Złote jabłko/Tom III/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.

Dalszy ciąg sąsiedzkich spisków.

Pan podsędek Hurkot kiedy sobie raz postanowił, miał to w naturze, iż się nie łatwo wyrzekał swoich pomysłów, zwłaszcza gdy w nie wchodziły mowy, które ułożywszy musiał wypowiedzieć. Sejmiki dawne dały tę żyłkę deklamatorską, z której się rad wynosił, będąc pewien że okolica nie ma nad niego większego mowcy. Deklamował wśród salonu, w poufałem zgromadzeniu, do żony, do dzieci, przez sen czasami i w konfesjonale do księdza. Taki człowiek mogąc spróbować swej swady na panu Teofilu i mając niejaką nadzieję zwycięztwa, wyrzec się jej łatwo nie chciał. Nie zastawszy więc w domu Zmory, gdy jeszcze tam i na powrót jadąc mowę swoję do niego przygotowaną znamienicie wykończył, musiał powtórnie pojechać do Brogów, ażeby wrażenia jej doświadczyć.
Trafił właśnie na najkwaśniejszy humor po harbuzie, z którym się jednak nie chwalił kuzyn hrabiego, i o nim sąsiedztwo nic jeszcze nie wiedziało. Z miną ważną i zadumaną dyplomaty, który traktować ma zawikłane internacjonalne zagadnienie, wstąpił na próg gotyckiego domku pan podsędek, przeżuwając mowę swoję na progu jeszcze, gdzie ważny dodał wykrzyknik po którym wiele sobie skutku obiecywał.
Zastał pana Teofila ze związaną głową, żółtego, zestarzałego, smutnego i pokaszlującego skutkiem rozlewu żółci.
— Cóż ci to szanowny sąsiedzie? — zapytał troskliwie, oburącz go witając... widzę pana tak zmienionym, cierpiącym!
— W istocie, w istocie, odparł pan Teofil, jestem cokolwiek niezdrów, coś wewnętrznego, wziąłem już Morissona, i zapewnie to przejdzie.
— A! pan jesteś zwolennikiem Morissona?
— Doświadczyłem jego dobrych skutków.
— A ja w wodę wierzę, nie ma jak woda.
— W ogólności jak co komu służy.
Rozmowa poczęta od farmaceutycznej rozprawy, tępo szła z początku, zwijał się podsędek, chcąc ją na przedmiot swój naprowadzić, ale mu szło uparcie. Nie zrażał się jednak, dwoisty podobno cel mając na oku: szło mu o zemstę nad Balami mogącemi mu wydrzeć pierwszeństwa palmę, a trochę także o córkę, którą zamyślał wydać za pana Zmorę od dawna. On i żona szepnęli sobie nawet świeżo, że byle tylko od Balów oderwać Zmorę, podstarzały kawaler będzie musiał się z podsędkówną choć nie ładną i nie bogatą ożenić. — Ta uwaga dodawała zapału panu Hurkotowi, gdyż jakkolwiek bądź, ale interes własny silny to zawsze bodziec; i nic tak nie rozgrzewa, jak gdy o swoję skórę chodzi.
— Słyszałem, rzekł po półgodzinnem biciu się o różne przedmioty podsędek, słyszałem że pan dobrodziej byłeś temi dniami (właśnie kiedym miał honor mu służyć) w Zakalu.
— A tak, obojętnie odparł Zmora, byłem tam na chwilę, i dodał, nie dopuszczając się posądzić... w interesie hrabiego.
— Pan dobrodziej bliżej tych ludzi poznałeś, dziwy o nich mówią, co też za jedni?
— Trudno co stanowczo wyrzec, znajomość krótka, bałbym się tak wyrokować z niej.
— Ale mówią nie ciekawie.
— Mnie to jeszcze nie doszło.
— Gdyby dziesiątą część tylko w tem było prawdy, dość by tego na potępienie.
— Przecież? spytał ciekawie Zmora.
— Nie wiem tylko co wybrać na początek, a jest tego dosyć!! Dziwią się też wszyscy powszechnie, i nie chcą wierzyć pogłosce, jakobyś pan dobrodziej bywał u tych przybyszów w jakichś zamiarach.
— Ja! — gorąco i z oburzeniem niemal porwał się pan Teofil ruszając ramionami i śmiejąc się ale nie szczerze — ja! a! a! śmieszne prawdziwie przypuszczenie...
Podsędek nie mógł już dłużej wytrzymać, dławiła go mowa, powstał.
— Kiedy tak — począł szparko — mogę więc mówić szczerze... Ja nigdy temu nie dawałem wiary, żeby pan, człek wyższego towarzystwa, świetnego urodzenia, który jesteś młodzieży naszej perłą.
(Skłonił się skromnie Zmora.)
— Nie wierzyłem byś pan mógł tak na lekko powziąć myśl jakąś, nie znając tych ludzi... Byłem zawsze jego obrońcą gorącym. W istocie, my tu wszyscy oburzeni dumą, chęcią imponowania ludzi, którzy się niczem jeszcze nie zasłużywszy już chcą sięgać po wszystko... chcemy stanąć murem przeciwko przywłaszczycielom... Mogłoż być, byś pan jeden wyłączając się z koła współobywateli, podawał rękę ludziom więcej niż wątpliwej przeszłości? Nie! nie! po stokroć nie! mówiłem zawsze... Gdyby nawet piękna twarzyczka niewieścia uczyniła na nim wrażenie, umiałbyś pan, ręczę, poskromić je i powstrzymać się do bliższego poznania ludzi, niegodnych może tego zaszczytu, jaki im chciałeś uczynić...
Pan Teofil stał odurzony wylewem wymowy podsędka, to tylko z niej zrozumiawszy, że go już o staranie posądzono, chodziło mu bardzo o ukrycie harbuza.
— Bardzom wdzięczen panu podsędkowi za jego obronę, rzekł poważnie, ale to były domysły zupełnie fałszywe... przyznam się że w początku powierzchowność tych ludzi zdurzyła mnie i omamiła, postanowiłem bliżej ich zbadać... To był istotny powód moich odwiedzin.
— O! — zawołał podsędek głowę schylając a palce podnosząc do góry — o! to co innego! Szczęśliwym, że tak dobrze odgadło serce moje szlachetne zamiary pańskie. Ale co to są złośliwe języki ludzkie! u nas niż rozplatali, że się pan starasz o panienkę! Mówiłem, gardłowałem napróżno że to być nie może. — Wreszcie, gdy mi to codzień w uszy kłaść poczęto, gdy my, co ich odepchnąć chcemy, zagrożeni zostaliśmy opieką, którą pan dać im mogłeś, przyznam, że przyleciałem też w zamiarze perswazji.
— I wiesz kochany podsędku, że gdyby co było do wyperswadowania, pewniebyś tego dokazał, aleście się wielce omylili. Bywałem po prostu przez ciekawość, a chcecie żebym wam dał dowód, że trzymam zawsze ze swemi i pragnę jedności z niemi, oto od dzisiejszego dnia bywać przestaję.
Rozpromieniał Hurkot, uśmiechnął się, widząc z jak pięknym powróci tryumfem, otworzył szerokie ramiona i rzucił się w objęcia Zmory, który dość niechętnie przyjął uścisk zatabaczony podsędka.
— Otóż to mi obywatel i sąsiad! Teraz, zawołał, nikt nas nie pożyje, pójdziemy ręka w rękę wszyscy razem i upokorzym, zgnieciem tych przybyszów!!
Zmora się uśmiechnął i jemu ta zemsta była bardzo pożądaną.
Usiedli, podsędek zużywszy kawałkami swoję mowę, której znaczną część musiał schować do kieszeni, gdyż ułożył ją był myśląc o oporze ze strony pana Teofila, którego nie znalazł, począł już ciszej i prozą zwyczajną, zażywając tabaki.
— Powiedz-że mi, ot tak szczerze między nami kochany sąsiedzie, co też to za dom, bo, jakem ci miał honor wspomnieć, chodzą o nich wieści dziwne. Miałeś zręczność zblizka się im przypatrzeć, objaśń nas.
— To pewna, żem pilnie starał się wniknąć w tajemnice tego domu, rzekł Zmora, ale to poprostu bogaty kupiec, który zarobiwszy na pieprzu, chce grać rolę wielkiego pana.
— Prawda to, że jego żona była faworytą ministra?
— Nie wiem, nie wiem, i nic nie upoważnia do takiego sądu, odparł Zmora, wszakże takie się wieści z palca nie wysysają.
— Oczewiście!
— Pani bardzo udaje poważną i wielką rygorystkę, to zły znak; kobiety co sobie mają coś do wyrzucenia, kończą zawsze na przesadnem udawaniu cnoty, której nie miały.
— Głęboka, filozoficzna, wzniosła uwaga, zawołał Hurkot. Co za myśl! co za myśl! A więc jest podobieństwo?
— Przynajmniej niepodobieństwa nie ma.
— I bogaci to ludzie?
— To pewna, że się bogatymi wydają, ale któż wie co w ich worku?
— A w domu?
— O! z pańska! bardzo szumnie!
Podsędek aż pobladł ze strachu.
— Byliby mnie zakasowali! — rzekł w duszy — szczęściem teraz od nich jak od zapowietrzonych uciekać będą.
— A sam Jegomość? mówią że to podejrzana figura? był słyszę jakimś tajnym urzędnikiem?
— Tego nie wiem.
— Trzeba się go wystrzegać! to pewna! Będzie rachował na to że nic nie wiemy! Kto go zgadnie? nasz kątek zawsze stał w opozycji, wiedzą o tem daleko; może go tu umyślnie nasłano dając mu fundusze na kupienie majątku?
Zmora byłby się rozśmiał, ale nadto gnębiło go upokorzenie, żeby w tej chwili mógł się rozweselić.
— A syn? dodał Hurkot, słyszę ponury, tajemniczy, dziki, nieprzystępny!
— Że nie bardzo towarzyski to pewna.
— O córeczkę nie pytam, dodał podsędek, bo słyszę trzpiot! Drżałem na samą myśl takiego towarzystwa dla mojej córki! Jakeśmy się tylko dowiedzieli że u nas być mają, uciekliśmy z domu, a mnie to na co? Dankiewicze ich przyjęli, ale teraz słyszę żałują. Łączą się z całem sąsiedztwem, postawiwszy się przez nierozwagę na fałszywej pozycji. Teraz mówmy jeszcze o najważniejszem... pan już u nich nie będziesz?
— Daję panu słowo.
— Stokrotne dzięki!... nikt z nas ich nie przyjmie i u nich nie postanie... Hubka nawet, choć ma interesa, będzie szedł drogą procesu. Potrzeba nam ich ztąd wykurzyć!
— To może być przytrudne, rzekł Zmora, a nuż się uprą siedzieć na złość?
Hurkot się uśmiechnął i brwiami poruszył, co u niego zawsze obiecywało wiele.
— Na to są sposoby! Nie zrobim nic za coby do nas przyczepić się mogli, nic wyraźnie... ale wszędzie znajdą obojętność twardą, nieubłaganą, na każdym kroku przeszkodę, nigdzie pomocy, z nikim towarzystwa... Mamy środków tysiące! obejmiem ich kołem żelaznem, licho zjedzą żeby wytrzymali...
Zmora gdyby się był nie obawiał posądzeń, byłby spytał za co to wszystko i dla czego? oburzały go nawet trochę zamiary sąsiedztwa, ale się odezwać nie mógł, trzymając harbuza w kieszeni. Chodziło mu o to bardzo żeby się o nim nikt nie dowiedział, ale zemsta jego tak była gorącą, że przed przybyciem podsędka nawet wpadał już na myśl starania się i ożenienia prędkiego z jego córką... Iluż to ludzi mści się tak na swojej przyszłości za chwilę upokorzenia!
Odpowiedział więc tylko uśmiechem dwuznacznym przyszłemu teściowi.
— Przyznam się panu dobrodziejowi nawet, że na przyszłą niedzielę osnuliśmy maleńki programat, dodał podsędek zażywając tabaki, nie robię sobie z niego chluby, bo to rzeczywiście koncept mojej żony.
— No! cóż to takiego?
— Wiesz pan, że zwykle przybywając do kościoła Balowie, chcą się odróżnić od wszystkich, by nie zmięszać z tłumem. Damy im nauczkę. Pani idzie przed wielki ołtarz i tam się rozsiada. Moja żona dobrała już starą żebraczkę i młodą ślepą dziewczynę, które ma umieścić na krzesełku pani Balowej. Przed kratą ustawim rzędem ubogich, żeby nawet klęknąć gdzie nie miała. Ławki będą zajęte, my wszyscy postanowiliśmy ich nie widzieć, nikt im miejsca nie zrobi, niech idą do kruchty! A co?...
Pan Teofil z przykrością się uśmiechnął, ale nic nie odpowiedział, a podsędek narozprawiawszy szeroko, rad z siebie niezmiernie, odjechał nareszcie całą znowu drogę układając przyszłe opowiadanie o rozmowie swej ze Zmorą, o środkach które na pokonanie go używać musiał i t. p.
W Zakalu spokój chwilowy panował, gdyż spisek sąsiedzki jeszcze tam był nie doszedł, postrzegał tylko pan Bal, że ani Dankiewiczowie, ani nikt z sąsiedztwa dotąd go nie odwiedzili i dość mu to było przykro, ale zmowy żadnej nie przypuszczał, nie czując się do winy. W następującą niedzielę wedle zwyczaju zebrali się jechać do kościoła. Biły dzwony na sumę, gdy sanie zaszły przed skromną bramkę, cała rodzina weszła razem, a pani Balowa swoim zwyczajem posunęła się wprost na zwykłe miejsce.
Tu, jak powiedział podsędek, stali kupą żebracy, zasłaniający ołtarz i księdza, a na krzesełkach dwóch, gdzie zwykle zabiera miejsce Lizia i jej matka, rozsiadły się dwie ohydne baby.
Ich miny nie dozwalały wątpić na chwilę o zamiarze wyrządzenia przykrości; twarz pani Balowej oblała się rumieńcem. Lizia o mało nie omdlała, ale wprędce dom Boży, dom modlitwy poddał kobiecie myśl chrześcjańską. Umieściła się z pokorą w pośrodku żebraków, którzy się trochę usunęli, uspokoiła w chwili i poczęła modlić.
Towarzystwo które ciekawie poglądało na wrażenie jakie uczynić miał ich nieprzyzwoity podstęp, zadrżało widząc momentalne wahanie się Balowej i uczuło upokorzenie, gdy z zimną krwią zajęła kątek wśród żebractwa... Bal i Stanisław, którzy to widzieli z daleka i nie mogli nic zrozumieć intencji, nim się rozmyślili co począć, już zobaczyli że przytomność umysłu i dobrze zrozumiana pokora dały zwycięztwo. W istocie nikt z parafjan co to osnuli nie spodział się takiego końca, wyobrażali sobie że kupcowa albo wyjdzie narażając się na śmieszność, albo z oburzeniem cofnie się do ławek, które dla niej zamknięte być miały.
Tymczasem proboszcz, który po niewczasie żebractwo u kratek zobaczył a wszystkiego się domyślił, załamywał ręce w zakrystji, posłał zakrystjana i usunąć się kazał przybyłym, a sam podszedł do pani Balowej, zapraszając ją do ławki w presbyterjum.
— Bardzo dziękuję Waćpanu dobrodziejowi, odpowiedziała kobieta, mnie tu dobrze, a że w kościele wszyscy równi, proszę pozwolić tym biednym zostać na miejscu. Wobec Boga jest to pewnie najlepsze towarzystwo.
Jakkolwiek niezmiernej łagodności i dobroci często zbytecznej był proboszcz, na ten raz za użycie tak niegodne domu Bożego niezmiernie się rozgniewał, znalazł w ewangelii dnia tego słowo o poszanowaniu kościoła i wstąpił na kazalnicę z gromem oburzenia na ustach.
Była to niemiła dla sąsiedztwa niespodzianka, a nauka tak zresztą miała cel wyraźny, że się na jej znaczeniu omylić było niepodobna. Podsędek odwrócił głowę od ambony, nosem zwijał, tabakę zażywał ale się na prawdę gniewał.
— Noga moja nie postanie u proboszcza, rzekł do żony, w nie swoje rzeczy się wdaje! To są osobistości! Wykurzym go tego intryganta!
Nabożeństwo skończyło się zresztą jak zwykle i państwo Balowie przeczekawszy wszystkich, od nikogo nawet skinieniem głowy nie powitani, gdyż każdy udawał że ich nie widzi, wyszli nareszcie smutni z kościoła. Zwykli goście którzy zawsze u proboszcza śniadali, pojechali wprost do domu z żalem od niego, tak że na probostwie jeden był tylko Jaś Pancer.
Proboszcz chodził ciągle w oburzeniu jeszcze, poruszony i tem więcej rozdrażniony, że nie miał na kogo zaraz wylać gniewu swego.
— A to skaranie Boże z tymi ludźmi! mówił do jedynego swego gościa, który zajadał smaczno tymczasem. Oni sobie świątyni pańskiej używają na igraszki! Chrystus Pan wypędzał z niej kupców, a cóżby powiedział żeby zastał intrygantów! Doprawdy nie warto być dobrym, oni sobie myślą że im na wszystko pozwolę. Tak! róbcie ze mną co chcecie, ale od kościoła wara!
— Może też to nie było ich myślą, rzekł Pancer.
— Jakto! żebracy mi wyśpiewali jaką im dano instrukcją. Ale zobaczy podsędek jak mu wytrę kapitułę! Będą się gniewali na kazanie! niech się gniewają; nie mogłem wytrzymać ze zgrozy! Jeszcze czego nie stało! teatr mi zrobią z Bożego domu! Ręczę, że to podsędkowej robota. Ale dobrześmy im nosa utarli. Ta zacna kobieta znalazła się ślicznie, przykładnie, gdyby nie kościół, byłbym ją w rękę pocałował.
Gdy się to dzieje w plebanii, na drodze do Dębna, do Burek i Brogów wrą w powozach rozmowy, krzyżują się wymówki... Wszyscy uczuli że się im nie udało, każdy zrzuca winę na drugiego...
— Ja zaraz mówiłem że to się nie godzi, woła podsędek, ale waćpani uparłaś się.
— Ja się uparłam, a któż ludzi ustawiał?
— Prawdę powiedziawszy, odzywa się Dankiewicz — podsędek zrobił głupstwo.
— Jak zawsze, szepcze z domu Kościńska.
— Wzięli nosa i potężnego, śmiał się Hubka łubianemi sankami prąc do domu... cha! cha! cała historja.
W początku państwo Balowie milczeli chwilę, widać było na twarzy samej i Lizi wzruszenie tajone, nareszcie łzy puściły się z oczu biednej...
Bal siedział niemal osłupiały, nie mogąc pojąć co to się stało, ani sobie wytłumaczyć. Zaczynał przypuszczać, że pomimo uczuć jakie przyznawał wsi mieszkańcom, znajdowali się tu i mniej dobrzy, mniej cnotliwi ludzie... domyślał się nieprzyjaciela, ale nie wiedział jeszcze ilu ich przeciwko niemu było.
Staś wrzał i szukał tylko w głowie powodu do uczciwego ujęcia się za matką i za siostrą. W istocie jednak było to coś, acz wyraźnie wymierzonego do nich, jednak nie dającego się pochwycić... Jawnem było że te żebraczki w krzesłach same tam nie osiadły, ale się o to ani ujmować było można, ani szukać sprawcy.
— Ha! rzekł pan Bal z westchnieniem, wszędzie są ludzie... moje serce... Może im było przykro żeś nie szła do ławek... Posądzam o to Hurkotów, chociaż im nie uchybiłem w niczem. — Trzeba to znieść w milczeniu...
— To są przyjemności wioski, z anielską cierpliwością odezwała się pani Bal.
— To się wszędzie zdarzyć może, ruszając ramionami odparł Bal, ty się duszko uprzedzasz... Zresztą może być przypadek po prostu, niepotrzebnie bierzemy to do siebie.
— Uważałeś że wszyscy zdawali się nas nie widzieć wychodząc z kościoła?
— Ale bo kto się wita i kłania w kościele! rzeki Bal, na wsi ludzie ściśle się trzymają starodawnych zwyczajów. Ja to znajduję bardzo słusznem, w domu Bożym ani rozmowy, ani przywitań być nie powinno.
— Posądzam Zmorę, rzekł żywo Stanisław, Lizia mu odmówiła przykro, będzie się na nas mścił; był w kościele i ani się zbliżył do nas.
— To najprędzej, podchwycił kupiec, masz słuszność, ale niech mi daruje, nie okazał wychowania.
— Przy pierwszej zręczności, szepnął Stanisław, dam mu nauczkę.
Matka chwyciła go za rękę.
— Na Boga Stasiu! jeszcze tego brakło mi do wszystkich strapień moich, żebym o ciebie truchlała? porzuć tę myśl, zaklinam cię, porzuć!
Pan Bal spojrzał na niego z obawą.
— Do czego to, rzekł, do czego? Jest to chwilowe rozdrażnienie może, jeźli nie fałszywy domysł. Wszędzie początki trudne, zawsze ludzie ludźmi, nie mówmy o tem ani słowa!
Tak zamknąwszy usta wszystkim, powrócił pan Erazm do domu, ale długo chodził po swoim pokoju i wzdychał ciężko.
Ha! rzekł w końcu do siebie, to być nie może, żeby nas Bóg wie za co nienawidzieć miano. Śnią się nam prześladowania gdy ich nie ma. To ludzie poczciwi, pełni prostoty i szczerości, niegodziwie ich posądzamy, pewien jestem że to się wyjaśni i pokaże, żeśmy względem nich byli niesprawiedliwi. Nie ma jak wieś! nie ma jak wieś!

KONIEC TOMU TRZECIEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.