Złote jabłko/Tom IV/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

Co się działo w Sulimowie i jaki tam był szynkarz.

Szybko pędził Stanisław ku Sulimowu, a nigdy jednak droga dłuższą mu się nie wydała, choć nazajutrz powiedzieć by nie potrafił, którędy jechał i co go znudziło. Cały w sobie i w nadziei widzenia Konstancji, wyglądał rychło mu się okażą odrapane mury rezydencji hrabiowskiej, dopytywał czy jeszcze daleko, a nielitościwi wieśniacy po swojemu mierząc poleskie pustynie, niecierpliwili go swemi milami, których czasem dwie w jednej pomieścić się mogło wygodnie. Szczęściem jakkolwiek mile poleskie i wołyńskie po polskich wydają się dosyć długie, nie to jeszcze co ku Podolowi, gdzie często mil parę cały dzień kłusem jechać można. Pod wieczór nareszcie w brzasku dziwnie jaskrawo zachodzącego słońca, na sinych i pomarańczowych pasach nieba, poczęły się czarno piętrzyć mury kościoła, drzewa i gmachy, a woźnica powiedział nareszcie: To Sulimów!
Stanisław nie potrzebował objaśnienia, cały teraz był w myśli jak tu przyjechać, jak się przedstawić, co zrobić z sobą w domu nieznajomym, z tak ciężkim interesem i w taką jeszcze chwilę!
W tem wiatr przyniósł mu dźwięki rozkołysanych dzwonów w kościołku i cerkwi, w które hałaśnie bić poczęto.
— Co to jest? święto jutro czy dziś? spytał Stanisław.
— Nie paneczku, odparł woźnica, to po umarłym dzwonią; ale coś bardzo bałakają, musi czy nie sam graf umarł tylko!
— Pospieszaj! rzekł Stanisław niespokojny, konie zacięto i po piasku zbliżać się poczęli ku wiosce. Na samym wjeździe nad drogą stały naprzeciw siebie kościół i cerkiew, przy dzwonnicach widać było na cmentarzach kupkę ludzi żywo z sobą rozmawiających; inni powychodzili w ulicę, kobiety z założonemi rękoma patrzały z progów domowstwa, słowem coś niezwyczajnego z twarzy i ruchów czytać było można.
Ciekawy parobczak który Stanisława powoził, zatrzymał się z własnego domysłu naprzeciw dzwonnicy.
— Dobry wieczór ojcze, rzekł do siwego starca, który się pod murem ręce w kieszenie świty włożywszy przechadzał w ogromnej czapce barankowej, z daleka oznajmującej przynajmniej starostę. A co to u was? czy nie umarł kto że tak dzwony tańcują?
— A juściż, odparł uchylając nieco czapki stary, panaśmy stracili — i westchnął. Dobry pan był! (po śmierci wszyscy panowie i mężowie są najlepsi).
— Dawnoż to? podchwycił Stanisław.
— I godziny nie ma, jak skończył!
— Ha! jedź do karczmy! rzekł podróżny.
— Nie do dworu? spytał chłopek.
— Gdzież tam! do karczmy mówię!
Przeogromna owa gospoda zdobiąca tak wspaniale Sulimów, po bliższem rozpatrzeniu okazała się pustką, czemś ogromem swoim i opuszczeniem przypominającego perskie karawanseraje. W sieniach przeznaczonych niegdy na powozy i konie, był jeden tylko żłobek na cztery konie może, a tyle pozagradzanych chlewków różnych i ogromnych dziur w dachu, że zaciszny kątek dla powozu ledwie się wynalazł. Wewnątrz z izb wielu ani jedna nie miała okna, a w najlepszej trzeba było nocować z kartoflami, burakami i spiżarnią gospodarza. Smutne myśli ogarniały na widok tego pokoiku, w którym i sufity i gzemsy były ozdobne dawniej i komin kamienny i posadzka dębowa! Ale długoć to u nas trwa porządek? rzadko przez całe jedne życie, nigdy przez dwa pokolenia!!
Kazawszy zawołać do siebie gospodarza, który już z powodu śmierci pana był pijany, bo się z dworskiemi smutkiem i pociechą dzielił, Stanisław niespokojny namyślił się co począć z sobą. O interesie ani mowy nie było, chciał tylko dowiedzieć się o Konstancji, a jeśliby ją tu znalazł jak przeczuwał, choć na chwilę z nią zobaczyć.
Szynkarz pod dobrą datą, niezmiernie ciekawy gościa bo mu się ten rzadko trafiał dla spustoszałej karczmy, przybiegł skwapliwie, usiłując zbadać z twarzy, ubioru, postawy z kim miał do czynienia, z obywatelem czy z urzędnikiem, który może zjechał na jakie badanie. W niepewności postanowił język trzymać za zębami, wyciągnąć, ale się nie dać spenetrować. Byłto człowieczek mały, zgarbiony, niegdyś szewc, tkacz, mularz, a przytem muzykant, do tego pijaczyna: ale prócz butelki z którą się umiał obejść, w reszcie rzemiosł nie celował, choć się ze swej biegłości bardzo wychwalał i tą chwalbą wysokie nawet u ludu zjednał wyobrażenie o talentach swoich.
Wszedł oglądając się, odchrząkując i na progu zaraz stosowną wdziawszy żałobę na fizjognomją, która jej nosić nie była przywykła i wydawała się jak pulcinello gdy obity płacze a z podełba drwi trochę.
— Proszę cię panie gospodarzu...
— Obywatel, bo grzeczny, rzekł w duchu Jacek.
— Przed chwilą słyszę pan hrabia umarł?
— Ach! umarł! ocierając oczy suche odparł gospodarz, tak! biedne panisko! i my bez niego...
— Czy był kto z familji dalszej?
Po cóż się dopytuje? to coś jest? rzekł Jacek.
— Albo ja to proszę pana wiem co się we dworze dzieje? cały dzień człowiek musi tej gawiedzi pilnować, utrapienie.
— Juściż musicie wiedzieć czy kto przyjeżdżał.
— Dużo osób przybywało czasu choroby, ale ja nie mogę wiedzieć kto taki. Ja proszę pana swojego pilnuję! Patrzę z czego chleb jem!
— Jeśli nie wiecie to moglibyście się we dworze dowiedzieć o kogo, gdybym potrzebował.
Gospodarz się zastanowił, wydało mu się to podejrzanem.
— Hm! kiedy bo widzi pan, czasu nie mam.
— Jabym ci dobrze za tę grzeczność starał się odwdzięczyć.
Przemowa była przekonywająca, Jacek się poskrobał, ale że to był człek przemysłowy i zaraz wszystko pod kredkę biorący, spytał bez żadnej ceremonji:
— Wieleż by pan dał?
— Dałbym pięć złotych, czy wielebyś zresztą zażądał.
— A gdzież pięć złotych! ja więcej przez ten czas na szynku utracę, widzi pan moja Izabelka chora, ledwie nogami włóczy, a Karolinka głupia, nie da sobie rady... gdyby pan dał choć złotych dziesięć... I to, widzi pan, teraz do dworu iść kiedy nieboszczyk jeszcze nie ostygł, rwetes, zawerenja, nie łatwo się będzie dopytać!
Postrzegł Stanisław z kim miał do czynienia, smutny uśmiech przebiegł mu po ustach.
— Dam ci co chcesz, ale mi się spraw dobrze i prędko.
— E! to bo pan jakiś, mruknął sobie w duchu Jacek, szkoda że nie poprosiłem złotych dwadzieścia, ale ja to sobie na rachunku odbiorę.
— A o kogoż to Jaśnie panu (dodał zaraz to Jaśnie dla dziesięciu złotych) dowiedzieć się potrzeba?
— O pannę Konstancją... która miała przyjechać tu z Warszawy...
Szynkarz mrugnął i uśmiechnął się.
— To ja panie wiem! toż ja panie ją z maleńkości znam, jeszczem panie u pana podstolego nieboszczyka jej dziada, co słyszę zmarło mu się w Warszawie, służył... Bo ja, proszę Jaśnie pana, nie zawsze ten szelmowski szynkarski chleb jadłem, o nie! Było koło człowieka lepiej, ale jak żona a dzieci obsiadły...
Staś pokiwał głową widząc że się na długie historje zabiera.
— Idź-że a prędzej mój kochany, nikomu nie mów, kto cię posyłał i po co, dowiedz się i wracaj.
Jacek doskonale wiedział o przybyciu podstolego wnuczki, ale nie chcąc stracić dziesięciu złotych obiecanych, a myśląc że jeszcze więcej utarguje, poszedł po czapkę i przed oknami przemknął się widocznie do dworu; potem stanął koło płotu, ziewnął i począł myśleć. Biedak! układał już jutrzejszy rachunek dla podróżnego...
Przeszła dobra godzina, Stanisław chodził, wyglądał, zapytywał, szynkarza nie było, nareszcie dobrze się ochłodziwszy Jacek powrócił tak wybornie udając zadychanego, że mógł za to jedno nazwać się aktorem i pochwalić więcej jednem rzemiosłem. Wpadł do izby gościnnej, ledwie mogąc mówić.
— A co? spytał podbiegając podróżny, bawiłeś tak długo!
— A! co to ja panie miałem kłopotu i nieszczęścia, to tego żadne ludzkie usta nie wypowiedzą!! Ledwie nie ledwie dobiłem się do dworu... nikt gadać nie chciał, musiałem dać pół rubla lokajowi...
— Ale cóżeś się dowiedział?
— Ot zaraz opowiem, niech się wydyszę tylko... Rozgardjasz okropny! płacz, lament, okropności...
— Jest-że ta pani?
— A jest, od tygodnia, rzekł nareszcie szynkarz, jest!
Stanisław nie słuchał już więcej; wstrząsnął się tak, że obojętny nawet Jacek wiele się z tego wzruszenia domyślił i stanął wryty zastanawiając jakby się mógł widzieć z tą, której bytność przeczuł tak jasno.
Szynkarz stał i patrzał tylko.
— Każ mi podać świecę i znosić moje rzeczy, rzekł Stanisław.
— W mig Jaśnie panie, a ten półrubelek?
— Powrócę ci go...
— Całuję stopki.
— O! dobry pan, rzekł wychodząc Jacek, takich mi dawajcie... no! mogę sobie dziś pozwolić kieliszek dobry, zapracowawszy w pocie czoła.
Po dłuższej rozwadze wypadło Stanisławowi wstrzymać się nieco z odezwą do Konstancji i bytnością we dworze, musiał poszanować boleść, która każdą śmierć otacza. Jest coś w zgonie najobojętniejszego nam człowieka, że każdy ściska za serce i przeraża. To przejście straszliwe z pielgrzymki krótkiej do wiekuistego spoczynku jaki sobie człowiekiem zasłużył, to nagłe ustanie życia które zdawało się tak silnem jakby być miało wiecznem, wyciska westchnienie, ostudza namiętność.
Karczma stała nieopodal od pałacu, a przez okno izdebki widać było dziedziniec po za bramą, światła biegające w gmachu na wpół opustoszałym, krzątających się ludzi i popłoch jaki śmierć budzi. Stanisław nie mogąc wytrwać w swojej izdebce wyszedł na szeroką drogę, nad którą stała owa senjoralna brama, rzucając okiem ku pałacowi. Wieczór wiosenny ze swą ciszą, którą tylko tysiąca żab przerywały głosy, osłaniał ziemię, wonną po deszczu dniowym, w dali brzmiały jeszcze dzwony kościołka a w kołu gmachu kupki ludzi się snuły rozmawiające po cichu. Niekiedy przebiegał żywszym krokiem posłaniec ku plebanji lub od kościoła. Jeden niósł wielkie lichtarze cynowe, drugi krucyfiks drewniany, czarny całun i naczynie z wodą święconą.
W samych drzwiach pałacyku strzepywano dywany, których przeznaczenia łatwo się było domyśleć. Stanisław poglądał na te przybory śmierci i na wiosnę otwierającą życie.
— O mizerne, rzekł, życie ludzkie, gdyby się odrodzić nie miało większe, czystsze i nieśmiertelne. Wartożby żyć dla tej chwili, która tak długą się wydaje gdy ją przebolewamy, a tak małą gdyśmy u kresu! Po cóż się zdało temu człowiekowi tyle zabiegów, trudu, pracy, bezwstydu, ofiary, żeby niemi okupił sobie może zgryzotę na śmiertelnem łożu?
Napatrzywszy się przygotowań pogrzebowych, smutny, z głową ciężką wrócił Staś do swojej izdebki późno w noc i oka do dnia nie zmrużył.
Nazajutrz rano nie mając co robić a nie mogąc jeszcze odezwać się do tej dla której przybył, Stanisław poszedł do kościołka. Wcześnie go zastał otwartym ale pustym.
Organista i dwóch czy trzech pomocników zajmowali się właśnie dosyć obojętnie ustawianiem katafalku, gdyż tegoż dnia ciało wieczorem do kościołka przeprowadzone być miało. Spojrzeli oni na przybysza nie bardzo ciekawie, jednak nie bez wyrazu niechęci, bo im trochę przeszkadzał, i dalej swoje robili. Później nieco nadszedł ksiądz, ktoś ze dworu, nareszcie pan Teofil Zmora.
Na widok Stanisława cofnął się nieco zdziwiony sąsiad, nie wiedział czy go witać czy nie widzieć, ale że się zawsze trochę obawiał milczącego Stasia, w którego szlachetnej twarzy wyraźnie mówiło męztwo, postanowił go zobaczyć.
Z największą więc ale zimną grzecznością ukłonił mu się.
— Cóż pan tu robi w tak smutnej dla nas chwili?
— Jestem tu prawie przypadkiem, rzekł wychodząc z nim z kościołka Stanisław z równą grzecznością i tym samym chłodem, zmuszony byłem się zatrzymać.
— Okropna rzecz! przerwał pan Teofil, hrabia nasz wczoraj skończył.
— Słyszałem o tem...
— Skończył z heroizmem chrześcjanina, który chce swobodny przejść na inny świat. Co za śmierć!!
To mówiąc i widocznie usiłując się co najprędzej oswobodzić, Zmora ukłonił się, dał jakiś rozkaz i szybko odszedł do dworu. Staś czytając nagrobki, przechadzając się po cmentarzu, pozostał czekając mszy, która wyjść miała około dziesiątej. Dzwonek dał się słyszeć nareszcie i od dworu pokazało się kilka osób idących ku kościołowi, Stanisław poznał Konstancją, której towarzyszył Zmora i guwernantka. Serce jego zabiło, ale pozostał u bramy cmentarza.
Konstancja szła powoli ze spuszczoną głową, zamyślona i milcząca, o kilka kroków od muru podniosła oczy, jakby instynktem wprost je rzuciła na Stanisława. Ale na pięknej jej twarzy nie widać było nic nad przelotny rumieniec; chociaż jej nikt nie oznajmił przybycia jego, choć nie wiedziała o nim, była pewna że go zobaczy, że serce jego odgadnie wszystko.
Poważnie zbliżyła się ku niemu, i w chwili gdy Zmora osłupiały stanął z podziwu, podała mu rękę, którą zarumieniony młody człowiek z uczuciem uścisnął.
— Państwo się znają? wykrzyknął pan Teofil z niejakim gniewem i trochą szyderstwa.
— Od bardzo dawna i bardzo dobrze się znamy, odpowiedziała Konstancja. — Prawda panie Stanisławie, że to niespodziane spotkanie, na cmentarzu i u katafalku? A! wszakżeśmy się tak podobno i pierwszy raz w życiu widzieli.
Stanisław nie mógł nic odpowiedzieć.
— Chodźmy do kościoła, dodała Konstancja, a po mszy wszak pan nas odprowadzisz do domu?
— Nie jestem znajomy, a w takiej chwili...
— Jakto nie jesteś pan znajomy, wszak byli Sulimowscy w Zakalu? Zresztą będziesz pan tylko u mnie, nie potrzebujesz się widzieć z nikim...
Pan Teofil nie mógł ukryć jaką mu przykrość sprawiły te zaprosiny, ale zatarł to głośno wyrzeczonym rozkazem; weszli do kościoła.
Msza żałobna przy niedokończonym katafalku musiała wywołać łzy z oczów Konstancji, której tyle się rzeczy przypomniało w Sulimowie; nie prędko otarłszy je wyszła powolnie. Zmora, który nie rad był spotykać się ze Stanisławem, przyzostał pod pozorem jakichś rozporządzeń, a Konstancja z nim i milczącą guwernantką skierowała się ku domowi.
Rozmowa aż do bramy była zupełnie obojętna, obcy świadek nie dozwalał im nawet się rozpytać i zwierzyć, można sobie wystawić niecierpliwość Stasia, któremu było tak pilno dowiadywać się, pytać i skarzyć. Szczęściem niepotrzebny towarzysz, znudzony obojętną rozmową, odszedł do swoich uczennic, a Staś pozostał w dziedzińcu z Konstancją i przechadzając się ulicą nad trawnikiem wiodącą, począł dopiero mówić jak pragnęły z serca do serca.
— Na Boga! panno Konstancjo, proszę mi najprzód wytłumaczyć to przybycie tutaj, bo go nie rozumiem wcale.
— I jam się nigdy nie spodziewała żeby tu noga moja w życiu postać miała. Wiesz pan jak smutne były zajścia między dziadem moim a hrabią, wiesz że mu życie skróciły, żem wolała być sługą cudzą niż prosić najbliższych o przytułek. Nagle odbieram list od hrabiego, od jego żony... Sulimowski na śmiertelnej pościeli uczuł zgryzoty sumienia, chce krzywdę nagrodzić, woła mnie, prosi i zaklina o przebaczenie.
Zawahałam się w pierwszej chwili, zdało mi się żem ujrzała przed sobą dziada z gniewem powstającego z grobu i zakazującego podać dłoń swym zabójcom; ale wprędce uczułam, że nie godziło się umierającego odpychać. Porzuciłam wszystko, przybyłam tutaj i choć złamana tym widokiem, nie żałuję swego kroku, bom widziała co rzadko, szczery żal i pokutę...
— Więc hrabia się nareszcie opamiętał?
— Zdaje mi się że dziekan, zacny ksiądz, dawny jego znajomy, który zawsze usiłował go na lepszą wyprowadzić drogę, był tej odmiany sprawcą... Ale cokolwiek ją spowodowało, pięknym to było obrazem mocy wiary nad człowiekiem, w którym do szczętu nie zgasła. Dopóki jest jej choć trochę, choć iskra pod popiołem, jeszcze się ogień święty może rozniecić. Zastałam go zmienionego okropnie, ale przytomnego, widać było że męczył się ze śmiercią, która już na nim zimną dłoń położyła. Wyciągnął do mnie rękę w milczeniu, łzy mu się z oczów potoczyły, nie rzekł słowa, tylko z gorączkowym pośpiechem oddał mi jakiś złożony papier i upadł płacząc na poduszkę. Nie wiedziałam co się ze mną działo, tak byłam przejęta i poruszona. Wzięłam papier machinalnie nie wiedząc co to znaczy, siliłam się na rozmowę obojętną, wesołą nawet, ale Sulimowski po chwili kilka słów wyrzekł prosząc mnie abym pozostała u nich i powiedział że chce spocząć; kilka dni żył jeszcze przy mnie i te ostatnie godziny całą jego przeszłość zatarły może w oczach miłosiernego Boga. Pracował nieustannie usiłując naprawić wszystko złe, jakie mógł zrobić w ciągu życia; krewni, żona z przestrachem na to patrzali, starali się go odwieść od tysiąca restytucyj jakie czynił, ale nic nie pomogło. Wpadał w gniew, miotał się i rozpędzał wszystkich.
Byłam raz w drugim pokoju i mimowolnym świadkiem gdy hrabina przyszła zaklinać go, żeby majątku dzieci nie rozrzucał. Milczał długo, nareszcie głosem którego nigdy niezapomnę, wykrzyknął: Więc chcesz żebym grosz cudzy, nieprawą grabież dzieciom przekazał? żeby z nim spłynęło na nich przekleństwo, nędza, kara za grzechy ojcowskie? Nie! nie! nie! niech pozostaną w ubóstwie, w nędzy, ale bez plamy! Błądziłem całe życie... szalałem, czas co można poprawić!
Hrabina poczęła sucho mu wymawiać, zmilkł znowu, ale po godzinnej rozprawie pozostał przy swojem, i na resztę dnia zamknął się znowu z księdzem... Okropne to były tych dni kilka! On na łożu śmierci, rodzina usiłująca mu wydrzeć majątek nieprawnie zdobyty, on z księdzem jedni pracowali by czysty zszedł ze świata!
Co chwila wyszukiwano nań sposoby, nasyłano dzieci, dalekich krewnych, pracowano nad tem by nic prawnie uczynić nie mógł, ale dziekan z zimną krwią podziwu godną dokonał wszystkiego.... Wczoraj jeszcze zajmowali się resztą interesów, bo hrabia chciał wszystkie z kolei przepatrzyć, gdy nagle zrobiło mu się gorzej, począł spowiedź, wziął ostatnie pomazanie i z widoczną jeszcze umarł rozpaczą, choć dziekan go usiłował uspokoić. Na godzinę przed zgonem stracił mowę, a w ostatku i przytomność...
— Możesz-że pani pozostać tu na dalej? odezwał się Staś niespokojny.
— Nie wiem, odpowiedziała Konstancja, hrabia wymógł na mnie słowo, że zamieszkam w Sulimowie, starał się i względem mnie popełnioną niesprawiedliwość nagrodzić.... Miarkujesz pan, że z tego powodu nie jestem tu bardzo miłym gościem.
Dość długo tak jeszcze rozmawiali przechadzając się w dziedzińcu, gdy przybycie Zmory przerwało tę przechadzkę przerywaną z daleka słyszeć się dającym śpiewem u katafalku.
— Jedź pan do Zakala, odezwała się żegnając go Konstancja — oznajmię mu co się ze mną stanie, naradzim się, i będziemy cierpliwie czekali żeby los uczynił z nami co nam przeznaczył.
I z tą ufnością, która była dowodem siły ich przywiązania, co nie wątpiąc o sobie nie wątpiło o przyszłości — podawszy sobie ręce, rozstali się, w chwili gdy Zmora kwaśny i nadęty zbliżał się do nich ze śledczem wejrzeniem.
— Kuzynku, odezwała się Konstancja, widzę że mój przyjaciel pan Stanisław nie znalazł łaski w oczach twoich, nie umieliście się poznać na nim.
— Temu nie przeczę, odparł pan Teofil, może to być niewysłowiona doskonałość, ale nie wszyscy dla wszystkich, kuzynko dobrodziejko.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.