, a że to uczucie zbliża ją do niej, czulszą się jeszcze stała dla córki.
Smutne to położenie biednej Lizi, która kocha może, niemogąc się ani przyznać do tego, ani zwierzyć nikomu... przed którą miłość ciągnie się szarym pasem daleko bez końca, jak droga w stepie, pusta i milcząca... Czasem zniecierpliwi się, oburzy i powie sobie: Nie! ja nie kocham! ja go kochać nie mogę! Toby była śmieszność! On nigdy nie będzie się śmiał zbliżyć do mnie, ja ku niemu nie pójdę, dzielą nas żelazne podwoje nieprzełamane... ojciec by nie pozwolił na to nigdy... To dzieciństwo! I wkrótce szepcze dziwaczna, słuchając bicia swego serca.
— Biedny chłopiec! Tak wielkie, cierpliwe, milczące i bez nadziei przywiązanie, nie zasługujeż choćby na trochę litości? miejmy litość, tem bardziej że sobie mamy trochę do wyrzucenia... Ten jego dziennik zawrócił mi głowę; po cóż było czytać dziennik cudzy, bez pozwolenia wyciągać go z torebki zamkniętej? Pan Bóg skarał za niepotrzebną ciekawość. Biedny chłopiec, jak on się tam nudzić musi na tej pustej Bielańskiej ulicy. Bardzo mi go żal! Ale czy wytrwa? O! przyznam się, gdyby mi znowu wpadł jakim przypadkiem dziennik jego w ręce... gdybym w nim wyczytała że się zmienił, że zapomniał...
Lizia domawiając tych słów, wstawała zaczerwieniona, a twarz jej rozgniewana dokończała, co nie dopowiedziały usta.
Stanisław chwyciwszy swoje listy pobiegł i zamknął się w swoim pokoju... długo tam siedział, marzył i już po trzy razy odczytał list Konstancji, gdy Lizia, która się spodziewała, że Strumisz do niego pisać musiał, weszła niby przypadkiem do brata. Na widok tego niespodziewanego gościa, Stanisław szybko schował list Konstancji i z za łez niedojrzałych jeszcze, w których mu oczy pływały, uśmiechnął się do siostry.
— Co ci piszą z Warszawy? spytała Lizia zręcznie tak poczynając zdaleka.
— Z Warszawy? a! z Warszawy, powtórzył przychodząc do przytomności Staś; zdaje mi się, że coś tam tak być musi jak na wsi, nikt nic nowego nie donosi, jedno i jedno.
— Nudni ludzie! ruszając ramionami, odparła Lizia, to pewno ten nieznośny Strumisz polenił się nawet napisać...
— O! uśmiechając się rzekł Stanisław, list jego aż nadto długi!
— Nadto? podchwyciła Lizia, i ty to mówisz?
— Jeszczem go nawet nie przeczytał.
— Nieznośny też z ciebie flegmatyk, nie mógłbyś mi go pokazać? Ojciec zagarnął wszystkie gazety, mama listy, aż mnie trochę żal i złość wzięła, że do mnie nic nie ma... muszę choć list tego nudnego twego Strumisza przeczytać.
— Ale nie wiele się z niego dowiesz myślę, rzekł Staś wyciągając jej ledwie rozpieczętowaną kopertę, musi pisać o handlu, o sobie...
— To nic nie szkodzi, chce mi się czytać — daj! To mówiąc Lizia, niby obojętnie pochwyciła list Strumisza, powoli wyszła z pokoju i biegiem poleciała do siebie. A serce jej biło.
Tymczasem Stanisław czwarty raz czytał list Konstancji.
— „Smuci mnie doprawdy, że wieś tak złe na panu robi wrażenie. Jak też to ktoś słusznie powiedział, że wszystko nosimy w sobie...
„Świat jest tylko ramą, na którą nabijamy płótno przez nas malowane. Czarny dla jednych, dla drugich różowy; jakim jest rzeczywiście, to Bóg wie tylko jeden, w koło którego korony schodzą się wszystkich barw promienie w wielką nieśmiertelną aureolę jasności!
„A! przepraszam, cóż za wysmażony aforyzm mi się wyśliznął, na Boga zaklinam, nie posądź mnie pan o jakie pretensje do literatury i stylu! ja tak literatek nie lubię. Na co nam żyć papierem, gdy możemy sercem? Jak widzisz pan, łapię się nieustannie na nieznośnem dogmatyzowaniu. Dosyć tego, przejdźmy do miasta naszego, o którem chcesz wiedzieć stroskany mój wieśniaku...
„Miasto jak kociołek, pod który kucharka ogień podłoży, wre i gotuje się nowem życiem, życiem zimowem. To jego pora, to jego młodość! Zewsząd wpływają weń nowe żywioły, nowy ruch, nowi ludzie... ulice pełne wrzawy, teatr pełen świateł, muzyka leje się i rozlewa aż na ulice... chcemy się bawić i być weseli. Co pouciekało z miasta do wód, na wieś, powraca teraz odświeżone, odmłodzone, stęsknione za swojem ogniskiem; co w niem nigdy nie było, przylatuje tu także skosztować, napić się, lub chociażby popatrzeć zdaleka.
„W ogólności dzielą się tu ludzie na dwie klasy, tych co używają i tych co im zazdroszczą. Miarkuj pan sobie, że i ja... i ja czasem się łapię na tym grzechu. Chwilka zapomnienia, radości, taka to droga i rzadka rzecz, że może niewinnie jej zażądać nie należy do siedmiu głównych?
„Dość powiedziałam panu, przyznając się że zazdroszczę, bo kto zazdrości ten nie ma... ja się nie bawię, ja tęsknię za tem właśnie co pana trapi i niecierpliwi. Za szumem lasów zimowym, za głuchą ciszą, za jakimś domkiem w pustem polesiu, na którego kominku paliłby się ogień olchowy, a około niego kółkiem siedzieliby... O! ci, których już nie ma na świecie! poczciwy dziaduniu mój i kilka cieniów przeszłości niezapomnianej nigdy! Jak tam musi być dobrze w spokojnem Zakalu, w którem się tak państwo męczycie!
„Znowu mi pan wymawiać będziesz, że nic mu nie piszę o mieście! Doprawdy! doprawdy nie mogę! Powinnibyśmy się pomieniać, pan byś mi pisał o mieście, ja panu o wsi, możeby to nas pogodziło z niemi? Wracam do pierwszego założenia, że świat takim się nam wydaje, jak my patrzym na niego. Rozważ to pan dobrze. Zdaje mi się, że i cała tajemnica szczęścia ludzkiego w tem się zdaniu zawiera, trzeba jej tylko dobrze w niem poszukać.
„Krombachowie całą rodziną zdrowi i weseli, codzień się więcej przywiązuję do nich, zacni, poczciwi ludzie! Nie wiele jest doprawdy tak silnie złączonych familij, któreby potrafiły ciągłemi ofiarami, nie pokazując ich po sobie, wyżyć tuż przy sobie i ważyć pogodnie a szczęśliwie. Patrzę na to, uczę się i szanuję tych ludzi! Co za słodycz charakteru, co za przywyknienie do poświęceń! Wszyscy a wszyscy pięknie się panu kłaniają; wielu tu i często pytają o państwa. Różne dochodzą nas wieści... wiele w nich przesady. Mówią już u nas, że pan Bal kupił zamek na lodzie, który się rozpłynął nim do niego dojechał. Pytałeś mnie pan o starego Zrębskiego, dowiadywałam się, kupił wioseczkę w Płockiem i wyniósł się z Warszawy.
„Drżę ciągle ze strachu, żeby to zbliżenie się do hrabiego nie przypłacić było trzeba nową jaką klęską. Nienawidzę tego człowieka jako zabójcy mojego dziada, znam go tak dobrze! obawiam się tak bardzo! Dla czego pan milczysz? mężczyzna powinien mieć więcej odwagi...“
Lizia tymczasem odczytywała list Strumisza, który chwyciła, korzystając z roztargnienia Stanisława. Nie spodziewał się on, żeby w nim co takiego być mogło, czegoby nie mógł dać siostrze; nie domyślał się jej uczucia, nie przypomniał jak ono odrobiną karmić się umie. Ziarka mu dosyć gdy głodne, świata mało gdy się nasycić zechce.
List Strumisza do przyjaciela był następujący:
— „Kochany Stasiu! Wiele też to tysięcy lat jakeście wyjechali z Warszawy! Nie wiem, ale to pewna, że jak Mahometanie od Hegiry, ja liczę od wyjazdu wszystko, a zdaje mi się, że wieki upłynęły od pożegnania na Pradze. O! jakież tu pustki! fraszka te, na które ty narzekasz! Jesteście razem, całem kółkiem, nikogo wam nie braknie, nie tęsknicie za nikim, zabraliście świat swój z sobą i nic, nic prócz murów zimnych, przeraźliwą wiejących pustką nie pozostawiliście. Dom wasz straszy mnie jak te zamki stare w bajkach, w których także nic innego tylko przeszłość straszyła. Jeszcze w dzień jest praca, zajęcie, to odbiera jeśli nie ból serca, to przytomność; ale wieczorem, gdy wszystko się rozbieży po kątkach, zamkną bramy, zapalą latarnie, kiedy się długie cienie rozsuną poczwarnie, ciemność i cisza cisną okropnie... spoglądam w okna pierwszego piętra.... ciemno! ciemno! nikogo w twoim pokoiku... pusto.... na tych gruzach sam jeden jestem tylko.
„Nic nie przesadzam kochany Stanisławie, ale mi bardzo smutno, straszliwie tęskno, i trzeba doprawdy mego przywiązania do was, żeby tu wytrwać na stanowisku.
„Nie raz żal mi że nie umiem się pocieszać i rozrywać jak drudzy. Knajpy mi wcale nie smakują, w książce czytam nie to co pisano, ale to co myślę... Próbowałem pójść na teatr... pełno lalek a z ludzi nikogo — uciekłem. Od waszego wyjazdu po ulicach nawet lalki tylko chodzą, które pouciekały oczewiście od perukarzy i udają że żyją. Wściekle czasem rzucam się w morze rachunków, ułamki, sprawdzania, kontrole... utonąć w nich nie mogę. Kiedyż bo przyjedziecie i przywieziecie mi życie z sobą?
„Doprawdy, czasem tak zły bywam, że wam życzę najstraszniejszych nud, zawodów, kłopocików, któreby was nareszcie wypędziły do Warszawy.
„Piszesz mi że powinienem sobie wyszukać rozrywki, towarzystwa, ludzi!
„Nie znasz chyba tych chwil i położeń, w których wielkie przywiązanie do jednych, rodzi wstręt do wszystkich innych. Szacuję bardzo cały rodzaj ludzki, ale mnie on nie bawi jakoś; w towarzystwach szukam was tylko. Źle to żem się tak przywiązał, sam czuję teraz. Do czego się to zdało? sługa powinien być sługą tylko... co by to był za kłopot gdyby każde narzędzie wzięte do ręki, do dłoni ci przyrosło? Macie coś podobnego ze mnie... Gniewam się na siebie... Ale sierota i włóczęga, samiuteńki jeden na szerokich obszarach świata, szukam sobie czegoś, żeby się przytulić i spocząć. Od dzieciństwa żyłem tylko litością ludzką... jest to wprawdzie miłości siostra czy córka, ale to jeszcze nie miłość! Daruj mi Stasiu te fantastyczne frazy i nieporządne zwierzenia, ale doprawdy bardzo mi za wami tęskno.
„Straty o których mi donosisz, były dla mnie przewidziane, to jeszcze jedna z najmniejszych rzeczy; będziemy się starali tutaj tak gospodarować abyście ich nie uczuli. Tylko powróćcie.
„Słyszałeś kiedy o starym poczciwym Murzyńskim, który dostał się w spadku ojcu twojemu po dziadzie, a umarł nie wiem w wielu parach okularów nad księgą handlową, wyobrażam sobie że i ja kiedyś, jeśli okularów dożyję, jeśli mnie nie wypędzicie, w kątku waszego domu, pilnując dobra waszego, życie skończę. Jak kot przywiązałem się już nawet do Bielańskiej ulicy i do waszego domu... Tej izdebki w której mi tak tęskno, nie zmieniłbym na pałac Krasińskich.“
Lizia czytała, podniosła oczy z których się najniepotrzebniej dobyła łezka srebrna śliczniutka, czysta, poczciwa, warta by ją Bóg w perłę przemienił, i zobaczyła nad sobą stojącą matkę, która już od kilku minut wpatrywała się tak w zaczytane dziewczę z uczuciem litości i niespokoju.
— Co to jest? Liziu! co ty czytasz i kto do ciebie pisał?
— Do mnie? wstrzęsło się dziewczę, do mnie nikt mamo!
— Cóż to za list...
— To list... jest to list... zaczęła zafrasowana, żartem, przez ciekawość wzięłam go od Stasia...
— Widzę to list Strumisza, ale czegożeś się rozpłakała?
— Ja? żywo oczy ocierając zawołała z uśmiechem niezręcznym Lizia.
— Ty, moje dziecię, tak! ty...
— Ale czyż ja płakałam? tak się mamie zdawało.
— Liziu! wierz mi, ja jeszcze doskonale widzę!
— Dzieciństwo! nie wiem! taki bo ten list tęskny, smutny, a ten Strumisz śmieszny!
— Śmieszny, tak że cię do łez rozczulił?
— Nie godzi się tak chwytać za słowa.
— Nie godzi się nie mówić prawdy matce...
— Ale cóż miałam powiedzieć? żywo odparła zmięszana Lizia, Strumisz popisał dzieciństwa.
— Na cóżeś je czytała?
— A! jakże mamo! wszyscy odebrali listy, ja tylko żadnego, Staś się musiał ze mną podzielić.
Matka ruszyła ramionami z uśmiechem, a rzut oka na łagodny wyraz jej twarzy przekonał Lizię, że pobłażającego będzie miała w niej sędziego.
— Cóż on tam takiego pisze? doprawdy, odezwała się z lekka wysuwając list z rąk Lizi pani Balowa, jestem trochę ciekawa.
— Dzieciństwa...
— Jeżeli ci wolno je było przeczytać, czemuż nie mnie także?
I matka rzuciwszy jeszcze raz okiem, co wszystko odgadło, na Lizię, usiadła do listu Jana... Córka zarumieniona poczęła się przechadzać spoglądając na nią i czatując na wrażenie jakie list zrobi; spodziewała się łez w oczach matki także i nadzieja jej nie zawiodła.
Długo z przybraną powagą i surowością czytała matka, potem powoli nabrzmiały jej spuszczone powieki, zatrzęsła się ręka i łza tajona, wstrzymywana, upadła na tęskny list młodego chłopca.
— Mamo! zawołała Lizia klaskając w dłonie i podbiegając ku niej, rozgrzeszyłaś mnie, widzisz! samaś się rozpłakała.
— Ja? spytała z kolei matka.
— O! łza nawet na list upadła! mam dowód.
— I nie taję się z nią. Liziu! mnie tak tęskno za Warszawą, z tak ścieśnionem wyjeżdżałam sercem, ale ty coś tak wesoło żegnała rodzinne miasto, a tak trzpiotowato uśmiechała się do wsi.
— Wieś mi się nie wypłaciła wcale za moje dobre ku niej chęci, udając wesołość odpowiedziało dziewczę. — Niechże mama sądzi, za co ją tu kochać? za pana Porfirego? za pana Zmorę? za Sulimowskich? czy za Dankiewiczów? Jak żyję, tyle razem nie widziałam śmieszności i dziwolągów. Jeszcze gdybym choć miała to szkiełko, przez które ojciec patrzy na wszystko co go otacza, upatrując wszędzie cnoty, blaski, nimbusy. Szkiełka tego widać zapomniałam w Warszawie.
— Więc ten list, przerwała matka, nie dając się oszukać wesołości przybranej, ten list taką w tobie obudził tęsknotę za Warszawą.
— Taką tęsknotę? powtórzyła Lizia rumieniąc się.
— I trochę żalu może.
— Żalu, dla czego?
— Jużcić musiałaś i biedaka Strumisza pożałować! żartobliwie dodała matka.
— Ot! nie wiem! zamyślając się poczęła Lizia doskonale udając mowę, ale rumieniąc się co chwila. — Strumisz jest na kupczyka zanadto uczuciowy, trochę śmieszny!
— Dla czegoż uczucie miałoby być śmieszne? spytała matka...
— Ja tam nie wiem, tak mi się to wydało.
Podano herbatę, wszyscy się zeszli do saloniku.
Po twarzach poznałbyś że to był dzień pocztowy... tak rozjaśniały je odebrane listy i pisma. Pan Bal choć się niechętnie do tego przyznawał, weselszy był niż kiedykolwiek, wstąpiła w niego nadzieja, odwaga, wiara, które go opuściły na chwilę. Stanisław milczący chodził z rumieńcem na twarzy, ściskając co raz list złożony na piersi by się przekonać że go nie zgubił.
Parciński w milczeniu pił herbatę, rzucając okiem po otaczających i nie śmiejąc się odezwać, żeby marzeń które widocznie latały po czołach nie przerwać.
Nakoniec pan Bal zatarł ręce i sam rozpoczął rozmowę, ale dziwnie poplątaną. Chciał i silił się mówić o Zakalu, o swojej wsi ukochanej, a co chwila zwracał się ku miastu i powtarzał to nowinki z Kurjerka, to wiadomości z listów. Widocznie męczył się z sobą, wymawiał sobie słabości i podołać jej nie mógł.
Parciński dobrodusznie się uśmiechał.
Przeznaczeniem było Zakala, żeby w niem chwili spokojnej nie zażył nowy dziedzic; właśnie gdy się najweselej rozgadał, służący wniósł list.
Zachmurzyła się twarz kupca, westchnęł i rozpieczętował, a rzuciwszy nań okiem, pokiwał głową, zdawał się namyślać i wziął Parcińskiego do okna.
— Panie Tomaszu! rzekł, Dankiewicz prosi mnie o pożyczenie pieniędzy.
— Zgadłem, rzekł plenipotent, to przyjść musiało niechybnie! byłem tego pewny.
— Mam mu pożyczyć?
— Jabym nie dał.
— Dla czego? nie odda?
— Najprzód, że nie odda, powtóre, że raz pożyczywszy, nudzić będzie nieustannie; odpisz pan, że niespodziane wydatki i spodziewane jeszcze wypłaty nie dozwalają mu tej sąsiedzkiej dopełnić przysługi. Odpisać trzeba bardzo grzecznie.
— Zawsze się pisze bardzo grzecznie, rzekł pan Bal, ale nie będęż miał nieprzyjaciela?
— A jak pan pożyczysz a dopomnisz się, gorszego jeszcze zyszczesz wroga!
— Hm! i to prawda.
— Dasz jednemu, dziesięciu się zjawi łakomych na grosz, nie opędzisz się od nich.
— Więc nie dawać!
— Zdaje mi się.
— Nie bój się pan, rzekł śmiejąc się i odchodząc kupiec, odpiszę bardzo grzecznie, nie uchybię.
Grzeczność była wcale na ten raz nie skutecznym plastrem; choć mówią, że nią przesadzić nie można, ale i to pewna, że na niewiele się przyda.






ROZDZIAŁ VIII.

Narady, oświadczenie i znowu nieszczęśliwa dyferencja.

W kilka tygodni po opisanych wypadkach, w Brogach u pana Teofila Zmory zjawił się dawno nam znajomy hrabia Bracibór Sulimowski; trafił właśnie na zwykłego tam preferansa, składającego się z gospodarza, siwego Jasia Pancer’a i pana Hubki, z wychodzącym Porfirym Szaławińskim, który to się cofał od gry przestraszony przegraną, to do niej powracał wśród śmiechu powszechnego obiecując sobie odegrać. Przybycie hrabiego na chwilę grę przerwało, musimy bowiem choć tę mu oddać sprawiedliwość, że w ciągłych szachrach majątkowych i procesach, nie miał czasu żadnego nabrać nałogu i do kieliszka ani do kart nie miał skłonności. Jedna myśl przewodniczyła mu w życiu, zdobyć jakiemikolwiek środkami wielki majątek mythologicznych przodków i zajęć w społeczeństwie z mocy talarów, miejsce które sobie należnem uznawał, a inaczej dobić się go nie umiał.
Nie było nadeń pracowitszego człowieka: całe życie na wózku przelatywał z majątku do majątku, z powiatowego do gubernialnego miasta, naradzając się z plenipotentami, z kancelarzystami, sędziami, podając prośby, manifesta i tym podobnie. Uparta jednak fortuna nie wypłacała mu trudów jego, nic się nie wiodło, przegrywał często, a wygrane w korzyść nie szły. Nie zrażony jednak szedł tak dalej a dalej.
— Zkądże to hrabio jedziesz? spytał go gospodarz, pewnie nie umyślnie do mnie? ale albo z Łucka, albo do Żyłkowa?
— Cha! cha! roześmiał się tajemniczo przybyły zasiadając w krześle wygodnie, na ten raz się mylisz, jestem w Brogach naumyślnie...
— To być nie może!
— Najistotniej!
— Jakże będę takiego gościa przyjmował?
— O! tylko bez ceremonji, kończcie państwo preferansa, a mnie dadzą co przekąsić, bom głodny trochę po przejaźdzce.
Gra już i tak długo przeciągniona zerwała się zaraz z przybyciem hrabiego, zrobiono rachunek, zsunięto stolik. Pan Porfiry, który nie lubił gościć tam długo gdzie na niższy ton swój musiał się nastrajać, kazał konie zaprządz i wyjechał. Jaś Pancer niewyspany położył się przedrzymać, a Hubka, hrabia i Zmora zostali sami.
Sulimowski zbliżył się wprzód do Hubki.
— Cóż dyferencja? spytał śmiejąc się po cichu, skończyliście?
— Cha! cha! rzeczy tak stoją, że bylibyśmy skończyli, gdyby nie ten psia-wiara Parciński, który im rady daje i chce ich widać w proces wciągnąć, żeby się dłużej obławiać.
— No! to z nim pomówić na osobności. Goły, nie może być żeby nie wziął.
— O! co to to nie! rzekł cofając się Hubka, ja Parcińskiego znam, gotów by oczy wydrapać za samę propozycję!! Była tego raz próbka, chciał kijem obić.
— Może mu mało dawano, rzekł hrabia śmiejąc się.
— Przeciwnie, była to sprawa ważna, ofiarowano mu trzy razy tyle ile ma całego majątku, to jest ile wart jego dworek w mieście; pan Pędziszewski ledwie miał czas uciec od niego, tak się chwycił...
— Ba! ba! cóż to taki bardzo poczciwy?
— Nie! to musi być dziwak! odparł Hubka, czując że mu w taką poczciwość wierzyć jakoś nie wypadało.
Hrabia głową pokiwał. Co więc będzie z dyferencją?
— Sprawa w zawieszeniu, ale po obejrzeniu na gruncie... sądzę że się skończy zgodnie...
— A dyferencja cała przy was pozostanie?
— Wątpię!
— Jakkolwiek wypadnie, proszę pamiętać umowę naszę... będę potrzebował... rzekł hrabia.
— To się załatwi w swoim czasie, mruknął Hubka już poglądając na czapkę, którą żywo pochwycił i uśmiawszy się przy pożegnaniu siadł na swoję bryczkę, uciekając do domu.
— To kawał filuta, rzekł hrabia po jego odjeździe.. Gruby baryła; powiedziałbyś że go pierwszy z brzegu oszuka, a wziąć-że go w leszczotki, ani grosza z niego nie wyciśniesz.
— Czy hrabia masz z nim jaki interes?
— Maleńki, drobnostkę. Alem na jego łasce!
— O! to nie najlepiej!
Sulimowski odwrócił rozmowę.
— Dobrze, rzekł, żeśmy się niepotrzebnych pozbyli świadków. Mówiłeś Balowi to com ci polecił?
— A jakże! i trzeba było słyszeć jak zręcznie się wziąłem do tego.
— I cóż? oblizał się bardzo!
— Zdaje się; jednak uważałem że i tą razą, choć bardzo wyraźnie im nadmieniałem o synu, nie będzie podobno śmiał jeszcze...
— Jak to? a czegoż u licha by czekał? Czy nie filuterja to z jego strony ta nieśmiałość? Ale nie widzi mi się żeby mógł nie dowierzać nam, lub domyślać się i lękać...
— Wątpię bardzo!
— Zkądże takie tchórzostwo nie w miejscu?
— Czy nie syn tu na przeszkodzie?
— Bardzo być może! najpodobniej! Ale nie starałżeś się zbliżyć do niego?
— I owszem, wszelkiemi sposoby, ale to dzikie stworzenie... Usiłowałem dowiedzieć się co lubi, czem się zabawia; mówią że czyta, przechadza się, od ludzi stroni... a bodaj czy nie zakochany... Ojciec może wie o tem.
Hrabia się zamyślił kiwając głową którą przechylał na jedno i drugie ramię.
— Szkoda! szkoda! dobra by to była partja! u nas w okolicy nikogo z takim funduszem nie znajdę dla Łucji. Miałbym przez nią ich miljony w ręku! Oczyściłbym Sulimów! szkoda! Ale nie możnaż by jeszcze spróbować...
— Jest na to jeden sposób, rzekł uśmiechając się Zmora, który przygotowywał cygaro z największą pilnością układając rozerwane listki jego.
— No! a jaki?
— Najprzód potrzebaby mnie ożenić z Lizią, raz wszedłszy w familją, pokierowałbym niemi jakbym chciał; bo ludzie naszego położenia towarzyskiego wszędzie rej wodzić muszą... Wydałbym Łucją pewnie za Stanisława.
— No! a czemuż nie docierasz? spytał Sulimowski.
— Staram się ciągle o względy tego kapryśnego dziewczęcia, chociaż zgoła powiedzieć nie mogę, czym je pozyskał. W początku jakoś to szło lepiej. Matka i ojciec przyjmują bardzo grzecznie, Stanisław widocznie odemnie stroni.
— Na cóż czas darmo tracić! oświadcz się!
— Dobrze to mówić. Najprzód sam tego uczynić nie mogę, właśniem jechać miał do Sulimowa prosić hrabiego, żebyś mnie w tem zastąpił. Oni ci odmówić nie potrafią...
Sulimowski rozśmiał się po swojemu szerokiemi usty, a po cichu, pokręcił głową i dodał:
— Ot! jakem ci na rękę przyjechał. Cóż! nie ma czegoby człek z siebie nie uczynił dla familji, pojadę!
Zmora z ukłonem podał mu rękę na znak podziękowania.
— A kiedyż? spytał.
— Choćby jutro!
— Przyznam się, że mi mrowie po skórze przechodzi! Hrabio na Boga ostrożnie! powoli!
— Nie ucz mnie tylko.
— Nie trzeba się spieszyć.
— Owszem trzeba bić żelazo póki gorące, bo potem może djable ostygnąć.
Na twarzy Sulimowskiego tak dziwny w tej chwili wypiętnował się wyraz utajonego szyderstwa i chytrości, że Zmora który miał zapalić już opracowane cygaro, zatrzymał się, stanął i wlepiając weń oczy, zapytał:
— Hrabio! bądźmy z sobą otwarci; co to jest? mówiłeś mi i wprzód o powodach znaglających cię do pośpiechu... teraz znów coś przebąkujesz... na co z sobą mamy grać w ciuciubabkę? powiedz mi co to jest?
Sulimowski się zasępił, ułożył fizjognomją smutną prawie i zakłopotaną i tak począł:
— W istocie nie możemy mieć dla siebie tajemnic, trzeba żebyśmy sobie wzajem pomagali, a do tego poznać musimy swoje położenie. Ta sprzedaż Zakala wiele mi krwi popsuła, najprzód żal mi majątku, z którego byłbym zrobił złote jabłko.
Zmora ruszył tylko ramionami.
— Nie żartuję, to śliczny majątek; w Warszawie podeszli mnie, nabechtali, tak że dałem się namówić na sprzedaż nie wiedzieć po jakiemu. Straciłem głowę, przepomniałem wielu rzeczy. Ale sam nabywca pędził mnie, naglił, brał wszystko na siebie, bylebym kończył z nim, tak że teraz skutkiem tego pośpiechu mogę być posądzony...
— O co? spytał Zmora.
— O jakąś niedelikatność, rzekł hrabia, a wiadomo ci, dodał zupełnie serjo, jak w interesach jestem sumienny i skrupulatny.
Zmora udał, że wierzy na ten raz.
— Muszę spieszyć zrobić jeśli się co uda z panem Balem, bo na Zakalu może się odkryć zatajony, zapomniany przezemnie małej wagi ale nudny proces z Mylińskiemi o dwakroć sto tysięcy, z narosłemi procentami, prawie alterum tantum, naówczas Bal będzie myślał, żem go chciał oszukać. Dodaj do tego że i dyferencję mu zabiorą, o której lepiej dopiero jakoś później po sprzedaży dowiedziałem się. Trzeba więc z Balem spieszyć póki to nie powychodzi na wierzch.
— Ale to lada chwila nastąpić może! chmurno rzekł Zmora żałując już że swoją sprawę powierzył hrabiemu.
— Tak prędko może nie jeszcze, Mylińskich proces ciągnął się lat trzydzieści; to głupstwo, napaść! Zawsze jednak gdy zastukają Bal się zlęknie i krzyk będzie na mnie.
— Mnie się zdaje — rzekł Zmora widocznie chłodniejąc — że lepiejby było żebyś hrabia sam o tem uprzedził.
— Ja! — krzyknął Sulimowski — niech pan Bóg broni! Zapomniałem mu powiedzieć w porę, teraz muszę milczeć.
— A jeśli Mylińskich pretensje okażą się słuszne? spytał Zmora, który już rachował że Zakale spaśćby mogło na przyszłą jego żonę.
— To być nie może! przegrywali wszędzie! przedawnień i nieformalności jest mnóstwo, a w dodatku to ludzie ubodzy, nie dojdą!
— Ale czy im się to należy?
— Jużcić nie należy, kiedy nikt im nie przysądził! prawo za nami, to jest za Zakalem.
— A sprawiedliwość? spytał Zmora.
— Ja nigdy nie jestem tak dumny, żebym miał prawo od sprawiedliwości odróżniać, rzekł hrabia; mówmy o czem innem.
Zmora zapalił cygaro i usiadł zamyślony. Popsuło mu widocznie humor zwierzenie się krewniaka, którego nadto znał, żeby jego malowaniu mógł wierzyć, trochę mu wstyd było szachrajstwa jego, a może i miłość własna szeptała, że opinja o hrabi wpłynie na wyobrażenie o blizkim jego krewnym. Radby był się cofnąć z tego o co przed chwilą prosił, ale nie miał sposobu uczciwie zawrócić się, a hrabia im więcej zastraszało go odkrycie wilków zakalańskich (tak się nazywają zatajone w majątkach interesa), tem żwawiej przysuwał się do Balów, okazując że się do niczego nie poczuwa.
Wieczór upłynął dosyć smutnie i nudno, hrabia mówił wiele, cóż kiedy Zmora wierzyć mu nie mógł, potakiwać nie miał ochoty, a zaprzeczać nie chciał: pomrukiwał więc tylko nie bardzo się odzywając. Nazajutrz rano Sulimowski w starym czarnym fraczku, gdyż o ubior nie wiele dbał, wybrał się do Zakala, smutek kuzynka biorąc tylko za naturalną w takim razie obawę. Siadł do powozu dodając mu ducha, i krzyknął jeszcze z niego po francusku:
Allons donc! on ne refuse pas un cousin des Sulimowski! Du courage, ça ira!
Pan Teofil stojąc na ganku pokiwał tylko głową.
— A przeklęty stary szachraju! — rzekł w duchu — że też się nigdy nie poprawisz, ani ci przybędzie wstydu, ani stracisz śmiałości! Wiem teraz z góry, że z tego nic nie będzie, licho mi też nadało chwalić się waszem pokrewieństwem i prosić o protekcją!
Było na kogo winę zrzucić, i to trochę osładzało troski zawczesne.
Hrabia tymczasem jechał do Zakala myśląc przez drogę o swojem położeniu względem pana Bala. Co u licha! mówił, w żadnym razie obwiniać mnie nie może, prosiłem go, modliłem, wymawiałem się, napierał się nabycia, chciał kończyć gwałtownie, niechże teraz pokutuje, ja ręce umywam. W potrzebie sam mu to gotów jestem powiedzieć. Nie może gniewać się na mnie!...
W tych myślach przyjechał Sulimowski i wysiadł w ganku dziwując się odświeżonej do niepoznania postaci starego dworu. Takiej metamorfozy mogły tylko dokazać znaczne pieniądze i wielka ochota wyrzucenia ich za okno. Stary dwór nosił zawsze na sobie cechy wieku, ale wystroił się ich staruszek na przyjęcie gości, włożył dach nowy, ściany mu poprostowano, okna dano większe i ze szkła pięknego, okiennice robotą stolarską, ganek nawet się wywdzięczył, ustrojony w stupy, ławki i balustradę w smaku odpowiednim budowli. Ale niczem były te powierzchowne oznaki dbałości przy zupełnie odnowionem wnętrzu. Piece kaflowe z pod Krzemieńca, posadzkę z Połonnego sprowadzono, nowemi obiciami przeciągano ramy starych wyświeżonych futrowań; a że z Warszawy nadeszły meble i sprzęty, dom zakalański jak był na prędce urządzony, mógł za najporządniejszy w okolicy uchodzić...
Wszystko to rzutem oka obejrzał hrabia, obliczył po cichu koszta i uśmiechniony spotkał się z panem Balem, którego ostygła trochę grzeczność zaraz go na wstępie uderzyła. Na widok tej zmiany hrabia podwoił dumy i zarozumienia, zdawna zauważywszy, że to było najlepsze lekarstwo przeciw oziębłości bliźniego, mogącej przejść w inne mniej znośne uczucie.
Pan Bal zawsze uprzejmie i dość uniżenie wprowadził go do nowego saloniku, pustego w tej chwili, ale z przepychem niemal zagospodarowanego. Śliczne meble obite aksamitem, wielkie zwierciadła, kilka obrazów krajowych, trochę fraszek, dywany, firanki, portjery, obicia, wszystko jak z igły zdjęte wyglądało, doskonale harmonizując z sobą barwą i rysunkiem.
— A! a! jakże to u państwa ładnie, świeżo! rzekł hrabia oglądając się zdumiony, prawdziwie anibym poznał swojego Zakala! co to mogą pieniądze!
— I trochę smaku, — odważył się podszepnąć pan Bal.
— Nadzwyczaj wiele smaku! — dodał hrabia — ale smak bez pieniędzy to tylko męka.
Rozmowa poszła bitym torem oklepanek; wkrótce dano objad, na którem zebrało się zwykłe towarzystwo, dosyć milczące i zimne. W godzinę po nim hrabia i Bal siedzieli w osobnym pokoju.
— Ani się pan dobrodziej domyślasz żem tu przybył w misji dyplomatycznej, uśmiechając się przerwał milczenie hrabia.
— Cóż to być może?
— A! zaraz się to da widzieć! Sulimowski przybrał postawę poważną. Przychodzę, rzekł, w poselstwie od mojego kuzyna Zmory, jest to rodzony mój siostrzan, człowiek któremu gdyby był nawet obcym, oddałbym tę sprawiedliwość, że mało jemu podobnych: pełen charakteru, rozsądny, rządny, z taktem wielkim; majątek nie zły wcale i czysty... Zapewnieście państwo postrzedz musieli, że piękne oczy panny Elizy usiedliły nieboraka...
Bal mocno się zdawał skłopotany i nic a nic nie wesół.
— Prosił mnie, dokończył hrabia po przestanku, żebym tu był tłumaczem jego uczuć, i w imieniu jego zapytał państwa jak jego staranie uważać zechcecie?
Kupiec ukłonił się w milczeniu.
— Niech mi pan hrabia wierzy, rzekł, że czuję się zaszczyconym żądaniem szanownego siostrzeńca pańskiego i umiem mu za nie być wdzięcznym, ale...
Hrabia brwi podniósł, a usta szerokie zaciął, tak że zdało się jakby sobie chciał uszy pozakąsywać.
— Ale — dokończył Bal — moja córka w wyborze będzie zupełnie swobodną. Ja nie myślę jej wskazywać nikogo, czuć się tylko będę w obowiązku pokierować jej wyborem, jeśliby mi się nie zdawał stosowny... Prócz tego jest ona jeszcze tak młodziuchną.
— Cóż mam przez to wszystko rozumieć? spytał wyprężając się poseł.
— Że Lizia nasza jest panią swej ręki...
— A gdyby wybór jej padł na mego kuzyna?
— W takim razie jabym nic nie miał przeciwko temu.
— O to nam chodziło właśnie, lekko głowę schylając odpowiedział hrabia, i za to dzięki składam.
Pan Bal się ukłonił w milczeniu.
Wtem wszedł z plikiem papierów Parciński, na widok którego hrabia schwycił za czapkę i zmięszany począł się zabierać do odjazdu, udając jakoby się nie domyślał że interes może być do niego.
— O chwilkę bym prosił pana hrabiego, rzekł z przesadzoną prawie grzecznością plenipotent...
— A cóż tam takiego? dumnie spytał z góry Sulimowski.
— Mamy tu maleńką kwestją, w której bym, jeśli łaska pańska, chciał się objaśnić...
— I ja bym prosił, dodał Bal, wlepiając w niego oczy chcące zbadać a nie umiejące nic wyczytać z gipsowej twarzy starego procesowicza.
— Najchętniej! najchętniej! co mi panowie każecie i o co to chodzi?
— Jest to spór o dyferencją w lesie z Radziwiłłami.
Sulimowski stanął, zamyślił się i podniósł oczy w sufit i zdawał się mozolnie coś sobie przypominać.
— Tak, tak, rzekł, przypominam coś sobie, nigdy tego interesu dobrze nie znałem. Była jakaś kwestja o las, o kawałek, spór! tak, tak! ale dokładnie nie wiem jakiej to wagi rzecz. Hubka mi tem głowę durzył i durzy jeszcze. Nawet mi dał jakiś papier do podpisania, któren w pospiechu nie czytając na wiarę jego poświadczyłem. Miało to być coś zaciągnionego, jakaś formalność do spełnienia.
Przez cały czas tej mowy jednym tchem, ale gdyby nie zbytni pospiech z doskonale odegraną mimiką wypowiedzianej, Parciński z zupełną serją wpatrywał się w twarz hrabiego, rzekłbyś krytyk, co śledzi ruchy aktora.
— Mój Boże, jakąż to pan hrabia nieostrożność popełnił, rzekł w końcu bardzo naturalnie, ale w duchu szydersko Parciński, wszak to była komplanacja o całą dyferencję, którąś hrabia ustąpił Radziwiłłom.
Sulimowski niby osłupiał, niby stanął.
— Co pan mówisz! być-że to może? a proszę, na co to naraża zbytek wiary: tyle mam zajęć na głowie, taki nawał interesów! Nie spojrzałem nawet podpisując.
— A to nie jest rzecz mała, rzekł Parciński, ta dyferencja stanowi dziś główną wartość Zakala.
Hrabia się niedowierzająco uśmiechnął.
— Co pan mówisz? to nic nie znaczący kawałek, szmat lasu...
— Włók kilkadziesiąt!
— Przesadzasz pan.
— Nie, panie hrabio, mapy świadczą...
Sulimowski żywo odwrócił się do pana Bala, który ust nie mógł otworzyć, tak sobie z tej sceny sprawy zdać nie umiał.
— A! widzisz pan, zawołał z wymówką, na co to naraził pana ten pospiech w nabyciu. Nie byłem wcale przygotowany do sprzedaży, nie postarałem się wcześnie o dokładny opis stanu majątku. Teraz kłopoty spadają na pana. Ale sameś pan winien, na honor! A co mi robi przykrości, to wypowiedzieć trudno.
Parciński o mało się nie rozśmiał. Bal zaś ujęty pozorną szczerością już miał się uniewinniać, gdy plenipotent wrzucił:
— O komplanacji w istocie nic nie ma w tranzakcji.
— Spytaj pan swego pryncypała, odparł Sulimowski, jak się to robił interes, jak mnie naglili, jak mi tchnąć nie dali. Cóżem ja winien?
— Więc żadnego objaśnienia w tej sprawie pan hrabia dać mi nie raczy? spytał Parciński.
Hrabia już wkładał rękawiczki, spiesząc z wyjazdem, brał kapelusz i poczynał się żegnać, ruszył ramionami.
— Nie dziwuj się pan mojej niewiadomości w tej rzeczy, tyle mam na głowie, nigdym o Zakalu bliżej się nic sam nie objaśnił... nie starczyło czasu... miało to z kolei nastąpić, a wtem się sprzedało.
— Upadam do nóg pana.
To mówiąc zręcznie odwrócił się od Parcińskiego, który długie słał za nim wejrzenie, pospiesznie się wycofnął, jeszcze żywiej pożegnał, i nie bez oznaki niecierpliwości wyleciał jakby uciekł.






ROZDZIAŁ IX.

Plotki. — Harbuz pana Teofila.

Rzućmy teraz okiem na okolice Zakala, w których łonie zbierają się nowe burze.
Rządczyni wygnana w skutek własnej niezręczności z majątku, w którym panować jeszcze długo zamyślała, pierwszą była iskierką roznieconego wkrótce pożaru. Nie ma nic niebezpieczniejszego jak uparta zemsta maleńkich, jest jak tajemna robota owych robaczków okrągłych, co w proch obracają ogromne budowy, coś niedojrzanego, niepochwyconego, czego w początku nie widać, aż najmniej spodziany pokaże się skutek gdy nie ma nań ratunku.
Wygnana z Zakala przenieść się wprawdzie musiała do Supówki, gdzie hrabia dał kątek dawnej ulubienicy, ale z płaczem wsiadając na bryczkę gdy wyjeżdżała z Zakala zaklęła się, że pan Bal ustąpi z majątku jak oni z folwarku.
Odtąd cała się poświęciła wielkiemu dziełu najstraszniejszej kobiecej zemsty; a że miała obszerne stosunki, mnóstwo znajomości i związki familijne, poczęła działać nadzwyczaj żywo i skutecznie. Przez czas jakiś pobytu w Zakalu przypatrzyła się rodzinie Balów, wypytywała służących i wywiozła niezły zapasik plotek, które przerabiała jak się jej podobało.
Nie chybiła też żadnej zręczności: nie było jarmarku, odpustu, zjazdu, gdzieby nie powtórzyła w różny sposób swoich szyderstw i wiadomości o Balach. Te przez sługi i oficjalistów rozchodziły się po dworach, a że pani Supełkowa wiedziała co komu powiedzieć, trafiały więc w usposobienia tych, do których wymierzone były.
Dla jednych czyniła pana Bala bogatym neofitą, który zrobił majątek na łojowych świecach i zwietrzałym pieprzu, dla drugich malowała go jako ostatkiem goniącego bankruta, który wkrótce pójdzie z torbą. Dostało się tam i jemu i żonie i Lizi i synowi; każde z nich miało jakąś ukrytą słabość, wadę, namiętność nieszlachetną i t. p. A że nic tak jak plotka szybko się nie rozchodzi i do uszów nie przylega, wkrótce szumiały po sąsiedztwie rozpuszczone bąki, a trafiając do usposobień, miłe znajdowały przyjęcie.
Wszyscy sobie szeptali na ucho dziwy, dziwolągi o Balach... o jego przyjaźni z Moszkiem dowodzącej nie zupełnie zapomnianego pochodzenia; o chęci upokorzenia swoim zbytkiem sąsiedztwa, o złym stanie interesów.
Pan Porfiry któremu przez chwilę zamarzyło się że będzie mógł sięgnąć po rękę Lizi, wybornie teraz wspomagał panią Supełkowę przekonawszy się że za wysokie progi na jego nogi... Zimne obejście się Stanisława nie spieszącego zapoznać z młodzieżą, przyczyniało się do dziwnych o nim pogadanek.
Wkrótce potem Dankiewiczowie, którzy długo trzymali stronę nowo-przybyłych, gdy im Bal odmówił pożyczki pieniężnej, przyłączyli się do spisku siecią już okalającego Zakale.
Sąsiedztwo krzątało się jak nigdy, latali posłańcy, biegały liściki, przejeżdżały się panie, rozmowy zwracały się stale ku temu przedmiotowi i głowy coraz bardziej zapałały.
— Panowie, mówił deklamując podsędek Hurkot do zgromadzonych u siebie gości, potrzeba żebyśmy się w tak ważnej sprawie wzięli wszyscy za ręce! Tu o godność naszę chodzi, o znaczenie... chcę mówić obywatelstwa! Żeby lada przybłęda chciał tu nam pod nosem odgrywać jakąś rolę, imponować, odgrażać się że nas zakasuje i upokorzy, to jest rzecz niesłychana i nieznośna.
— To jest rzecz nieznośna! powtórzył Dankiewicz świeżo przybyły.
— A! to i pan z nami widzę, rzekł zdziwiony podsędek, — niedawno utrzymywałeś stronę tego wychrzty!
— Mogłem się omylić, odparł pokornie Dankiewicz, ale w końcu głos publiczny, widzi pan... powszechna opinja.
— Przysięgnę, odparł po cichu Jaś Pancer do Hubki, że mu odmówili pieniędzy.
— Cha! cha! w gruncie to być musi... odparł Hubka.
— Pozwólcie mi dokończyć, odezwał się oglądając po zgromadzeniu gospodarz, rzecz pozornie mała, ale istotnie wagi wielkiej! Damyż się poniżyć i komu? nieznajomym jakim intruzom? O! co do mnie, na to nie pozwalam. Pierwszy mogę się teraz pochwalić, dałem przykład przyzwoitej dumy... dowiedziawszy się że szukają stosunków i znajomości z nami, zamknąłem im dom swój.
Te wyrazy wyrzeczone były z tak napuszonem uczuciem, że Jaś Pancer się uśmiechnął w kątku.
— Tak jest! dodał gospodarz — pokazałem im pierwszy, żeby z nami żyć, potrzeba się okazać... chcę mówić, tego godnym...
— Brawo! brawo! zawołał Porfiry w uniesieniu, dawajcie zieleniaka, zdrowie gospodarza!
— Zdrowie gospodarza! powtórzyli wszyscy... kieliszki się napełniły, lice podsędka zaczerwieniło więcej jeszcze, odetchnął z dumą i uczuciem godności, powiódł okiem zwycięzkiem po wszystkich, szczególniej wstrzymując je na Dankiewiczu, którego uważał teraz za jednym zamachem podbitego i upokorzonego przeciwnika.
— Ale bo to śmieszna pretensja, odezwała się cieniuchno i słodziuchno podsędkowa, zaledwie wysiedli, dom chcą wystrychnąć na pałac, i pewni już są że się wszyscy do nich zbiegną. Nie tak to żądni jesteśmy ich objadów jak Sulimowski i Zmora.
— To była widoczna impozycja, rzekł Porfiry, pani podsędkowa uważała pierwszej niedzieli, kiedy weszli do kościoła, jak zaraz zażądali pierwszego miejsca... sama pani poszła aż pod kratki.
— Gdybym była na miejscu proboszcza, żywo przerwała Dankiewiczowa, kazałabym dziadowi odpędzić jejmość cisnącą się pod wielki ołtarz! a co to, ławek im mało?
— We wszystkiem tak, dogmatycznie począł znowu podsędek, w najdrobniejszej rzeczy ta chęć panowania, pierwszeństwo! Za kogoż to oni nas mają, starą tutejszą szlachtę? Co oni sobie myślą? Ha! chcę mówić, ha! co to my o nich dbamy?
— Wiesz pan nawet, rzekł z cicha Dankiewicz, że to nie są ludzie bogaci... ci co z blizka ich interesa znają, mówią, że wiele tam pożyczanego... a że hrabia ich ociął niemiłosiernie, kto wie czy nie pójdą wkrótce z torbami.
— O! to by był tryumf dla nas! zacierając ręce wykrzyknął gospodarz.
— Nie może być inaczej! — dodał Porfiry — ci ludzie tracą tu krocie! Rzucają pieniądzmi jak plewą; jedna restauracja tej budy zakalańskiej kosztowała ich słyszę do dwudziestu tysięcy.
— Oh! oh! rzekł podsędek.
— Moszko mi to mówił.
— Supełkowa powiada, że sam nie ma wyobrażenia gospodarstwa.
— O! już to że stracą i ogromnie, to ręczę, dodał Hubka, bo im dyferencją zabierzemy niechybnie... A jeszcze... cha! cha! dobrego sobie namacali plenipotenta, pana Parcińskiego, tfu!
Podsędek ruszył ramionami.
— Jabym go do napisania kontraktu o moje wapno nie użył!
Wszyscy naturalnie rozśmieli się serdecznie.
— Sam panicz, podchwycił Porfiry, udaje sensata, literata; nie szuka znajomości, unika ludzi... Grafiątko! Raz tylko widziałem go u Zmory, a kilka razy w Zakalu, gdzie przestaję bywać... słowo honoru!
— Potrzeba żebyś przestał, zakrzyknęli wszyscy.
— Daję na to słowo, skłaniając głowę odrzekł Porfiry. — Myślicie że u mnie był choć raz?
— O! pewnie nie! Jedni tylko państwo Dankiewiczowie tak szczęśliwi — zawołał podsędek — że ich raczyli odwiedzić.
— Jużciż byli i u państwa — odciął się z przekąsem Dankiewicz — aleśmy przecie wizyty im nie oddali.
— I spodziewam się, że nie oddacie! — zakrzyczał podsędek — bo inaczej nas byście wszystkich obrazili...
— Sama jejmość, przerwała Dankiewiczowa, z takiemi tonami jakby to hrabianka z domu, urodzona z księżniczki, a coś żydowskiego w niej jest. Córeczka nieszpetna, ni to cyganeczka, ni to Sórka... a trzpiot słyszę co wyrabia ze Zmorą!
— O pan Zmora w łaskach wielkich, poddał pan Porfiry... rodzi się z hrabianki Sulimowskiej, łapią go jak mogą; panna słyszę szaleje za nim, ojciec na dwóch łapkach tańcuje, matka co chwila daje do zrozumienia żeby się oświadczył.
— Śliczna rzecz będzie jak się z nią ożeni! Będziemy musieli tę jejmościankę przyjmować! Głębokie milczenie i namysły nastąpiły po wrzuconej trudności.
— O to prawda, rzekł podsędek — sęk! cóż w takim razie poczniemy? — Za córką pójdą rodzice... ależ warto żeby kto tego biedaka Zmorę zreflektował, to szaleństwo! on nie młody, ta trzpiot! Bóg wie zkąd?
— Matka słyszę była kochanką jakiegoś ministra, i córunia pójdzie śladem... wrzuciła podsędkowa.
— Nawet powiadają na ucho, poczęła z domu Kościńska, że to niebezpieczni są ludzie... bo sam... Reszta w uchu gospodyni utonęła, a ta pokiwała tylko głową.
— Potrzeba żeby ktoś Zmorę zreflektował, dodał podsędek.
— Komuż to stosowniej, patetycznie dodał Hubka, jak podsędkowi, pierwszemu u nas w obywatelstwie i tak powszechnie szanowanemu?
Hurkot się nadął i głową tylko skłonił w milczeniu.
— Pan to powinieneś zrobić, zawołał Porfiry nie bez pewnej rachuby.
— Ba! ba! co mi tam leźć w cudze sprawy, nie jesteśmy tak z sobą blizko...
— Wszelako tu o nas wszystkich idzie, to sprawa ogólna! zawrzał Szaławiński... pan powinieneś ratować Zmorę i sąsiedztwo od tego napływu barbarzyńców!
Podsędek rad z ważnej roli którą odgrywał, zastanowił się, zmarszczył i wyrzekł stanowczo:
— Zobaczymy! pomyślim.
Caveant Patres conscripti ne quid Respublica... rzekł po cichu uśmiechając się Jaś Pancer.
Wrzawa trwała ciągle, a że w takim razie im więcej głów, tem większa przesada, osobliwsze potworzono i osnuto plany. Zadziwiająca zgoda panowała między spiskowemi, wszyscy bili na przybyłych, żywa dusza nie odezwała się w ich obronie, nikt nawet uwagi nie zrobił, że niczem nie dali powodu do obawy, wstrętu i prześladowania; że godziło się być ostrożnym, ale nie należało być niesprawiedliwym.
Proboszcz tylko siedzący na kanapie, który podparty na łokciu, słuchał rozmowy z pozorną obojętnością, wstał nareszcie ruszając ramionami.
— Kochani parafjanie, rzekł, proszę o głos!
— Cicho! ksiądz proboszcz mówi! odezwali się wszyscy.
— Słuchałem długo i z bolem serca coście to na bliźniego swojego z taką gorączką niechęci mówili, i uszy mi więdły: pozwólcież się odezwać w imieniu sukienki mojej... Co waszmościom w głowie! co wam zrobili ci ludzie? co szkodzą? dla czego wierzycie rozsianym na nich plotkom? A wstyd! wstyd! Coście ich mieli przyjąć po bratersku, to się rzucacie jak dzicy na pastwę, kiedy im burza rozbitków na brzeg wyrzuci. Nie spodziewałem się tego po was, fe! fe!
— A! mieliżeśmy czego słuchać! zawołał podsędek — proboszcz wystąpił z kazaniem... Mości księże! co innego kazalnica, a co innego kanapa!
— Ksiądz zawsze księdzem, panie podsędku.
— Jakto! proboszcz nie widzi że ci ludzie...
— Cóż ci ludzie zrobili? spytał żywo ksiądz.
— Nieznajomi!...
— Wiec nim osądzicie, poznajcie!
— Duma im z oczów patrzy.
— Upokorzcie ich pokorą swoją...
— Dobre to na kazaniu...
— Wszędzie dobre co dobre, odparł proboszcz.
— Więc my winni? w piersi palcem z gestem heroicznym cofając się na jednej nodze zapytał Hurkot.
Dixisti! cicho odparł proboszcz.
Reszta towarzystwa zakrzyczała poczciwego księdza, który uszy zatknąwszy doprawdy, uciekł z salonu do drugiego pokoju; a jakkolwiek występ jego w obronie nieznajomych nie zdawał się czynić wrażenia, ostygli jednak trochę prześladowcy, a przynajmniej ciszej o swoich planach rozmawiali...
Cały świetny wieczór u państwa Hurkotów zszedł na naradach w celu dopieczenia przybylcom, a przystąpienie do związku Dankiewiczów nowe mu siły dawało.
Nazajutrz po naradzie ogólnej pojechał do pana Teofila Zmory w poselstwie podsędek, ale go nie zastał, właśnie poleciał był do Zakala, w skutek odpowiedzi przyniesionej przez hrabiego, dobijać targu z Lizią. — Zdawało mu się że mógł mieć trochę nadziei...
Nad wieczór zjawił się wyświeżony, wyszarmantowany, odmłodzony, wesoły i zaledwie się z towarzystwem męzkiem przywitawszy, zbliżył do trzpiotowatego dziewczęcia. Lizia była w tym humorze trafiającym się znudzonym panienkom, pod którego wesołą powierzchnią kryje się nieubłagane szyderstwo. Pastwa przyszła jej w porę.
A że ojciec nie taił przed nią i przed matką ani wczorajszego zapytania, ani swojej odpowiedzi, oburzona tą śmiałością podłysiałego kawalera Lizia, postanowiła dać mu stanowczą odprawę.
Ale filut dziewczyna, nie znalazła się jak inna, coby od razu odepchnęła dumą, oziębłością, i nie dopuściła nawet rzec do siebie słowa, o! nie! uśmiechnięta, na oko wesoła, powitała go wdzięcznie, spojrzała nań z przymileniem, zdawała się wyzywać. Było to niegodziwie, ale proszę pięknym paniom wytłumaczyć, że znęcać się nie mają prawa nad stworzeniem Bożem, które im los dał w ręce! Czasem niektóre z tych ślicznych istotek mają jakiś instynkt koci, i nim połkną myszkę, muszą się z nią niemiłosiernie pobawić. Gniew Lizi na podstarzałego kawalera wywarł się w tej zemście, która miała minkę niewinną, łagodną, przyciągającą.
Pan Teofil doskonale wpadł w łapkę, rozjaśniło mu się lice, wzdęła pierś, zabłysło oko, zbliżył się żywo, a wkrótce ujęty trzpiotowatą Lizi rozmową, coraz pewniejszy siebie, postanowił przejść Rubikon.
Wiadomo wszystkim co w życiu choć raz probowali zakochanych rozmowy, jak im nie wiele do niej potrzeba wątku, spuszczając się jak pająk po niedojrzanej nici w błękity eteru. Kwiatek, pyłek, bijąca godzina, zabłąkany promień, pochmurne niebo, świst wiatru, czyjeś westchnienie, jedno słowo, jeden ruch, bywa tą nicią pajęczą. Chodzi tylko o to, by zacząć, mówi się o czemkolwiek, a aluzje do czegokolwiek przylepione tak się dobrze rozumieją. Powszechnie jedna strona poczyna coraz wyrażać się dobitniej, gdy druga udaje uparcie, że lub nie słyszy albo nie rozumie; czasem odpowie tak dwuznacznie żeby i dać nadzieję i módz ją w potrzebie cofnąć. O! przedziwne to rozmowy, które tylko w strefach między 15. a 27. trafiają się rokiem... późniejszym daleko do tamtych! Chciałoby się nieraz powtórzyć je, ale usta drżą, myśl się zwija, serce nie dosyła uczucia i wiary! Tyleśmy razy kochali! napróżno! rozmowa jak kwiat przesadzony z południowego nieba więdnie i usycha.
— Jak też pani wieś znajduje? spytał po kilku próbach bezskutecznych pan Teofil, koniecznie chcąc dwudziesto-letnią zawiązać rozmowę, co mu się nie udało.
— Dosyć nudną, odpowiedziała Lizia.
— Nie mogę stanąć w jej obronie, ale czekam wiosny.
— Mówiono mi, że w tutejszej okolicy wiosna szczególniej obfituje... w żaby.
— Któż tak nasze Polesie oczernił przed panią?
— Niestety! składało się na to kilka osób, mówiono mi także o komarach.
— No! przeciwko temu ani słowa... ale cóż nie ma czarnej strony?
— Tak dalece wszystko ma czarną, że ja dotąd najwięcej widzę na świecie rzeczy z obu stron nie białych.
— W wieku pani! zkądże takie rozczarowanie?
— O! wszak pan nie wiesz mojego wieku. Słuszniejbym ja mogła spytać, dodała chytra dziewczyna, zkąd w wieku pana taki zapał jeszcze?
Zmora się zarumienił i rozśmiał, ale bardzo gorżko.
— Odpowiem także, wiesz-że pani mój wiek?
— Co do miesiąca! odparła Lizia filuternie.
— Bardzobym był szczęśliwy, żebym na taką z jej strony zasłużył uwagę.
— Była to prosta ciekawość... uśmiechając się i spuszczając oczki szepnęła Lizia.
— A na obronę mojego wieku, jeśli tak pani dobrze wiadomo, odpowiem, że wedle najlepszych znawców mamy zawsze tyle lat ile się mieć zdajem.
— Mówisz pan przeciwko sobie, odcięła ostro Lizia.
Przycinki stawały się tak żwawe, że pan Zmora choć się śmiał, ledwie sobie mógł rady dać z niemi.
— Dziękuję, rzekł skłaniając się.
— Za co? spytała Lizia.
— Za komplement.
— To nie był komplement przecie.
— Wszystko co wychodzi z ust pani...
— Ostrożnie, będzie to plagjat z dewizki karmelkowej.
— Cóż, kiedy dziś na nic lepszego zdobyć się nie mogę.
— Dla czego dziś? spytała Lizia.
— Bo dziś, dodał pan Teofil zmięszany, przyjechałem z wielkim strachem i wielką myślą.
— I ta myśl, której widzi pan że się nie dopytuję, pojadła jak szczupak żarłoczny wszystkie maleńkie myśli.
— Porównania nastręczyło pani sąsiedztwo Horynia — rzekł Zmora.
— Niech mnie Bóg broni, żebym je poławiać miała w tej smutnej rzece!
— Zobaczysz je pani wiosną.
— Niestety! zobaczę.
— Dla czegoż, niestety?
— Bo coraz mniej wieś lubię.
— A gdyby całe życie przyszło na wsi zamieszkać?
— Jakby to być mogło przeciw woli mojej?
— Naprzykład, gdyby pani poszła za mąż...
— No! to mój mąż zawiózłby mnie do miasta.
— I nie potrafiłabyś się pani pogodzić z naszą wsią spokojną?
— Widzi pan, odparła Lizia, ja jestem spokojna i wieś jest spokojna, jakbyśmy się tak zebrały, to by było nieznośne...
— Pani spokojna?!
— Pan znajduje przeciwnie?
— Ja się tylko pytam.
— Więc pan wątpi?
— Chcę się dowiedzieć.
— A cóż to pana obchodzi jaka ja jestem?
— Mnie! mnie to najmocniej! najmocniej obchodzi! niech pani wierzy!
— Przyznam się że nie rozumiem, ruszając ramionkami odpowiedziała Lizia.
— Bo pani zrozumieć nie chce.
— Ale powiedz mi pan, jak pojąć, jaki może mieć związek...... ja i pan...
— Ja to oddawna pojmuję!
— A ja nie mogę...
Zmora się zbił z tropu, ale postanowił zmienić ton i wyspowiadać się wyraźnie, po chwili stanął znów do walki. Lizia odchodziła, wstrzymał ją.
— Za chwilę, rzekł, pożegnam państwa, pozwoli mi pani przybyć znowu?
— Ja? a cóż to do mnie należy?
— Całkiem i tylko do pani... a! gdybyś pani zrozumieć mnie chciała! Jestem tak nieszczęśliwy, że się nawet wytłumaczyć nie umiem... o słowo pociechy proszę...
— Mówmy wyraźniej, bez zagadek — odezwało się dziewczę.
— Los mój jest w ręku pani!
— Ale to nowa zagadka.
— Ja panią kocham! zawołał nareszcie pan Teofil po cichu, ale wyraźnie.
— To bardzo dobrze, zimno odpowiedziała Lizia.
— O! czyż się godzi szydzić?
— Ja mówię zupełnie serjo.
— Mogęż mieć nadzieję?
— Jakiejże pan żądać możesz?
— Pani nie masz litości!
— Owszem, pełniuteńkie serce, ale tylko litości.
Zmora popatrzał, zobaczył uśmiech złośliwy, oblał się krwią cały, zagryzł usta, zakręcił, pożegnał szybko i uciekł.
— Wyborniem go odprawiła! klaszcząc w małe rączki zawołała Lizia, poszedł z kwitkiem.
— Liziu, na Boga! możeś była niegrzeczną!
— Ja? chyba do zbytku grzeczną, kochana mamo.
— Zrobisz nam nieprzyjaciela!
— To bardzo być może, ale trudnoż pójść za niego dla zakupienia sobie jego przyjaźni.
— Djable kwaśny odjeżdżał! rzekł pan Bal.
— O! bo też to śmieszna myśl, z oburzeniem zawołało dziewczę, chcieć się żenić ze mną! I tupnęła nóżką. — Pierwszy z brzegu, jakbym już była starą panną! Na wpół łysy, pachnący piżmem, którego nie cierpię, bo mi stare szale przypomina, w pretensjach do dowcipu, do państwa! Dobrze mu tak! dobrze mu tak! odmowa zawsze odmową, byłby się nią obraził niechybnie, wolałam go odprawić w ten sposób, żeby ani myślał powracać.






ROZDZIAŁ X.

Dalszy ciąg sąsiedzkich spisków.

Pan podsędek Hurkot kiedy sobie raz postanowił, miał to w naturze, iż się nie łatwo wyrzekał swoich pomysłów, zwłaszcza gdy w nie wchodziły mowy, które ułożywszy musiał wypowiedzieć. Sejmiki dawne dały tę żyłkę deklamatorską, z której się rad wynosił, będąc pewien że okolica nie ma nad niego większego mowcy. Deklamował wśród salonu, w poufałem zgromadzeniu, do żony, do dzieci, przez sen czasami i w konfesjonale do księdza. Taki człowiek mogąc spróbować swej swady na panu Teofilu i mając niejaką nadzieję zwycięztwa, wyrzec się jej łatwo nie chciał. Nie zastawszy więc w domu Zmory, gdy jeszcze tam i na powrót jadąc mowę swoję do niego przygotowaną znamienicie wykończył, musiał powtórnie pojechać do Brogów, ażeby wrażenia jej doświadczyć.
Trafił właśnie na najkwaśniejszy humor po harbuzie, z którym się jednak nie chwalił kuzyn hrabiego, i o nim sąsiedztwo nic jeszcze nie wiedziało. Z miną ważną i zadumaną dyplomaty, który traktować ma zawikłane internacjonalne zagadnienie, wstąpił na próg gotyckiego domku pan podsędek, przeżuwając mowę swoję na progu jeszcze, gdzie ważny dodał wykrzyknik po którym wiele sobie skutku obiecywał.
Zastał pana Teofila ze związaną głową, żółtego, zestarzałego, smutnego i pokaszlującego skutkiem rozlewu żółci.
— Cóż ci to szanowny sąsiedzie? — zapytał troskliwie, oburącz go witając... widzę pana tak zmienionym, cierpiącym!
— W istocie, w istocie, odparł pan Teofil, jestem cokolwiek niezdrów, coś wewnętrznego, wziąłem już Morissona, i zapewnie to przejdzie.
— A! pan jesteś zwolennikiem Morissona?
— Doświadczyłem jego dobrych skutków.
— A ja w wodę wierzę, nie ma jak woda.
— W ogólności jak co komu służy.
Rozmowa poczęta od farmaceutycznej rozprawy, tępo szła z początku, zwijał się podsędek, chcąc ją na przedmiot swój naprowadzić, ale mu szło uparcie. Nie zrażał się jednak, dwoisty podobno cel mając na oku: szło mu o zemstę nad Balami mogącemi mu wydrzeć pierwszeństwa palmę, a trochę także o córkę, którą zamyślał wydać za pana Zmorę od dawna. On i żona szepnęli sobie nawet świeżo, że byle tylko od Balów oderwać Zmorę, podstarzały kawaler będzie musiał się z podsędkówną choć nie ładną i nie bogatą ożenić. — Ta uwaga dodawała zapału panu Hurkotowi, gdyż jakkolwiek bądź, ale interes własny silny to zawsze bodziec; i nic tak nie rozgrzewa, jak gdy o swoję skórę chodzi.
— Słyszałem, rzekł po półgodzinnem biciu się o różne przedmioty podsędek, słyszałem że pan dobrodziej byłeś temi dniami (właśnie kiedym miał honor mu służyć) w Zakalu.
— A tak, obojętnie odparł Zmora, byłem tam na chwilę, i dodał, nie dopuszczając się posądzić... w interesie hrabiego.
— Pan dobrodziej bliżej tych ludzi poznałeś, dziwy o nich mówią, co też za jedni?
— Trudno co stanowczo wyrzec, znajomość krótka, bałbym się tak wyrokować z niej.
— Ale mówią nie ciekawie.
— Mnie to jeszcze nie doszło.
— Gdyby dziesiątą część tylko w tem było prawdy, dość by tego na potępienie.
— Przecież? spytał ciekawie Zmora.
— Nie wiem tylko co wybrać na początek, a jest tego dosyć!! Dziwią się też wszyscy powszechnie, i nie chcą wierzyć pogłosce, jakobyś pan dobrodziej bywał u tych przybyszów w jakichś zamiarach.
— Ja! — gorąco i z oburzeniem niemal porwał się pan Teofil ruszając ramionami i śmiejąc się ale nie szczerze — ja! a! a! śmieszne prawdziwie przypuszczenie...
Podsędek nie mógł już dłużej wytrzymać, dławiła go mowa, powstał.
— Kiedy tak — począł szparko — mogę więc mówić szczerze... Ja nigdy temu nie dawałem wiary, żeby pan, człek wyższego towarzystwa, świetnego urodzenia, który jesteś młodzieży naszej perłą.
(Skłonił się skromnie Zmora.)
— Nie wierzyłem byś pan mógł tak na lekko powziąć myśl jakąś, nie znając tych ludzi... Byłem zawsze jego obrońcą gorącym. W istocie, my tu wszyscy oburzeni dumą, chęcią imponowania ludzi, którzy się niczem jeszcze nie zasłużywszy już chcą sięgać po wszystko... chcemy stanąć murem przeciwko przywłaszczycielom... Mogłoż być, byś pan jeden wyłączając się z koła współobywateli, podawał rękę ludziom więcej niż wątpliwej przeszłości? Nie! nie! po stokroć nie! mówiłem zawsze... Gdyby nawet piękna twarzyczka niewieścia uczyniła na nim wrażenie, umiałbyś pan, ręczę, poskromić je i powstrzymać się do bliższego poznania ludzi, niegodnych może tego zaszczytu, jaki im chciałeś uczynić...
Pan Teofil stał odurzony wylewem wymowy podsędka, to tylko z niej zrozumiawszy, że go już o staranie posądzono, chodziło mu bardzo o ukrycie harbuza.
— Bardzom wdzięczen panu podsędkowi za jego obronę, rzekł poważnie, ale to były domysły zupełnie fałszywe... przyznam się że w początku powierzchowność tych ludzi zdurzyła mnie i omamiła, postanowiłem bliżej ich zbadać... To był istotny powód moich odwiedzin.
— O! — zawołał podsędek głowę schylając a palce podnosząc do góry — o! to co innego! Szczęśliwym, że tak dobrze odgadło serce moje szlachetne zamiary pańskie. Ale co to są złośliwe języki ludzkie! u nas niż rozplatali, że się pan starasz o panienkę! Mówiłem, gardłowałem napróżno że to być nie może. — Wreszcie, gdy mi to codzień w uszy kłaść poczęto, gdy my, co ich odepchnąć chcemy, zagrożeni zostaliśmy opieką, którą pan dać im mogłeś, przyznam, że przyleciałem też w zamiarze perswazji.
— I wiesz kochany podsędku, że gdyby co było do wyperswadowania, pewniebyś tego dokazał, aleście się wielce omylili. Bywałem po prostu przez ciekawość, a chcecie żebym wam dał dowód, że trzymam zawsze ze swemi i pragnę jedności z niemi, oto od dzisiejszego dnia bywać przestaję.
Rozpromieniał Hurkot, uśmiechnął się, widząc z jak pięknym powróci tryumfem, otworzył szerokie ramiona i rzucił się w objęcia Zmory, który dość niechętnie przyjął uścisk zatabaczony podsędka.
— Otóż to mi obywatel i sąsiad! Teraz, zawołał, nikt nas nie pożyje, pójdziemy ręka w rękę wszyscy razem i upokorzym, zgnieciem tych przybyszów!!
Zmora się uśmiechnął i jemu ta zemsta była bardzo pożądaną.
Usiedli, podsędek zużywszy kawałkami swoję mowę, której znaczną część musiał schować do kieszeni, gdyż ułożył ją był myśląc o oporze ze strony pana Teofila, którego nie znalazł, począł już ciszej i prozą zwyczajną, zażywając tabaki.
— Powiedz-że mi, ot tak szczerze między nami kochany sąsiedzie, co też to za dom, bo, jakem ci miał honor wspomnieć, chodzą o nich wieści dziwne. Miałeś zręczność zblizka się im przypatrzeć, objaśń nas.
— To pewna, żem pilnie starał się wniknąć w tajemnice tego domu, rzekł Zmora, ale to poprostu bogaty kupiec, który zarobiwszy na pieprzu, chce grać rolę wielkiego pana.
— Prawda to, że jego żona była faworytą ministra?
— Nie wiem, nie wiem, i nic nie upoważnia do takiego sądu, odparł Zmora, wszakże takie się wieści z palca nie wysysają.
— Oczewiście!
— Pani bardzo udaje poważną i wielką rygorystkę, to zły znak; kobiety co sobie mają coś do wyrzucenia, kończą zawsze na przesadnem udawaniu cnoty, której nie miały.
— Głęboka, filozoficzna, wzniosła uwaga, zawołał Hurkot. Co za myśl! co za myśl! A więc jest podobieństwo?
— Przynajmniej niepodobieństwa nie ma.
— I bogaci to ludzie?
— To pewna, że się bogatymi wydają, ale któż wie co w ich worku?
— A w domu?
— O! z pańska! bardzo szumnie!
Podsędek aż pobladł ze strachu.
— Byliby mnie zakasowali! — rzekł w duszy — szczęściem teraz od nich jak od zapowietrzonych uciekać będą.
— A sam Jegomość? mówią że to podejrzana figura? był słyszę jakimś tajnym urzędnikiem?
— Tego nie wiem.
— Trzeba się go wystrzegać! to pewna! Będzie rachował na to że nic nie wiemy! Kto go zgadnie? nasz kątek zawsze stał w opozycji, wiedzą o tem daleko; może go tu umyślnie nasłano dając mu fundusze na kupienie majątku?
Zmora byłby się rozśmiał, ale nadto gnębiło go upokorzenie, żeby w tej chwili mógł się rozweselić.
— A syn? dodał Hurkot, słyszę ponury, tajemniczy, dziki, nieprzystępny!
— Że nie bardzo towarzyski to pewna.
— O córeczkę nie pytam, dodał podsędek, bo słyszę trzpiot! Drżałem na samą myśl takiego towarzystwa dla mojej córki! Jakeśmy się tylko dowiedzieli że u nas być mają, uciekliśmy z domu, a mnie to na co? Dankiewicze ich przyjęli, ale teraz słyszę żałują. Łączą się z całem sąsiedztwem, postawiwszy się przez nierozwagę na fałszywej pozycji. Teraz mówmy jeszcze o najważniejszem... pan już u nich nie będziesz?
— Daję panu słowo.
— Stokrotne dzięki!... nikt z nas ich nie przyjmie i u nich nie postanie... Hubka nawet, choć ma interesa, będzie szedł drogą procesu. Potrzeba nam ich ztąd wykurzyć!
— To może być przytrudne, rzekł Zmora, a nuż się uprą siedzieć na złość?
Hurkot się uśmiechnął i brwiami poruszył, co u niego zawsze obiecywało wiele.
— Na to są sposoby! Nie zrobim nic za coby do nas przyczepić się mogli, nic wyraźnie... ale wszędzie znajdą obojętność twardą, nieubłaganą, na każdym kroku przeszkodę, nigdzie pomocy, z nikim towarzystwa... Mamy środków tysiące! obejmiem ich kołem żelaznem, licho zjedzą żeby wytrzymali...
Zmora gdyby się był nie obawiał posądzeń, byłby spytał za co to wszystko i dla czego? oburzały go nawet trochę zamiary sąsiedztwa, ale się odezwać nie mógł, trzymając harbuza w kieszeni. Chodziło mu o to bardzo żeby się o nim nikt nie dowiedział, ale zemsta jego tak była gorącą, że przed przybyciem podsędka nawet wpadał już na myśl starania się i ożenienia prędkiego z jego córką... Iluż to ludzi mści się tak na swojej przyszłości za chwilę upokorzenia!
Odpowiedział więc tylko uśmiechem dwuznacznym przyszłemu teściowi.
— Przyznam się panu dobrodziejowi nawet, że na przyszłą niedzielę osnuliśmy maleńki programat, dodał podsędek zażywając tabaki, nie robię sobie z niego chluby, bo to rzeczywiście koncept mojej żony.
— No! cóż to takiego?
— Wiesz pan, że zwykle przybywając do kościoła Balowie, chcą się odróżnić od wszystkich, by nie zmięszać z tłumem. Damy im nauczkę. Pani idzie przed wielki ołtarz i tam się rozsiada. Moja żona dobrała już starą żebraczkę i młodą ślepą dziewczynę, które ma umieścić na krzesełku pani Balowej. Przed kratą ustawim rzędem ubogich, żeby nawet klęknąć gdzie nie miała. Ławki będą zajęte, my wszyscy postanowiliśmy ich nie widzieć, nikt im miejsca nie zrobi, niech idą do kruchty! A co?...
Pan Teofil z przykrością się uśmiechnął, ale nic nie odpowiedział, a podsędek narozprawiawszy szeroko, rad z siebie niezmiernie, odjechał nareszcie całą znowu drogę układając przyszłe opowiadanie o rozmowie swej ze Zmorą, o środkach które na pokonanie go używać musiał i t. p.
W Zakalu spokój chwilowy panował, gdyż spisek sąsiedzki jeszcze tam był nie doszedł, postrzegał tylko pan Bal, że ani Dankiewiczowie, ani nikt z sąsiedztwa dotąd go nie odwiedzili i dość mu to było przykro, ale zmowy żadnej nie przypuszczał, nie czując się do winy. W następującą niedzielę wedle zwyczaju zebrali się jechać do kościoła. Biły dzwony na sumę, gdy sanie zaszły przed skromną bramkę, cała rodzina weszła razem, a pani Balowa swoim zwyczajem posunęła się wprost na zwykłe miejsce.
Tu, jak powiedział podsędek, stali kupą żebracy, zasłaniający ołtarz i księdza, a na krzesełkach dwóch, gdzie zwykle zabiera miejsce Lizia i jej matka, rozsiadły się dwie ohydne baby.
Ich miny nie dozwalały wątpić na chwilę o zamiarze wyrządzenia przykrości; twarz pani Balowej oblała się rumieńcem. Lizia o mało nie omdlała, ale wprędce dom Boży, dom modlitwy poddał kobiecie myśl chrześcjańską. Umieściła się z pokorą w pośrodku żebraków, którzy się trochę usunęli, uspokoiła w chwili i poczęła modlić.
Towarzystwo które ciekawie poglądało na wrażenie jakie uczynić miał ich nieprzyzwoity podstęp, zadrżało widząc momentalne wahanie się Balowej i uczuło upokorzenie, gdy z zimną krwią zajęła kątek wśród żebractwa... Bal i Stanisław, którzy to widzieli z daleka i nie mogli nic zrozumieć intencji, nim się rozmyślili co począć, już zobaczyli że przytomność umysłu i dobrze zrozumiana pokora dały zwycięztwo. W istocie nikt z parafjan co to osnuli nie spodział się takiego końca, wyobrażali sobie że kupcowa albo wyjdzie narażając się na śmieszność, albo z oburzeniem cofnie się do ławek, które dla niej zamknięte być miały.
Tymczasem proboszcz, który po niewczasie żebractwo u kratek zobaczył a wszystkiego się domyślił, załamywał ręce w zakrystji, posłał zakrystjana i usunąć się kazał przybyłym, a sam podszedł do pani Balowej, zapraszając ją do ławki w presbyterjum.
— Bardzo dziękuję Waćpanu dobrodziejowi, odpowiedziała kobieta, mnie tu dobrze, a że w kościele wszyscy równi, proszę pozwolić tym biednym zostać na miejscu. Wobec Boga jest to pewnie najlepsze towarzystwo.
Jakkolwiek niezmiernej łagodności i dobroci często zbytecznej był proboszcz, na ten raz za użycie tak niegodne domu Bożego niezmiernie się rozgniewał, znalazł w ewangelii dnia tego słowo o poszanowaniu kościoła i wstąpił na kazalnicę z gromem oburzenia na ustach.
Była to niemiła dla sąsiedztwa niespodzianka, a nauka tak zresztą miała cel wyraźny, że się na jej znaczeniu omylić było niepodobna. Podsędek odwrócił głowę od ambony, nosem zwijał, tabakę zażywał ale się na prawdę gniewał.
— Noga moja nie postanie u proboszcza, rzekł do żony, w nie swoje rzeczy się wdaje! To są osobistości! Wykurzym go tego intryganta!
Nabożeństwo skończyło się zresztą jak zwykle i państwo Balowie przeczekawszy wszystkich, od nikogo nawet skinieniem głowy nie powitani, gdyż każdy udawał że ich nie widzi, wyszli nareszcie smutni z kościoła. Zwykli goście którzy zawsze u proboszcza śniadali, pojechali wprost do domu z żalem od niego, tak że na probostwie jeden był tylko Jaś Pancer.
Proboszcz chodził ciągle w oburzeniu jeszcze, poruszony i tem więcej rozdrażniony, że nie miał na kogo zaraz wylać gniewu swego.
— A to skaranie Boże z tymi ludźmi! mówił do jedynego swego gościa, który zajadał smaczno tymczasem. Oni sobie świątyni pańskiej używają na igraszki! Chrystus Pan wypędzał z niej kupców, a cóżby powiedział żeby zastał intrygantów! Doprawdy nie warto być dobrym, oni sobie myślą że im na wszystko pozwolę. Tak! róbcie ze mną co chcecie, ale od kościoła wara!
— Może też to nie było ich myślą, rzekł Pancer.
— Jakto! żebracy mi wyśpiewali jaką im dano instrukcją. Ale zobaczy podsędek jak mu wytrę kapitułę! Będą się gniewali na kazanie! niech się gniewają; nie mogłem wytrzymać ze zgrozy! Jeszcze czego nie stało! teatr mi zrobią z Bożego domu! Ręczę, że to podsędkowej robota. Ale dobrześmy im nosa utarli. Ta zacna kobieta znalazła się ślicznie, przykładnie, gdyby nie kościół, byłbym ją w rękę pocałował.
Gdy się to dzieje w plebanii, na drodze do Dębna, do Burek i Brogów wrą w powozach rozmowy, krzyżują się wymówki... Wszyscy uczuli że się im nie udało, każdy zrzuca winę na drugiego...
— Ja zaraz mówiłem że to się nie godzi, woła podsędek, ale waćpani uparłaś się.
— Ja się uparłam, a któż ludzi ustawiał?
— Prawdę powiedziawszy, odzywa się Dankiewicz — podsędek zrobił głupstwo.
— Jak zawsze, szepcze z domu Kościńska.
— Wzięli nosa i potężnego, śmiał się Hubka łubianemi sankami prąc do domu... cha! cha! cała historja.
W początku państwo Balowie milczeli chwilę, widać było na twarzy samej i Lizi wzruszenie tajone, nareszcie łzy puściły się z oczu biednej...
Bal siedział niemal osłupiały, nie mogąc pojąć co to się stało, ani sobie wytłumaczyć. Zaczynał przypuszczać, że pomimo uczuć jakie przyznawał wsi mieszkańcom, znajdowali się tu i mniej dobrzy, mniej cnotliwi ludzie... domyślał się nieprzyjaciela, ale nie wiedział jeszcze ilu ich przeciwko niemu było.
Staś wrzał i szukał tylko w głowie powodu do uczciwego ujęcia się za matką i za siostrą. W istocie jednak było to coś, acz wyraźnie wymierzonego do nich, jednak nie dającego się pochwycić... Jawnem było że te żebraczki w krzesłach same tam nie osiadły, ale się o to ani ujmować było można, ani szukać sprawcy.
— Ha! rzekł pan Bal z westchnieniem, wszędzie są ludzie... moje serce... Może im było przykro żeś nie szła do ławek... Posądzam o to Hurkotów, chociaż im nie uchybiłem w niczem. — Trzeba to znieść w milczeniu...
— To są przyjemności wioski, z anielską cierpliwością odezwała się pani Bal.
— To się wszędzie zdarzyć może, ruszając ramionami odparł Bal, ty się duszko uprzedzasz... Zresztą może być przypadek po prostu, niepotrzebnie bierzemy to do siebie.
— Uważałeś że wszyscy zdawali się nas nie widzieć wychodząc z kościoła?
— Ale bo kto się wita i kłania w kościele! rzeki Bal, na wsi ludzie ściśle się trzymają starodawnych zwyczajów. Ja to znajduję bardzo słusznem, w domu Bożym ani rozmowy, ani przywitań być nie powinno.
— Posądzam Zmorę, rzekł żywo Stanisław, Lizia mu odmówiła przykro, będzie się na nas mścił; był w kościele i ani się zbliżył do nas.
— To najprędzej, podchwycił kupiec, masz słuszność, ale niech mi daruje, nie okazał wychowania.
— Przy pierwszej zręczności, szepnął Stanisław, dam mu nauczkę.
Matka chwyciła go za rękę.
— Na Boga Stasiu! jeszcze tego brakło mi do wszystkich strapień moich, żebym o ciebie truchlała? porzuć tę myśl, zaklinam cię, porzuć!
Pan Bal spojrzał na niego z obawą.
— Do czego to, rzekł, do czego? Jest to chwilowe rozdrażnienie może, jeźli nie fałszywy domysł. Wszędzie początki trudne, zawsze ludzie ludźmi, nie mówmy o tem ani słowa!
Tak zamknąwszy usta wszystkim, powrócił pan Erazm do domu, ale długo chodził po swoim pokoju i wzdychał ciężko.
Ha! rzekł w końcu do siebie, to być nie może, żeby nas Bóg wie za co nienawidzieć miano. Śnią się nam prześladowania gdy ich nie ma. To ludzie poczciwi, pełni prostoty i szczerości, niegodziwie ich posądzamy, pewien jestem że to się wyjaśni i pokaże, żeśmy względem nich byli niesprawiedliwi. Nie ma jak wieś! nie ma jak wieś!

KONIEC TOMU TRZECIEGO.





ZŁOTE JABŁKO
Powieść
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.


Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom IV.




LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





ROZDZIAŁ I.

Przybycie wiosny.

Szczęściem może dla pana Bala, nie miał bardzo czasu rozmyślać o przypadku w kościele, bo nań spadły wszystkie wiejskie utrapienia, których dotąd nie doświadczył: odwiedziny urzędowe, śledztwa niespodziewane i bryczki ze dzwonkami przez tydzień hałasowały mu nieustannie w dziedzińcu. Przybył poznać się z nowym dziedzicem i obywatelem miejscowy Asesor, potem Sprawnik, potem Strapczy, potem ktoś z kancelarji pana marszałka, potem ktoś znowu z osobnem poleceniem, potem członek duchowny do śledztwa o jakąś pasiekę, urzędnik do rewizji skazek i tym podobni goście.
Wszystkich potrzeba było zabawiać, co najtrudniej przyszło, i gdyby nie Parciński, nie wist i preferans, nie wiem jakby sobie z nimi dał radę pan Bal.
Asesor szczęściem był bardzo dobry człowiek, małorosjanin, wesół, rubacha, i nie prześladujący ludzi, a że w nim serce grało, poznawszy bliżej Bala, zaraz go pokochał. Z tym łatwo było przyjść do ładu, choć pomocnik, nabechtany od pani Supełkowej, ciągle go podszczuwał.
Sprawnik, niegdyś major i adjutant księcia W... który się dosłużył rangi, więcej pilnując pokojów i towarzystwa niż zajęć militarnych, był człowiekiem wielkich pretensyj, elegant, wytworniś, a wewnątrz najdziwniej obojętny na wszystko co nie napychało kieszeni. Przyjechał koczykiem, ale z żydem faktorem na koźle, ze szkatułkami zawierającemi wytworne toalety, z kamerdynerem, bursztynami i cybuchami, sekretarzem pijakiem i pisarzem, szumno i hałaśno... Słysząc o kupcu i wystawując go sobie czemś łatwem do zastraszenia, w początku wystąpił z bardzo pańskiemi minami, ale zaledwie wszedł do salonu, stał się na widok zamożności i zbytku innym zupełnie człowiekiem. Wystąpiła zaraz francuzczyzna, dworactwo, serdeczności, zwierzenia, a że pan Bal łatwo się ująć dawał, zręczny major zrobił z nim co sobie zamierzał. Zwierzył mu się zaraz na ucho, że miał sekretne doniesienie o ucisku włościan, wystawił jakie to niebezpieczeństwo ciągnie za sobą, i przestraszonego zapewnił, że to się da jakoś złagodzić.
Że w Zakalu i stół i wina smakowały, pan major przedłużył tu swój pobyt, usiłując na stopie przyjacielskiej stanąć z gospodarzem, u którego nareszcie półtora sta rubli zmuszony był pożyczyć. Wszystkie trudności poszły potem nadzwyczaj szybko z wiatrem i ukończyły się najpomyślniej. Ale tydzień takiej załogi i salonowania!..
W domu i na folwarku gdzie się rozlokowała kancelarja, nie było chwili spokoju, a któżby śmiał sprzeciwić się w czem komukolwiek z tych panów? W końcu odjechali ustępując miejsca innym, a Bal nie mógł się upamiętać widząc jedne po drugich zajeżdżające bryczki, interes napadający po interesie, śledztwo po śledztwie i wydatek po wydatku.
Parciński jak mógł mu usługiwał i wyręczał, wszakże wszystko się o dziedzica po troszę opierać musiało.
— A co Erazmie, spytała go żona po kilku dniach jednego wieczora widząc posępniejszym, tyś na wsi wyglądał spokoju i odetchnienia?
— To są początki, to wyjątek, jak się raz obrobim z tych zaległości, będziemy siedzieli jak u pana Boga za piecem.
— Prawda że za piecem, bo prócz tych panów żywa dusza u nas widać nie postanie. Zawszeż jeszcze wieś widzisz w tak różowych kolorach?
Pan Erazm ruszył ramionami.
— Moja droga, rzekł hamując się o ile umiał, są warunki w życiu ludzkiem od których żadne położenie nie uwalnia; jednym z nich to co się pospolicie zowie kłopotem... jakże ty chcesz być od nich całkiem swobodną?
— Jam się tego nigdy nie spodziewała ale ty.
— Jam się dotąd nie zawiódł.
— Erazmie! doprawdy nie godzi się żebyś mnie to mówił.
— Może się uprzedzam, ale mi widok wsi i to życie u piersi natury opłaca za wszystko!
— Cóż mam na to powiedzieć? westchnąć i milczeć.
— To są wstępy, początki! Pierwsze kotki za płotki! Jak raz przebrniemy przez zwykłe introdukcyjne trudności, pójdzie nowe życie gładko, ślicznie, wesoło, cicho, swobodnie... będziemy się wsią napawali. Co do mnie przyznam ci się że zapominam o wszystkiem, w oczekiwaniu uroczej wiosny się zatapiając. My mieszczuchy rzec można, nie znamy dzieła Bożego, nie skosztowaliśmy wdzięku natury, nie wiemy co wiosna, lato, jesień, żyliśmy w oranżerji. Tu dopiero rozwiną się dla nas wspaniałe widoki przyrodzenia.
Pani Balowa się rozśmiała.
— Kochany Erazmie! ale gdzież weźmiesz swobodę umysłu potrzebną do zapatrywania się na naturę? Z jednej strony żyd arędarz, z drugiej pan pomocnik, z trzeciej sąsiad napastnik, z czwartej proces cię oblęże... Najpiękniejsza wiosna zmieni ci się w utrapioną jesień!
— Zawsze widzisz czarno! zawsze się uprzedzasz! odparł już goręcej coraz pan Bal... bądź sprawiedliwszą... Zresztą, jakem to sto razy powiedział, ja ci się nie dziwuję... ty nie masz w żyłach krwi szlacheckiej.
— Coraz się o tem mocniej przekonywam...
— Daruj mi serce... ale narażasz się sama.
— Nie przepraszaj bo się nie gniewam wcale, śmieję się tylko z ciebie.
— Może to być śmieszne dla was... ale cóżem temu winien że krew tych Balów starych płynie w żyłach moich i pociąga mnie ku żywotowi pradziadów?
— Nie krew to ale imaginacja! pomyślała żona, ale nic nie odpowiedziała. Bal chodził wielkiemi krokami po pokoju, i sam z sobą rozprawiał ducha sobie dodając. Im więcej bowiem usadzały się okoliczności żeby go od wsi zrazić, tem gwałtowniej czepiał się jej sił ostatkiem... Przestał wprawdzie Zakale nazywać złotem jabłkiem, bo codzień dobitniej przekonywał się że ten przydomek dziedzictwu jego służyć nie mógł, ale zawsze i coraz goręcej oświadczał się ze swem dla wsi uwielbieniem.
Tymczasem kłopoty nie ustawały i sypały się jak z worka; każdy dzień coś nowego przynosił... Parciński pocił się nad stosami papierów, po których przejrzeniu ostatecznie zawsze coś tylko było komuś zapłacić. Pan Bal wyliczał i zapisywał potajemnie, a coraz to podsumowawszy, gdy był sam jeden, potrząsał głową znacząco; rosły bowiem wydatki niezmiernie, a przychód się ani pokazywał jeszcze. Aręda zaledwie wystarczała na pobycie codziennych kosztów życia, a Moszko regularnie kwitkami się wypłacał. Kasa właściwa Zakalańska, mająca osobne regestry, strasznie była chuda.
— Zapewnie że to wiele! mówił poczciwy pan Erazm, ale to są ekspensy installacyjne! inaczej być nie może... Później, powoli zacznie się to powracać...
Tymczasem pieniądze wyjeżdżały szybko, ale z powrotem doczekać się ich nie było można. Oczekiwana tak niecierpliwie wiosna poczęła się nareszcie... w kalendarzu... Zwiastował ją z nieporównanym zapałem pan Bal i wskazał żonie czerwonemi wydrukowane literami... Pierwszą część wiosny! Ale spojrzenie w okno przekonało go że to był mythus tylko, symbol, tradycja... ale pewno nie wiosna... Paskudniejszej pory nad tę, gdyby kto ją chciał robić naumyślnie, nie potrafiłby sobie skomponować. Na ziemi leżał śnieg wielkiemi płatami z pod którego czarna, naga wyglądała ziemia... błota było pełno, wody podostatkiem, zimno jak o Bożem narodzeniu... Przymrozki na czterdziestu męczenników poczęte, obiecywały męczyć dni czterdzieści i w tem nie zawiodły. Jeśli dzień jeden błysnął weselszy, po nim następowała słota, deszcz ze śniegiem, śnieg z deszczem. Błoto i gruda mieniały się jak najregularniej... W takich przemianach z wielką niecierpliwością pana Bala nadeszła znowu czerwono drukowana Druga część wiosny!
Śnieg złaził, ale po kątach leżał jeszcze uparcie, przymrozki szły co ranka, słońce jednak poczęło sobie przypominać swoje obowiązki. Walka zimy która ustąpić nie chciała z wiosną, która czuła potrzebę przejścia, zajęła prawie całą tę część w kalendarzu drugą nazwaną, sumiennie i pierwszej imienia nie warta. W dzień przygrzewało, w nocy marzło, a po chwili cieplejszej zlatywały burze, grady, zamiecie krótkie a nieznośne, nie dające głowy za próg wychylić.
— Co u kata! mówił pan Bal, czy się to już nigdy wiosna nie zrobi? I to na złość chyba!
Nareszcie pod płotami zjawiła się pokrzywa, pierwszy u nas zwiastun zieloności, przyleciał chudy bocian, zakrzyczały żaby w błotach, chmarą podniosły się komary... zima musiała ustąpić. Jednakże bez futerka wyjść było niepodobna. Pan Bal dziwił się bardzo, że tego wszystkiego w mieście nie doświadczał, ale wmawiał sobie, że to go zajmowało i bawiło.
— Co do mnie, mówił przed żoną, ja na ten widok walki w przyrodzeniu i odmładzającej się ziemi patrzę z zachwytem, z rozczuleniem... W mieście to wszystko przechodziło niepostrzeżone, mieniałem futro na płaszcz i to dla mnie stanowiło wiosnę. Nawet krzyk żab naszych mi się podoba.
— W tem przynajmniej zgadzasz się z poetą co osądził, że żadne żaby nie krzyczą jak nasze.
— No! gadaj ty sobie co chcesz, a ja ich kumkanie lubię.
Jak tylko się ociepliło, pan Bal nie schodził z ganku, stał się dzieckiem, ale używał wiosny całą gębą. Przynosił trawę i pączki drzew lub dzikiego agrestu do pokoju, wynajdywał kwiatki, a tak go to naiwnie bawiło, że żona nie mogła mu już mieć za złe namiętności, która go tak uszczęśliwiała.
Ale wśród tych zachwytów ileż było chmurek zaledwie przeleciałych[1] już znowu wracających.
Skutkiem zabiegów rozsądnych Parcińskiego, ludność Zakala pogodziła się jakoś z dziedzicem, chętka nieposłuszeństwa ustała, a zresztą łatwo porachowali, że z panem jakiego im Bóg dał, najlepiej wyjdą starając się go chwycić za serce.
Prosty ten lud ma głęboką znajomość człowieka, z fizjognomji czyta trafnie i nigdy się nie myli; w słowie, w zapytaniu rozpoznaje od razu charakter. Pan Bal miał znowu tak otwartą fizys, tak poczciwie rozweselone oblicze, że się na niem i najmniej biegły poznaćby potrafił.
A jakże nie korzystać z dobroci?
Postanowiono więc choć bez narady, kłaniać się nizko kuropatwie, a ile możności ssać ją nieboraczkę. Nie szczędzono ukłonów, ani słówek, ani przymileń, a szczery ów lud prosty, wśród którego pełno filutów wyuczonych odwiecznem swem położeniem do odegrywania komedji — podchodził pana Bala nieustannie.
Nowy dziedzic przekonany że na wsi panuje szczerość i prawda, wierzył każdemu słówku najświęciej, oburzał się nawet gdy mu dawano do zrozumienia, że nie wszystko tak być może jak mu malują, i płacił za swą poczciwość kieszenią.
Ze swych przechadzek na pole i do lasów rzadko kiedy powracał niewypróżniwszy sakiewki do dna, a im więcej dawał, tem częściej żądano. Temu zdechł ukochany wolik, tamtej krówka ostatnia, inny nie miał chleba! Bal się wzdrygał i dawał a dawał.
— Ale panie! mówił mu pokręcając wąsa Krużka, niech Jaśnie pan wierzy, że ci co prawdziwie potrzebują, najczęściej siedzą w kącie i nie przyjdą prosić, a kłamana bieda na wierzch tylko wyłazi...
— Co Waćpan pleciesz! oburzony łajał Bal, trochęś tylko liznął świata, a już nie masz miłości i wiary. To są ludzie prości, poczciwi! zresztą ja się znam na frantach!
Po cichuteńku zaśmiał się może niejeden z łatwowierności nowego pana, bo i to się zdarza, ale w ogóle pokochali się ludzie w swojej kuropatwie. Poczciwe to serca! a choć wiele złego między niemi, czyż tak wielka wina, tam gdzie prócz Opatrzności Bożej nikt cnoty nie szczepi? Ten lud ze swą większością tak dobrą, jest najpotężniejszym dowodem ducha słowiańszczyzny. Z większą stosunkowo oświatą, w położeniu mniej zależnem, inne Europy ludy w klasie odpowiedniej są stokroć więcej zepsute.
Ale wróćmy do dziedzica który się wiosną nacieszyć nie może; siedzi on nad brzegiem Horynia skąsany od komarów, patrzy na wody, pije ożywione balsamiczną brzóz wonią powietrze i zachwyca się, zachwyca! Nagle puściły zewsząd liście zielone, kwiatki, chwasty, trawy, i wszystko wskrzeszone powstało zmartwych!
Nikt uroku tej porze zaprzeczyć nie może; jest ona w istocie tak piękna, że gdyby jej tylko brakło tym krajom cieplejszym, co nie znają zimy, nie mieniałbym ich na nasz. Ozwały się ptaki, owady, niebo nawet ubrało w inne obłoki, barwą, kształtami różne od zimowych; przemówił do ziemi grzmot i spojrzał błyskawicą.
Wszyscy mieszkańcy miasta, aż do biednej wygnanki pani Balowej, wyszli spoglądać na obraz, który ginął dla nich wśród murów stolicy, i wszyscy w duszy uznali go pięknym. Horyń płynący pod samym prawie domem, raz w rok się ożywił także, poczęły iść tratwy i długie pasy gąsek, zaśpiewali flisy, czółna z ogniami zwijały się nocą po błyszczących wodach.
— A co? powtarzał pan Bal, a co? nie piękna wiosna? możem przesadzał? możem się uprzedzał? sami teraz powiedzcie, kiedyż co podobnego widzieliście w mieście? Czy tak tam śpiewają ptaszki w klatkach zamknięte?
Parciński który tem wszystkiem i nasycony był i przesycony, uśmiechał się niemal z zazdrością, sam jeden stając przeciwko wsi, i malując na przekor panu Balowi obrazy jego kolorami w inny sposób przesadzonemi.
— Bardzo pana szacuję i mogę powiedzieć że go kocham nawet, mówił Bal, ale tego jednego mu nie daruję, że się na wsi nie znasz! próbuje to zimne serce!
Lizia wbrew ojcu także utrzymywała, że choć wiosna była istotnie piękną, ale obraz jej raczej smutkiem niż weselem napawał. Nie wiem czemu, starzy zwykle rozgrzewają się tym widokiem, młodzi czują w nim tęsknotę; jestli to do wytłumaczenia fizjologicznie, czy pozostanie zagadką? rozwiązać tego nie potrafię. Staś także choć trochę z życiem wsi pojednany, więcej może wzdychał niż w zimie; i chodził na dalekie przechadzki, których pozorem tylko było polowanie, celem — marzenia i dumy.
Od czasu przygody w kościele nikogo nie widziano z sąsiedztwa, stosunki z niem zdawały się zupełnie zerwane; bolało to starego, pojechał raz do Brogów, nie zastał nikogo, zaprosił pana Teofila, nie odpisano i nie przybył, widocznie cały ten światek usuwał się od nowoprzybyłych.
Dankiewiczowie nie oddali mu odwiedzin, Hubka nawet wzywany dla interesu, nie przyjechał. Pan Bal mocno to uczuł, ale pokrył milczeniem; ani żonie, ani nikomu z rodziny żadnych nie dozwalając robić przypuszczeń i wniosków.
Złe drogi, rozlane wody nie dozwoliły być w kościele, później mężczyźni tylko sami dostać się potrafili do miasteczka, i znowu nikt się z niemi ani przywitał, ani ich chciał widzieć. Kupiec znosił to silnie dotknięty, ale cierpliwie, Stanisław wrzał z gniewu i czekał tylko zręczności żeby się z pierwszym lepszym zetrzeć.
Zerwanie stosunków z panem Teofilem pociągnęło za sobą usunięcie się hrabiego, który nie mając już nadziei wydania córki, czuł potrzebę wziąć stronę swego kuzyna.
Jakkolwiek to sobie tłumaczyć było można, w ogólności jednak postępowanie sąsiadów dla państwa Balów było niepojęte, nie domyślali się bowiem, by czem obrazić mogli sąsiadów i nie przypuszczali plotek, które tak obficie rozrzucono do koła.
W cztery oczy pytał pan Bal najprzód Parcińkiego czyby nie wiedział zkąd takie odstrychnienie się wyniknąć mogło, ale ten nie wiedział o niczem, bo z nikim nie żył, a skwaszony oddawna, tłumaczył to sobie nie źle zwykłą ludzką ułomnością.
— Nie dziwuj się pan, odpowiedział, pierwsze uczucie człowieka to zawsze obawa, niewiara, wstręt... mówią o ludziach pospolitych, gdyż wyżsi duchem poczynają od miłości i sympatji... Ale tu między temi cielętami, z pozwoleniem pańskiem, wyższości nie szukać. Potem im głupsze to tem dumniejsze, w ostatku draźliwe jak rana, której dotknąć nie można, żeby nie zabolało! Ale to są zwykłe początki. Gdybyś pan był Dankiewiczowi pożyczył pieniędzy, a panna Elizia nie odmówiła panu Teofilowi, stałyby rzeczy inaczej, zrobiłbyś pan sobie partją, choć nie ciekawą, czegobyś potem gorzej żałował niż dzisiaj, że panu ci trutnie pokój dali. Tem lepiej! Baba z wozu, kołom lżej!
Nic się z tego nowego nie nauczył pan Bal, bo tyle mniej więcej i sam się domyślał, ale go korciło że inne jakieś tajemne powody do tego ogólnego wstrętu przykładać się mogły. Kogo się tu popytać, od kogo nauczyć? na wsi naturalnie od żyda. Żyd tu jest wszystkiem, on łączy sobą klasy najróżniejsze, bo się do nich dotyka; wszystko wie, bo się o każdego dowiaduje; zdrowo bo praktycznie sądzi... a więc do Moszka!
Pan Bal spotkał właśnie starego jadącego biedką do dworu, opodal w lasku. Moszko jak dwudziestoletni młodzik zeskoczył z siedzenia, zdjął czapkę i na znak dziedzica którego bardzo szanował, bo mu z nim dobrze było, zbliżył się z uśmiechem.
— Jaki z Jaśnie pana gospodarz! rzekł nie bez ziarka pochlebstwa, zawsze w polu! na co to tak pracować! pan Bóg i tak da.
— A cóż mam robić? odrzekł kupiec smutno, muszę się poznawać z gospodarstwem, ale ja właśnie chciałem się z panem Moszkiem zobaczyć i pogadać, dobrze żeśmy się spotkali.
— Nu! co Jaśnie pan każe? ja i w nocy na jego rozkaz!
— Możemy z sobą pogadać szczerze?
— Czemu nie! niech pan wierzy — kładnąc rękę na piersi dodał żyd — ja pańskiego zaufania nie zdradzę.
— Powiedz-że mi, ty wszystkich znasz, wszędzie bywasz, słyszysz co ludzie gadają, co się to dzieje, proszę cię, że odemnie tak wasi panowie jak od zapowietrzonego stronią?
Moszko pogładził brodę, kiwnął głową, założył ręce za pas...
— To długo gadać, rzekł, Jaśnie pan się nie obrazi, jak ja czystą prawdę powiem?
— I owszem ja tego chcę właśnie.
— Ot, jak się mnie zdaje, z tego com ja słyszał po dworach, w Dębnie, w Burkach i u inszych. Choć prawda nie bardzo się oni przedemną wygadują, wiedząc że ja panu służę, ale od ludzi można wyciągnąć wszystko. Jak państwo tu przyjechali, tak zaraz wielki się zrobił hałas. Zkąd? jak? co? kto? a czy bogaty? a kto on? A trzeba Jaśnie panu wiedzieć, że tutejsi panowie jak gołe, z pozwoleniem, tak wielkie fanaberje! Jak posłyszeli, że Jaśnie pan bogaty, a dom śliczny, a pieniędzy dosyć, tak im strach poszedł, że oni przy Jegomości pogasną! Ztąd zaraz różne intrygi, jedni drugich podszczuwali i zmówili się na Jaśnie pana.
— Cóżem ja im zrobił? spytał Bal łamiąc ręce — więc to spisek?
— Co na to uważać! Oni myślą że jak kto z kupców pochodzi, to co gorszego od nich.
— Z kupców! z kupców! — zawołał oburzony pan Erazm, albo to ja nie szlachcic i nie lepszy może od nich! Waćpan wiesz że Balowie pochodzą z książąt.
I byłby się tak dalece zapomniał poczciwy pan Zakala, że już chciał przed żydem liczyć swych przodków: wodza Justynianowego, książęcia Massagetów i podkomorzych Sanockich, gdy Moszko przerwał mu kłaniając się do kolan.
— Przepraszam Jaśnie pana, to głupi ludzie, co na to uważać! A wreszcie, co daleko szukać czego oni zlają? Ot! podsędek zawsze tu był pierwszy póki Jaśnie pan nie przyjechał, zląkł się że będzie musiał albo się wyciągać, albo spaść daleko niżej: nu! a Dankiewiczowi pan odmówił pieniędzy.
— Ty i to wiesz?
— Czego ja nie wiem? rzekł Moszko. Wszak i pan Teofil (tak go nazywano powszechnie, a niekiedy nawet pantofel) może mieć urazę? Nu! co za dziw, że ich złości biorą.
— Ale cóż na to poradzić? rzekł pan Bal, trudna to jednak rzecz siedzieć jak w więzieniu, żywej duszy nie widząc.
Żyd mocno głową pokiwał i dwakroć brodę siwą pogładził.
— Gdyby tak na mnie, odparł, jabym się im dał gniewać i siedziałbym cicho: przyszliby oni potem sami do Jaśnie pana.
— Ha! może masz słuszność, ruszając ramionami mruknął pan Bal, zresztą nie ma podobno sposobu na to.
Smutny jednak ze spuszczoną głową powrócił do domu wzdychając, i nie dziw, potrzebował ludzi, bo do nich przywykł, ciężyła mu pustynia otaczająca i nie wystarczała natura, nie miał się z kim wrażeniami podzielić; w ostatku osamotnienie żony przykro mu dolegało.






ROZDZIAŁ II.

Codzienne sprawy.

Nazajutrz wśród najrozkoszniejszych dumań o planie angielskiego ogrodu mającego dom w Zakalu otoczyć, gdy pan Bal zakasawszy poły, w zapale przesadzał płoty, utykał kołki i budował w myśli altanę nad urwiskiem u Horynia brzegu, Parciński przyszedł z papierem.
Nauczył się już nasz pan Erazm co to papier na wsi znaczy, na widok jego wstrzęsa się człowiek, blednieje, cofa, jakby na węża nadeptał. Papier nie przynosi nigdy nic dobrego, zawsze złe zwiastuje, jest to poseł kłopotów. Czarne na nim gzygzaki, szatańskie, tajemnicze zawierają groźby.
Wśród objadu odbiera apetyt, wśród przechadzki zasłania widok, uciechę zatruwa przeczuciem!
— Co to jest? zapytał z przestrachem kupiec, czy znowu?
— A znowu, rzekł Parciński.
— No! z rezygnacją spuszczając głowę odparł Bal, któremu kij upadł z ręki, cóż tam Pan Bóg dał?
— Oj ludzie to, nie Pan Bóg.
— Cóż przecie?
Ultimatum w rzeczy dyferencji Radziwiłłowskiej, Hubka każe nam kończyć, lub pozwie do sądów.
— Kończmy! zawołał Bal, kończmy na miłość Boga!
— Nie można! niepodobna! warunki są niesłychane; odcinają nam całą dyferencją, najlepszy las, najsuchsze sianożęcie, wygon od Ciemiernej, jeszcze łaskawi że wioski nie zabierają i za to każą dziękować.
— Ach! ależ mamy my słuszność czy nie? zapytał pan Erazm, oświeć pan mnie.
— Szczerze powiedziawszy, ja prawdziwie rozpoznać nie umiem, kto tu ma słuszność po sobie, czy kniazie Radziwiłłowie, czy nieboszczyk kniaź Teodor. To pewna, że granicy stałej od wieków nie było, że się tam nieraz siekli i zabijali, a kto mocniejszy brał górę i trzymał. Pierwsze spory sięgają czasów ostatniego z Jagiełłonów. Ale to pewna że z dyferencji połowa nam dziś z prawa i prawnie przypaść powinna, gdyby nie komplanacja hrabiego.
— A ta opiewa?
— Ustępstwo zupełne.
— Cóż tu począć? co tu począć? radź pan.
— Zapiszmy się na kompromis.
— A! doskonale! zapiszmy się na kompromis, zawołał Bal, posłuży mi to do dania dowodu szacunku sąsiadom. Wybornie! Odpisz pan Hubce, że prosimy o kompromis.
— Kogo pan myśli od siebie prosić?
— Ja? podsędka Hurkota.
— Ale ten jest najlepszy z Hubką.
— O! o! dowcipnie mrugając oczyma Bal, tem lepiej, nie zrobi mi krzywdy dla tego samego.
Parciński pomyślał, pokiwał głową i poszedł milczący, a w pół godziny posłaniec niósł panu Hubce odpowiedź.
Na wieczór, właśnie gdy siadali do herbaty, przyszło pismo, w którem się zgadzał na sąd polubowny, od siebie naznaczając Dankiewicza, na co się Bal zgodził, superarbitrem miał być Jaś Pancer, ale ten jak się dowiedziano wyjechał, na jego miejsce więc kupiec proponował Teofila Zmorę. Dwa czy trzy listy jeszcze zakończyły umowę i Bal zasiadł pisać do uproszonych.
— Dobrze mi się udało, rzekł w duchu, sąd kompromisarski zawsze lepszy od procesu, w dodatku zbliży mnie to do ludzi. Śliczną myśl miałem!
Trwała ta radość tylko do południa nazajutrz, gdyż od Dankiewicza przyszła odpowiedź pełna panów dobrodziejów, ale grzecznie wymawiająca się od sądu. Nieco później przyniesiono list od Hurkota, krótki, w kilku słowach i bez ogródki odmawiający sądzenia sprawy. Pan Teofil także nie chciał być ani sędzią, ani superarbitrem.
Te trzy przykre odezwy zmięszały pana Bala na chwilę, łza nawet zakręciła mu się w oku, zmarszczył się trochę, pomyślał.
— Proś pana Hubki niech do nas przyjedzie, rzekł, skończymy, procesu nie chcę, postąp pan jak mu się podoba, obetnij mi poły, a zróbmy sami koniec.
Napisano do Hubki, ale ten złożywszy się fluksją, zaprosił Parcińskiego do siebie, zarzekając że żadnym sposobem przyjechać nie może.
Pan Erazm miał trochę przyzwoitej dumy a wiele gorączki, zżymał się, ale nie dał już poznać po sobie że go to obeszło.
— Jedź pan z łaski swojej i rób co chcesz byle był koniec, rzekł, sprawy mieć nie chcę, Zakale obejdzie się bez tego kawałka lasu.
Parciński chciał coś mówić, ale mu kupiec nie dał ust otworzyć.
— Wszystko cobyś pan mógł mi powiedzieć o tem, rzekł żywo, wiem, słyszałem, ale powtarzam, chcę zgody i pokoju, komplanacja mnie obowiązuje jakkolwiekbądź. Czekam pana jutro z podpisanym układem.
Parciński westchnął tylko.
— Niech pan zważy, odezwał się, że interes tak stoi, iż go inaczej jak źle skończyć nie mogę. Krzyk będzie na mnie.
— Kochany panie Tomaszu! ściskając go zawołał Bal, niech ich djabli wezmą, niech sobie krzyczy kto chce, a my róbmy co można i co da nam święty, nieopłacony spokój.
— Stanie się więc jak pan chcesz, ale z góry powiadam, że jeśli co utarguję, to nie wiele.
Wejście pani Balowej przerwało rozmowę, kupiec go pożegnał skwapliwie, twarz rozjaśnił, udał wesołego, zakręcił się, a że słońce grzało ślicznie, zaproponował przechadzkę. Tęskna Lizia, smutna pani i nie weselszy od nich Staś wyszli razem, jeden Bal choć w sercu uciśniony, rozczulał się zawsze i rozweselał, grając swą rolę do końca z heroizmem, jakkolwiek małych rozmiarów, ale wielkiem okupionem wysileniem.
Pustelniczo, cicho, smętnie biegły te dnie w Zakalu, których monotonii nic nie przerywało, chyba list z Warszawy, chyba plotka arędarza, lub żart Parcińskiego.
Nazajutrz nie powrócił pełnomocny i napróżno niecierpliwy Bal trzy razy na spotkanie jego do promu wychodził, chcąc się zawczasu i dowiedzieć co zrobił i ułożyć z nim jak miał mówić przy żonie i dzieciach, przed któremi chciał ukryć swoję stratę. Nazajutrz rano siedział już znowu u promu dosyć pochmurny dziedzic Zakala. Liczył on, liczył co go kosztowało nabycie, a coraz lepiej obeznając się z tem co mu złote jabłko przynieść mogło, wielkie przewidywał straty. Ale od czegoż w człowieku ten rozum tak giętki, który mu przewybornie służy wedle potrzeby na prawo i lewo? Począwszy nim wywijać znalazł wkrótce pan Erazm, że trochę nakładów jeszcze na młyny, hutę, ulepszenie gospodarstwa, mogą olbrzymie wydać procenta i zyski.
— To są tylko początki, mówił, trzeba cierpliwości, wiele cierpliwości! wszystko się da przerobić.
Zatopionego w cyfrach, które jak wojska ogromne szeregami stały przed nim i poruszały się na rozkazy przechodząc w lewo i prawo, znalazł wracający Parciński, który dość kwaśny z promu zszedłszy, powitał kupca najniespodzianiej, a nawet trochę go przeląkł.
— A to pan! no, cóżeś zrobił? skończyłeś? spytał chwytając go za rękę dziedzic.
— Spełniłem rozkaz pański.
— No! to dobrze, o więcej nie pytam, a przy nich (to znaczyło resztę rodziny) chwal się pan ogromnie, żeśmy przepysznie interes zrobili.
— Ubiliśmy istotnie! zaśmiał się pan Tomasz, cała dyferencja dostała się Radziwiłłom, ledwiem odtargował szlaczek lasu, żeby się nim zasłonić było można od widoku porębu, z którego panu nic nie przyjdzie i trochę wygonu dla Ciemiernej. Śliczny las przepadł, ale nie było sposobu.
— Dziękuję panu za ten szlaczek i wygon, odparł wzdychając pan Bal, ale w pokoju mówmy część dyferencji, nie bardzo się rozszerzając ile jej przy nas zostało. Rozumiesz mnie pan?
Parciński głową kiwnął.
— Ta nieszczęsna komplanacja hrabiego, podrobiona później na pańską krzywdę, a od której nie było się można wyłamać, wszystko panu popsuła. Hrabia Sulimowski niegodziwie postąpił.
— Nie mówmy o tem, rzecz skończona, powinna być zapomniana, daremne żale.
— Zazdroszczę panu tej zimnej krwi.
— Stary jestem, mój panie Tomaszu, krwi nie mam zimnej, a do strat przywykłem. Ale powiedz mi szczerze, nie zaczerpnąłeś co o powodach odmówienia panów kompromisarzy?
— Wszystko to musiał Hubka zrobić, bo się bardzo kręcił...
— Ha! więc to nie nieprzyjaźń ich dla mnie, ale przyjaźń dla niego zrobiła? spytał naiwnie Bal, prawie z radością.
— Alboż to nie jedno? odpowiedział Parciński. Ale zapomniałem o nowinie.
— Chwała Bogu, jest i nowinka?
— Pan Teofil się żeni.
— Vivat! a z kimże?
— Z panną Hurkot.
— Rozumiem, rzekł Bal, żeni się na złość.
— Nakształt tego, całe sąsiedztwo w ruchu. Podsędkowstwo z powodu kolligacji z hrabiami, na których całe życie pluli, dmą się ogromnie; posłańce latają... w Dębnie jubileusz... pani Dankiewiczowa po cichu ręce łamie i na głowę choruje... Hrabia Sulimowski przyjeżdżał słyszę siostrzeńcowi perswadować, ale uparł się, oświadczył, zaręczył i dokonawszy tego siedzi w nienajlepszym humorze zamknięty u siebie.
Tak rozmawiając przyszli pod dom, a że Parciński był jednym w Zakalu co jeszcze trochę czasem wlał w rozmowę życia i zajęcia, że go lubili wszyscy, bo czuli w nim poczciwą duszę, przywitali go serdecznie.
Wytoczyła się zaraz naturalnie wielka nowina ożenienia, a Lizia parsknęła ze śmiechu.
— O! cóż za nieszczęście! zawołała. To ta zapewnie panienka, którą widywałam tak wyprostowaną w kościele. I kiedyż ślub, panie Tomaszu?
— Zaraz po zielonych świątkach.
— Co za szkoda że nie będziemy tańcowali na weselu. Niestety! nie mamy najmniejszej nadziei.
Żartowano chwilę, choć w istocie to ciągłe osamotnienie poczynało dolegać przykro nawykłym do towarzystwa. Znosiła je najlepiej pani sama, która powoli ulubiła ciszę, spokój i to życie pustelnicze; ale żywej Lizi, a nawet Stanisławowi co dzień Zakale wydawało się dzikszą pustką.
— Jeszcze jedna nowina, o której zapomniałem, odezwał się Parciński. Hrabia Sulimowski, powróciwszy z Brogów zachorował, a nawet mówią że niebezpiecznie. Hubka utrzymuje że się zgryzł przyszłem ożenieniem siostrzeńca i pokrewieństwem z Hurkotami; że silnie bardzo przemawiał do kawalera, ale pan Teofil milczeniem go zbywał; wyjechał wzruszony, miał się zaziębić w podróży i przybywszy do domu położył się w łóżko. Hrabia nigdy nie chorował, mówią że dostał jakiejś gorączki; wezwano zewsząd lekarzy.
— Szkoda mi go, smutnie rzekł Bal, zawsze mi się zdaje że go tu spotwarzono, może mieć wady, ale złym nie jest, doprawdy.
Ten sąd, którego nikt nie potwierdził, ale też nikt mu nie chciał zaprzeczać, zakończył rozmowę już wyczerpaną.
Wieczorem gdy pan Bal myślał już spocząć, zjawił się leśniczy, oficjaliści i stary arędarz, który miał dosyć tajemniczą postawę. Znał on się na swoich obowiązkach tradycjonalnych i widać było że przyjechał z jakąś wieścią, gdyż przeczekał wszystkie dyspozycje i został do końca.
Krużka, któremu oznajmiono o ustąpieniu lasu, splunął w ręce w rozpaczy.
— A po cóż panu teraz leśniczy? zawołał, nie ma co tych krzaków i łomu tego pilnować. Najśliczniejsze ostępy, najpiękniejsze zapusty, a jakie łąki! Nie wie pan co pan stracił.
Byłby tak mówił do północy, bo gdy mu się na żal lub radość zebrało, nie żałował słów by je odmalować, ale go Moszko wyprawił jakoś, szepnąwszy mu słowo na ucho.
— Waćpan coś mi masz do powiedzenia? uśmiechając się spytał Bal.
— Słówko tylko Jaśnie panie.
— No! a co tam?
— Byłem dziś u podsędka.
— A! i powiesz mi o zaręczynach?
— Pan już wie?
— Od rana.
— Nu! ale to nie dosyć. Przyjechałem do podsędka, bo mnie się tam coś należało... Patrzę, coś bardzo grzeczny... ale taki jak nie bywał, zaraz pomiarkowałem że o coś będzie prosił. — Moszku! mówi traktując mnie herbatą, pożycz albo dostań pieniędzy. — Pieniędzy! powiadam, a gdzie one są? — Zkąd chcesz weź, a daj, jeśli Boga kochasz... córkę wydaję. — Ja nie mam, powiadam. — Pochodził po pokoju. Mówią że wasz pan bardzo groszowity, czy to prawda? — Może to i prawda, ale on ma wielkie wydatki. — Cóż on tam robi? siedzi? ha? żywej duszy u was? — Co robi? mówię, a co ma robić? gospodaruje, bawią się. On nie lubi gości, taka jego natura.
— Dobrześ, ślicznieś powiedział panie Hercyk. Bóg zapłać.
— Niech no pan posłucha dalej... A nie pożyczyłby on mnie pieniędzy? spytał. — Jak on ma pożyczyć, kiedy pana nie zna? — Ja mu dam dobry procent. — Co pan myśli? zawołałem, to nie taki człowiek żeby pożyczał na procenta, to wielki pan, to nie żaden bankier.
— Dobrześ powiedział panie Moszko... Cóż on na to?
— Bardzo chodził, bardzo rozdumywał, a potem... — Co ty myślisz, powiada, jakbym się z nim ja poznał, czy on by pożyczył? — A co ja mogę wiedzieć, mówię, ja to tylko słyszałem, że on się z państwa śmieje, że u niego nie bywacie, bo u niego książęta i grafowie w Warszawie bywali. — Śmieje się, śmieje się, rzekł podsędek i zagryzł usta. Nu! potem się mnie długo o Jasnego pana pytał i powiada na końcu: Przeproś tam, żeśmy dotąd nie byli... juściż będziemy w Zakalu.
— A ha! a ha! zaśmiał się pan Bal, zacierając ręce, rozumiem, potrzebują pieniędzy!
Moszko śmiał się na równi z panem, ale pilno było tem zwycięstwem na wpół już dokonanem pochwalić się panu Erazmowi i pobiegł z niem do żony.
W istocie u podsędków zaszła nagła zmiana po oświadczeniu się i zaręczynach pana Teofila; dopięli głównego celu, wydawali córkę za Zmorę, dali już poznać swoję siłę przybyszom, jak ich zwali, chcieli teraz spróbować, czy pierwsi ku nim się skłaniając, nie utargują co na nich. Jednego wieczora rzucił myśl pierwszą podsędek, zakrzyknęła pani, rozprawiali długo, ale skutkiem rozmowy było, że myśl wyrastać poczęła po cichu. Ubrano ją w najszlachetniejsze pobudki, żeby się na niej nikt nie poznał.
— Po większej części to co na nich mówią, szepnęła pani, mogą być plotki, zresztą przekonać się trzeba nim osądzim. Pospieszyliśmy się. Mieli czas poznać co my tu znaczymy... Wartoby się do nich zbliżyć, potrafią spodziewam się ocenić krok ten.
Ale na pierwsze słowo wyrzeczone przed Zmorą oparł się temu pan Teofil całą siłą, a że to było przed weselem, podsędek i żona ustąpić musieli.






ROZDZIAŁ III.

Jak się to czasem robią interesa (notabene, czasem).

W początkach jeszcze rozdrażnienia przeciwko państwu Balom, kiedy wyszukiwano wszystkich sposobów szkodzenia im, w Dębnie ktoś wspomniał przypadkiem przy czułych uszach panu Hubce, że dawniej przed laty kilkudziesięciu toczył się jakiś proces Sulimowskiego z Mylińskiemi o dwakroć sto tysięcy, i nie doprowadzony do końca, ubity został z powodu, że Mylińscy zubożawszy prowadzić go dalej nie mogli, a nikt przeciw hrabiemu pretensji ich nabyć nie chciał.
To przypomnienie nawiasowe utkwiło w pamięci dawnego rządcy i plenipotenta, który skończywszy o dyferencją, zachęcony dobrym zyskiem i łatwością za jaką się to dało rozwiązać, począł mocno przemyśliwać nad wywiedzeniem się bliższem i o Mylińskich i o ich sprawie...
Możnaby dobry zrobić interesik, mówił potrząsając głową.
Hubka był jednym z tych ludzi nieprzeźroczystych, w których na pierwszy rzut oka nic dojrzeć nie można; wziąłbyś ich za pospolite stworzenia, bez myśli a nadewszystko bez żadnej przebiegłości, coś na kształt tych zielonych pajączków którym sukienka wybornie posługuje do utajenia się wśród liści i trawy. Takim był właśnie ów gruby, głupowato się uśmiechający, niezgrabny i niepozorny pan Piotr Hubka... Jednakże powierzchowność jego zupełnie zawodziła; chytry, przemyślny, uparty, nieumiejący się ani zrazić ani zniecierpliwić, szedł do celu jak kret pod ziemią, niewidocznie, cicho, i kiedy już swój pagórek wysypał, dopiero się o nim dowiadywano. Za płaszczyk służyła mu głupota i niepozorność.
— Mylińscy! Mylińscy! mówił sobie ciągle, gdyby to się co o nich dowiedzieć można, tak żeby nikt się nie domyślił dla czego? Pojedziemy do podsędka...
To powiedziawszy siadł na bryczkę i ruszył do Dębna, ale w ciągu całych odwiedzin nic o Mylińskich, a nawet o Zakalu nie wspomniał. Dopiero pod koniec naprowadził rozmowę niby przypadkiem na słyszaną wzmiankę procesu.
— Czy pan podsędek co o tym interesie słyszał? zapytał obojętnie.
— Jakże nie, rzekł deklamując Hurkot, ale to stare dzieje, końca i początku nie wiem. To tylko pewna, bo mi to swego czasu najlepsi prawnicy mówili, że Mylińscy mieli najzupełniejszą słuszność za sobą: ci ludzie do reszty upadli tą sprawą, zubożeli słyszę i dzieci starych Mylińskich służą gdzieś za ekonomów i pisarzy.
Tyle tylko na ten raz mógł się pan Piotr dowiedzieć, ale i to nie wielką było dla niego zdobyczą, zagadał o czem innem, powrócił do domu i począł układać plany.
— Że Mylińscy ubodzy temci lepiej, łatwiej nabędę ich pretensją; ale gdzie ich szukać, jak ich znaleść? To sęk!
Po dość długich przemyśliwaniach podsyconych nieustannemi szklankami piwa, które Hubka bardzo lubił, wypadło że trzeba się udać do Supełków.
— Oni tam długo siedzieli, rzekł sobie pan Piotr, muszą coś o tem wiedzieć; a że Balów cierpieć nie mogą, będą radzi gdy im stołka przystawią. Sama zna cały świat, musi o tych Mylińskich wiedzieć.
Nie był jednak tak niezręcznym nasz spekulator żeby wprost i umyślnie pojechał do Supówki, wybrał się do miasteczka o milę leżącego za folwarkiem hrabiego, spóźnił się umyślnie, a że z dawna znał się z byłym rządcą Zakala, zajechał do niego na noc. Samego nie było w domu, żonę tylko zastał i córkę; a że go szanowano jako człowieka majętnego i w pożyciu łatwego, rada mu była gosposia, która na wszystkich wdzięków swoich siły próbować była zwykła.
Po herbatce, po długiej gawędce o Zakalu, do której przysypywał żaru i węgla pan Piotr, coś się niby przypadkiem zgadało o ciężarach na tym majątku.
— A wiesz pani, odezwał się Hubka, żeśmy im zabrali dyferencją?
— Całą, zakrzyknęła rządczyni z radością, całą?
— Tak jak całą. Zakale teraz pięć groszy nie warte.
— Dobrze mu tak temu przybłędzie! zawołała gorąco Supełkowa, ofiarowałam się na odpust piechotą jak ten żyd wyjdzie z kijem z majątku.
— Taż to tam podobno, rzekł od niechcenia Hubka, był jeszcze dawniej jakiś proces z jakiemiś Mylińskiemi, podobno o znaczną sumę?
— A! prawda! prawda! odezwała się rządczyni zbliżając się do gościa... ale dobrze o tem nie wiem co to było. Mylińscy zupełnie zubożeli, hrabia nasz ich, między nami mówiąc, do torby przyprowadził.
— A cóż się z niemi stało?
— Co? zwyczajnie, co się dzieje z biedną szlachtą, poszli służyć biedacy.
— Dużo ich tam było? spytał popijając herbatę pan Piotr.
— Oj! coś troje czy czworo! zaczęła rozgadując się Supełkowa... Ja to dawniej znałam tych Mylińskich.
— A! pani ich znałaś! ciekawym, i cóż się z biedakami stało?
— Ich ojciec jeszcze miał cząsteczkę w Podbereziu, kilku chłopków, ale to już tylko resztki fortunki. Dawniej mówią byli to ludzie bogaci, ten proces ich tak zjadł, jak zaczęli się wodzić po sądach. A co to z panem się ciągać! Pan panem został, a szlachcic zgolał! Tak że staremu Mylińskiemu potem i tych kilku chłopków za niewypłaty podatkowe zabrano w administrację... a u nas jak raz majątek w administracji, już się z nim pożegnaj! Biedaczysko na starość z zarosłą brodą chodził po dworach za jałmużną. Podobno trzech synów miał i córkę, wszystko to chleb cudzy je teraz. Najstarszy się trochę pokierował i jest leśniczym w Radziwiłłowszczyźnie.
Hubka uderzył się po czole. — Kasper! zawołał tak głośno, że aż pani Supełkowa podskoczyła.
— Przepraszam, rzekł, a to ja go znałem, ale go zawsze Kasprem Białym nazywali, i zapomniałem nazwiska.
— A! tak! bo ma włosy jak len, nawet ładny chłopiec, gdyby nie ta czupryna.
— A reszta?
— Drugi podobno gdzieś jest gumiennym, a trzeci na czynszu... Córka poszła także za ogrodowego budnika... Ot! co to się z ludźmi dzieje!
— Prawda! cuda! che, che, cuda! dodał Hubka rad nici którą pochwycił i urywając już rozmowę, bo się bał żeby niewczesny wykrzyknik nie wydał jak go Mylińscy obchodzą...
Wieczór oświecony czarnemi oczkami pani Supełkowej zszedł jakoś wesoło i szybko, a nazajutrz niezgrabna ale wygodna bryczka pana Piotra toczyła się już do domu; on zaś puszczając zwolna kłęby dymu z fajki piankowej, przemyślał jak przystąpić do rzeczy, żeby nabyć jak najtaniej a zyskać jak najwięcej. Szczególny traf mieścił mu pod ręką prawie najstarszego z Mylińskich, który był leśniczym w dobrach Radziwiłłowskich, gdzie pan Hubka miał dawne i jeszcze niezerwane stosunki ze wszystkimi. Że jednak nigdy nie zwracał szczególnej uwagi na Kaspra Białego, musiał teraz zbliżyć się do niego nieznacznie i starać go poznać, nimby o interesie przemówił.
Pan Hubka robił wszystko jak widzimy ostrożnie, wolno, po cichu a systematycznie, i krwi mu niecierpliwość nie psuła. Mówił nawet czasem że z flegmą i z uporem wszędzie zajść można, gdzie człowiek zapragnie.
Długo namyślał się jak się zbliżyć do pana Kaspra niby z przypadku, a że ekonom kluczowy, gdzie służył Myliński, był mu dobrze znajomy i czasem go na polowańka zapraszał, choć nie wielki myśliwy, bo dla wódki i bigosu więcej niż dla zwierzyny jeździł na wilki i sarny, postanowił pod pozorem myśliwstwa pojechać na miejsce. Wyczekał dni parę, dobrze się rozpatrzył, rozważył, nareszcie kazał znowu zaprzęgać i znajomą drogą zjechał do folwarku głównego. Przyjął go wąsaty pan ekonom z wielką radością i bardzo uprzejmie, wieczorem do północy ponczyk był w robocie, a nazajutrz rano ułożyli maleńkie polowańko.
— Masz-że ty leśniczego? zapytał pan Piotr.
— A jakże! pan go zna podobno. Kasper Biały?
— A! ha, ha! Kasper Biały! prawda! prawda! przypominam sobie. Nawet ciekawybym go zobaczyć, mówią że ich ojciec miał się dobrze.
— Słyszę nawet z obywatelów, odpowiedział ekonom. Ojciec ich stracił wszystko na proces.
— Poszlij no po niego, rzekł Hubka, chciałbym się od niego dowiedzieć o tem, to musi być ciekawa historja; ja bardzo lubię takie rzeczy.
— Będziemy jechali koło jego chaty, to wstąpim.
Tak się i stało, na wybrzeżu lasu zatrzymali się przed maleńkim dworkiem z bierwion sosnowych, przy którym niewielki tylko był ogródek i stajenka. Na głos donośny ekonoma wybiegła ze drzwi młoda, ale blada i schorowana kobieta w stroju szlachcianek czynszowych, w chustce na głowie, koszuli i fartuchu, z szkaplerzami na piersi.
— A gdzie twój mąż? spytał ekonom.
— W lesie, proszę pana.
— Dawno wyszedł?
— Do dnia, nawet nie jadłszy.
— Nie wiesz gdziebyśmy go znaleźli?
— A jakże ja mam wiedzieć, proszę pana, chyba jak posłyszy strzelanie i psy to nadspieszy.
Wózek ekonomski potoczył się dalej, Hubka milczał lub poświstywał, nareszcie stanęli na miejscu, puszczono psy i polowanie się rozpoczęło. Po pierwszych kilku pustych strzałach, gdy się psy pozaganiały, myśliwi nasi usiedli odpoczywać, i jak przeczuła żona, Kasper Biały przybiegł zaraz.
Był to mężczyzna miody jeszcze, słuszny, barczysty, ale cery wybladłej, zgasłego oka i zwiędły, częsty kaszel z piersi mu się dobywał. Długi dziwnie biały włos spływał mu aż na ramiona. Miał na sobie kurtkę z sieraku, postoły z lipiny plecione, ciężką torbę borsuczą i starą strzelbinę. Zdjął pokornie czapkę przed ekonomem i niespokojnie się oglądał.
Hubka zmierzył go okiem ciekawem, objął całego i od razu uśmiechnął się do siebie, pewien będąc że sprawa pójdzie mu łatwo. Ubóstwu bywa tak dobrym sprzymierzeńcem oszustów!
— Ha! ha! jak się masz panie Kasprze? odezwał się dawny rządca, któremu bardzo nizko kłaniał się leśniczy; co? możeś mnie i nie poznał?
— Jakto! Jaśnie panie, przepraszam! poznałem i bardzo! niech pan daruje, dziękuję za pamięć i za słowo.
— No, jakże się tam powodzi?
— Źle się powodzi, odparł młody człowiek wzdychając; ja chory, żona chora, dziecko jedno umarło, drugie się nagotowało. Tak to z dawna Pan Bóg na nas nie łaskaw, ale nie godzi się narzekać.
— Zapewnie! zapewnie! Jużcić nie źle na leśniczowstwie?
— Nie mówię ja że mi źle, uchowaj Boże, ale wszakże lepiejby być mogło. Ojciec nasz, dziad, byli w lepszym bycie, gdyby nie hrabia Sulimowski, mielibyśmy kawałek chleba.
— A nie napijesz się waść wódki? spytał Hubka podnosząc kieliszek do góry.
— Dziękuję, kaszel dusi, wódka nie pasuje.
— Dobrze waść robisz że wódki nie pijesz, a my panie Atanazy powtórzym, czy co?
Powtórzyli istotnie i dawny rządca i ekonom po dobrej czarce młodej starki.
— Tak! tak! bieda na świecie! mruknął zatykając flaszkę Hubka; no! cóż robić? Ale jakże to było panie Kasprze, żeście stracili wszystko?
— Ot jak było! mieliśmy wielką sumę na Zakalu.
— Na Zakalu? spytał Hubka niby pytając, niby notując, hm! na Zakalu, mówisz?
— Chcieli hrabiowie kończyć o to układem, coś nawet dziadowi dawali, nie zechciał, bo to był panie jeszcze ze starych ludzi, co to albo wszystko albo nic. Procesowali się i ojciec i dziad i przyszliśmy do tego co pan widzi, że się tułamy po świecie.
— Hm! hm! to ciekawa historja!
— Ojciec jeszcze miał parę chłopów w Podbereziu, ale to do tej pory w administracji, a co dłużej, to więcej rośnie długu, już mówią że sprzedadzą; niech sprzedają, ja nie głupi dopominać się swego.
— To ciekawa rzecz! powtarzał Hubka ciągle nie wiedząc jak do zapytań dalszych przystąpić. A ten proces z Sulimowskim, toście przegrali zupełnie?
— Gdzież tam panie! jeszczeby to się było ciągnęło, gdyby nie z takim panem, ażeby był grosz, ale jak chleba nie stało, nie stało i procesu.
— Ależ musicie mieć choć papiery, wykrztusił rządca.
Oczy Kaspra błysły niespokojnie, widać było że się wahał wygadać zupełnie, spuścił głowę. Coś to tam jest trochę, rzekł po cichu.
— No! no! trzymajcie choć to, odezwał się pan Piotr, może kiedy kto wam pomoże, to jeszcze co odbierzecie. Teraz w Zakalu inny pan, z nimby było może łatwiej.
Ekonom, który już znając Hubkę z dawna, całej się rzeczy domyślił, począł mu bardzo zręcznie dopomagać.
— A co Kasprze! rzekł, kto to wie, jeszcze ci się gotowa uśmiechnąć fortuna? cha! cha!
Leśniczy coraz bardziej stawał się niedowierzającym, bieda uczy nieufności: zamknął się w sobie, ruszył ramionami tylko.
— Gdzie nam o tem myśleć, rzekł cicho.
— A czemu? odparł Hubka; czasem w sto lat odezwie się sprawa, gdy ją kto poprzeć umie.
— Niech pan mnie głowy nie zawraca, wiem ja że to darmo.
— Zapewnie, lepiej żebyś się nie durzył rzekł spekulant zupełnie obojętnie; ale kto to wie? Bardzom ciekawy co to był za proces, nie pokazałbyś mnie papierów?
Kasper obejrzał się do koła tchórzliwie jakby wpadł w matnią, z której się nie wiedział którędy wywinąć, poskrobał się w głowę, spojrzał na rządcę z bojaźnią i nic nie odpowiedział. Potrzeba znać wagę jaką przywiązuje zubożała szlachta, nie umiejąca czytać i pisać, do zbutwiałych papierów, ostatniej reszty dawnej swej zamożności, żeby sobie wytłumaczyć bojaźń i niespokój Kaspra. W Owruckiem u wielu rodzin trwożliwych o zachowanie swoich aktów, często je znajdziesz poukrywane w ulach, barciach, po dziuplach starych drzew, zakopane w garkach w ziemi, w tysiące szmat poobwijane. Obcemu dotknąć ich nie wolno; zapytać, jest to już obudzić strach paniczny. Kasper, któremu ojciec na śmiertelnej pościeli polecił żeby pilnie zachowywał papiery jako jedyny ślad majątku który kiedyś odzyskać mogli, obawiał się o nie tak, że co kilka tygodni innego na swój kuferek szukał schronienia. Można więc wyobrazić sobie jego przestrach, gdy mu rządca wspomniał papiery.
— Papiery się po ręku roztrzęsły, rzekł nareszcie, tam trochę, tu trochę, nie wiedzieć gdzie ich szukać.
— Szkoda, zapalając fajkę dorzucił Hubka, bo jabym może tego Bala potrafił przydusić i odzyskać wasze. Żal mi was nieboraków że tak giniecie, dobrzeby wam i tysiąc rubli wziąć.
Rzuciwszy to słówko powstał i udając że nic więcej nie ma już do powiedzenia, począł się zbierać do odjazdu.
Kasper stał jak wkuty, rozmyślając, wahając się i bojąc. W tej nędznej chatce, chorej żonie, dziecku i jemu trochę pieniędzy tak były wielkiem dobrodziejstwem, trochę spoczynku takiem szczęściem, trochę niezależności tak wielką nadzieją!
Ale ubogi przywykł się lękać. Jego zastrasza wszystko, czuje że nieprzyjacielem mu świat cały, począwszy od wichru chłodnego który go smaga nie patrząc na zdarte szmaty odzienia, aż do człowieka co go prześladuje nie mając litości nad jego nędzą.
Niepodobna było dłużej nalegać zręcznemu panu Hubce, który postanowił wszakże swojego dopiąć w inny sposób. W drodze więc począł cichą, tajemniczą zmowę z panem ekonomem i twarz jego dojeżdżając do folwarku wyjaśniła się znowu.
— Mam go w ręku! mówił cicho uśmiechając się, grunt jest! rzeczy dobrze stoją!
W kilka dni potem, blady, jasnowłosy leśniczy, ów Kasper Biały zjawił się u pana Hubki, do którego nierychło przypuszczony został.
— A co chcesz mój kochany? zapytał rządca dawny, udając że go dla nawału zajęcia prawie nie poznaje: mów, a prędko, bom zatrudniony bardzo.
— A! Jaśnie panie, nieszczęście! zawołał łamiąc ręce Kasper...
— No! cóż tam u licha! nie durz mi głowy, mów a prędko!
— Żonisko chore, dziecko nie wstaje, ja ledwie łażę, a tu i leśniczowstwo administracja odbierać chce; co ja nieszczęśliwy z sobą pocznę?
— Za co? jak?
— Albo to ja rozumiem co pan rządca mówi? Coś tam administrator zrobił, że się bez leśniczych mają obejść, podobno jakichś niemców posprowadzali, czy coś, a nas wyrzucają.
— A cóż ja ci na to poradzę? spytał Hubka.
— Niech się Jaśnie pan wstawi za mną.
— To nic nie pomoże, administracja skarg i piszczenia nie słucha, moje dziecko, bo administracja to nie człowiek ale machina! Ot naprzykład jak sieczkarnia, jej nic do tego co tnie, byle cięła, włóż i rękę, to ci ją chlaśnie!
— Niechże Jaśnie pan mnie biednego człowieka i te sieroty ratuje.
— A co ja na to poradzę? u mnie las mały, miejsca ci nie dam, bo i pobereżnikiem się obejdę, oficjalisty nie potrzebuję.
— To może gdzie podrekomenduje mnie pan.
— A daj ty mnie pokój! gdzie ja ci tu znajdę miejsce! Radziwiłłowski oficjalista nigdzie w okolicy przyjęty być nie może, boją się ich jak ognia.
— To ja nieszczęśliwy z głodu umrę! zawołał Kasper z wyrazem, któryby był skałę poruszył i zaczął płakać; i cóż ja! ale żona, ale dziecko!!
Hubka stanął trochę połechtany płaczem, bo dowiedziona rzecz, że kogo łzy nie poruszają, tego przynajmniej niecierpliwią.
— Ale mówiłżeś mi podobno, czy to ty, czy jaki inny szlachcic, o jakichś papierach, procesie? możeby się z tego co dało dla was wyzyskać i nie potrzebowałbyś służyć. Miałbyś swoję chatę, kawał gruntu i kawał chleba spokojny.
Kasper się uląkł znowu, ale ten strach przemogło niebezpieczeństwo bliższe, więcej grożące, potrzeba nadziei chwytająca go za gardło.
— Mam ci to ja papierzyska, rzekł, ale co z nich! one ojca do kija i torby przyprowadziły.
— No! a ciebie mogą na nogach postawić! zawołał Hubka. Gdzież je masz?
— Gdzieś tam są w domu, cicho rzekł szlachcic.
— No! nie ręczę, ale kto wie, może w nich jedyna dla was nadzieja; jedź i przywieź mi te papiery...
Rad nie rad Kasper ze łzami w oczach, ze strachem w sercu, ukłonił się, zawrócił, pojechał, walczył z sobą całą drogę, wahał się otwierając kuferek, ale stęknienie żony, płacz dziecka do reszty go złamały.
— Dziej się wola Boża, rzekł zabierając pliki powiązane, nie dało to nam chleba, nie ma co żałować, przepadliśmy z niemi, niech je licho bierze.
Dobrą chustą nawiązawszy Kasper tych dokumentów cuchnących mólem i wilgocią, ruszył znowu do pana Hubki, który czekał chłopaka z niecierpliwością największą. Ale po drodze żal jeszcze wziął szlachcica, przypomniały się słowa ojcowskie, który powierzając straż papierów starszemu synowi, jako głowie rodziny, zaklinał go by ich lekko z rąk nie puszczał, i Kasper zastanowiwszy konia już się chciał zawrócić. Wiatr przyniósł mu jakby płacz żony, jakby jęk dziecięcia... o! potrzeba było jechać! Ale z chusty wyjął Kasper kilka plików, i choć czytać nie umiał przeczuciem uchwyciwszy je, wybrawszy, schował głęboko zanadrę. Potem zaciął konika i ciągle płacząc stanął przed dworem spekulanta.
Tu już drzwi znalazł otwarte.
Jakże chciwie rzucił się on na papiery! Jego żądzę porównać tylko było można z bojaźnią biednego Kaspra, który mu po jednemu licząc dawał dokumenta i z oka ich na chwilę nie spuszczał, badając z przestrachem twarz Hubki. Ale na niej sam szatan nic by był nie wyczytał, tak doskonale w sadłowatych zmarszczkach i opasłych policzkach krył się wszelki wyraz pod zasłoną głupowatości. Nie drgnął, nie uśmiechnął się, nie odezwał, a że ogromną miał wprawę, rzuciwszy okiem przelotnie na kilka głównych aktów i dokumentów, objął cały ów proces i mógł już sądzić o nadziejach jakie dawał.
Szlachcic zbierał skrzętnie papiery ze stołu i wiązał je sznurkami pospiesznie, a Hubka popijając piwo w milczeniu się przechadzał po izdebce słowa nie mówiąc, nareszcie splunął, chrząknął, usta nadął i rzekł:
— Co to? u ciebie to szpargały, wy z tego nic nie zrobicie, ale jakby kto inny koło tego chodził, mógłby jaki grosz kapnąć. Serce biło Kasprowi, że ręce drżały, że sznurka którego trzymał zawiązać nie potrafił.
— A cóż robić Jaśnie panie?
— Albo ja wiem co tu robić? ruszył stary ramionami, rzucić w piec i po wszystkiem.
I znowu długie ciężkie nastąpiło milczenie, szlachcicowi łzy jak groch kapały na papiery...
— Ta! gdyby nie to że człowiek ma litość i serce, co grunt, cha! cha! odezwał się Hubka siadając poważnie — nigdyby za to nie warto rąk zaczepiać; — ale wy biedni jesteście, a was podobno troje?
— Czworo, Jaśnie panie! bo Klarusia siostra czwarta.
Tem ci gorzej!... Trzeba by wam poradzić jakoś, choć to trudno. Ot tak, mosanie, ja zresztą wziąłbym się za ten interes, ale tu trzeba pieniędzy i wiele pieniędzy i wiele pracy, a mało może być zysku... co wam myślicie dam?
Kasper słuchał związując chustkę, nie śmiejąc rzec słowa.
— Hm! hm! odezwał się niby namyślając Hubka, jeśli chcecie to tak zrobimy: ja wam wykupię i odzyszczę waszę cząstkę w Podbereziu i oddam czystą, a wy mnie ten interes odstąpicie. Może na tem stracę, no! ale dziej się wola Boża! Poradź się waść ze swymi braćmi, z siostrą, podumajcie... jak chcecie...
— A kiedyż by to było? nieśmiało spytał Kasper, który i obawiał się i cieszył i nie wierzył...
— Już ja w tem że waszę cześć odzyskałbym wam za miesiąc, a wy odstąpilibyście tych papierów...
— A ta cząstka byłaby bez długu i nasza, całkiem nasza z chłopami, z ogrodem, z domkiem gdzieśmy się urodzili... z pasieką... przerywanym głosem mówił powoli Kasper, przed którym jak sen stawało porywające marzenie, co ciągnie człowieka do miejsca, gdzie stała jego kolebka.
— Wszystko, wszystko bym wam odzyskał, rzekł Hubka, dałbym wam ładny kawał chleba, ojcowiznę! pomiarkujcie, poradźcie się, a prędko! Bywaj Waćpan zdrów!
— I to pewno Jaśnie panie? nie mogąc utaić wzruszenia, wykrzyknął Kasper Biały.
— Wiesz że nie żartuję, ruszaj, myśl i powracaj, masz wóz i przewóz.
Tych słów domówiwszy Hubka odwrócił się do karafki z piwem, a leśniczy z ukłonem wyrwał się z izby i pospieszył do swoich.
Ażeby pojąć jak ten prześlicznie osnuty interes chciał przyprowadzić do skutku pan Hubka, grosza z kieszeni zań nie dając, wiedzieć potrzeba, że część Mylińskich w Podbereziu zostawała w administracji tylko dla tego, że nikt w rachunki szczelniej nie wejrzał, za uciśnionemi się nie ujął, a sam pan sekretarz Marszałkowski pod cudzem imieniem w niej gospodarował. Hubka więc mógł łatwo z plenipotencji dotrzeć o kalkulacją i odzyskać Podberezie bardzo małym kosztem. Uśmiechało mu się to tem bardziej, gdy z papierów dostrzegł, że pretensja Mylińskich do Zakala, wprawdzie zadawniona i dawnościami przybita, była czysta i pewna. Kręcielstwo tylko i przemoc Sulimowskich zniweczyło ją, a raczej do czasu usunęło. Suma dwóchkroć sto tysięcy, gdyby nawet przyszło stracić wszystkie procenta alterum tantum wynoszące, była jeszcze piękną bardzo gratką dla starego spekulatora, zacierającego ręce z radości, że mu się tak ślicznie jak po maśle kleił interes, co go miał bogatym uczynić.
— Śmieli się ze mnie, śmieli, jak z durnia! rzekł do siebie popijając piwo, otóż ja im pokażę, co to uparty dureń znaczy! Oni myślą że wszystek rozum u tych co go na wierzchu noszą? ba! ba! kto co ma dobrego to obwija i chowa! Samiście durnie, zobaczycie! cha! cha!!
I w różowym a raczej piwnym humorze spać się położył godny pan Hubka.






ROZDZIAŁ IV.

Gość z daleka.

My powrócimy do naszego złotego jabłka, do umajonego w liście i zieleń strojnego, ale smutnego Zakala. Niespodziewany gość zawitał tu do starego dworu, był to Strumisz, którego niepokój, wezwanie kupca, a może i więcej coś jeszcze wiodło ku temu miejscu. Pierwszy to raz pracowity niewolnik, co całą młodość swoję przykuty do stołu przepędził w pracy zasłaniającej mu świat Boży, wyrwał się na szersze pola, na to co zowią wsią, a co mu się jak panu Balowi wydało rajem, ozłoconym jeszcze młodością jego i dotąd tłumionym poetycznym zapałem.
Dla biednego sieroty wszystko a wszystko było tak nowe, niespodziane! W tych wrażeniach jego przebijało się coś pierwszego rozbudzenia do życia dziecięcia, które sny przedświatowe i przeczucia świata równa z tem co je otacza i przypomina, że to gdzieś widziało i wita jak znajome...
Strumisz także znał świat, ale więcej daleko z książek i ludzkich powieści niżeli sam przez się; teraz po raz najpierwszy stopą dotknął ziemi, u której wrót stał całą młodość pierwszą stęskniony i krwawym oblany potem. Jakże mu się dziwnie, uroczyście pięknem wydało wszystko! Tak może budził się Miltonowy Adam, u boku swojego znajdując Ewę, której mu brakło. Rosa poranku, cisza pól, szmer liści, strumienie, góry, lasy, chaty, obłoki, pieśni rozlegające się szeroko po dolinach nieskończonych... zachwycały wędrowca który posuwał się upojony, rozmarzony, często oszalały mnóstwem nowych i niepojętych dla siebie wrażeń. Woźnica który z nim jechał, zupełnie pojąć nie umiał jego zapału z jakim stawać mu kazał, leciał po kwiatek i najpospolitszego narwawszy ziela, bawił się niem gdyby dziecko. Nie było snu i spoczynku w tej czarodziejskiej wiosennej podróży; — sen byłby ukradł chwilę podziwu i cząstkę wielkiej, czystej roskoszy. — Cisza nocy wiejskiej głęboka, wielka, straszna, wśród której jak głosy straży odzywają się tylko krzyki zwierząt pilnujących śpiącej ziemi — zarówno z dniową wrzawą przejmowała młodzieńca.
— O mój Boże! mówił do siebie z pełnej wezbranej piersi, płacząc niemal — i są ludzie skazani na to, by nigdy a nigdy nie uczuli co ja czuję! są ludzie coby się może śmiać odważyli z wrażeń moich! Biedni! nieszczęśliwi! Bóg dla nich kazał niebiosom i ziemi odgrywać wielką, cudowną dramę, a oni nie słuchając i nie patrząc orzechy jedzą i jabłka ogryzają! W takich zachwytach, które natchnęły istotnie cudne widoki rozkwitłego kraju co tyle ma wdzięku — jechał Jan do Zakala, co krok nowy znajdując przedmiot uwielbień, podziwów. Ale w miarę jak się przybliżał do miejsca, inne silniejsze jeszcze uczucie opanowywać zaczęło duszę stojącą otworem wśród tych rozczuleń.
Przed oczyma jego przelatywała Lizia na chmurkach, z wiatrem, w obłokach, kołysząc się białą brzózką nad drogą, szepcąc strumykiem w parowie. Temu natrętnemu obrazowi opędzić się nie umiał i nie mógł, i w miarę jak serce bić zaczynało żywiej, smutniał. Była to miłość bez nadziei, bez przyszłości, skazana na wieczną niewolę, milczenie, poświęcenie i ofiary! Obawiał się by widok tej co ją wzbudziła, nie zakrwawił mu serca, nie przywiódł go do rozpaczy, gdy tak był usposobiony do szczęścia! Z każdym krokiem lękał się więcej, tracił resztki odwagi i w końcu cudny widok natury osłonił mu się chmurą i mgłami.
Naglił on podróż póki był dalej od Zakala, począł ją ociągać gdy się przybliżył, mierzył swe siły i nie znajdował ich w sobie. W dodatku pozostawało mu także ciężkie inne do spełnienia posłannictwo nakazane sumieniem. Od czasu wyjazdu z Warszawy pan Bal nieustannie pisał o pieniądze, czerpał je z kasy, interesa swoje miejskie poświęcając zupełnie dla widoków na wsi. Listy Stanisława dowodziły że w Zakalu nie było najmniejszej nadziei powetowania strat, które coraz stawały się groźniejsze; potrzeba więc było ukazać nielitościwie nagą prawdę oczom zaślepionego i wywieść go z błędu bodaj groźbą. Z tem właśnie jechał Strumisz, a na nim całej rodziny polegały nadzieje.
Nie taił przed sobą młody człowiek, jak trudny brał na siebie obowiązek, bo nic na świecie cięższego nad walkę z myślą co jak kleszcz wpiła się w poczciwą pierś słabego a upartego.
Liczył więcej na wymowę cyfr i rachunku niżeli na swoję własną; miał być tylko narzędziem poznania prawdy.
Cała rodzina siedziała w ganku, gdzie pan Bal stolik i krzesła wynieść rozkazał, dla użycia świeżego powietrza pięknego i ciepłego nareszcie wiosennego wieczora, gdy ktoś oznajmił o bryczce ze dzwonkami przeprawiającej się przez prom. Bryczka ta nie mogła zmierzać gdzieindziej jak do dworu, a Bal już się tak dzwonków obawiał że pochmurniał i zamilkł, gdy mu z tą wiadomością ktoś przybiegł.
— A gdyby to był Strumisz, którego się spodziewamy? rzekł Stanisław spoglądając na matkę razem i na siostrę.
Lizia upiekła prześlicznego raka (doprawdy nie wiem dla czego ten wytrysk rumieńca tak kucharsko ochrzczono), zmięszała się, a chcąc pokryć swoje wzruszenie do zbytku widoczne, zawołała:
— Chodźmy za dom, ztamtąd widać.
— Gdzie tam, odparł Bal, który poczynał w nic nie wierzyć — wyjdziemy i będziemy mieli przyjemność zobaczyć pomocnika lub coś podobnego, wolę czekać na to co los zdarzy.
Parciński ze Stanisławem ofiarowali się towarzyszyć Lizi, ale ona już nie chciała iść, serce jej biło, twarz płonęła.
— Papa ma słuszność... to pewnie jedne z tych odwiedzin, które nas tu tak często spotykają.
Wszystkich oczy zwrócone były na drogę, teraz tylko od dziedzińca kształtnym, nizkim płotkiem oddzieloną; dzwonek dziwy w powietrzu wyrabiał, bo pocztarz pod górę swoim zwyczajem leciał jak opętany, mimo prośb i groźb Strumisza: nareszcie zapylony podróżny pokazał się nad ogrodzeniem, uchylił czapki i piękna twarz młodzieńcza zjawiła się oczom ciekawych, którzy klasnęli z radości w dłonie.
Nawet Lizia, najostrożniej siebie pilnująca, zawołała — a! to on!
Oko matki w tej chwili było na niej, bo matka wszędzie z dziecięciem...
Pan Bal zbiegł z ganku z otwartemi rękoma, jak syna witając gościa, co mu wiózł rozczarowanie tak smutne — twarz jego świeciła dumą, poczciwem weselem i uczuciem życzliwości wezbranem, bo go na wsi nie mógł wyszafować, nie mając dla kogo.
— A! witajże mieszczuchu! witaj! zakrzyknął, na dziedzinie Balowskiej, na ziemi naszej! A co, albo nie pięknie u nas?
— Wszędzie pięknie gdzie państwa znaleźć można, rzekł Jan oczyma witając wszystkich. — Lizia, Lizia tak ostrożna, najostrożniej czerwona uśmiechała się do niego.
A! cudów niekiedy dokazuje osamotnienie; jakże to się teraz pięknym, zręcznym i przyzwoitym wydał Jan, po wiejskich czupiradłach, na które się do unudzenia napatrzyła! Bóg tam wie co się działo w sercu, ale uczucie musiało być bardzo silne, kiedy się nawet dopilnować nie potrafiło, i aż Strumisza zdziwiła jej uprzejmość, on tak był w mieście przywykł do lekkiego obejścia i żartów.
Nic nie zatruło tego pięknego wieczora, który dla wszystkich pozostał jasną pamiątką. Nieraz sobie wystawiam życie niby długą tkaniną różnobarwną! Co na niej pstrocizn! co kolców! Jak się to błyszcząco poczyna to płótno wzorzyste, bogate, wesołemi posiane plamkami, jak potem w szare rozwija pasy, na których tylko gdzieniegdzie barw młodości błyszczy przypomnienie.... Coraz rzadziej, coraz rzadziej; z szarego w czarne przechodzim, zgasły świeże kolory, wypłowiała przędza; wśród czerni już nawet świetniejsza nić przypomina żałobne obwódki, aż w końcu noc... kir i nożyce rozcięły pasmo, a tkań owa z wiatrami i wodami poszła na zgniliznę.
Ten wieczór na tkani życia był jasną pręgą; nic go nie zmięszało, nie zbrukało, nie rozcięło. Strumisz nie miał odwagi o niczem mówić, a Bal nie myślał go pytać, rozmawiano tylko o Warszawie, o znajomych a kupiec, który w obec nowego przybysza chciał się koniecznie chwalić, opiewał pochwały złotego jabłka w nieprzerwanym dytyrambie. Trzeba go było posłuchać jak zamaszysto malował swoje uczucia, plany, projekty i jak zręcznie filut stary zakrywał te części obrazu, których koloryt nie przypadał mu do smaku, a harmonją jego kompozycji mógł zepsuć.
Wszyscy byli weseli, szczęśliwi, tak — szczęśliwi; bo choćby mi zaprzeczyć miano, jedyne może szczęście jest w tych przelotnych chwilkach, złotych ziarkach na piasku pustyni. Strumisz był odważniejszy, mowniejszy, raźniejszy niż kiedy. Stanisław czując list Konstancji, choć go jeszcze nie odebrał, rozchmurzył się także. Lizia nie miała jeszcze czasu opamiętać, a poczciwa pani Balowa, która kochała Strumisza i trochę w nim widziała ulubionej Warszawy, dzieliła szczerze radość powszechną.
Jeden Parciński, któremu w sierocem życiu nigdy się nie uśmiechnęła chwila podobna, który miał tylko matkę i pamiętał jej umierającą, dla którego nie było rodziny ani przyjaciela, siadł na ustroniu, podparł się i smutno milczał. Szczęście, którego nie dzielim, najpoczciwszego nawet trochę zachmurza, choćby się godził z przeznaczeniem swojem, musi westchnąć zapytaniem do milczącego losu.
— A ja? tyś o mnie zapomniał?
Zapytania gradem się sypały ze wszystkich stron do Jana, tak zgłodniali byli wiadomości; nawet pan Bal, który o wsi opowiadając coraz to się zawracał do miasta. Dowiadywano się o losy znajomych i nieznanych, o wypadki, o najdrobniejsze zmiany jakie zajść mogły pod ich niebytność. Nic tak nie uderzało Jana jak Lizia, którą zastał wcale inną i na korzyść spoważniałą, uprzejmą, łagodną: oczy jej nawet inaczej mówić się zdawały.
Chwilą też szybką nad wszelki wyraz mignął ten wieczór pamiętny, padł zmrok, nadeszła noc, która w maju późną zwiastuje godzinę, potrzeba było się rozejść. Już się żegnano, już powstawali wszyscy, a jeszcze nowe pytania i odpowiadania trzymały ich w ganku; nareszcie Bal zawołał:
— A dajmyż mu spocząć! wszakże i jutro go będziemy mieli, Stanisławie, zabieraj jak swego!
Tego dwa razy nie potrzeba było mówić Stasiowi zniecierpliwionemu długiem na list spodziewany oczekiwaniem, pochwycił Strumisza i powiódł go do swojej izdebki.
— List! list! na miłość Boga dawaj mi mój list! rzekł w drodze jeszcze, masz list do mnie?
Strumisz milczał.
— Wszak masz list? powtórzył Stanisław.
— Jaki? zkąd? spytał Strumisz.
— Czy mnie nie rozumiesz?
— Rozumiem cię doskonale, ale nie chcę uwodzić dłużej, listu nie mam.
— Jak to być może! łamiąc ręce zawołał Staś; więc chora może? Ja natychmiast jadę!
— Chwilka tylko cierpliwości kochany Stanisławie, rzekł powolnie przybyły, nie jest chora. Miej trochę zimniejszej krwi, a zaraz ci wszystko opowiem.
— Na Boga nie trzymaj mnie w niepewności, to śmierć!
— Dniem przed odjazdem moim poszedłem do Krombachów, według twego polecenia, odpowiedział Jan, zastałem ją dziwnie niespokojną i zmienioną. Spytałem czy pisać będzie, bo jadę, odpowiedziała mi kilka słów tylko, tak była zajęta: — Nic nie piszę, wyjeżdżam w tej chwili; powiedz pan panu Stanisławowi że się zobaczymy.
— Gdzie? jak? zapytał niecierpliwy Staś.
— Nic nie powiedziała więcej, nie śmiałem nalegać zresztą, ale wiem że tegoż dnia bardzo nagle i spiesznie z wielkim żalem poczciwych Krombachów, co się do niej przywiązali serdecznie, zmuszona pożegnać ich, wyjechała. Mówili mi że odebrała list jakiś sztafetą, że długo myślała, wreszcie rozpłakała się i natychmiast poczęła sposobić do wyjazdu.
Stanisław stał odrętwiały, zbladły, przestraszony. — Ale powiedzże mi, naglił, jak ci mówiła, co ci kazała powiedzieć?
— Najwyraźniej kazała mi oznajmić, że ją zobaczysz wkrótce.
— Mówiła wkrótce? To rzecz niepojęta! Dla czego opuściła Krombachów? kto ją powołał? dokąd?
Nie umiejąc rozjaśnić tej zagadki młodzi ludzie, rozmawiali w noc długo. Strumisz napróżno starał się zwrócić rozmowę na inny przedmiot. Stanisław zawsze rozpoczynał go pytać o Konstancją. Poleciał nawet na chwilę do matki, żeby się z nią smutkiem, niepokojem i obawą podzielić. Ale prócz wyrazów pociechy chrześcjańskiej, cóż dla niego mogła matka? Złożyła tylko na gorącej głowie orzeźwiający pocałunek błogosławieństwa.
Już ranek świtał szary i świat się budził do boleści i pracy, dwóch swoich celów powszednich, gdy Stanisław usnął snem gorączkowym i niespokojnym zmorzony rozmyślaniem; Jan po podróży, która wyczerpała siły jego znużeniem i zachwytem, leżał kamieniem.
Nie długo pospali, bo pan Erazm, który się przymuszał do rannego wstawania, uważając je niejako za obowiązek wiejskiego życia i gospodarskich zajęć, wpadł do izby syna.
— A co? śpicie? leniuchy! a słońce na niebie wysoko, a słowiki tną kuranty na darmo i rosa się świeci na listkach i Zakale wyświeża się choć go nikt prócz chłopków nie widzi w tej perlistej koronie poranka. Wstawać! wstawać! Mości panowie.
Taką apostrofą rozpoczął dzień swój pan Bal i wkrótce pochwyciwszy Strumisza, któremu pilno mu było wszystko pokazać i wszystkiem się chwalić, powiódł go nie dawszy mu się nawet ubrać, na pola i lasy przez niezgruntowane piaski.
Pierwsze zapytania, które się wmięszały do rozmowy, były hasłem rozpoczęcia wyznań przykrych ale koniecznych.
— Jakże idą interesa? rzekł kupiec między jednem polem a drugiem wiodąc, po obejrzeniu oziminy, Strumisza na oględy niedawno posianej jarzyny.
— Szłyby bardzo dobrze, odparł Jan, gdyby...
— A wszędzie są gdyby! kończ.
— Przywiózłem szczegółowe rachunki i sprawozdanie ze wszystkich czynności, rzekł młody człowiek, z niego się pan łatwo przekona, że nie byłoby tego gdyby, gdyby nie Zakale.
— A to co? rzekł pan Bal stając.
— W istocie, począł Strumisz zbierając się na odwagę i siły, wszystko u nas idzie nadspodziewanie dobrze, ale handel potrzebuje ciągle kapitału obrotowego na zawołanie, a ten znacznie się umniejszył i codzień go ubywa. Zakale wzięło nam najprzód co było potrzeba na kupno, odtąd nie dało jeszcze grosza, a ciągnie co zkąd wpłynie. Rozkazujesz mi pan przysyłać pieniędzy, nie mogę mu się sprzeciwić, ale ze strachem widzę, że będziemy musieli zmniejszyć interesa nasze, bo na dawną skalę nie podołamy im.
Pan Erazm się zmarszczył.
— Nie tak-że to ja wiele wziąłem! szepnął z cicha jakby się wymawiał.
— Kupno same z kosztami ubocznemi wzięło nam przeszło trzykroć sto tysięcy, od tej pory z górą sto wyczerpnięto z kasy.
— Nie jest to tak wielki kapitał, począł Bal przychodząc do siebie. Tu trzeba ci wiedzieć, także obrotowy kapitał jest niezbędny! Majątek przepyszny, ale na nieszczęście in crudo, sum wielkich potrzeba żeby produkował; młyny stawić, huty zakładać, gospodarstwo podnosić, włościan oczynszować podobno, a to się bez strat nie obejdzie.
— Ale handel nie jest w stanie panu na to wystarczyć! z przestrachem rzekł Strumisz.
— To też, powiem ci pod sekretem, szepnął kupiec, chcę handlu i kamienic się pozbyć, a całym kapitałem tutaj ruszyć.
Strumisz pobladł.
— Bardzo to dobrze, rzekł powoli miarkując swoje wzruszenie, ale możnaż być pewnym, że w ten sposób umieszczony kapitał da stosowne zyski?
— Zupełnie pewnym! najpewniejszym! zawołał Bal ściskając za rękę Strumisza, tylko mnie posłuchaj. Teraz majątek ten nie robi nad kilkanaście tysięcy, to prawda, ale wprowadzę płodozmian, owce poprawne, rzędową uprawę, buraki, cukrownią...
— Ale mi się zdaje, że tu buraki udać się nie mogą.
— Dla czego? oburzył się kupiec, buraki się rodzą wszędzie, tu sieją mnóstwo buraków, wiem to od ludzi... nie przerywaj mi! Potrzeba jeszcze młynów, gorzelni, browaru, huty, a dopiero pokażę co Zakale znaczy!
— To wszystko może drugie tyle co majątek kosztować, cicho rzekł Strumisz.
— Gdzie tam, w dwójnasób tyle! śmiejąc się i tryumfując dodał kupiec. Ale co to da! co to da!
Jan nie wiedział już co na to odpowiedzieć, ale na ten upór niezłamany nie widział sposobu, gdy to co pomódz miało pogorszało sprawę.
— Niepodobieństwem, rzekł, wszystko rozpoczynać razem, nagle...
— Na co mam czas tracić? czas najdroższy to wiesz, jedno mnie trzyma, żem dał żonie słowo do terminu pewnego nie przedawać realności tamtych... ale byle doczekać pory, hurtem wszystko puszczę! Sprowadzam agronomów i techników z zagranicy, burzę, walę i radykalnie nowy tworzę majątek. W tem będzie mój tryumf! Chcę chorągiew postępu przemysłowego zatknąć w tych pustyniach.
Uczciwe uniesienie tak pięknem czyniło krąglutkie oblicze pana Bala, że Jan nie miał siły słowa wyrzec, ani się sprzeciwić.
— Mnie się zdaje, dodał tylko po chwili, że najprzód co do tych wszystkich zaprowadzeń nowych, reform i nakładów potrzebaby się poradzić specjalnego człowieka. Jakkolwiek nie przeczę panu dobrodziejowi znajomości rzeczy, wolałbym żeby w tak ważnej sprawie ktoś całkiem pewien swego dał plan i stanowczo wyrzekł.
— W tem masz słuszność, odparł pan Erazm, rad że mu Strumisz nic nie odradza, sprowadzimy tu kogoś wprzódy, właśnie to chciałem cię prosić, byś mi kogo od pana Oczapowskiego nastręczył. Ale patrz no jak ten owies ślicznie schodzi, dodał schylając się z uśmiechem kupiec.
— To groch, Jaśnie panie, poprawił nadchodzący Krużka z szyderskim trochę wyrazem twarzy.
— Chciałem mówić groch, zagadał Bal, pyszny groch!






ROZDZIAŁ V.

Same niespodzianki.

Stanisław chodził tak strapiony i zmieniony niepokojem, że ojciec nawet, który mu się mało przypatrywał, postrzegł jego cierpienie, posądzając go o chorobę.
— Czyś ty niezdrów? spytał go przy objedzie.
— Ja? nie, kochany ojcze, czuję się jak zwykle, nic mi nie jest.
— Zdaje mi się żeś czegoś od wczoraj zmizerniał, możebyś się poradził, posłalibyśmy po doktora.
— Dziękuję papie, ale nie widzę potrzeby.
W istocie twarz Stasia malowała to głębokie w sobie cierpienie wewnętrzne, które jak pożar mający wybuchnąć wprzód pożera wszystko czego dosięgnąć może, usiłował je ukryć, wybijało się mimowolnie, potężniejsze nad władzę co je zwyciężyć chciała.
Tegoż dnia Parciński, który jeździł do Nowin i na granicę, a u karczemki na trakcie spotkał się z znajomymi, przywiózł wiadomość o coraz niebezpieczniejszym stanie hrabiego Sulimowskiego.
— Powiadają, rzekł przy wieczerzy, że słabość przybrała charakter nadzwyczaj groźny, i z kilku lekarzy nikt za życie nie ręczy, chyba cud by go uratował. Cała rodzina zwołana do łoża jego się zbiegła; dziwy plotą. Pojechał tam i ksiądz dziekan z Podberezia, święty kapłan i śmiały człowiek! mówią że nie wahał mu się w tej chwili uroczystej wystawić przed oczy całego życia przeszłego, zalecając żal i pokutę.
— A cóż to dziwnego? rzekł Bal.
— To nic, odparł Parciński, ale co rzadko, hrabia słyszę na prawdę się upamiętał, i chce krzywdy jakie w życiu porobił komu nagradzać. Mówią nawet że ta porywcza skrucha zastrasza żonę i dzieci, którym gdyby przyszło szczelnie obrachować się z przyszłością, mogłoby nie dużo pozostać.
— Zmiłujcie się! z niecierpliwością przerwał kupiec, przesadzacie zawsze w sądach o Sulimowskim. Może być że miał żyłkę do procesów, ale to nie był znowu tak bardzo zły człowiek!
Parciński otwarcie się rozśmiał.
— Daj Boże zawsze i wszędzie tak pobłażających sędziów jakim jesteś Waćpan dobrodziej.
— Nie, nie, ale potrzeba być sprawiedliwym...
Na te słowa wszedł Moszko stary, który od niejakiego czasu w niedostatku gości, a z powodu rozsądku swego oceniony przez pana Bala, miał wolny przystęp do niego w każdym czasie.
Moszko zawsze przychodził z nowinami, czy domowemi, czy zagranicznemi, ale nigdy z próżnemi rękoma.
— A! witam gościa! zawołał kupiec wstając i idąc przeciwko niego, gdy arędarz okiem uważnem już wszystkich policzył i utkwił właśnie wzrok w nieznajomym Strumiszu. — Cóż tam słychać?
— Co ma być słychać? nic, cicho, tylko o naszym dawnym panu bardzo coś gadają.
— No! cóż takiego? spytał kupiec.
— Zobaczy pan że się potwierdzi com ja przywiózł, dodał Parciński.
— Gadają, że bardzo chory, a już mu doktorzy nie wiele życia obiecują; jeszcze mówią kilka dni, szkoda człowieka!
— Widzisz panie Tomaszu i on go żałuje, przerwał Bal.
— Ja każdego żałuję, z westchnieniem rzekł stary, jednego że tu potrzebny na świecie, drugiego że się nie zrobił potrzebnym.
— Ślicznieś powiedział! ale cóż tam więcej plotą? pytał kupiec.
— At! at! zwyczajnie ludzkie gawędy. Powiadają że cały swój majątek rozdaje... Nawet jednę daleką krewnę, o której myśmy tu nigdy nie słyszeli, sprowadził aż z Warszawy.
Staś się rzucił na krześle, pochwycił gwałtownie z miejsca i poczerwieniał; matka go tylko zrozumiała.
— No? a toż czego? począł Erazm.
— Bo to widzi Jaśnie pan, on z jej dziadem miał procesowanie. Nu! różnie tam bywa w sądach. Może tam co wziął, czego nie powinien był brać, a chce teraz oddać. Zresztą czy ja wiem? ludzkie gadania, zwyczajnie. Taki to straszno przed panem Bogiem stanąć!
Wszyscy umilkli, Stanisław pałał cały, niespokoił się, chodził, domyślał i łamał z nadzieją, której się obawiał przypuszczać.
Pan Bal wyszedł ze starym, Parciński wymknął się za niemi, Stanisław żywo przybliżył do matki.
— Ona jest w Sulimowie! zawołał po cichu, jestem tego pewny!
— Cierpliwości kochany Stasiu! jeśli ją tak los do nas przybliża, kto wie co Bóg o was myśli, módlmy się i czekajmy.
Strumisz w czasie cichej rozmowy matki z synem, pozostał w tym samem pokoju, ale tak jak sam na sam z Lizią, która nieopodal od niego siedziała, prawie go oczyma wyzywając do rozmowy. Jan jednak przybliżyć się nie śmiał: był on z tych ludzi surowych dla siebie, namiętnych ale walczących z uczuciem, co najzimniejszą powierzchownością pokrywają najgorętsze serce. Położenie jego względem Lizi tak go od niej oddzielało, że przez samę dumę nie chciał z zakresu wychodzić, by się nie narazić na wygnanie z raju, który nęcił jego stopy. Dawne szyderstwa i nielitościwe przygryzki dziewczęcia, tkwiły mu jeszcze w pamięci, obawiał się nowych. Ale Lizia tak się powoli zmieniła. Ów schwytany ukradkiem dziennik, a potem pobyt na wsi, osamotnienie rozmarzające i egzaltujące, łatwo wiele na nią wpłynęły. Nie było to dziecię trzpiotowate, ale dziewczę osmutniałe i... powiedzmy wreszcie całą prawdę — zakochane!
Jak to do tego przyszło Bóg wie jeden, są tajemnice niezbadane, miłość się często poczyna od szyderstwa, czasem od nienawiści, niekiedy od obojętności długiej; nikt jeszcze nie zbadał jej przyczyny, nie zakreślił drogi, nie oznaczył pochodzenia.
Nie zawsze pierwsze wejrzenie niepokonane zarzuca więzy, a kto wie czy powolnie wyrastająca namiętność nie jest jak wiekami rosnące drzewo, na trwalszy byt przeznaczona. Szkoda, zaprawdę szkoda, że jaki psycholog nie przedsięwziął dotąd monografii tego uczucia, tak wielką rolę grającego na świecie, które tak długo za prosty wynik materjalnych popędów miano. Coby to była za piękna historja: dzieje miłości, od urodzin jej w pierwszych wiekach chrześcjaństwa, od młodości której dosięgła w czasach rycerskich, do werteryzmów i dzisiejszego upadku uczucia, które się rozpłynęło w dymie cygarów i rozprysło w szumach szampana!
My powróćmy do Lizi i Jana, o trzy kroki od siebie w milczeniu poglądających ukradkiem. Strumisz zdaje się zatopiony w kontemplacji Zakala i chróścianych stodół jego. Lizia bawi się bransoletką, której niby zapiąć nie umie. Niekiedy on spojrzy ku niej przelękły swojem zuchwalstwem, to znowu ona piękne oczki wlepi w ślicznego chłopaka któremu mówić się zdaje: — Cóż tam tak ciekawego upatrzyłeś pan w oknie?
I trwa to milczenie długą chwilę. Jan nie śmie się ruszyć, Lizia myśli tylko od czego począć, zmuszoną się widząc do rozpoczęcia rozmowy.
— Co za obojętność! mówi do siebie, miałżeby zapomnieć, czy tak dobrze udaje, czy tak się mnie boi?
Wstała nakoniec z krzesła, ale gdy już usta otworzyć miała, ona co się nie lękała nikogo, zmięszała się jakoś...
— Jakże się panu Janowi nasz kraj podobał? chciałam mówić ten kraj? dodała szybko.
— Mnie się wydał prześliczny!
— Mnie com tu już zimę przebyła, szkaradny! smutno! pusto! wielka trumna w której tylko wieko jeszcze otwarte...
— Daruje mi pani, że się jej sprzeciwię... ale doprawdy dla mnie osobliwszy ma urok wioska, może dla tego że ją raz pierwszy oglądam. Jest w niej coś co przypomina sercu, jakiś byt dawny, patrjarchalny, pierwotny, owe wieki które ozłociło oddalenie...
— Wszystko to piękne, odparła Lizia, ale gdybyś pan tu z nami, wśród pustyni i ciszy nieznośnej przebył zimę wiekuistą, o! nie tak byś mówił.
— Może, ale i ta pora swój wdzięk mieć powinna...
— Tak! dymiące kominy, czadu pełne piece, wicher wiejący przez ściany i widok brudnych śniegów, bo wyobraź pan sobie, na tem Polesiu śnieg nawet nie biały, ale jakiś brudny. Ledwie spadł, już go nazajutrz smolne dymy okopciły.
Jan się serdecznie rozśmiał.
— Pan mi nie wierzysz? zapytaj mamy; nie ma nic brzydszego jak ten brudny całun ziemi, którego nawet deszcze spłukać nie mogą, póki go sobie nie zabiorą.
— A jednak pani wyjeżdżałaś z takiem upragnieniem wsi, odważył się powiedzieć Jan.
— Przyznaję się do tego, odparła cicho Lizia, ale są rzeczy i osoby, na których wartości człowiek się późno poznaje.
Tych kilka słów wyrzekła z tak niezręcznem wzruszeniem, że Strumisz zadrżał cały, ale prędko przyszedł do przytomności, opamiętywając się, że to czemu nadawał znaczenie, mogło go nie mieć w istocie i być przypadkowo rzuconym słów zbiegiem.
Wszakże chwilowe milczenie, niepostrzeżone wzdrgnięcie, dowiodło Lizi że została zrozumianą choć na chwilę. Zdało jej się że zanadto powiedziała wyraźnie i dodała szybko:
— Mówię to o Warszawie, o mieście.
Ale tłumaczenie gorsze było jeszcze od tekstu, i kto inny nie Jan, byłby z tego wykładu domyślił się że nie mówiła o Warszawie.
— Jakże mi żal że pani tęskni za miastem, odparł z westchnieniem.... a tu ani myśleć o powrocie do niego.
— Czasem, czasem, cicho zawsze łagodnie odezwała się z uśmiechem i wejrzeniem uroczem Lizia, najniepodobniejsze dzieją się rzeczy, kto wie?
I te słowa znowu były tak dwuznaczne, choć i one mogły się tłumaczyć Warszawą i miastem.
— Ale któż tak śmiały by na niepodobne rachował, rzekł Jan.
— Naprzykład ja, odpowiedziała Lizia, zdaje mi się że te najlepiej. Ja zawsze rachuję na to co się obrachować nie daje, i zdaje mi się, że gdybym zimno, pospolicie liczyła tylko to co pewne... a! to by żyć nie warto i być młodym! Ale pan przywykłeś, dodała, do ksiąg rachunkowych i cyfr nieubłaganych.
— O to prawda, rzekł coraz bardziej pociągniony ku niej Strumisz, który się zapominał, nie same księgi nauczyły mnie tego, ale całe moje życie. Ja się nawet boję przeszłego i spełnionego, żeby mi i tego kto nie wydarł.
— O jeśli tak, z uśmiechem figlarnym przerwało dziewczę, to pan pewnie musisz pisać dziennik...
Twarz młodego człowieka oblała się szkarłatem, zdrętwiał prawie, ale rychło przyszedł do siebie. — Zgadłaś pani, odpowiedział, nie mając przyszłości, chcę sobie podwoić przeszłość...
— Ale godziż się być takim nieznośnym tchórzem? spytała obracając branzoletkę na ręku Lizia. To wczesna starość! pozwalam już biednym posiwiałym żeby się sobie bali, ale my?
To my tak słodko brzmiało w uszach Jana, i co chwila silniej czuł się porwany; znikały dzielące go od niej przeszkody, serce biło coraz gwałtowniej... oczy mówiły otwarcie.
— My! tak się doprawdy mówić nie godzi, chyba przez szyderstwo, odpowiedział smutno. Moja i pani młodość są to dwa tak odmienne światy! Jam z sieroctwa i pracy wyszedł i jeszcze drżę bym nie wrócił do osamotnienia dawnego, do pustyni mego dzieciństwa; pani... rozkwitłaś sobie swobodnie, przytulona do serca matki! Nie dziw że z niego zaczerpnęłaś odwagi, a mnie zkąd ją wziąć?
— Zkąd? szepnęła Lizia przybliżając się trochę i wlepiając w niego ciemne błyszczące oczki swoje — porównałeś mnie pan do roślinki, ja skończę płacąc mu porównaniem także za jego poetyczny komplement. Widziałam rośliny co ledwie nóżką dotykają ziemi, co się chwieją w powietrzu jak powój, a tak zielono rosną, tak niebiesko kwitną!!
— A! pani! mimowolnie rzekł Strumisz, wspomniałaś powój na moje szczęście. Bo powój musi się choćby o suchą gałąź obwinąć, sam sobie nie podoła.
— Jakto? więc na świecie pan nie spodziewasz się nawet znaleść suchej gałązki dla siebie? — Zapytanie było tak żywe a odpowiedź tak trudna!
— Ja się nigdy i niczego spodziewać nie umiem, rzekł Jan z serca i z uczuciem.
— I nigdy też, przerwała Lizia prawie z gniewem, nic nie dosięgniesz, nic nie otrzymasz! Z losem i przeznaczeniem potrzeba walczyć mężczyźnie, a pan stoisz z daleka i kapelusz tylko zdejmujesz przed nim.
Ostatnie wyrażenie trochę żartobliwe, przeznaczone było na pokrycie znaczenia całej rozmowy, bardzo wyraźnego... Strumisz nie wiedział co począć, chwilami widział przed sobą błyski szczęścia, to znowu stanął obawiając się by jak grom nie uderzyło w niego szyderstwo.
Lizia domówiwszy tych słów usiadła i zamilkła, ale w wyrazie jej twarzy, w oczach nie było nic złośliwego, raczej smutek, niecierpliwość, zniechęcenie. Czuła, że jej nie wierzył jeszcze, że się lękał.
— Spodziewam się, zaczęła po przestanku, że pan tu przynajmniej zabawisz z nami. Stanisław od niejakiego czasu stał się tak nie do ukąszenia, nie do użycia, nie do rozmowy, że jego jeszcze bawić potrzeba. Mama smutna, ojciec na nas wszystkich nie wystarczy! Lubi bardzo pana Parcińskiego, choć sobie prosty człowiek, ale i ten częściej gospodaruje, jeździ i kłóci się z ludźmi, niż nas rozrywa. Podawałam już myśl żebyśmy sobie sprawili rezydenta jakiego. Mówią, że na wsi był to sprzęt dawniej nieodbicie potrzebny, i nikt tego teraz lepiej nie pojmuje nademnie. Jaka to rzecz wygodna!!
— Ale pani! obrażony trochę, rzekł Jan, jabym się znowu na rezydenta nie przydał...
— Dla czego?
— Pierwszym przymiotem tej istoty, dziś razem z mamutami wygasłej i z tradycji tylko znanej, było podobno niesłychane posłuszeństwo i niewyczerpana powolność...
— A pan nie masz tych przymiotów?
— Żadnych sobie nie przyznaję, ale tych mniej niż innych.
— Chwała Bogu! odpowiedziała Lizia, bo też to przymioty, które nie są nazwania tego warte... Ale różni bywali rezydenci...
— Na żadnegom się nie przydał...
— Tak panu pilno wrócić do Warszawy?
— Pilno? nie... ale... Strumisz znowu poczynał szaleć — ale...
— Ale — śmiało! podpowiedziała Lizia.
— Ale, ja tam gdzie mi dobrze, gdzie mi bardzo dobrze, boję się być długo: człowiek się psuje i rozpieszcza, potem boleje...
— Zawsze tchórz! dodała Lizia, ruszając ramionami.
— Ale cóż na to poradzić?
— Co? prawdziwie nie wiem, choć szczerze chciałabym pana z tej choroby wyleczyć...
— Pani by to przyszło tak łatwo! odważył się cichuteńko wymówić Jan, który już jak pijany, słów na ustach utrzymać nie mógł... Spodziewał się gniewów, przeląkł, zadrżał, ale Lizia odpowiedziała tylko:
— Doprawdy? a głos jej drżał...
Rozmowa tak zaszła niespodziewanie daleko, że się znów Eliza obawiać poczęła i chciała ją uczynić nic nie znaczącą, ale pieszczoszka nie potrafiła się oprzeć sercu, a litościwa nie chciała go dręczyć. Tyle i tak wycierpiał.
Na to — doprawdy? rzucone pytaniem, Jan już odpowiedzieć nie potrafił — w tej chwili mierzył on przestrzeń którą ubiegł w krótkiej rozmowie i zdawało mu się że to sen... chciał się obudzić, lub być pewnym że to jawa.
— Gdyby to w dawnych czasach... po chwilce poczęła drżącym głosem Lizia, kiedy wierzono w talizmany i czary... poszukałabym dla pana jakiego kwiatka odwagi i listka nadziei... ale dziś?
— Dziś wszystko jest talizmanem! rzekł gorąco Strumisz.
— Jakto? choćby naprzykład ten kwiatek cyklamu tak mile pachnący?.. To mówiąc zerwała go i podała z zapytaniem młodemu człowiekowi.
Strumisz o mało nie padł z podziwu i ze strachu, wziął różową wonną roślinkę drżącą ręką, ale nim potrafił usta otworzyć, Lizi już nie było... znikła.
W ten sposób urwana rozmowa zmieniała życie, odsłoniła świat nowy... długo stał wryty, nie mogąc się poruszyć, potrzebując jak po uderzeniu piorunu powrócić do życia... i głos pani Balowej obudził go dopiero.
— Co ci jest panie Janie? zapytała go łagodnie widząc stojącego, nieruchomego i bladego — widziałam jakeście żywo rozmawiali z Lizią... i...
— Nic pani, nic. Czuję tylko potrzebę powietrza, chcę wyjść trochę i orzeźwić się.
— Chodźmy na ganek.
Wyszli. Jan dał si prowadzić gdzie chciano, tak był obojętny na wszystko. Ażeby pojąć co się z nim działo, potrzeba po długiem nieszczęściu, po długiej beznadziei, nagle stanąć u szczytu, którego nawet nie śmiało dotknąć skrzydłem swojem marzenie. Wielkie szczęście robi wrażenie podobne do straszliwego ciosu — oba zabić mogą. Jan chwytał się za głowę by nie oszaleć.
W tem głos Bala i śmiech Parcińskiego otrzeźwiać go poczęły; wyszedł na powiew powietrza, spojrzał po świecie, przekonał się, że żył, że wszystko było jawą.
— Patrz, patrz! chwytając go pod rękę zaczął kupiec, na te dalekie lasy, na rzekę siną, połyskującą w światłach wieczornych, posłuchaj, powąchaj... i powiedz mi, gdzie to znajdziesz w mieście?
— O! mnie nie potrzeba przekonywać, rzekł Strumisz, bo nim zajechałem do Zakala, upiłem się wioską i wiosną i czuję się być oczarowany.
— Otóż to człowiek! zakrzyknął pan Erazm, to człowiek z uczuciem! Wart jesteś żyć na wsi!
Parciński śmiał się otwarcie.
— Panie! rzekł, a myż... a ja!
— Waćpan, dodał gorąco, po swojemu potomek Massagetów, Waćpan masz brzydki nałóg szyderstwa i drugi brzydszy jeszcze tajenia się z tem co w tobie najlepszego! kochasz wieś, ale ukradkiem i nie przyznajesz się do tego, żeby być oryginalnym, albo przekorą.
— Wszystko to być może, wesoło odparł Tomasz, ale u mnie tak — wszystko albo nic! Jeśli ma być wieś rajem, niechże nim będzie całą gębą; nie chcę w niej ani dzwonków które pan wiesz jak drażnią, ani sporów z wieśniakami, ani głupich sąsiadów, ani nudnej jesieni.
— Małej rzeczy Waćpań chcesz, Adamowego raju! a i tam było przecie coś co go zatruwało — wąż... może właśnie ze dzwonkami!! Cha! cha! Rad z dowcipu rozśmiał się pan Bal serdecznie, pociągnął powietrza, uśmiechnął się.
— To mi życie! rzekł.
— A dyferencja? szepnął cicho Parciński.
— Dzieciństwo.
— A zaległości?
— Już zapłacone!
— A włościanie?
— Będziemy ich wychowywali!
— A sąsiedzi?
— Pogodzim się z niemi!
— A oficjaliści?
— Sprowadzim innych!
Gdy ostatniego swego a miał domawiać Parciński, przed samym gankiem zjawił się charakterystyczny poleszuk, wyraźnie posłaniec, w siwej siermiędze, postołach, z koszelkiem na plecach, w czerwonej czapeczce, z kijem pielgrzyma.
— A zkąd? spytał tknięty pan Bal.
— Od Hubki, rzekł Parciński odbierając list i kręcąc głową, bodaj żebyśmy nie mieli zaraz do dodania w regestrze zapytań. — A Hubka?
— Przeczytaj, zmiłuj się, chmurniejąc zawołał pan Bal, czego on tam chce?
— Oj! list coś długi, papierów dużo, źle!
— Czy znowu o dyferencją, wszak rzecz skończona!
Pan Tomasz rzucił okiem.
— To co innego, rzekł powolnie i poważnie, idę przeczytać, to jakiś dawny interes.
To mówiąc i nie chcąc może zatruwać panu Balowi tak wesoło poczętego wieczoru, usunął się do swojej izdebki.






ROZDZIAŁ VI.

Rozczarowanie — nowe straty.

Pan Bal stał oniemiały, zbladły, zamyślony przed stolikiem na którym widać było rozłożony list Hubki, Parciński nieco opodal ze spuszczoną głową i zafrasowaną twarzą, poglądał to na to pismo, to na gospodarza, ale widocznie zajęty czem innem i roztargniony.
Oba chwilę milczeli.
— Cóż pan na to? spytał z westchnieniem nareszcie kupiec.
— Jest to nic więcej jak skutek pańskiej powolności, odparł Tomasz, nie chciałeś pan procesu o dyferencją, widziano że łatwo na panu wymódz co kto zamarzy, i oto nowa pretensja.
— Ale jakże może być żeby to było zatajone przy sprzedaży?
— Z tego co wiem o kupnie i sprzedaży najłatwiej to być mogło, pan nabywałeś z zupełnem zaufaniem, a sprzedawano mu bez sumienia.
— Ależ mówią że bank dowodzi iż długów nie ma.
— Jest to po części prawda, rzekł Parciński, ale tylko po części. Wiemy jak się robią po aktach kwerendy i wydają świadectwa. Bank w żadnym razie stracić nie może, jakikolwiek będzie stan majątku, cała rzecz że dług obcy pójdzie po bankowym.
— Ale na Boga, jakże się da utaić dług dwóchkroć sto tysięcy, z zaległemi od tak dawnych czasów procentami!!
— W istocie to dziwna, ale niemniej tak jest; proces był zarzucony, ubodzy Mylińscy milczeli i byliby się nie upomnieli nigdy, gdyby w panu Hubce nie znaleźli protektora.
Pan Erazm załamał ręce, przechadzał się zachmurzony, ruszał ramionami, myślał i nie wiedział co począć.
— Nie cierpię procesu! rzekł po chwili.
— Stracisz więc pan majątek, bo to coś już zapłacił, coś przyjął długiem i co jeszcze dać wypadnie, dwa razy przejdzie wartość jego.
— Ale to być nie może! co tu począć? co tu począć? co obmyśleć? powtarzał niecierpliwy dziedzic Zakala. To musi być fałszywa pretensja, spisek na mnie, łapka jakaś... tego zataić Sulimowski nie mógł! Nie wierzę w taką niepoczciwość! byłby ostatnim łajdakiem.
— Cha! cha! sucho się rozśmiał Parciński, widać żeś pan w życiu z poczciwymi tylko ludźmi miał do czynienia, u nas prawie jednego nie ma majątku, któregoby nie sprzedano z zatajonym wilkiem. Tak się nazywa technicznie tego rodzaju interes. Nie mamy co myśleć dłużej, ja natychmiast jadę do miasta powiatowego, sam kwerendę zrobię w aktach, naradzę się z prawnikami, a dopiero coś postanowić będzie można. Na ślepo działać niepodobna. Wypadłoby posłać i do Sulimowskiego.
— Ten słyszę na śmiertelnej pościeli, odparł kupiec; nie godzi się zatruwać mu ostatniej godziny, może chwili pojednania z Bogiem. Jedź pan i powracaj co najrychlej.
Stanisław był przytomny tej rozmowie; wspomnienie o Sulimowskim uderzyło go, myśl szybka przeleciała przez głowę.
— Zapewnie, rzekł, że posyłać kogoś do hrabiego byłoby nie w porę, ale z wieści sąsiedzkich trudno coś wiedzieć pewnego o jego stanie. Ja mógłbym pojechać sam, pod pozorem dowiedzenia się o jego zdrowie, a jeślibym uważał że się go zapytać można o interes, z wszelką delikatnością wspomniałbym o nim. Jeśli Sulimowski jest tak bardzo źle, przekonam się tylko i przyjadę napowrót.
— Jak ci się zdaje panie Tomaszu? spytał kupiec wahając się.
— Mnie się zdaje, że toby było nie źle, rzekł plenipotent, hrabia najlepiej objaśnić może, a pan Stanisław jeden potrafi w takich okolicznościach postąpić sobie jak wypada.
— Dziękuję ci za tę myśl, podstępując i ściskając syna, odezwał się pan Bal; wiem że nie lubisz Sulimowskich, wdzięczen ci jestem za tę ofiarę dla mnie.
Podziękowanie ukłuło Stanisława, czuł że na nie nie zasługiwał, zarumienił się i nic nie odpowiedział, ale z wielkiej radości począł się tak spieszyć z wyjazdem, że matka smutnie się aż uśmiechnęła.
Biedna matka! jej oczy widziały wszystko, serce czuło tak wiele, a tak mało co uczynić mogła! Wczorajsza rozmowa Lizi ze Strumiszem, od której Jan o mało nie oszalał i jeszcze chodził upojony, wzruszenie Stanisława, troski powszednie i straty niespodziane, obijały się o jej serce w ciszy i zdaleka powierzające Bogu losy całej rodziny.
Od Parcińskiego wiedziała już wcześnie o nowej sprawie grożącej Zakalowi, ale przed mężem, któremu trudno było się jej zwierzyć, nie dała poznać, że cierpiała już jak on, a może więcej od niego.
Taić się dłużej nie było podobna, a przyznać tak trudno panu Erazmowi. Ten ostatni cios dobijał go, trzymał się przeciwko oczewistości, walczył z niepodobieństwy, kłamał sam sobie, ale nareszcie przyszła chwila w której nie mógł już zaprzeczyć, że złote jabłko było jabłkiem męczeństwa, jabłkiem wygnania z raju, zawodem i ogromną tylko stratą! Jak owe owoce z nad jeziora martwego co się w popiół rozsypują gdy je do ust przybliżasz, złote jabłko hrabiów rozpadało się w proch. Nadzieje, rachuby, plany, marzenia żywota wiejskiego, swobody wiejskiej... wszystko to nikło... Gdy raz błona, zasłaniająca oczy biednemu poczciwemu starcowi spadła z nich, zobaczył jasno jak dalece zawiedzionym został, jak niegodnie oszukanym!
Najcięższa podobno do przebycia jest strata ostatniego w życiu złudzenia, w młodości siejem je jak młokos złotówki, pewni że skarb się nasz nie wyczerpie: ale oprzeć się na wątłej, na jedynej nadziei, zbudować na niej ostatnią lepiankę i ujrzeć ją rozwaloną, o! to nad wyraz boleśnie! To też stary nasz cierpiał srogo i litość brała nań patrzeć. A że nikomu winy nie mógł przypisać tylko sobie i swej łatwowierności, gryzł się nią w ciszy i trapił. Niepoczciwość ludzi co z niego korzystali, nie mogła mu służyć za wymówkę; nie powinien się był dać tak haniebnie oszukać, narazić losu dzieci, przyszłości, spokoju! Żal i upokorzenie szarpały jego sercem, uciekał od ludzi i łzy mu wytryskały na oczy.
— Stracone! powtarzał w duchu, wszystko stracone! wszyscy mieli słuszność, ja jeden byłem w błędzie do końca! A! ciężko to pomyśleć, żeby świat był jaskinią łotrów, a wszyscy co się podszywają poczciwością trudnili rozbojem! Ale stało się! potrzeba uczciwie oznajmić o tem Ludwice, żeby jej kto z boku usłużny nie nastraszył.
Chwiejąc się wszedł pan Erazm do salonu, zastał żonę, która troskliwem zmierzyła go okiem, ale nie śmiał ust otworzyć. Ile razy zebrał się na wyrzeczenie słowa, wstyd i boleść zamykały mu usta.
— Ludwisiu, rzekł nareszcie, pokazuje się żeś ty miała słuszność.
— W czem kochany Erazmie?
— Trochę, trochę miałaś słuszności co się tycze Zakala.
— Być może, to chyba przeczuciem. Ale zkądże ci to wyznanie? jeszcześ wczoraj tak był z niego szczęśliwy!
— Wczorajszy ten list mnie dobił.
— Cóż to było? zimno i umyślnie obojętną starając się pokazać, odezwała się żona.
— A! nowa pretensja! proces! i jeżeli się to okaże takiem jakiem nam przedstawiają, to podobno....
Nie śmiał dokończyć pan Erazm, cierpienie jego było nadto widoczne, żeby żona nie starała się na nie szukać lekarstwa. Uśmiechnęła się tylko.
— Mój Erazmie kochany, odezwała się bez widocznego wzruszenia, póki zapobiedz było można stratom, usiłowałam cię od nich ustrzedz, dziś gdy się spełniły, pozwól najprzód powiedzieć sobie, że dzieciństwem byłoby niemi się trapić.
Erazm, który się obawiał wymówek, może trochy przypomnień dawnego uporu, odetchnął słysząc te błogosławione wyrazy i pobiegł ucałować ręce żony.
— Jakto moje serce! zawołał przejęty wdzięcznością, ty mi nie będziesz tego wymawiała?
— Kiedyżem ci co wymawiała? spytała z wymówką kobieta. Stracim część majątku, no! to ją może Bóg da znowu zapracować dla dzieci, zresztą dla nich to co pozostanie dostatecznem będzie. Znieśmy to wesoło, i jak przystoi na chrześcjan... na sumieniuśmy spokojni.
Łzy dobyły się z oczów kupca, który poskoczył z radości, odzyskując w chwili całą swą żywość i gorączkę uczucia.
— O to, to lubię, o to mi żona! oto kobieta! serce, Ludwisiu, ołtarze ci stawiać! Ha! ogromny mi też ciężar spadł z serca, niech ci Bóg płaci! Stracimy wprawdzie grubo, ale Bóg łaskaw... kto wie, może jeszcze interes się da skończyć lepiej niż się spodziewam.
— Ale powrócim do Warszawy? z uśmiechem spytała korzystając z usposobienia pani Balowa.
Pan Erazm skrzywił się.
— Jakże chcesz serce! okrutny wstyd!
— Co za wstyd?
— O! jużciż pozwól, wzięli mnie starego wróbla na plewę!
— Kto o tem będzie wiedział?
— Wszyscy! ręczę ci.
— Ale przynajmniej na zimę, Erazmie.
— A! na zimę nie mówię, to dobry ton.
Żona westchnęła po cichu, chciała daleko więcej mówić, ale jak przed chwilą mąż, ona teraz nie wiedziała od czego począć, a musiała korzystać z wypogodzonego czoła, które wkrótce lada co zachmurzyć mogło.
— Czy Staś pojechał? spytała.
— Przed pół godziną, alboż się z tobą nie pożegnał?
— I owszem, poczciwy chłopiec! dopiero tu na wsi przekonałam się jak do mnie przywiązany.
— A! a! dodał po chwili, i w tem mi się nie udało. Śliczny los gotowałem mu w myśli, chciałem go uczynić panem jak byli jego przodkowie, od razu trafiała się jedyna przewyborna okoliczność, bo hrabia oświadczył się niejako, że dałby był córkę za niego. Kolligacja z pierwszemi domami, pozycja socjalna wysoka. Nieszczęściem ten hrabia podobno nie ciekawe człecze. Nie wiem czy już drugą taką partję znajdę dla niego.
— O! najłatwiej. Ja nawet już wiem jednę.
— Ty?
— Ja!
— No proszę! a i ty o tem myślałaś? patrzajcie! powiedz-że mi kto to przecie? znasz tę pannę?
— Nie.
— To zagadka; któż to taki?
— Blizka krewna Sulimowskich.
— Bogata? cicho szepnął pan Bal.
— Zupełnie uboga.
— No! ale parentela? dodał kupiec.
Ludwika rozśmiała się. — A! mój ty drogi marzycielu, zawsze ze swojem.
Bal spuścił głowę jak winowajca. — No, no! nie śmiej się ze mnie.
— Jest i parentela, jak ty nazywasz, odpowiedziała żona, kiedy blizka krewna Sulimowskich, tak blizka, że ją ten hrabia majątku pozbawił procesem z jej dziadem.
Pan Erazm w tej chwili przypomniał sobie opowiadanie w drodze, historją podstolego, wmięszanie się Stanisława i uderzył się po czole.
— Jestem w domu! rzekł, słyszałem o tem, ale to coś bardzo ubogiego.
— Za to trudno zacniejszej kobiety, zawołała żona.
— A zkądże o tem wiesz?
— Najlepiej od Krombachów, w których domu jakiś czas przebywała.
— Ale zkądże ci ten projekt na prędce?
— Pozwolisz mi powiedzieć otwarcie?
— No! śmiało!
— Stanisław ją kocha.
— Jakim sposobem? podchwycił pan Bal podskakując po swojemu, bez mojej wiadomości, bez pozwolenia! kiedy? co? którędy? gdzież ją widział? jak się to stało?
Raz rozpocząwszy, niepodobna było taić dłużej, wszystko należało powiedzieć, i pani Balowa całą powieść poznania Konstancji i jej losów powtórzyć musiała.
Kupiec słuchał jej z natężoną uwagą, ale bez oznak zniecierpliwienia lub gniewu. Gdy skończyła, przeszedł się parę razy w milczeniu po saloniku.
— Ma szczęście chłopiec, rzekł, że to pięknie urodzona panienka, wybaczam mu to, jestem przekonany, że poczciwa krew do pańskiego dziecka go ciągnęła. Wielka jest siła krwi! dodał serjo; ale z drugiej strony wykroczył, rzekł z żywością. Pani wiesz jaka jest władza ojca i jak ją dawna szlachta szanowała. Jak to może być, żeby się syn kochał bez pozwolenia i myślał o pannie bez rodzicielskiego konsensu, cichaczem?
— Ależ proszę cię Erazmie, wszak rzeczy nie zaszły daleko, widzieli się, poznali i Staś nie śmiał jeszcze pomyśleć nawet!
— A! jeśli nie śmiał pomyśleć, chwytając za słowo z radością przerwał kupiec, to co innego! to co innego! przebaczam i zobaczymy. Hm! nie byłbym od tego, gdyby tylko panna mi się podobała, kolligacja piękna! Dziad był podstolim, krewni wszystkich hrabiów w Hrubieszowszczyźnie i ziemi chełmskiej! nazwisko poważne!
Na ten raz tak wiele była zrobiła pani Balowa, że się już więcej mówić nie odważyła, szczęśliwa z powodzenia, zamilkła. Bal chodził i dumał, a choć się przed sobą nie przyznawał do tego, a tem mniej przed żoną, wiadomość o tej kuzynce hrabiów bardzo go połechtała i poprawiła mu humor.
Wtem wszedł Strumisz.
— No panie Janie, natarczywo po swojemu zawołał kupiec przyskakując do niego, teraz na twojej głowie wszystko! Ratuj unie kochanku.
Jan, który nic jeszcze nie wiedział, bo tak był sobą zajęty, że się ani z Parcińskim, ani ze Stanisławem nie widział przed wyjazdem ich, stanął zdziwiony. Uśmiech tylko igrający na już wypogodzonej twarzy kupca cokolwiek go uspokajał, że ratunek żądany nie musiał być trudny.
— Co pan rozkażesz? spytał.
— Dasz mi pieniędzy! dużo a dużo pieniędzy!
— Wszystko co jest w tej chwili... ale na cóż?
— A! ba! ty nic nie wiesz?
— Nic.
— Spada na mnie nowy proces o dwakroć sto tysięcy, które może z procentami nawet będę musiał spłacić z Zakala.
— Możeż to być? nie dowierzając i oglądając się po wszystkich, zapytał Strumisz, pan o tem mówisz tak spokojnie?
— Chcesz-że żebym sobie angielską modą w łeb strzelił? śmiejąc się rzekł kupiec. Ja i moja żona jużeśmy to sobie wyperswadowali, że kilkakroć sto tysięcy djabli wezmą. Teraz panie Janie cała sztuka w tem, żebyśmy na poczciwym handelku odrobili co tu licho weźmie.
Jan się zastanowił.
— Nie jest to tak łatwo, rzekł powoli, ale z czasem. Dzięki Bogu że już pan przypuszczasz dalsze prowadzenie handlu.
— Ale ba! kiedy muszę! zawołał Bal — nie radbym, cóż gdy inaczej być nie może. — Wioska będzie drogo jak widzę kupioną zabawką, a handel da chleba kawałek, jedno drugiemu nie przeszkadza... No! poratujesz panie Janie?
— Możeż być żebyś pan tyle utracił?
— Najpodobniej! wzięli się do mnie ostro tutejsi prawnicy!...
— W takim razie ten od kogoś pan kupił, odpowiada.
— Na strasznym sądzie! przerwał Bal, przed którym lada chwila stanie. A jak ludzie mówią, z majątku pokrytego żony posagiem i umiejętnie przeszywanemi kawałkami spodniczki — nie starczy na długi nawet! Cóż dopiero na pretensje! Jeśliby nas przyciśnięto, kochany panie Janie, powiedz zkąd weźmiemy pieniędzy?
— Zkąd? tego nie wiem i poddać w tej chwili nie mogę. Moją radą byłoby, obrachować się dobrze, i Zakale po tylu stratach na łup wierzycielom oddać.
Pan Bal cofnął się, rzucił i krzyknął:
— Co Waćpan mi śmiesz radzić! z tego nigdy nic nie będzie! Ja, porzucić Zakale? Niech ono sobie będzie złe, szkaradne, niech stracę, ale tego wstydu sobie zrobić nie pozwolę! Niech choć umrę na wsi!
— Lepiej niech pan żyje, kiedy to dla niego tak konieczne, spokojnie odpowiedział Strumisz. Co się tycze reszty majętności państwa jawne jest, że bez sprzedaży w mieście takiego kapitału mieć nie możemy!
— O! na Boga! nie sprzedawajmy nic! przerwała pani Balowa, broniąc z kolei swojego.
— Kapitału na sam handel nam braknie, odpowiedział Strumisz — będziemy i tak mieli do wypłaty wekslów na sto tysięcy pewnie, a do czasu w którym one będą wypłacane, nie ściągniemy nad połowę potrzebnej sumy.
— Trzeba jednak coś poradzić, rzekł Bal.
— Albo wsi się wyrzec, albo jednego z domów w mieście.
— Za nic!
— Za nic! zawołali oboje państwo Balowie.
— W takim razie nie widzę sposobu wyjścia z tej trudności. Ale zdaje mi się, że to przedwczesny kłopot, bo nie pojmuję jak może kto być zmuszony płacić, czego nie winien.
— W istocie, po namyśle rzekł Bal, możnaby nie spieszyć się z planami, ale to mój stary zwyczaj, że na wszelki wypadek chcę być w gotowości.... Zresztą poczekajmy na Parcińskiego.
Nazajutrz dał znać pan Tomasz, że kilka dni zabawić musi w miasteczku i że mu niepodobna powrócić tak rychło jak obiecał i jak żądał pan Bal. Zniecierpliwiło to trochę kupca, który zwłok nie lubił, ale musiał czekać.
Tymczasem pobyt Strumisza z powodu samego interesu Mylińskich, o którym coś pewniejszego chciał wiedzieć kupiec nimby go wyprawił — opóźniał się coraz, a Jan, jak się łatwo domyśleć, nie spieszył do Warszawy... Nazajutrz po owej wieczornej rozmowie, Lizia wprawdzie była smutna i chłodna i trochę szyderska, ale to tak było naturalnem. I wieczorem znowu zeszli się przy matce u tego samego okna, jak gdyby kilkadziesiąt godzin nie dzieliły ich od tego dnia dla obojga pamiętnego, i poczęła się przerwana rozmowa, już śmielsza ze strony Jana, bojaźliwsza w ustach Lizi, ale będąca dalszym ciągiem tej wiecznej powieści kochanków, którą już tyle pokoleń głuchej opowiadało ziemi. — Gniewali się, godzili, smutnieli, rozweselali, mówili o wszystkiem a nie mówili tylko o sobie w istocie. Matka niekiedy przerywała im, mięszając się do cichych rozpraw, umyślnie może nie dozwalając jednym pędem zajść nazbyt daleko. Zresztą Strumisz pomimo ośmielenia, pomimo szczęścia które nań tak niespodzianie spadło, pełen był umiarkowania, obawiał się wygnania z raju i stąpał po nim z taką ostrożnością. Trochę wesołości, dowcipu, drobina szyderstwa wróciły trzpiotowatej dziewczynie, ale jak teraz jej szyderstwo było inne! jak przez nie dobywało się uczucie! jak była uroczą z tym żarcikiem któremu towarzyszył błysk oczek czarnych, błysk białych ząbków! Rzekłbyś figlarna Rusałka zwodnica, co się wychyliła z wody, wdziała sukienkę i zaplotła włosy, żeby pod tem przebraniem łacniej ludzi mitrężyć.






ROZDZIAŁ VII.

Co się działo w Sulimowie i jaki tam był szynkarz.

Szybko pędził Stanisław ku Sulimowu, a nigdy jednak droga dłuższą mu się nie wydała, choć nazajutrz powiedzieć by nie potrafił, którędy jechał i co go znudziło. Cały w sobie i w nadziei widzenia Konstancji, wyglądał rychło mu się okażą odrapane mury rezydencji hrabiowskiej, dopytywał czy jeszcze daleko, a nielitościwi wieśniacy po swojemu mierząc poleskie pustynie, niecierpliwili go swemi milami, których czasem dwie w jednej pomieścić się mogło wygodnie. Szczęściem jakkolwiek mile poleskie i wołyńskie po polskich wydają się dosyć długie, nie to jeszcze co ku Podolowi, gdzie często mil parę cały dzień kłusem jechać można. Pod wieczór nareszcie w brzasku dziwnie jaskrawo zachodzącego słońca, na sinych i pomarańczowych pasach nieba, poczęły się czarno piętrzyć mury kościoła, drzewa i gmachy, a woźnica powiedział nareszcie: To Sulimów!
Stanisław nie potrzebował objaśnienia, cały teraz był w myśli jak tu przyjechać, jak się przedstawić, co zrobić z sobą w domu nieznajomym, z tak ciężkim interesem i w taką jeszcze chwilę!
W tem wiatr przyniósł mu dźwięki rozkołysanych dzwonów w kościołku i cerkwi, w które hałaśnie bić poczęto.
— Co to jest? święto jutro czy dziś? spytał Stanisław.
— Nie paneczku, odparł woźnica, to po umarłym dzwonią; ale coś bardzo bałakają, musi czy nie sam graf umarł tylko!
— Pospieszaj! rzekł Stanisław niespokojny, konie zacięto i po piasku zbliżać się poczęli ku wiosce. Na samym wjeździe nad drogą stały naprzeciw siebie kościół i cerkiew, przy dzwonnicach widać było na cmentarzach kupkę ludzi żywo z sobą rozmawiających; inni powychodzili w ulicę, kobiety z założonemi rękoma patrzały z progów domowstwa, słowem coś niezwyczajnego z twarzy i ruchów czytać było można.
Ciekawy parobczak który Stanisława powoził, zatrzymał się z własnego domysłu naprzeciw dzwonnicy.
— Dobry wieczór ojcze, rzekł do siwego starca, który się pod murem ręce w kieszenie świty włożywszy przechadzał w ogromnej czapce barankowej, z daleka oznajmującej przynajmniej starostę. A co to u was? czy nie umarł kto że tak dzwony tańcują?
— A juściż, odparł uchylając nieco czapki stary, panaśmy stracili — i westchnął. Dobry pan był! (po śmierci wszyscy panowie i mężowie s