Złote jabłko/Tom IV/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom IV jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

Codzienne sprawy.

Nazajutrz wśród najrozkoszniejszych dumań o planie angielskiego ogrodu mającego dom w Zakalu otoczyć, gdy pan Bal zakasawszy poły, w zapale przesadzał płoty, utykał kołki i budował w myśli altanę nad urwiskiem u Horynia brzegu, Parciński przyszedł z papierem.
Nauczył się już nasz pan Erazm co to papier na wsi znaczy, na widok jego wstrzęsa się człowiek, blednieje, cofa, jakby na węża nadeptał. Papier nie przynosi nigdy nic dobrego, zawsze złe zwiastuje, jest to poseł kłopotów. Czarne na nim gzygzaki, szatańskie, tajemnicze zawierają groźby.
Wśród objadu odbiera apetyt, wśród przechadzki zasłania widok, uciechę zatruwa przeczuciem!
— Co to jest? zapytał z przestrachem kupiec, czy znowu?
— A znowu, rzekł Parciński.
— No! z rezygnacją spuszczając głowę odparł Bal, któremu kij upadł z ręki, cóż tam Pan Bóg dał?
— Oj ludzie to, nie Pan Bóg.
— Cóż przecie?
Ultimatum w rzeczy dyferencji Radziwiłłowskiej, Hubka każe nam kończyć, lub pozwie do sądów.
— Kończmy! zawołał Bal, kończmy na miłość Boga!
— Nie można! niepodobna! warunki są niesłychane; odcinają nam całą dyferencją, najlepszy las, najsuchsze sianożęcie, wygon od Ciemiernej, jeszcze łaskawi że wioski nie zabierają i za to każą dziękować.
— Ach! ależ mamy my słuszność czy nie? zapytał pan Erazm, oświeć pan mnie.
— Szczerze powiedziawszy, ja prawdziwie rozpoznać nie umiem, kto tu ma słuszność po sobie, czy kniazie Radziwiłłowie, czy nieboszczyk kniaź Teodor. To pewna, że granicy stałej od wieków nie było, że się tam nieraz siekli i zabijali, a kto mocniejszy brał górę i trzymał. Pierwsze spory sięgają czasów ostatniego z Jagiełłonów. Ale to pewna że z dyferencji połowa nam dziś z prawa i prawnie przypaść powinna, gdyby nie komplanacja hrabiego.
— A ta opiewa?
— Ustępstwo zupełne.
— Cóż tu począć? co tu począć? radź pan.
— Zapiszmy się na kompromis.
— A! doskonale! zapiszmy się na kompromis, zawołał Bal, posłuży mi to do dania dowodu szacunku sąsiadom. Wybornie! Odpisz pan Hubce, że prosimy o kompromis.
— Kogo pan myśli od siebie prosić?
— Ja? podsędka Hurkota.
— Ale ten jest najlepszy z Hubką.
— O! o! dowcipnie mrugając oczyma Bal, tem lepiej, nie zrobi mi krzywdy dla tego samego.
Parciński pomyślał, pokiwał głową i poszedł milczący, a w pół godziny posłaniec niósł panu Hubce odpowiedź.
Na wieczór, właśnie gdy siadali do herbaty, przyszło pismo, w którem się zgadzał na sąd polubowny, od siebie naznaczając Dankiewicza, na co się Bal zgodził, superarbitrem miał być Jaś Pancer, ale ten jak się dowiedziano wyjechał, na jego miejsce więc kupiec proponował Teofila Zmorę. Dwa czy trzy listy jeszcze zakończyły umowę i Bal zasiadł pisać do uproszonych.
— Dobrze mi się udało, rzekł w duchu, sąd kompromisarski zawsze lepszy od procesu, w dodatku zbliży mnie to do ludzi. Śliczną myśl miałem!
Trwała ta radość tylko do południa nazajutrz, gdyż od Dankiewicza przyszła odpowiedź pełna panów dobrodziejów, ale grzecznie wymawiająca się od sądu. Nieco później przyniesiono list od Hurkota, krótki, w kilku słowach i bez ogródki odmawiający sądzenia sprawy. Pan Teofil także nie chciał być ani sędzią, ani superarbitrem.
Te trzy przykre odezwy zmięszały pana Bala na chwilę, łza nawet zakręciła mu się w oku, zmarszczył się trochę, pomyślał.
— Proś pana Hubki niech do nas przyjedzie, rzekł, skończymy, procesu nie chcę, postąp pan jak mu się podoba, obetnij mi poły, a zróbmy sami koniec.
Napisano do Hubki, ale ten złożywszy się fluksją, zaprosił Parcińskiego do siebie, zarzekając że żadnym sposobem przyjechać nie może.
Pan Erazm miał trochę przyzwoitej dumy a wiele gorączki, zżymał się, ale nie dał już poznać po sobie że go to obeszło.
— Jedź pan z łaski swojej i rób co chcesz byle był koniec, rzekł, sprawy mieć nie chcę, Zakale obejdzie się bez tego kawałka lasu.
Parciński chciał coś mówić, ale mu kupiec nie dał ust otworzyć.
— Wszystko cobyś pan mógł mi powiedzieć o tem, rzekł żywo, wiem, słyszałem, ale powtarzam, chcę zgody i pokoju, komplanacja mnie obowiązuje jakkolwiekbądź. Czekam pana jutro z podpisanym układem.
Parciński westchnął tylko.
— Niech pan zważy, odezwał się, że interes tak stoi, iż go inaczej jak źle skończyć nie mogę. Krzyk będzie na mnie.
— Kochany panie Tomaszu! ściskając go zawołał Bal, niech ich djabli wezmą, niech sobie krzyczy kto chce, a my róbmy co można i co da nam święty, nieopłacony spokój.
— Stanie się więc jak pan chcesz, ale z góry powiadam, że jeśli co utarguję, to nie wiele.
Wejście pani Balowej przerwało rozmowę, kupiec go pożegnał skwapliwie, twarz rozjaśnił, udał wesołego, zakręcił się, a że słońce grzało ślicznie, zaproponował przechadzkę. Tęskna Lizia, smutna pani i nie weselszy od nich Staś wyszli razem, jeden Bal choć w sercu uciśniony, rozczulał się zawsze i rozweselał, grając swą rolę do końca z heroizmem, jakkolwiek małych rozmiarów, ale wielkiem okupionem wysileniem.
Pustelniczo, cicho, smętnie biegły te dnie w Zakalu, których monotonii nic nie przerywało, chyba list z Warszawy, chyba plotka arędarza, lub żart Parcińskiego.
Nazajutrz nie powrócił pełnomocny i napróżno niecierpliwy Bal trzy razy na spotkanie jego do promu wychodził, chcąc się zawczasu i dowiedzieć co zrobił i ułożyć z nim jak miał mówić przy żonie i dzieciach, przed któremi chciał ukryć swoję stratę. Nazajutrz rano siedział już znowu u promu dosyć pochmurny dziedzic Zakala. Liczył on, liczył co go kosztowało nabycie, a coraz lepiej obeznając się z tem co mu złote jabłko przynieść mogło, wielkie przewidywał straty. Ale od czegoż w człowieku ten rozum tak giętki, który mu przewybornie służy wedle potrzeby na prawo i lewo? Począwszy nim wywijać znalazł wkrótce pan Erazm, że trochę nakładów jeszcze na młyny, hutę, ulepszenie gospodarstwa, mogą olbrzymie wydać procenta i zyski.
— To są tylko początki, mówił, trzeba cierpliwości, wiele cierpliwości! wszystko się da przerobić.
Zatopionego w cyfrach, które jak wojska ogromne szeregami stały przed nim i poruszały się na rozkazy przechodząc w lewo i prawo, znalazł wracający Parciński, który dość kwaśny z promu zszedłszy, powitał kupca najniespodzianiej, a nawet trochę go przeląkł.
— A to pan! no, cóżeś zrobił? skończyłeś? spytał chwytając go za rękę dziedzic.
— Spełniłem rozkaz pański.
— No! to dobrze, o więcej nie pytam, a przy nich (to znaczyło resztę rodziny) chwal się pan ogromnie, żeśmy przepysznie interes zrobili.
— Ubiliśmy istotnie! zaśmiał się pan Tomasz, cała dyferencja dostała się Radziwiłłom, ledwiem odtargował szlaczek lasu, żeby się nim zasłonić było można od widoku porębu, z którego panu nic nie przyjdzie i trochę wygonu dla Ciemiernej. Śliczny las przepadł, ale nie było sposobu.
— Dziękuję panu za ten szlaczek i wygon, odparł wzdychając pan Bal, ale w pokoju mówmy część dyferencji, nie bardzo się rozszerzając ile jej przy nas zostało. Rozumiesz mnie pan?
Parciński głową kiwnął.
— Ta nieszczęsna komplanacja hrabiego, podrobiona później na pańską krzywdę, a od której nie było się można wyłamać, wszystko panu popsuła. Hrabia Sulimowski niegodziwie postąpił.
— Nie mówmy o tem, rzecz skończona, powinna być zapomniana, daremne żale.
— Zazdroszczę panu tej zimnej krwi.
— Stary jestem, mój panie Tomaszu, krwi nie mam zimnej, a do strat przywykłem. Ale powiedz mi szczerze, nie zaczerpnąłeś co o powodach odmówienia panów kompromisarzy?
— Wszystko to musiał Hubka zrobić, bo się bardzo kręcił...
— Ha! więc to nie nieprzyjaźń ich dla mnie, ale przyjaźń dla niego zrobiła? spytał naiwnie Bal, prawie z radością.
— Alboż to nie jedno? odpowiedział Parciński. Ale zapomniałem o nowinie.
— Chwała Bogu, jest i nowinka?
— Pan Teofil się żeni.
— Vivat! a z kimże?
— Z panną Hurkot.
— Rozumiem, rzekł Bal, żeni się na złość.
— Nakształt tego, całe sąsiedztwo w ruchu. Podsędkowstwo z powodu kolligacji z hrabiami, na których całe życie pluli, dmą się ogromnie; posłańce latają... w Dębnie jubileusz... pani Dankiewiczowa po cichu ręce łamie i na głowę choruje... Hrabia Sulimowski przyjeżdżał słyszę siostrzeńcowi perswadować, ale uparł się, oświadczył, zaręczył i dokonawszy tego siedzi w nienajlepszym humorze zamknięty u siebie.
Tak rozmawiając przyszli pod dom, a że Parciński był jednym w Zakalu co jeszcze trochę czasem wlał w rozmowę życia i zajęcia, że go lubili wszyscy, bo czuli w nim poczciwą duszę, przywitali go serdecznie.
Wytoczyła się zaraz naturalnie wielka nowina ożenienia, a Lizia parsknęła ze śmiechu.
— O! cóż za nieszczęście! zawołała. To ta zapewnie panienka, którą widywałam tak wyprostowaną w kościele. I kiedyż ślub, panie Tomaszu?
— Zaraz po zielonych świątkach.
— Co za szkoda że nie będziemy tańcowali na weselu. Niestety! nie mamy najmniejszej nadziei.
Żartowano chwilę, choć w istocie to ciągłe osamotnienie poczynało dolegać przykro nawykłym do towarzystwa. Znosiła je najlepiej pani sama, która powoli ulubiła ciszę, spokój i to życie pustelnicze; ale żywej Lizi, a nawet Stanisławowi co dzień Zakale wydawało się dzikszą pustką.
— Jeszcze jedna nowina, o której zapomniałem, odezwał się Parciński. Hrabia Sulimowski, powróciwszy z Brogów zachorował, a nawet mówią że niebezpiecznie. Hubka utrzymuje że się zgryzł przyszłem ożenieniem siostrzeńca i pokrewieństwem z Hurkotami; że silnie bardzo przemawiał do kawalera, ale pan Teofil milczeniem go zbywał; wyjechał wzruszony, miał się zaziębić w podróży i przybywszy do domu położył się w łóżko. Hrabia nigdy nie chorował, mówią że dostał jakiejś gorączki; wezwano zewsząd lekarzy.
— Szkoda mi go, smutnie rzekł Bal, zawsze mi się zdaje że go tu spotwarzono, może mieć wady, ale złym nie jest, doprawdy.
Ten sąd, którego nikt nie potwierdził, ale też nikt mu nie chciał zaprzeczać, zakończył rozmowę już wyczerpaną.
Wieczorem gdy pan Bal myślał już spocząć, zjawił się leśniczy, oficjaliści i stary arędarz, który miał dosyć tajemniczą postawę. Znał on się na swoich obowiązkach tradycjonalnych i widać było że przyjechał z jakąś wieścią, gdyż przeczekał wszystkie dyspozycje i został do końca.
Krużka, któremu oznajmiono o ustąpieniu lasu, splunął w ręce w rozpaczy.
— A po cóż panu teraz leśniczy? zawołał, nie ma co tych krzaków i łomu tego pilnować. Najśliczniejsze ostępy, najpiękniejsze zapusty, a jakie łąki! Nie wie pan co pan stracił.
Byłby tak mówił do północy, bo gdy mu się na żal lub radość zebrało, nie żałował słów by je odmalować, ale go Moszko wyprawił jakoś, szepnąwszy mu słowo na ucho.
— Waćpan coś mi masz do powiedzenia? uśmiechając się spytał Bal.
— Słówko tylko Jaśnie panie.
— No! a co tam?
— Byłem dziś u podsędka.
— A! i powiesz mi o zaręczynach?
— Pan już wie?
— Od rana.
— Nu! ale to nie dosyć. Przyjechałem do podsędka, bo mnie się tam coś należało... Patrzę, coś bardzo grzeczny... ale taki jak nie bywał, zaraz pomiarkowałem że o coś będzie prosił. — Moszku! mówi traktując mnie herbatą, pożycz albo dostań pieniędzy. — Pieniędzy! powiadam, a gdzie one są? — Zkąd chcesz weź, a daj, jeśli Boga kochasz... córkę wydaję. — Ja nie mam, powiadam. — Pochodził po pokoju. Mówią że wasz pan bardzo groszowity, czy to prawda? — Może to i prawda, ale on ma wielkie wydatki. — Cóż on tam robi? siedzi? ha? żywej duszy u was? — Co robi? mówię, a co ma robić? gospodaruje, bawią się. On nie lubi gości, taka jego natura.
— Dobrześ, ślicznieś powiedział panie Hercyk. Bóg zapłać.
— Niech no pan posłucha dalej... A nie pożyczyłby on mnie pieniędzy? spytał. — Jak on ma pożyczyć, kiedy pana nie zna? — Ja mu dam dobry procent. — Co pan myśli? zawołałem, to nie taki człowiek żeby pożyczał na procenta, to wielki pan, to nie żaden bankier.
— Dobrześ powiedział panie Moszko... Cóż on na to?
— Bardzo chodził, bardzo rozdumywał, a potem... — Co ty myślisz, powiada, jakbym się z nim ja poznał, czy on by pożyczył? — A co ja mogę wiedzieć, mówię, ja to tylko słyszałem, że on się z państwa śmieje, że u niego nie bywacie, bo u niego książęta i grafowie w Warszawie bywali. — Śmieje się, śmieje się, rzekł podsędek i zagryzł usta. Nu! potem się mnie długo o Jasnego pana pytał i powiada na końcu: Przeproś tam, żeśmy dotąd nie byli... juściż będziemy w Zakalu.
— A ha! a ha! zaśmiał się pan Bal, zacierając ręce, rozumiem, potrzebują pieniędzy!
Moszko śmiał się na równi z panem, ale pilno było tem zwycięstwem na wpół już dokonanem pochwalić się panu Erazmowi i pobiegł z niem do żony.
W istocie u podsędków zaszła nagła zmiana po oświadczeniu się i zaręczynach pana Teofila; dopięli głównego celu, wydawali córkę za Zmorę, dali już poznać swoję siłę przybyszom, jak ich zwali, chcieli teraz spróbować, czy pierwsi ku nim się skłaniając, nie utargują co na nich. Jednego wieczora rzucił myśl pierwszą podsędek, zakrzyknęła pani, rozprawiali długo, ale skutkiem rozmowy było, że myśl wyrastać poczęła po cichu. Ubrano ją w najszlachetniejsze pobudki, żeby się na niej nikt nie poznał.
— Po większej części to co na nich mówią, szepnęła pani, mogą być plotki, zresztą przekonać się trzeba nim osądzim. Pospieszyliśmy się. Mieli czas poznać co my tu znaczymy... Wartoby się do nich zbliżyć, potrafią spodziewam się ocenić krok ten.
Ale na pierwsze słowo wyrzeczone przed Zmorą oparł się temu pan Teofil całą siłą, a że to było przed weselem, podsędek i żona ustąpić musieli.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.