Złote jabłko/Tom IV/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.

Pojedynek.

Przybywszy do Brogów, pan Teofil, który całą drogę myślał, rzucał się i wpadał na różne sposoby zręcznego odwrócenia pojedynku, powiedział sobie nareszcie:
— Nie ma na to rady! potrzeba tam kogoś posłać! wyzwać, a na placu, chyba Bóg nie łaskaw, podamy sobie ręce i zapijemy szampanem.
Prawdę rzekłszy, większa część pojedynków, o których najgłośniej mówią, kończy się zabiciem śniadania, i Zmora stosownie do zwyczaju miał prawo spodziewać się takiego końca. Sam dopomniawszy się o rachunek, musiał teraz rzecz doprowadzić do skutku. Wysłał wiec gońca do pana Porfirego, bo nikt inny nie nastręczał się w sąsiedztwie na funkcję podobną i oczekiwał go z niecierpliwością, chcąc to jak najżwawiej załatwić.
Pan Porfiry już od powracających z kościoła (gdyż sam nie był na nabożeństwie) dowiedział się o wypadku i ciekawy pędził na zwiady, gdy go posłaniec spotkał.
Zrozumiał od razu o co chodziło, ale mu to wcale nie przyszło do smaku: wolał siać plotki niż czynny brać udział w zakazanym krwi przelewie. Ale zawrócić się było niepodobna. I on także pomyślał:
— To się skończy śniadaniem.
Wpadł tedy do Brogów prędzej niżeli się go spodziewano, z powodu że był potrzebny przybierając swój ton wyższy i poufały.
— A co tam słychać? krzyknął na progu.
— Wiesz pan już? — pytał Zmora.
— Coś, trochę.
— Wszak ten błazen potracił mnie w kałużę, rzeki pan Teofil; zrobił to umyślnie.
— Tak, ale pan nie chciałeś z drogi ustąpić jego matce i siostrze.
— No to co, nie mogli przejść bokiem?
— Ale koniec końców?
— Wyzwałem go zaraz na cmentarzu, a ten i mnie i Hubce odpowiedział, że gotów nam obu służyć. Kiedy taki zuch, prosimy... Mam do pana prośbę.
Porfiry wąsa pokręcił może dla pokrycia trochę drżącej wargi.
— No, co pan każe?
— Jedź z łaski swojej i ułóż się o czas i miejsce, o broń, o warunki.
— Najchętniej! najchętniej! rzekł z razu pan Porfiry... ale... tylko bieda, że żadnej nie mam wprawy! Nie wiem jak to!... Zresztą a nuż sekundantom wypadnie machnąć szablą, a ja przyznam się panu tak zapomniałem.
— Cóż robić? przypomniemy sobie! grając zucha rzekł Zmora.
— Ale — wahając się szepnął przybyły — a nie mogłoby to się skończyć tak jakoś zgodnie?
— Nie, rzekł pan Teofil, nie chcąc się wydać z tem co myślał, on mnie pewnie nie przeprosi, a ja darować uchybienia nie myślę.
— Więc naprawdę?
— Najprawdziwiej bić się będziemy.
Szaławiński usta zaciął.
— To tak, rzekł powoli jakby do siebie — to tak! no! no! a jakaż pańska broń?
— On ma prawo wybierać.
— Oj! to źle!
— Ale jakąbyś pan wolał?
Pan Teofil musiał się zastanowić nieco, bo dotąd nie pomyślał o tem jeszcze gruntowniej, pistoleta już dawno w ręku nie trzymał, szablą nie bardzo mógł władać dla jakiegoś reumatyzmu który mu się przyplątał po długim pobycie w Warszawie.... w dodatku pistolet takie czasem sztuki płata, a szabla tak kiereszuje. I to złe i to nie dobre!
— To mi wszystko jedno, odparł po chwili, pomyślawszy, że z obojgiem dobrze się obejść nie potrafi.
— A zatem?
— Zatem pojedziesz z łaski swej dziś wieczorem do Zakala, rozmówisz się z tym warszawskim wiercipiętą, i będziesz żądał żeby spotkanie miało miejsce jak najrychlej.
— Gdzie?
— W lesie naturalnie, a każdy z nas napisze wprzód testament... świadczący że sam sobie odebrał życie.
Te szczegóły bardzo nie w smak poszły panu Porfiremu, który więcej myślał o śniadaniu niż o testamencie i miał wstręt naturalny do spraw krwawych, jak skoro te z projektów dalekich zakrawać zaczynały na rzeczywistość. Posmutniał biedny pośrednik, ale się cofnąć nie było podobna; — zawsze tylko zostawała mu nadzieja że się nie stanie przeciw obyczajom i rzecz potrafi zakończyć śniadaniem. Ułożył sobie mocno zastraszyć Stanisława, odmalować mu potęgę, zręczność i siłę Zmory w barwach jak najjaskrawszych, i w ten sposób do świętej przyczynić się zgody. Z takim planem po objadku, który obudwóm jakoś nie szedł przez gardło, wyjechał pan Porfiry, nie bez wstrętu, ale z miną wściekłą, która zastępowała odwagę.
Niedojeżdżając do dworu, spotkał konno pędzącego Stanisława, i korzystając z tego zatrzymał się dając mu znak że z nim chce mówić. Łatwo się było domyśleć o co chodziło.
Dwaj panowie uchylili czapek i zsiadłszy jeden z konia drugi z bryczki, odeszli nieco na stronę.
Pan Porfiry przybrał ton potężny, wysoki, i wziął na się postać członka Jockey-Clubu.
— Przybyłem tu, odezwał się z dandyzmem karykaturalnym, jako przyjaciel pana Teofila Zmory, którego Waćpan dobrodziej obraziłeś, wymaga on zadosyć uczynienia.
— Dam je najchętniej i jakie zechce, odpowiedział uśmiechając się Stanisław, jemu, Hubce, panu i kto tylko zażąda.
— O! do licha! rzekł na stronie przybyły, to coś kroi nie dobrze! A zatem, rzekł głośno — prosimy tylko pana o wybór broni, czasu i miejsca. Panu Teofilowi, który tyle odbył pojedynków i wszelką bronią włada po mistrzowsku, zupełnie równo jaką pan sobie obierzesz.
— Bardzo się z tego cieszę, że tak godnego mieć będę przeciwnika, dorzucił Staś z uśmiechem, bo co do mnie także, pistolet, szabla, szpada, co prawie każecie, wszystko mi jedno, od szpilki do armaty.
— Pan dobrodziej żartuje! z wysoka rzekł Szaławiński.
— Mówię najszczerzej — chociaż ze zwyczaju wybór broni, czasu i miejsca jest przy mnie, dozwalam państwu obrać sobie co im się podoba...
Zmora uczuł jakieś niemiłe wrażenie, chciał zastraszyć, został wylękniony, nie wiedział co począć.
— Moim sekundantem gdy nikogo tu nie znam, będzie Parciński — bić się mogę dziś, jutro, pozajutro, kiedy im dogodniej. Proszę mi dać znać tylko gdzie mam się stawić i kiedy.
Porfiry uczuł za potrzebne w tem miejscu rozmowy nieco ton przybrany niewłaściwie zniżyć, uśmiechnął się, gdyż uśmiechy stanowiły u niego przejścia z tonu w ton. — Jak to miło widzieć takie męztwo! rzekł z uczuciem.
— W istocie nie jestem tchórz, odparł Stanisław trochę od rana gniewem wyegsaltowany, ale gdybym nim był, musiałbym nareszcie zebrać się na męztwo i na kimś poszukiwać zniewag, jakich tu wszyscy doznajemy od naszego przybycia. Przyjechaliśmy z gotowością przyjaźni i uczuciem życzliwości, przyjęto nas nienawiścią i prześladowaniem; czas pokazać, że z siebie przynajmniej drwić nie damy.
Delikatne było położenie pana Porfirego; co tu powiedzieć i kogo obwinić? a jak się tłumaczyć?
— Pan bo to bierze do serca, a to wypadek podobno, rzekł Szaławiński.
— Jakich już było tysiąc! Nareszcie trzeba raz temu położyć koniec.
Niezmiernie stropiony zawadjacką postawą i mową Stanisława, biedny poseł pokręcił się, zamruczał i pojechał, a Staś dopadłszy konia w galop się puścił po piaskach.
Noc już była, gdy Szaławiński do Brogów dojeżdżał postanawiając teraz nastraszyć pana Teofila, który tego wcale nie potrzebował, i w ten sposób, gdyby można, pojedynkowi zapobiedz.
Oczekiwali go już i gospodarz i Hubka, który przybył strwożony, niemal płaczący poradzić się co miał począć, powtarzając ciągle: — To grunt że ja się bić nie będę! Niech sobie robi co chce, albom ja głupi? bić się nie będę! dalibóg nie będę!
W tem zabrzęczały dzwonki, zahuczała bryczka i pan Porfiry przybierając ważną minę człowieka, który niepoślednią odgrywa rolę, wtoczył się do pokoju.
Gospodarz powstał, Hubka trzymał się za stół tak mu nogi drżały.
— A co? a co? zawołali oba.
— A! niech go djabli porwą! krzyknął Porfiry, tylko że mnie nie zjadł! to szalony człowiek!
— Zmiłuj-że się posłów nie wieszają, nie ścinają! rzekł Zmora.
— Ale łajać łają.
— Jakto? możesz to być?
— To jest, nie mogę powiedzieć żeby mi z czem nieprzyjemnem się odezwał, ale to warjat! to wściekły!
Zmora zmarszczył brwi. — Mów bo, na co ta przesada! Hubka ręce załamał i stał w milczeniu podobny do posągu Sylena na obrazie Rubensa, ale Sylena w surducie i z wysokiemi kołnierzykami.
— Spotkałem go przed Zakalem w polu, rzekł poseł, żeby mi poczciwe słowo pisnął, żeby poprosił na herbatę... nic.
Spytałem go o wybór broni, placu, miejsca, powiedział mi tylko pogardliwie że gotów służyć kiedy chcemy i z czem chcemy od pistoletu do armaty, panu, Hubce i mnie i kto zechce...
— I o mnie mówił? a ja nieszczęśliwy! to wściekły człowiek! i o mnie?
— I o panu, a dodał jeszcze, że nietylko dwom, ale wielu się podoba stawić będzie czoło.
— Kogoż wskazuje za sekundanta?
— Parcińskiego, z powodu że nie ma tu nikogo znajomego. Otóż macie coście chcieli, róbcie teraz co się wam podoba.
Pan Piotr upadł na krzesło, zakrywając oczy, Zmora począł się przechadzać z widocznym niepokojem.
— Powiedz mi po prawdzie, bez przesady, panie Porfiry, odezwał się obracając nagle, jaką miał minę?
— Złą trochę i bardzo drwiącą, jak Boga kocham! rzekł Szaławiński. Powiadam panom że jakkolwiek nikogo się nie boję, ale na ich miejscu być bym sobie nie życzył. Powiedział mi wyraźnie, że dawno pragnął pomścić się na kimś za wszystkie nieprzyjemności, jakich codzień doznają od sąsiedztwa. Prawdę powiedziawszy, przywiedliśmy ich do ostateczności.
— Na co było przywodzić do ostateczności? to szaleństwo! odezwał się Hubka, co do mnie zrzekam się wszystkiego, jutro jadę, przepraszam i cicho siedzieć będę! mnie życie miłe! Jam się nie głupi bić!
— O! co z tego to nic nie będzie! przerwał Zmora, wstyd zrobisz sąsiedztwu całemu i z Waćpana wnosząc, pomyślą żeśmy tu do nogi tchórze. Bij się nie bij, ale póki ja interesu nie skończę, nie wyrywaj się do Zakala, bo mi jak Bóg miły, że ze mną będziesz miał do czynienia!
Pan Piotr, który Zmorę uważał za zawadjaka, począł drżeć postawiony między młotem a kowadłem, i z wielkiego wysilenia ducha, który w nim pracował, począł się cały oblewać zimnym potem.
Nie będziemy opisywali długiej a niezajmującej narady pana Zmory i Porfirego, którzy wysłali nareszcie oznajmując, że miejscem spotkania ma być lasek za Nowinami, nie daleko zakalańskiej karczmy traktowej i że tam oczekiwać będzie pan Teofil dnia jutrzejszego wieczorem, wybierając pistolety.
Pomimo niespokojności wszystkich mieszkańców Zakala, oczekujących wypadku z łatwą do pojęcia bojaźnią, Staś potrafił zwieść ojca i matkę, zapewniając że dopiero za parę tygodni Zmora naznaczył pojedynek. Ta zwłoka robiła pani Balowej jakąś nadzieję że się to wszystko rozchwieje. Z rana Stanisław wysłał pistolety swoje z Parcińskim do Nowin do chaty starych Krużków dla niepoznaki, a sam po południu siadł na konia niby dla przejażdżki.
Około godziny trzeciej z południa on i pan Tomasz już byli na placu. Staś z najzimniejszą krwią palił cygaro przechadzając się. Parciński wygadywał historje o sąsiedztwie, z właściwą surowością sądząc co go otaczało, jak nieprzyjazne sobie. Godzina upłynęła na gawędce niepostrzeżona, aż wreszcie hurkot wózka i tentent koni dał się słyszeć, a na ścieżce ukazały się dwie najtyczanki, kilka wierzchowców i gromadka towarzysząca panu Teofilowi. Oprócz niego bowiem i pana Porfirego, który miał minę arcykapłana przy spełnianiu tajemnic, tak go strach czynił poważnym, znajdował się tu i Jaś Pancer kuso ubrany, a wesoły i przelękły podsędek Hurkot, przyszły teść pana Teofila, i jeszcze parę figur mniej znajomych.
Spojrzawszy na ten uroczysty przybór Staś się zmarszczył, miało to minę napadu, z daleka ukłonił się w milczeniu przybywającym, do których poszedł Parciński, zrzucił z siebie surdut i począł się niecierpliwie przechadzać oczekując końca tej historji.
Przybyli ogromnie się naradzali, szeptali, i widać było że im to jakoś nie szło; gdy Parciński w imieniu Stanisława zażądał końca, gdyż czas ubiegał i wieczór się zbliżał.
— Przystąpimy, rzekł, do nabicia broni!
Tu spór się wszczął o jej wybór.
— Na wszystko pozwalam, odezwał się z daleka Stanisław — byleśmy raz skończyli przybory i wzięli się do rzeczy.
Nie było sposobu ociągać się dłużej i sekundanci dobyli z pudełek pistolety; gdy podsędek Hurkot zbladły, nadęty, nieukrywający przerażenia jakiego doznawał na widok tych groźnych przygotowań, zbliżył się do Parcińskiego.
— Mości dobrodzieju, rzekł z nałogu deklamując — w podobnych okolicznościach sekundanci zawsze starają się zapobiedz krwi przelewowi.
— Wiem o tem, odpowiedział pan Tomasz, ale to daremna rzecz, jeśli pan Zmora nie przeprosi pana Stanisława, ani myśleć o pojednaniu.
— Za co? za co? krzyknął Hurkot, za to że został potrącony? A to jemu należy się przeproszenie.
— O! o tem ani mówić, rzekł pan Tomasz wbijając kulę. Wiadomo panu, że to potrącenie było tylko zapłatą za niejednę przez wszystkich panów wyrządzoną Balom nieprzyjemność! Trzeba żeby ktoś za te kroki zaczepne odpokutował. Mogę państwa zaręczyć, że pan Stanisław nietylko wymagać będzie przeproszenia, ale nawet publicznego w plebanji!
Zmora w czasie tej rozprawy stał z daleka ale uchem niespokojnie chwytał wyrazy, przyszły teść poskoczył ku niemu i począł doń szeptać z wielką żywością i ruchami malującemi co się z nim działo.
— Oszalał! zawołał Zmora, będziemy się bili!
— Ale ja na to nie pozwolę! rachując na wymowę swoję, przerwał podsędek i sam postąpił ku Stanisławowi, który z gniewu nowe zapalał cygaro.
— Nie mam przyjemności być panu znajomym, rzekł z wielkiem wysileniem, ale w takich okolicznościach, zbytek ceremonji byłby śmiesznością. Bliskie węzły przyjaźni a wkrótce ściślejsze jeszcze łączą mnie i łączyć mają z panem Teofilem, boleję nad ostatecznością która obu ich naraża. Czyż obraza jest tak wielka, żeby warta była krwi przelewu? Zastanówmy się.
— Ja jestem wyzwany, odpowiedział Staś spokojnie — to do mnie nie należy. — Ale dodam to tylko, że gdybym wyzwanym nie był, oddawna sam wyzywającym być chciałem. Policzcie się państwo z sumieniem, iluście goryczami napoili nas wszystkich od czasu naszego przybycia, a uznacie, że słuszny mam powód poszukiwać na pierwszym co mi się nawinął krzywdy swojej, a raczej krzywdy mojej rodziny.
Pan podsędek zmięszał się, nie wiedział co dalej mówić.
— Rozprawy do niczego nie prowadzą, do rzeczy! do rzeczy! Proszę odmierzyć plac.
Parciński rzucił chustkę i począł liczyć kroki, podsędek stał niemy i osłupiały.
W tem szybki tentent pędzącego powozu dał się słyszeć w dali za krzakami, coraz bliżej, bliżej i pan Bal wyskoczył z koczyka cały zdyszany, zmięszany, nieprzytomny.
Staś pobladł i chwycił się za głowę, a podsędek uradowany wprost pobiegł ku Balowi.
— Dzięki Bogu że pan tu na moje wezwanie przybyłeś! zawołał z czułością niemal otwierając ręce jakby do uścisku; pomożesz mi pan dobrodziej do zbliżenia tych dwóch zajadłych i zapalonych przeciwników.
Bal oglądał się tylko, ale uśmiech radości i uprzejmości już mu się zwijał na ustach.
— Do czego to wszystko, krzyknął podsędek, do czego?! Nie miejcie państwo żalu do nas, nie znaliśmy ich, możeśmy fałszywie wyobrazili sobie, możeśmy co zawinili. Puśćmy to w niepamięć, podajmy sobie dłonie, zgoda, przyjaźń niech panuje między nami, nieprawdaż?
— Święte są słowa pańskie, odparł pan Bal, bodajby się ziściły!
— Panie Teofilu, przyskakując do niego zaklął go przyszły teść, bądź dobrym przykładem, zbliż się pierwszy i daj rękę, proszę o to, wymagam! Mamy sobie do wyrzucenia, żeśmy tak godnych ludzi ocenić nie umieli.
— Stasiu! zbliż się, rzekł ojciec.
— Ale cóż to! komedja? zawołał Stanisław z wyraźną niechęcią.
Parciński śmiał się serdecznie.
— Panie Teofilu, nie bądź uparty, zaklinam cię w imię twej bohdanki! Pan Hurkot sądził w duchu że tem wspomnieniem rozczuli i usposobi do łagodności swego przyszłego zięcia, na którego twarz dziwny tylko grymas wywołał.
Wszakże nie było sposobu, jakkolwiek w ten sposób Balowie wygrywali sprawę ze wszechmiar. Zmora, który wcale pojedynku nie pragnął, zbliżył się i podał Stanisławowi rękę, a ten ją przyjął zimno i poważnie się ukłonił.
W tej samej prawie chwili z trzymanego w ręku już nabitego pistoletu strzelił od niechcenia do kręcącego się szczygła i położył go na miejscu.
Wystrzał ten niespodziany poprzestraszał starych, naśmieszył Parcińskiego, a pan Porfiry obejrzawszy ofiarę i przekonawszy się że miała głowę urwaną, pokazał ją Zmorze ukradkiem.
— Niech go kaci wezmą! rzekł po cichu, będę mu się kłaniał z daleka.
— A teraz kto łaskaw, zaklinam i proszę do mnie, niech ta chwila będzie nowem i niezachwianem przymierzem między nami a godnem sąsiedztwem naszem, odezwał się pan Bal czule rzucając się w objęcia podsędka, który go przyjął i obcałował z rozrzewnieniem.
Nastąpił uścisk z panem Teofilem powoli przychodzącym do siebie, a Jaś Pancer pierwszy przyszedł dłoń podać Stanisławowi z prawdziwem uczuciem. Potem wszyscy ruszyli do Zakala, gdzie z wielkiem podziwieniem pani Balowej, nie wiedzącej o niczem, zjawiło się naraz tyle gości, ile ich nigdy jeszcze nie było.
Oprócz Stanisława, który długo chmurny się przechadzał, reszta osób, nie wyjmując pana Teofila nawet, byli w najwyśmienitszym humorze. Prawda że pan Bal podwójnie rad z takiego końca pojedynku i początku przyjaźni, przyjął swych sąsiadów co się nazywa od serca. Wkrótce kobiety musiały wyjść, by gospodarz pozamykawszy drzwi, poił ich do upadłego z tą natarczywością polską, która gotowa na kolanach domagać się spełnienia kielicha. Nikt nie odmawiał prośbom i o północy, gdy podano wieczerzę, tylko Jaś Pancer i Stanisław do niej zasiedli, jeden że mógł pić ile mu kazano, drugi że nic nie pił.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.