Złote jabłko/Tom IV/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Jak się to czasem robią interesa (notabene, czasem).

W początkach jeszcze rozdrażnienia przeciwko państwu Balom, kiedy wyszukiwano wszystkich sposobów szkodzenia im, w Dębnie ktoś wspomniał przypadkiem przy czułych uszach panu Hubce, że dawniej przed laty kilkudziesięciu toczył się jakiś proces Sulimowskiego z Mylińskiemi o dwakroć sto tysięcy, i nie doprowadzony do końca, ubity został z powodu, że Mylińscy zubożawszy prowadzić go dalej nie mogli, a nikt przeciw hrabiemu pretensji ich nabyć nie chciał.
To przypomnienie nawiasowe utkwiło w pamięci dawnego rządcy i plenipotenta, który skończywszy o dyferencją, zachęcony dobrym zyskiem i łatwością za jaką się to dało rozwiązać, począł mocno przemyśliwać nad wywiedzeniem się bliższem i o Mylińskich i o ich sprawie...
Możnaby dobry zrobić interesik, mówił potrząsając głową.
Hubka był jednym z tych ludzi nieprzeźroczystych, w których na pierwszy rzut oka nic dojrzeć nie można; wziąłbyś ich za pospolite stworzenia, bez myśli a nadewszystko bez żadnej przebiegłości, coś na kształt tych zielonych pajączków którym sukienka wybornie posługuje do utajenia się wśród liści i trawy. Takim był właśnie ów gruby, głupowato się uśmiechający, niezgrabny i niepozorny pan Piotr Hubka... Jednakże powierzchowność jego zupełnie zawodziła; chytry, przemyślny, uparty, nieumiejący się ani zrazić ani zniecierpliwić, szedł do celu jak kret pod ziemią, niewidocznie, cicho, i kiedy już swój pagórek wysypał, dopiero się o nim dowiadywano. Za płaszczyk służyła mu głupota i niepozorność.
— Mylińscy! Mylińscy! mówił sobie ciągle, gdyby to się co o nich dowiedzieć można, tak żeby nikt się nie domyślił dla czego? Pojedziemy do podsędka...
To powiedziawszy siadł na bryczkę i ruszył do Dębna, ale w ciągu całych odwiedzin nic o Mylińskich, a nawet o Zakalu nie wspomniał. Dopiero pod koniec naprowadził rozmowę niby przypadkiem na słyszaną wzmiankę procesu.
— Czy pan podsędek co o tym interesie słyszał? zapytał obojętnie.
— Jakże nie, rzekł deklamując Hurkot, ale to stare dzieje, końca i początku nie wiem. To tylko pewna, bo mi to swego czasu najlepsi prawnicy mówili, że Mylińscy mieli najzupełniejszą słuszność za sobą: ci ludzie do reszty upadli tą sprawą, zubożeli słyszę i dzieci starych Mylińskich służą gdzieś za ekonomów i pisarzy.
Tyle tylko na ten raz mógł się pan Piotr dowiedzieć, ale i to nie wielką było dla niego zdobyczą, zagadał o czem innem, powrócił do domu i począł układać plany.
— Że Mylińscy ubodzy temci lepiej, łatwiej nabędę ich pretensją; ale gdzie ich szukać, jak ich znaleść? To sęk!
Po dość długich przemyśliwaniach podsyconych nieustannemi szklankami piwa, które Hubka bardzo lubił, wypadło że trzeba się udać do Supełków.
— Oni tam długo siedzieli, rzekł sobie pan Piotr, muszą coś o tem wiedzieć; a że Balów cierpieć nie mogą, będą radzi gdy im stołka przystawią. Sama zna cały świat, musi o tych Mylińskich wiedzieć.
Nie był jednak tak niezręcznym nasz spekulator żeby wprost i umyślnie pojechał do Supówki, wybrał się do miasteczka o milę leżącego za folwarkiem hrabiego, spóźnił się umyślnie, a że z dawna znał się z byłym rządcą Zakala, zajechał do niego na noc. Samego nie było w domu, żonę tylko zastał i córkę; a że go szanowano jako człowieka majętnego i w pożyciu łatwego, rada mu była gosposia, która na wszystkich wdzięków swoich siły próbować była zwykła.
Po herbatce, po długiej gawędce o Zakalu, do której przysypywał żaru i węgla pan Piotr, coś się niby przypadkiem zgadało o ciężarach na tym majątku.
— A wiesz pani, odezwał się Hubka, żeśmy im zabrali dyferencją?
— Całą, zakrzyknęła rządczyni z radością, całą?
— Tak jak całą. Zakale teraz pięć groszy nie warte.
— Dobrze mu tak temu przybłędzie! zawołała gorąco Supełkowa, ofiarowałam się na odpust piechotą jak ten żyd wyjdzie z kijem z majątku.
— Taż to tam podobno, rzekł od niechcenia Hubka, był jeszcze dawniej jakiś proces z jakiemiś Mylińskiemi, podobno o znaczną sumę?
— A! prawda! prawda! odezwała się rządczyni zbliżając się do gościa... ale dobrze o tem nie wiem co to było. Mylińscy zupełnie zubożeli, hrabia nasz ich, między nami mówiąc, do torby przyprowadził.
— A cóż się z niemi stało?
— Co? zwyczajnie, co się dzieje z biedną szlachtą, poszli służyć biedacy.
— Dużo ich tam było? spytał popijając herbatę pan Piotr.
— Oj! coś troje czy czworo! zaczęła rozgadując się Supełkowa... Ja to dawniej znałam tych Mylińskich.
— A! pani ich znałaś! ciekawym, i cóż się z biedakami stało?
— Ich ojciec jeszcze miał cząsteczkę w Podbereziu, kilku chłopków, ale to już tylko resztki fortunki. Dawniej mówią byli to ludzie bogaci, ten proces ich tak zjadł, jak zaczęli się wodzić po sądach. A co to z panem się ciągać! Pan panem został, a szlachcic zgolał! Tak że staremu Mylińskiemu potem i tych kilku chłopków za niewypłaty podatkowe zabrano w administrację... a u nas jak raz majątek w administracji, już się z nim pożegnaj! Biedaczysko na starość z zarosłą brodą chodził po dworach za jałmużną. Podobno trzech synów miał i córkę, wszystko to chleb cudzy je teraz. Najstarszy się trochę pokierował i jest leśniczym w Radziwiłłowszczyźnie.
Hubka uderzył się po czole. — Kasper! zawołał tak głośno, że aż pani Supełkowa podskoczyła.
— Przepraszam, rzekł, a to ja go znałem, ale go zawsze Kasprem Białym nazywali, i zapomniałem nazwiska.
— A! tak! bo ma włosy jak len, nawet ładny chłopiec, gdyby nie ta czupryna.
— A reszta?
— Drugi podobno gdzieś jest gumiennym, a trzeci na czynszu... Córka poszła także za ogrodowego budnika... Ot! co to się z ludźmi dzieje!
— Prawda! cuda! che, che, cuda! dodał Hubka rad nici którą pochwycił i urywając już rozmowę, bo się bał żeby niewczesny wykrzyknik nie wydał jak go Mylińscy obchodzą...
Wieczór oświecony czarnemi oczkami pani Supełkowej zszedł jakoś wesoło i szybko, a nazajutrz niezgrabna ale wygodna bryczka pana Piotra toczyła się już do domu; on zaś puszczając zwolna kłęby dymu z fajki piankowej, przemyślał jak przystąpić do rzeczy, żeby nabyć jak najtaniej a zyskać jak najwięcej. Szczególny traf mieścił mu pod ręką prawie najstarszego z Mylińskich, który był leśniczym w dobrach Radziwiłłowskich, gdzie pan Hubka miał dawne i jeszcze niezerwane stosunki ze wszystkimi. Że jednak nigdy nie zwracał szczególnej uwagi na Kaspra Białego, musiał teraz zbliżyć się do niego nieznacznie i starać go poznać, nimby o interesie przemówił.
Pan Hubka robił wszystko jak widzimy ostrożnie, wolno, po cichu a systematycznie, i krwi mu niecierpliwość nie psuła. Mówił nawet czasem że z flegmą i z uporem wszędzie zajść można, gdzie człowiek zapragnie.
Długo namyślał się jak się zbliżyć do pana Kaspra niby z przypadku, a że ekonom kluczowy, gdzie służył Myliński, był mu dobrze znajomy i czasem go na polowańka zapraszał, choć nie wielki myśliwy, bo dla wódki i bigosu więcej niż dla zwierzyny jeździł na wilki i sarny, postanowił pod pozorem myśliwstwa pojechać na miejsce. Wyczekał dni parę, dobrze się rozpatrzył, rozważył, nareszcie kazał znowu zaprzęgać i znajomą drogą zjechał do folwarku głównego. Przyjął go wąsaty pan ekonom z wielką radością i bardzo uprzejmie, wieczorem do północy ponczyk był w robocie, a nazajutrz rano ułożyli maleńkie polowańko.
— Masz-że ty leśniczego? zapytał pan Piotr.
— A jakże! pan go zna podobno. Kasper Biały?
— A! ha, ha! Kasper Biały! prawda! prawda! przypominam sobie. Nawet ciekawybym go zobaczyć, mówią że ich ojciec miał się dobrze.
— Słyszę nawet z obywatelów, odpowiedział ekonom. Ojciec ich stracił wszystko na proces.
— Poszlij no po niego, rzekł Hubka, chciałbym się od niego dowiedzieć o tem, to musi być ciekawa historja; ja bardzo lubię takie rzeczy.
— Będziemy jechali koło jego chaty, to wstąpim.
Tak się i stało, na wybrzeżu lasu zatrzymali się przed maleńkim dworkiem z bierwion sosnowych, przy którym niewielki tylko był ogródek i stajenka. Na głos donośny ekonoma wybiegła ze drzwi młoda, ale blada i schorowana kobieta w stroju szlachcianek czynszowych, w chustce na głowie, koszuli i fartuchu, z szkaplerzami na piersi.
— A gdzie twój mąż? spytał ekonom.
— W lesie, proszę pana.
— Dawno wyszedł?
— Do dnia, nawet nie jadłszy.
— Nie wiesz gdziebyśmy go znaleźli?
— A jakże ja mam wiedzieć, proszę pana, chyba jak posłyszy strzelanie i psy to nadspieszy.
Wózek ekonomski potoczył się dalej, Hubka milczał lub poświstywał, nareszcie stanęli na miejscu, puszczono psy i polowanie się rozpoczęło. Po pierwszych kilku pustych strzałach, gdy się psy pozaganiały, myśliwi nasi usiedli odpoczywać, i jak przeczuła żona, Kasper Biały przybiegł zaraz.
Był to mężczyzna miody jeszcze, słuszny, barczysty, ale cery wybladłej, zgasłego oka i zwiędły, częsty kaszel z piersi mu się dobywał. Długi dziwnie biały włos spływał mu aż na ramiona. Miał na sobie kurtkę z sieraku, postoły z lipiny plecione, ciężką torbę borsuczą i starą strzelbinę. Zdjął pokornie czapkę przed ekonomem i niespokojnie się oglądał.
Hubka zmierzył go okiem ciekawem, objął całego i od razu uśmiechnął się do siebie, pewien będąc że sprawa pójdzie mu łatwo. Ubóstwu bywa tak dobrym sprzymierzeńcem oszustów!
— Ha! ha! jak się masz panie Kasprze? odezwał się dawny rządca, któremu bardzo nizko kłaniał się leśniczy; co? możeś mnie i nie poznał?
— Jakto! Jaśnie panie, przepraszam! poznałem i bardzo! niech pan daruje, dziękuję za pamięć i za słowo.
— No, jakże się tam powodzi?
— Źle się powodzi, odparł młody człowiek wzdychając; ja chory, żona chora, dziecko jedno umarło, drugie się nagotowało. Tak to z dawna Pan Bóg na nas nie łaskaw, ale nie godzi się narzekać.
— Zapewnie! zapewnie! Jużcić nie źle na leśniczowstwie?
— Nie mówię ja że mi źle, uchowaj Boże, ale wszakże lepiejby być mogło. Ojciec nasz, dziad, byli w lepszym bycie, gdyby nie hrabia Sulimowski, mielibyśmy kawałek chleba.
— A nie napijesz się waść wódki? spytał Hubka podnosząc kieliszek do góry.
— Dziękuję, kaszel dusi, wódka nie pasuje.
— Dobrze waść robisz że wódki nie pijesz, a my panie Atanazy powtórzym, czy co?
Powtórzyli istotnie i dawny rządca i ekonom po dobrej czarce młodej starki.
— Tak! tak! bieda na świecie! mruknął zatykając flaszkę Hubka; no! cóż robić? Ale jakże to było panie Kasprze, żeście stracili wszystko?
— Ot jak było! mieliśmy wielką sumę na Zakalu.
— Na Zakalu? spytał Hubka niby pytając, niby notując, hm! na Zakalu, mówisz?
— Chcieli hrabiowie kończyć o to układem, coś nawet dziadowi dawali, nie zechciał, bo to był panie jeszcze ze starych ludzi, co to albo wszystko albo nic. Procesowali się i ojciec i dziad i przyszliśmy do tego co pan widzi, że się tułamy po świecie.
— Hm! hm! to ciekawa historja!
— Ojciec jeszcze miał parę chłopów w Podbereziu, ale to do tej pory w administracji, a co dłużej, to więcej rośnie długu, już mówią że sprzedadzą; niech sprzedają, ja nie głupi dopominać się swego.
— To ciekawa rzecz! powtarzał Hubka ciągle nie wiedząc jak do zapytań dalszych przystąpić. A ten proces z Sulimowskim, toście przegrali zupełnie?
— Gdzież tam panie! jeszczeby to się było ciągnęło, gdyby nie z takim panem, ażeby był grosz, ale jak chleba nie stało, nie stało i procesu.
— Ależ musicie mieć choć papiery, wykrztusił rządca.
Oczy Kaspra błysły niespokojnie, widać było że się wahał wygadać zupełnie, spuścił głowę. Coś to tam jest trochę, rzekł po cichu.
— No! no! trzymajcie choć to, odezwał się pan Piotr, może kiedy kto wam pomoże, to jeszcze co odbierzecie. Teraz w Zakalu inny pan, z nimby było może łatwiej.
Ekonom, który już znając Hubkę z dawna, całej się rzeczy domyślił, począł mu bardzo zręcznie dopomagać.
— A co Kasprze! rzekł, kto to wie, jeszcze ci się gotowa uśmiechnąć fortuna? cha! cha!
Leśniczy coraz bardziej stawał się niedowierzającym, bieda uczy nieufności: zamknął się w sobie, ruszył ramionami tylko.
— Gdzie nam o tem myśleć, rzekł cicho.
— A czemu? odparł Hubka; czasem w sto lat odezwie się sprawa, gdy ją kto poprzeć umie.
— Niech pan mnie głowy nie zawraca, wiem ja że to darmo.
— Zapewnie, lepiej żebyś się nie durzył rzekł spekulant zupełnie obojętnie; ale kto to wie? Bardzom ciekawy co to był za proces, nie pokazałbyś mnie papierów?
Kasper obejrzał się do koła tchórzliwie jakby wpadł w matnią, z której się nie wiedział którędy wywinąć, poskrobał się w głowę, spojrzał na rządcę z bojaźnią i nic nie odpowiedział. Potrzeba znać wagę jaką przywiązuje zubożała szlachta, nie umiejąca czytać i pisać, do zbutwiałych papierów, ostatniej reszty dawnej swej zamożności, żeby sobie wytłumaczyć bojaźń i niespokój Kaspra. W Owruckiem u wielu rodzin trwożliwych o zachowanie swoich aktów, często je znajdziesz poukrywane w ulach, barciach, po dziuplach starych drzew, zakopane w garkach w ziemi, w tysiące szmat poobwijane. Obcemu dotknąć ich nie wolno; zapytać, jest to już obudzić strach paniczny. Kasper, któremu ojciec na śmiertelnej pościeli polecił żeby pilnie zachowywał papiery jako jedyny ślad majątku który kiedyś odzyskać mogli, obawiał się o nie tak, że co kilka tygodni innego na swój kuferek szukał schronienia. Można więc wyobrazić sobie jego przestrach, gdy mu rządca wspomniał papiery.
— Papiery się po ręku roztrzęsły, rzekł nareszcie, tam trochę, tu trochę, nie wiedzieć gdzie ich szukać.
— Szkoda, zapalając fajkę dorzucił Hubka, bo jabym może tego Bala potrafił przydusić i odzyskać wasze. Żal mi was nieboraków że tak giniecie, dobrzeby wam i tysiąc rubli wziąć.
Rzuciwszy to słówko powstał i udając że nic więcej nie ma już do powiedzenia, począł się zbierać do odjazdu.
Kasper stał jak wkuty, rozmyślając, wahając się i bojąc. W tej nędznej chatce, chorej żonie, dziecku i jemu trochę pieniędzy tak były wielkiem dobrodziejstwem, trochę spoczynku takiem szczęściem, trochę niezależności tak wielką nadzieją!
Ale ubogi przywykł się lękać. Jego zastrasza wszystko, czuje że nieprzyjacielem mu świat cały, począwszy od wichru chłodnego który go smaga nie patrząc na zdarte szmaty odzienia, aż do człowieka co go prześladuje nie mając litości nad jego nędzą.
Niepodobna było dłużej nalegać zręcznemu panu Hubce, który postanowił wszakże swojego dopiąć w inny sposób. W drodze więc począł cichą, tajemniczą zmowę z panem ekonomem i twarz jego dojeżdżając do folwarku wyjaśniła się znowu.
— Mam go w ręku! mówił cicho uśmiechając się, grunt jest! rzeczy dobrze stoją!
W kilka dni potem, blady, jasnowłosy leśniczy, ów Kasper Biały zjawił się u pana Hubki, do którego nierychło przypuszczony został.
— A co chcesz mój kochany? zapytał rządca dawny, udając że go dla nawału zajęcia prawie nie poznaje: mów, a prędko, bom zatrudniony bardzo.
— A! Jaśnie panie, nieszczęście! zawołał łamiąc ręce Kasper...
— No! cóż tam u licha! nie durz mi głowy, mów a prędko!
— Żonisko chore, dziecko nie wstaje, ja ledwie łażę, a tu i leśniczowstwo administracja odbierać chce; co ja nieszczęśliwy z sobą pocznę?
— Za co? jak?
— Albo to ja rozumiem co pan rządca mówi? Coś tam administrator zrobił, że się bez leśniczych mają obejść, podobno jakichś niemców posprowadzali, czy coś, a nas wyrzucają.
— A cóż ja ci na to poradzę? spytał Hubka.
— Niech się Jaśnie pan wstawi za mną.
— To nic nie pomoże, administracja skarg i piszczenia nie słucha, moje dziecko, bo administracja to nie człowiek ale machina! Ot naprzykład jak sieczkarnia, jej nic do tego co tnie, byle cięła, włóż i rękę, to ci ją chlaśnie!
— Niechże Jaśnie pan mnie biednego człowieka i te sieroty ratuje.
— A co ja na to poradzę? u mnie las mały, miejsca ci nie dam, bo i pobereżnikiem się obejdę, oficjalisty nie potrzebuję.
— To może gdzie podrekomenduje mnie pan.
— A daj ty mnie pokój! gdzie ja ci tu znajdę miejsce! Radziwiłłowski oficjalista nigdzie w okolicy przyjęty być nie może, boją się ich jak ognia.
— To ja nieszczęśliwy z głodu umrę! zawołał Kasper z wyrazem, któryby był skałę poruszył i zaczął płakać; i cóż ja! ale żona, ale dziecko!!
Hubka stanął trochę połechtany płaczem, bo dowiedziona rzecz, że kogo łzy nie poruszają, tego przynajmniej niecierpliwią.
— Ale mówiłżeś mi podobno, czy to ty, czy jaki inny szlachcic, o jakichś papierach, procesie? możeby się z tego co dało dla was wyzyskać i nie potrzebowałbyś służyć. Miałbyś swoję chatę, kawał gruntu i kawał chleba spokojny.
Kasper się uląkł znowu, ale ten strach przemogło niebezpieczeństwo bliższe, więcej grożące, potrzeba nadziei chwytająca go za gardło.
— Mam ci to ja papierzyska, rzekł, ale co z nich! one ojca do kija i torby przyprowadziły.
— No! a ciebie mogą na nogach postawić! zawołał Hubka. Gdzież je masz?
— Gdzieś tam są w domu, cicho rzekł szlachcic.
— No! nie ręczę, ale kto wie, może w nich jedyna dla was nadzieja; jedź i przywieź mi te papiery...
Rad nie rad Kasper ze łzami w oczach, ze strachem w sercu, ukłonił się, zawrócił, pojechał, walczył z sobą całą drogę, wahał się otwierając kuferek, ale stęknienie żony, płacz dziecka do reszty go złamały.
— Dziej się wola Boża, rzekł zabierając pliki powiązane, nie dało to nam chleba, nie ma co żałować, przepadliśmy z niemi, niech je licho bierze.
Dobrą chustą nawiązawszy Kasper tych dokumentów cuchnących mólem i wilgocią, ruszył znowu do pana Hubki, który czekał chłopaka z niecierpliwością największą. Ale po drodze żal jeszcze wziął szlachcica, przypomniały się słowa ojcowskie, który powierzając straż papierów starszemu synowi, jako głowie rodziny, zaklinał go by ich lekko z rąk nie puszczał, i Kasper zastanowiwszy konia już się chciał zawrócić. Wiatr przyniósł mu jakby płacz żony, jakby jęk dziecięcia... o! potrzeba było jechać! Ale z chusty wyjął Kasper kilka plików, i choć czytać nie umiał przeczuciem uchwyciwszy je, wybrawszy, schował głęboko zanadrę. Potem zaciął konika i ciągle płacząc stanął przed dworem spekulanta.
Tu już drzwi znalazł otwarte.
Jakże chciwie rzucił się on na papiery! Jego żądzę porównać tylko było można z bojaźnią biednego Kaspra, który mu po jednemu licząc dawał dokumenta i z oka ich na chwilę nie spuszczał, badając z przestrachem twarz Hubki. Ale na niej sam szatan nic by był nie wyczytał, tak doskonale w sadłowatych zmarszczkach i opasłych policzkach krył się wszelki wyraz pod zasłoną głupowatości. Nie drgnął, nie uśmiechnął się, nie odezwał, a że ogromną miał wprawę, rzuciwszy okiem przelotnie na kilka głównych aktów i dokumentów, objął cały ów proces i mógł już sądzić o nadziejach jakie dawał.
Szlachcic zbierał skrzętnie papiery ze stołu i wiązał je sznurkami pospiesznie, a Hubka popijając piwo w milczeniu się przechadzał po izdebce słowa nie mówiąc, nareszcie splunął, chrząknął, usta nadął i rzekł:
— Co to? u ciebie to szpargały, wy z tego nic nie zrobicie, ale jakby kto inny koło tego chodził, mógłby jaki grosz kapnąć. Serce biło Kasprowi, że ręce drżały, że sznurka którego trzymał zawiązać nie potrafił.
— A cóż robić Jaśnie panie?
— Albo ja wiem co tu robić? ruszył stary ramionami, rzucić w piec i po wszystkiem.
I znowu długie ciężkie nastąpiło milczenie, szlachcicowi łzy jak groch kapały na papiery...
— Ta! gdyby nie to że człowiek ma litość i serce, co grunt, cha! cha! odezwał się Hubka siadając poważnie — nigdyby za to nie warto rąk zaczepiać; — ale wy biedni jesteście, a was podobno troje?
— Czworo, Jaśnie panie! bo Klarusia siostra czwarta.
Tem ci gorzej!... Trzeba by wam poradzić jakoś, choć to trudno. Ot tak, mosanie, ja zresztą wziąłbym się za ten interes, ale tu trzeba pieniędzy i wiele pieniędzy i wiele pracy, a mało może być zysku... co wam myślicie dam?
Kasper słuchał związując chustkę, nie śmiejąc rzec słowa.
— Hm! hm! odezwał się niby namyślając Hubka, jeśli chcecie to tak zrobimy: ja wam wykupię i odzyszczę waszę cząstkę w Podbereziu i oddam czystą, a wy mnie ten interes odstąpicie. Może na tem stracę, no! ale dziej się wola Boża! Poradź się waść ze swymi braćmi, z siostrą, podumajcie... jak chcecie...
— A kiedyż by to było? nieśmiało spytał Kasper, który i obawiał się i cieszył i nie wierzył...
— Już ja w tem że waszę cześć odzyskałbym wam za miesiąc, a wy odstąpilibyście tych papierów...
— A ta cząstka byłaby bez długu i nasza, całkiem nasza z chłopami, z ogrodem, z domkiem gdzieśmy się urodzili... z pasieką... przerywanym głosem mówił powoli Kasper, przed którym jak sen stawało porywające marzenie, co ciągnie człowieka do miejsca, gdzie stała jego kolebka.
— Wszystko, wszystko bym wam odzyskał, rzekł Hubka, dałbym wam ładny kawał chleba, ojcowiznę! pomiarkujcie, poradźcie się, a prędko! Bywaj Waćpan zdrów!
— I to pewno Jaśnie panie? nie mogąc utaić wzruszenia, wykrzyknął Kasper Biały.
— Wiesz że nie żartuję, ruszaj, myśl i powracaj, masz wóz i przewóz.
Tych słów domówiwszy Hubka odwrócił się do karafki z piwem, a leśniczy z ukłonem wyrwał się z izby i pospieszył do swoich.
Ażeby pojąć jak ten prześlicznie osnuty interes chciał przyprowadzić do skutku pan Hubka, grosza z kieszeni zań nie dając, wiedzieć potrzeba, że część Mylińskich w Podbereziu zostawała w administracji tylko dla tego, że nikt w rachunki szczelniej nie wejrzał, za uciśnionemi się nie ujął, a sam pan sekretarz Marszałkowski pod cudzem imieniem w niej gospodarował. Hubka więc mógł łatwo z plenipotencji dotrzeć o kalkulacją i odzyskać Podberezie bardzo małym kosztem. Uśmiechało mu się to tem bardziej, gdy z papierów dostrzegł, że pretensja Mylińskich do Zakala, wprawdzie zadawniona i dawnościami przybita, była czysta i pewna. Kręcielstwo tylko i przemoc Sulimowskich zniweczyło ją, a raczej do czasu usunęło. Suma dwóchkroć sto tysięcy, gdyby nawet przyszło stracić wszystkie procenta alterum tantum wynoszące, była jeszcze piękną bardzo gratką dla starego spekulatora, zacierającego ręce z radości, że mu się tak ślicznie jak po maśle kleił interes, co go miał bogatym uczynić.
— Śmieli się ze mnie, śmieli, jak z durnia! rzekł do siebie popijając piwo, otóż ja im pokażę, co to uparty dureń znaczy! Oni myślą że wszystek rozum u tych co go na wierzchu noszą? ba! ba! kto co ma dobrego to obwija i chowa! Samiście durnie, zobaczycie! cha! cha!!
I w różowym a raczej piwnym humorze spać się położył godny pan Hubka.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.