Złote jabłko/Tom III/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

Listy z Warszawy i list z Borków.

Oddalenie często jest najsilniejszym sprzymierzeńcem poczynającego się przywiązania, tak jak zbliżenie się do ideału, długiem wypieszczonego marzeniem, rozkrwawia serce i ustudza miłość... Uczucie to niezbadane, kapryśne, które tak dobrze Grecy na swój czas uosobili w postaci amorka, dzieciny, ma wszystkie piętna wieku który je wyobrażał. Goni i ucieka, tęskni i odwraca się na pozór bezprzyczynnie, w rzeczy jednak wedle pewnych praw stałych, które leżą w głębi najpłochliwszej czynności. Świat dzisiejszy wielce od dawnego postarzał i wtem i w wielu innych rzeczach. Znalazły się teorje na wszystko, na magnetyzm i na miłość, na kształcenie się gradu i kłótni kochanków; ale w praktyce stara to historja tysiącoletnia, jedna i taż sama od wieków! Mimo widocznego postępu, w poznaniu siebie ludzkość zastosować go jeszcze nie potrafiła do praktyki życia; postęp idzie zdaje się równolegle od rzeczywistości, nigdy nie przeskakując ze sfery myśli do sfery żywota czynnego.
Spytasz mnie może czytelniku, dla czego cię tem nudzę? niestety! odpowiedź byłaby trudna. Nie mamyż prawa przeplatać opowiadania swojego tem co myśl z niego wysnuje i nastręczy? Przypuśćmy żebym pisał powieść historyczną... do iluż to ustępów podobnych nabyłbym większego jeszcze prawa? A zatem nie gniewać się za tych słów kilka, ale jeszcze pokornie, podziękować należy, że ich tylko tyle.
Ale o czemże mówiliśmy?
A! wszakci o miłości, oddaleniu, dziwactwie tego uczucia, teorjach i życiu... Wierzcie mi, nie przyszło to bez obejrzenia się na powieść naszą. Oto właśnie dzień znowu pocztowy, którego otwarcie z utęsknieniem oczekują wszyscy, sam pan Bal tylko nie przyznaje się żeby za nim bardzo wzdychał. A jednak chwycił listy, pożarł je szybko, rozgrzał się niemi widocznie, rozdarł koperty gazet i brnie w doniesieniach Kurjerka przedstawujących mu żywo Warszawę, po której trochę smutku i żalu mu zostało... W początku udawał nawet obojętność na listy i doniesienia z rodzinnego miasta, niekiedy przychodziło do tego, że pół godziny zostawiał korespondencje nierozpieczętowane, żeby dowieść jak go niewiele obchodzą, a gromił żonę, córkę i syna za ich chciwą niespokojność nowin, teraz już sam nie może wytrwać by nie zasiadł zaraz do poczty, a trafia się że kilka razy spyta o nie nim przyjdzie.
Lizia, biedna wesoła i trzpiotowata Lizia, jakże uwiędła na wsi, jak zawiedziona posmutniała. Jestli to tylko odczarowanie czy innego rodzaju uczucie? Na oczy tak jasne i błyszczące nieraz się zjawia łza tajemna, której nikomu się nie zwierza, a wieczorem ile westchnień po Bielańskiej ulicy! Nawet ojciec postrzegł już że Lizia jest wcale inną, że ją nic nie bawi, nic nie zaciekawia, że poczty tylko oczekuje, choć z niej listów nie odbiera... Postrzegła matka tęsknotę, dziwi się jej, a że to uczucie zbliża ją do niej, czulszą się jeszcze stała dla córki.
Smutne to położenie biednej Lizi, która kocha może, niemogąc się ani przyznać do tego, ani zwierzyć nikomu... przed którą miłość ciągnie się szarym pasem daleko bez końca, jak droga w stepie, pusta i milcząca... Czasem zniecierpliwi się, oburzy i powie sobie: Nie! ja nie kocham! ja go kochać nie mogę! Toby była śmieszność! On nigdy nie będzie się śmiał zbliżyć do mnie, ja ku niemu nie pójdę, dzielą nas żelazne podwoje nieprzełamane... ojciec by nie pozwolił na to nigdy... To dzieciństwo! I wkrótce szepcze dziwaczna, słuchając bicia swego serca.
— Biedny chłopiec! Tak wielkie, cierpliwe, milczące i bez nadziei przywiązanie, nie zasługujeż choćby na trochę litości? miejmy litość, tem bardziej że sobie mamy trochę do wyrzucenia... Ten jego dziennik zawrócił mi głowę; po cóż było czytać dziennik cudzy, bez pozwolenia wyciągać go z torebki zamkniętej? Pan Bóg skarał za niepotrzebną ciekawość. Biedny chłopiec, jak on się tam nudzić musi na tej pustej Bielańskiej ulicy. Bardzo mi go żal! Ale czy wytrwa? O! przyznam się, gdyby mi znowu wpadł jakim przypadkiem dziennik jego w ręce... gdybym w nim wyczytała że się zmienił, że zapomniał...
Lizia domawiając tych słów, wstawała zaczerwieniona, a twarz jej rozgniewana dokończała, co nie dopowiedziały usta.
Stanisław chwyciwszy swoje listy pobiegł i zamknął się w swoim pokoju... długo tam siedział, marzył i już po trzy razy odczytał list Konstancji, gdy Lizia, która się spodziewała, że Strumisz do niego pisać musiał, weszła niby przypadkiem do brata. Na widok tego niespodziewanego gościa, Stanisław szybko schował list Konstancji i z za łez niedojrzałych jeszcze, w których mu oczy pływały, uśmiechnął się do siostry.
— Co ci piszą z Warszawy? spytała Lizia zręcznie tak poczynając zdaleka.
— Z Warszawy? a! z Warszawy, powtórzył przychodząc do przytomności Staś; zdaje mi się, że coś tam tak być musi jak na wsi, nikt nic nowego nie donosi, jedno i jedno.
— Nudni ludzie! ruszając ramionami, odparła Lizia, to pewno ten nieznośny Strumisz polenił się nawet napisać...
— O! uśmiechając się rzekł Stanisław, list jego aż nadto długi!
— Nadto? podchwyciła Lizia, i ty to mówisz?
— Jeszczem go nawet nie przeczytał.
— Nieznośny też z ciebie flegmatyk, nie mógłbyś mi go pokazać? Ojciec zagarnął wszystkie gazety, mama listy, aż mnie trochę żal i złość wzięła, że do mnie nic nie ma... muszę choć list tego nudnego twego Strumisza przeczytać.
— Ale nie wiele się z niego dowiesz myślę, rzekł Staś wyciągając jej ledwie rozpieczętowaną kopertę, musi pisać o handlu, o sobie...
— To nic nie szkodzi, chce mi się czytać — daj! To mówiąc Lizia, niby obojętnie pochwyciła list Strumisza, powoli wyszła z pokoju i biegiem poleciała do siebie. A serce jej biło.
Tymczasem Stanisław czwarty raz czytał list Konstancji.
— „Smuci mnie doprawdy, że wieś tak złe na panu robi wrażenie. Jak też to ktoś słusznie powiedział, że wszystko nosimy w sobie...
„Świat jest tylko ramą, na którą nabijamy płótno przez nas malowane. Czarny dla jednych, dla drugich różowy; jakim jest rzeczywiście, to Bóg wie tylko jeden, w koło którego korony schodzą się wszystkich barw promienie w wielką nieśmiertelną aureolę jasności!
„A! przepraszam, cóż za wysmażony aforyzm mi się wyśliznął, na Boga zaklinam, nie posądź mnie pan o jakie pretensje do literatury i stylu! ja tak literatek nie lubię. Na co nam żyć papierem, gdy możemy sercem? Jak widzisz pan, łapię się nieustannie na nieznośnem dogmatyzowaniu. Dosyć tego, przejdźmy do miasta naszego, o którem chcesz wiedzieć stroskany mój wieśniaku...
„Miasto jak kociołek, pod który kucharka ogień podłoży, wre i gotuje się nowem życiem, życiem zimowem. To jego pora, to jego młodość! Zewsząd wpływają weń nowe żywioły, nowy ruch, nowi ludzie... ulice pełne wrzawy, teatr pełen świateł, muzyka leje się i rozlewa aż na ulice... chcemy się bawić i być weseli. Co pouciekało z miasta do wód, na wieś, powraca teraz odświeżone, odmłodzone, stęsknione za swojem ogniskiem; co w niem nigdy nie było, przylatuje tu także skosztować, napić się, lub chociażby popatrzeć zdaleka.
„W ogólności dzielą się tu ludzie na dwie klasy, tych co używają i tych co im zazdroszczą. Miarkuj pan sobie, że i ja... i ja czasem się łapię na tym grzechu. Chwilka zapomnienia, radości, taka to droga i rzadka rzecz, że może niewinnie jej zażądać nie należy do siedmiu głównych?
„Dość powiedziałam panu, przyznając się że zazdroszczę, bo kto zazdrości ten nie ma... ja się nie bawię, ja tęsknię za tem właśnie co pana trapi i niecierpliwi. Za szumem lasów zimowym, za głuchą ciszą, za jakimś domkiem w pustem polesiu, na którego kominku paliłby się ogień olchowy, a około niego kółkiem siedzieliby... O! ci, których już nie ma na świecie! poczciwy dziaduniu mój i kilka cieniów przeszłości niezapomnianej nigdy! Jak tam musi być dobrze w spokojnem Zakalu, w którem się tak państwo męczycie!
„Znowu mi pan wymawiać będziesz, że nic mu nie piszę o mieście! Doprawdy! doprawdy nie mogę! Powinnibyśmy się pomieniać, pan byś mi pisał o mieście, ja panu o wsi, możeby to nas pogodziło z niemi? Wracam do pierwszego założenia, że świat takim się nam wydaje, jak my patrzym na niego. Rozważ to pan dobrze. Zdaje mi się, że i cała tajemnica szczęścia ludzkiego w tem się zdaniu zawiera, trzeba jej tylko dobrze w niem poszukać.
„Krombachowie całą rodziną zdrowi i weseli, codzień się więcej przywiązuję do nich, zacni, poczciwi ludzie! Nie wiele jest doprawdy tak silnie złączonych familij, któreby potrafiły ciągłemi ofiarami, nie pokazując ich po sobie, wyżyć tuż przy sobie i ważyć pogodnie a szczęśliwie. Patrzę na to, uczę się i szanuję tych ludzi! Co za słodycz charakteru, co za przywyknienie do poświęceń! Wszyscy a wszyscy pięknie się panu kłaniają; wielu tu i często pytają o państwa. Różne dochodzą nas wieści... wiele w nich przesady. Mówią już u nas, że pan Bal kupił zamek na lodzie, który się rozpłynął nim do niego dojechał. Pytałeś mnie pan o starego Zrębskiego, dowiadywałam się, kupił wioseczkę w Płockiem i wyniósł się z Warszawy.
„Drżę ciągle ze strachu, żeby to zbliżenie się do hrabiego nie przypłacić było trzeba nową jaką klęską. Nienawidzę tego człowieka jako zabójcy mojego dziada, znam go tak dobrze! obawiam się tak bardzo! Dla czego pan milczysz? mężczyzna powinien mieć więcej odwagi...“
Lizia tymczasem odczytywała list Strumisza, który chwyciła, korzystając z roztargnienia Stanisława. Nie spodziewał się on, żeby w nim co takiego być mogło, czegoby nie mógł dać siostrze; nie domyślał się jej uczucia, nie przypomniał jak ono odrobiną karmić się umie. Ziarka mu dosyć gdy głodne, świata mało gdy się nasycić zechce.
List Strumisza do przyjaciela był następujący:
— „Kochany Stasiu! Wiele też to tysięcy lat jakeście wyjechali z Warszawy! Nie wiem, ale to pewna, że jak Mahometanie od Hegiry, ja liczę od wyjazdu wszystko, a zdaje mi się, że wieki upłynęły od pożegnania na Pradze. O! jakież tu pustki! fraszka te, na które ty narzekasz! Jesteście razem, całem kółkiem, nikogo wam nie braknie, nie tęsknicie za nikim, zabraliście świat swój z sobą i nic, nic prócz murów zimnych, przeraźliwą wiejących pustką nie pozostawiliście. Dom wasz straszy mnie jak te zamki stare w bajkach, w których także nic innego tylko przeszłość straszyła. Jeszcze w dzień jest praca, zajęcie, to odbiera jeśli nie ból serca, to przytomność; ale wieczorem, gdy wszystko się rozbieży po kątkach, zamkną bramy, zapalą latarnie, kiedy się długie cienie rozsuną poczwarnie, ciemność i cisza cisną okropnie... spoglądam w okna pierwszego piętra.... ciemno! ciemno! nikogo w twoim pokoiku... pusto.... na tych gruzach sam jeden jestem tylko.
„Nic nie przesadzam kochany Stanisławie, ale mi bardzo smutno, straszliwie tęskno, i trzeba doprawdy mego przywiązania do was, żeby tu wytrwać na stanowisku.
„Nie raz żal mi że nie umiem się pocieszać i rozrywać jak drudzy. Knajpy mi wcale nie smakują, w książce czytam nie to co pisano, ale to co myślę... Próbowałem pójść na teatr... pełno lalek a z ludzi nikogo — uciekłem. Od waszego wyjazdu po ulicach nawet lalki tylko chodzą, które pouciekały oczewiście od perukarzy i udają że żyją. Wściekle czasem rzucam się w morze rachunków, ułamki, sprawdzania, kontrole... utonąć w nich nie mogę. Kiedyż bo przyjedziecie i przywieziecie mi życie z sobą?
„Doprawdy, czasem tak zły bywam, że wam życzę najstraszniejszych nud, zawodów, kłopocików, któreby was nareszcie wypędziły do Warszawy.
„Piszesz mi że powinienem sobie wyszukać rozrywki, towarzystwa, ludzi!
„Nie znasz chyba tych chwil i położeń, w których wielkie przywiązanie do jednych, rodzi wstręt do wszystkich innych. Szacuję bardzo cały rodzaj ludzki, ale mnie on nie bawi jakoś; w towarzystwach szukam was tylko. Źle to żem się tak przywiązał, sam czuję teraz. Do czego się to zdało? sługa powinien być sługą tylko... co by to był za kłopot gdyby każde narzędzie wzięte do ręki, do dłoni ci przyrosło? Macie coś podobnego ze mnie... Gniewam się na siebie... Ale sierota i włóczęga, samiuteńki jeden na szerokich obszarach świata, szukam sobie czegoś, żeby się przytulić i spocząć. Od dzieciństwa żyłem tylko litością ludzką... jest to wprawdzie miłości siostra czy córka, ale to jeszcze nie miłość! Daruj mi Stasiu te fantastyczne frazy i nieporządne zwierzenia, ale doprawdy bardzo mi za wami tęskno.
„Straty o których mi donosisz, były dla mnie przewidziane, to jeszcze jedna z najmniejszych rzeczy; będziemy się starali tutaj tak gospodarować abyście ich nie uczuli. Tylko powróćcie.
„Słyszałeś kiedy o starym poczciwym Murzyńskim, który dostał się w spadku ojcu twojemu po dziadzie, a umarł nie wiem w wielu parach okularów nad księgą handlową, wyobrażam sobie że i ja kiedyś, jeśli okularów dożyję, jeśli mnie nie wypędzicie, w kątku waszego domu, pilnując dobra waszego, życie skończę. Jak kot przywiązałem się już nawet do Bielańskiej ulicy i do waszego domu... Tej izdebki w której mi tak tęskno, nie zmieniłbym na pałac Krasińskich.“
Lizia czytała, podniosła oczy z których się najniepotrzebniej dobyła łezka srebrna śliczniutka, czysta, poczciwa, warta by ją Bóg w perłę przemienił, i zobaczyła nad sobą stojącą matkę, która już od kilku minut wpatrywała się tak w zaczytane dziewczę z uczuciem litości i niespokoju.
— Co to jest? Liziu! co ty czytasz i kto do ciebie pisał?
— Do mnie? wstrzęsło się dziewczę, do mnie nikt mamo!
— Cóż to za list...
— To list... jest to list... zaczęła zafrasowana, żartem, przez ciekawość wzięłam go od Stasia...
— Widzę to list Strumisza, ale czegożeś się rozpłakała?
— Ja? żywo oczy ocierając zawołała z uśmiechem niezręcznym Lizia.
— Ty, moje dziecię, tak! ty...
— Ale czyż ja płakałam? tak się mamie zdawało.
— Liziu! wierz mi, ja jeszcze doskonale widzę!
— Dzieciństwo! nie wiem! taki bo ten list tęskny, smutny, a ten Strumisz śmieszny!
— Śmieszny, tak że cię do łez rozczulił?
— Nie godzi się tak chwytać za słowa.
— Nie godzi się nie mówić prawdy matce...
— Ale cóż miałam powiedzieć? żywo odparła zmięszana Lizia, Strumisz popisał dzieciństwa.
— Na cóżeś je czytała?
— A! jakże mamo! wszyscy odebrali listy, ja tylko żadnego, Staś się musiał ze mną podzielić.
Matka ruszyła ramionami z uśmiechem, a rzut oka na łagodny wyraz jej twarzy przekonał Lizię, że pobłażającego będzie miała w niej sędziego.
— Cóż on tam takiego pisze? doprawdy, odezwała się z lekka wysuwając list z rąk Lizi pani Balowa, jestem trochę ciekawa.
— Dzieciństwa...
— Jeżeli ci wolno je było przeczytać, czemuż nie mnie także?
I matka rzuciwszy jeszcze raz okiem, co wszystko odgadło, na Lizię, usiadła do listu Jana... Córka zarumieniona poczęła się przechadzać spoglądając na nią i czatując na wrażenie jakie list zrobi; spodziewała się łez w oczach matki także i nadzieja jej nie zawiodła.
Długo z przybraną powagą i surowością czytała matka, potem powoli nabrzmiały jej spuszczone powieki, zatrzęsła się ręka i łza tajona, wstrzymywana, upadła na tęskny list młodego chłopca.
— Mamo! zawołała Lizia klaskając w dłonie i podbiegając ku niej, rozgrzeszyłaś mnie, widzisz! samaś się rozpłakała.
— Ja? spytała z kolei matka.
— O! łza nawet na list upadła! mam dowód.
— I nie taję się z nią. Liziu! mnie tak tęskno za Warszawą, z tak ścieśnionem wyjeżdżałam sercem, ale ty coś tak wesoło żegnała rodzinne miasto, a tak trzpiotowato uśmiechała się do wsi.
— Wieś mi się nie wypłaciła wcale za moje dobre ku niej chęci, udając wesołość odpowiedziało dziewczę. — Niechże mama sądzi, za co ją tu kochać? za pana Porfirego? za pana Zmorę? za Sulimowskich? czy za Dankiewiczów? Jak żyję, tyle razem nie widziałam śmieszności i dziwolągów. Jeszcze gdybym choć miała to szkiełko, przez które ojciec patrzy na wszystko co go otacza, upatrując wszędzie cnoty, blaski, nimbusy. Szkiełka tego widać zapomniałam w Warszawie.
— Więc ten list, przerwała matka, nie dając się oszukać wesołości przybranej, ten list taką w tobie obudził tęsknotę za Warszawą.
— Taką tęsknotę? powtórzyła Lizia rumieniąc się.
— I trochę żalu może.
— Żalu, dla czego?
— Jużcić musiałaś i biedaka Strumisza pożałować! żartobliwie dodała matka.
— Ot! nie wiem! zamyślając się poczęła Lizia doskonale udając mowę, ale rumieniąc się co chwila. — Strumisz jest na kupczyka zanadto uczuciowy, trochę śmieszny!
— Dla czegoż uczucie miałoby być śmieszne? spytała matka...
— Ja tam nie wiem, tak mi się to wydało.
Podano herbatę, wszyscy się zeszli do saloniku.
Po twarzach poznałbyś że to był dzień pocztowy... tak rozjaśniały je odebrane listy i pisma. Pan Bal choć się niechętnie do tego przyznawał, weselszy był niż kiedykolwiek, wstąpiła w niego nadzieja, odwaga, wiara, które go opuściły na chwilę. Stanisław milczący chodził z rumieńcem na twarzy, ściskając co raz list złożony na piersi by się przekonać że go nie zgubił.
Parciński w milczeniu pił herbatę, rzucając okiem po otaczających i nie śmiejąc się odezwać, żeby marzeń które widocznie latały po czołach nie przerwać.
Nakoniec pan Bal zatarł ręce i sam rozpoczął rozmowę, ale dziwnie poplątaną. Chciał i silił się mówić o Zakalu, o swojej wsi ukochanej, a co chwila zwracał się ku miastu i powtarzał to nowinki z Kurjerka, to wiadomości z listów. Widocznie męczył się z sobą, wymawiał sobie słabości i podołać jej nie mógł.
Parciński dobrodusznie się uśmiechał.
Przeznaczeniem było Zakala, żeby w niem chwili spokojnej nie zażył nowy dziedzic; właśnie gdy się najweselej rozgadał, służący wniósł list.
Zachmurzyła się twarz kupca, westchnęł i rozpieczętował, a rzuciwszy nań okiem, pokiwał głową, zdawał się namyślać i wziął Parcińskiego do okna.
— Panie Tomaszu! rzekł, Dankiewicz prosi mnie o pożyczenie pieniędzy.
— Zgadłem, rzekł plenipotent, to przyjść musiało niechybnie! byłem tego pewny.
— Mam mu pożyczyć?
— Jabym nie dał.
— Dla czego? nie odda?
— Najprzód, że nie odda, powtóre, że raz pożyczywszy, nudzić będzie nieustannie; odpisz pan, że niespodziane wydatki i spodziewane jeszcze wypłaty nie dozwalają mu tej sąsiedzkiej dopełnić przysługi. Odpisać trzeba bardzo grzecznie.
— Zawsze się pisze bardzo grzecznie, rzekł pan Bal, ale nie będęż miał nieprzyjaciela?
— A jak pan pożyczysz a dopomnisz się, gorszego jeszcze zyszczesz wroga!
— Hm! i to prawda.
— Dasz jednemu, dziesięciu się zjawi łakomych na grosz, nie opędzisz się od nich.
— Więc nie dawać!
— Zdaje mi się.
— Nie bój się pan, rzekł śmiejąc się i odchodząc kupiec, odpiszę bardzo grzecznie, nie uchybię.
Grzeczność była wcale na ten raz nie skutecznym plastrem; choć mówią, że nią przesadzić nie można, ale i to pewna, że na niewiele się przyda.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.