Złote jabłko/Tom III/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

W parafjalnym kościele.

Kościołek parafjalny w najbliższem Zakala miasteczku, z drugiej strony Horynia, stał na wzgórzu piasczystem, osadzony kilka sosnami i brzozami, które pomimo nieżyznego gruntu bujno się rozrastały. Była to niepozorna skromniutka budowa, murowana wprawdzie ale ledwie parafjan mogąca w sobie pomieścić. Za wzór jej służyły kościołki jakich w kraju naszym mnóstwo, z kopułką na środku, z dzwonnicą na cmentarzowym murze, z wieżyczkami po bokach nizkiemi. Do koła rozciągał się cmentarz, który dawniej służył za miejsce pogrzebu, a dziś tylko do procesji na Boże Ciało. Kilka wklęsłych mogił, kilka płaskich kamieni i spadzistych krzyżów świadczyły o miejscach spoczynku.
Wewnątrz była to wiejska świątyńka, którą ja wolę od wielkich kościołów po miastach; tam Bóg w całym majestacie, tu z całą swą nieprzebraną miłością. Nawet niesmak przystrojeń jaskrawych, nawet niezgrabne chorągwie i obrazy samem malowane uczuciem, bo w nich ani rysunku, ani barwy nie znajdziesz, mają wdzięk pewien dla mnie. Te szklanne paciorki przy ołtarzyku przenośnym, wstążki i lnem pozwiązane świece żółte są tak gorącego nabożeństwa ofiarą. Często w najniezgrabniejszym obrazku błyska myśl głęboka, której ręka nie podołała, którą wydała na świat ułomną ale żywą, gdy w obrazach uczonych malarzy zimne i bez myśli naśladownictwo ostygłych dawno wzorów.
Tu jeszcze schroniła się stara poczciwa nabożność, która nie potrzebuje rozumowania, żeby się na niem jak kaleka na kulach oparła.
Przejdźmy po tym pustym kościołku, w którego ławkach z jednej strony siedzi trzech mieszczan w kapotach taśmami oszytych, z drugiej cztery mieszczanki dyszkantem szczerym choć krzykliwym wywodzące Zawitaj Pani światów!
Nie ma tu kroku na którym byś nie znalazł śladu myśli lub uczucia, piętna niedoli ludzkiej lub uśmiechu ocalenia. Te wyklęczane wschodki pod presbyterjum, ilu grzeszników pocieszonych stopami były dotknięte! Ten krzyż drewniany, któren ubrano w wieńce dziś zeschłe, tak się już otarł pod dłoniami pobożnych krucyferów! W starym konfesjonale ile łez oschło i strapień zniknęło! A też świecące ex vota, nie sąż całą historją wielu pokoleń, których wdzięczność przeżyła i boleść i pociechy?!
Wszystko to naiwną wiarą uśmiecha się jeszcze; lubię i tę pobożną grę, która wisi u drzwi przy kropielnicy, i ten straszny czyściec, który cię zniewala do westchnienia za dusze zmarłych.
W wielkim ołtarzu wisi czarny krwią oblany krzyż Chrystusów, a na nim Pan świata i Pan boleści skłonił głowę cierniem oplecioną, przykrytą koroną. On umiera jeszcze codzień jak umarł na Golgocie. I nad głowami twojemi ten sam krzyż powtarza się na tęczy, ale tu nie sam Chrystus jak w ołtarzu, tu wszyscy co mu zostali wierni w męczeństwie: matka, uczeń ukochany i wielka grzesznica.
Na lewo, w każdym kościołku i tutaj znajdziesz ołtarz Matki Bożej, a przy nim, koło niego, co ofiar, co kwiatów, co strojów! Przez serce macierzyńskie wszyscy drogę czują do syna. Na starym obrazku poważne, smętne, czarne przegląda oblicze Marji, jak gdyby malarz przedstawiając ją nie we wdzięku młodości, ale w majestacie męczeństwa z dzieciną Boską na ręku chciał wyrazić, że do końca była tylko matką.
Z drugiej strony w habicie grubym klęczący przed Jezusem dzieciątkiem goreje miłością święty Antoni. Zbywało malarzowi na nauce, ale uczuciem ją zastąpił, i nad tym pokornym, ubożuchnym zakonnikiem świeci korona, zdobyta poświęceniem dobrowolnem.
Do koła masz stacje męki pańskiej i świętych od ludu ukochanych: Stanisław z Piotrowinem, Wojciech z włócznią i wiosłem, św. Mikołaj z dzieciątkami, św. Erazm z okropnym swego męczeństwa obrazem. Oto jeszcze św. Anna z dzieciną... Ale któż wyliczy co tam pobożne pozawieszały ręce? Tu i owdzie wyczytasz nagrobek na ścianie, pokaże się ponsowy żupan fundatora, czarne zasłony jejmości... Nad ławkami stoją rzędem chorągwie, a na nich znowu obrazy i cyfry i daty ofiary. Z jakiem to uczuciem pierwszy raz chłopię dorosłe odmyka klamrę żelazną, mając za zgodą starszyzny dźwignąć to godło zwycięstwa!
Maleńki organ wygląda na chórze ze swemi aniołkami trochę roztrzepiotanemi, którym czas skrzydła połamał. Niżej te stosy desek, te piramidy czarne, to przybór pogrzebowy, który tylu już trumnom towarzyszył, tyle ich jeszcze dźwignie. Każda kropla wosku co na nim stężała, wygląda mi jak łza ludzka... Dwie myszki uwijają się wesoło po katafalku jak w domu.
Na cmentarzu już się lud gromadzić poczyna, obsiada do koła kościołek, czekając mszy i po cichu wiodąc rozmowę. Dzionek jakby umyślnie trochę przyniósł ciepła i jesienne słoneczko przygrzało na pożegnanie. Nie jeden z tych co tam wesoło gwarzą, już go na wiosnę nie zobaczy.
Powoli jednak kościołek napełniać się zaczyna, wchodzą pobożniejsi, zajmują miejsca zwykłe, w ławkach, na katafalku, pod konfesjonałem, przy ścianach i stacjach.
Dzwony zaczynają się rozlegać, jeden, dwa, trzy, uderzyły wszystkie razem, rzekłbyś że śpiewają ochotnie chwałę Bożą nim ją ksiądz z ludem u ołtarza zanuci. Ustały chwilę i rozkołysały się znowu, aż nareszcie widać po drogach wiodących do miasteczka tumany pyłu, powozy i bryczki.
Pierwsi państwo Hurkotowie stają przed bramą, obejrzeli się że jeszcze powozu nie ma żadnego i jegomość ścisnął żonę za rękę. — Do pierwszej ławki! do pierwszej ławki! żywo! chwała Bogu nie uprzedzili nas. Z podsędkiem oprócz żony przybyły dwie córki, starsza wysmukła panienka, ale bardzo nieładna, i młodsza, z której pucułowatej twarzyczki nic jeszcze wróżyć nie można. Powóz usunął się na bok, a państwo zajęli szczęśliwie całą pierwszą ławkę po prawej ręce i tak się rozsiedli, że więcej się już tam nikt nie zmieści.
Zaledwie się to stało, trzy razy słychać powtórzone z bicza klaśnięcie, pędem leci stary koczyk zielony, cztery konie kasztanowate w krakowskich chomątach, liberja spłowiało-migdałowa, a płaszcze o sześciu pelerynach. To państwo Dankiewiczowie.
— Spóźniliśmy się! zawołała z domu Kościńska, są już Hurkotowie, pierwsza ławka zajęta.
— A jednak tego osła Piotra pędziłem jak mogłem, żeby nie marudził, rzekł zżymając się Dankiewicz. Siadaj duszko po lewej ręce w pierwszej...
— To mi wszystko jedno! poważnie odezwała się pani, choć widać że nie było jej zupełnie jedno gdzie usiądzie: pilnuj tylko żeby lada kto do nas nie wlazł, bo niemiła rzecz, jak ta stara szlachcianka pod bok mi się wścibi, a tak ją czosnkiem słychać...
— Jeśliby oni przyjechali, dodała z przyciskiem, ustąpisz damom i puścisz je do mnie.
Dzwony dzwoniły jeszcze, a bryczki szlacheckie zajeżdżały żywo i lud cisnął się już do kościoła: ławki się coraz zapełniały; kilku mężczyzn, na których czele pan Porfiry w pysznym płaszczu hiszpańskim, podbitym manszestrem udającym aksamit, zastanowili się u furtki, ciekawość trzymała ich tu przykutych; pan Teofil Zmora w paltocie, Jaś Pancer w kruciuchnym surduciku dziwnie z siwemi włosami sprzecznym i Hubka w pospolitym płaszczu, ale ze lśniącego granatowego sukna, składali to gronko.
— Coś nie jadą, rzekł pan Zmora, niecierpliwiąc się, przyznam się panom że nie bardzo lubię stać na podwórzu i wilgoci nie wiedzieć dla czego... a jednak dla ich towarzystwa dotrzymuję... Ci państwo mieliż być pewnie?
— Ale jakże! zawołał żywo Porfiry zarzucając róg płaszcza na ramię, i drapując się przepysznie, jestem najpewniejszy tego, mam swoje wiadomości... konie i powozy kazano przygotować, wszyscy mieli przyjechać.
— Jużby być powinni, śmiejąc się rzekł Hubka.
— Jedenasta przeszło, dodał Jaś dobywając zegarka który miał w kieszonce na piersiach.
— Zaraz będą, zobaczycie, rzekł Szaławiński...
— Otóż jadą!
— Jadą! — Jadą!
Powtórzyli wszyscy i oczy zwróciły się z ciekawością niewypowiedzianą na drogę, wśród której widać było prześliczną karetę państwa Balów i świeży ich kocz wiedeński; w pierwszej jechali państwo sami z córką, w drugim Parciński ze Stanisławem.
Jak tylko zajrzeć ich mogli ci panowie, rozpoczęły się sypać uwagi i postrzeżenia, a każdy ukradkiem coś około siebie poprawił, nawet Hubka płaszcz spadający mu z ramion nasunął i czapkę przegiął na bok dla dodania sobie fantazji. Porfiry starał się być bliżej furtki, chcąc korzystać ze znajomości i pierwszy ich powitać.
— Ekwipaże przepyszne! rzekł Pancer, prześliczne! konie ładne! o! do kata! jakże się szkapy i niedobitki Danglowskie przy tych świecidełkach wydadzą? Co powiedzą Hurkoty i Dankiewicze?
— Trzeba przyznać że i powozy i zaprzęgi smakowne... dodał Zmora.
— Kareta najmniej 300 czątych kosztować musiała, mruknął Hubka.
Porfiry układał tymczasem powitanie i milczał pracując nad frazesem, którym miał państwa Balów u furtki przyjąć.
Zmora z niejakim niepokojem myślał, czy pozostać w tem towarzystwie, czy nie kompromitując się niem wysunąć do kościoła, ale ciekawość go do ziemi przykuła. Powozy co chwila się zbliżały, coraz nowe wywołując uwagi, nareszcie zatrzymały się przed furtką.
Kto kiedy z was mili czytelnicy, wchodził pierwszy raz w nieznane sobie towarzystwo tłumne, i jak zawsze prawie bywa, w początku nieprzyjazne, wie co doznaje człowiek przechodząc przez rózgi spojrzeń, przez egzamen szyderski mnóstwa oczów skierowanych by w nim wyszukać śmieszności.
Państwo Balowie mniej może doznali tu wzruszenia, bo nie przekonali się jeszcze jaka jest różnica towarzystwa wiejskiego od społeczności miejskiej, a tłum był dla nich rzeczą codzienną, nie nową. Ale inna to była pokazać się w mieście, inna tutaj gdzie od guzika sługi do trzewika pani wszystko baczne oko próżnujących wieśniaków obejrzeć musiało. Im bardziej uderzał od razu powóz, konie, ludzie, zamożność, tem głodniejsza budziła się ciekawość, a w chwili gdy z trzaskiem rozpadły się stopnie karety, oczy wszystkich stojących na cmentarzu utonęły wewnątrz powozu.
Hubka tak się zapomniał że usta otworzył naiwnie, Porfiry stał gotując swój komplement; Zmora ukłuty w serce przepychem przybyszów, powtarzał sobie w duchu, kupiec! kupiec! tak! stare rody upadają, nowe na scenę wychodzą.
Ale już Bal z rozjaśnioną twarzą, wesół, ciekawy, szczęśliwy wytoczył się z powozu by podać rękę żonie, przyskoczył widząc to pan Porfiry, z kocza przypadli Stanisław i Parciński, całe towarzystwo stało przed oczyma ciekawych, mignęło i znikło wewnątrz kościoła.
— A co? od drzwi powracając, zawołał pan Porfiry, albom przesadzał?
— Panna ładna! rzekł Zmora, matka ma poważną powierzchowność, ojciec trochę śmieszny, przypomina kupca! a taki uśmiech dobroduszny! pojąłem zaraz jak go Sulimowski ociął.
Jaś Pancer dodał kiwając głową:
— Panna śliczniutka, ale to dziecko prawie; co za pańskie przybory, powozy, ubrania... i ten młody panicz... ma bardzo przystojną minę.
Hubka tylko pomruknął:
— Worek musi być tłusty!
Jeszcze raz rzuciwszy okiem na konie, ludzi i karety, na której herbik Gozdawę dostrzegł Zmora, wszyscy się ruszyli do kościołka... Tu także wnijście państwa Balów wielkie zrobiło wrażenie, ciągle się oglądano na drzwi, a klask z bata i szelest u wnijścia, Hurkotów i Dankiewiczów obrócił mimowolnie... Pierwsi mieli uśmiech niespokojnego szyderstwa na ustach, drudzy wyraz chciwej ciekawości.
Pani Balowa przywykła w mieście poszukać sobie bliżej ołtarza spokojnego kątka do modlitwy, wprost minąwszy ławki i nie zaglądając nawet do nich, posunęła się aż do kratki oddzielającej prezbiterjum i tu z córką uklękła, Bal, z resztą męzkiego towarzystwa, wsunął się na ostatnie miejsca, milczkiem i po cichu...
Nic w tem wszystkiem nie było nadzwyczajnego, ale Dankiewiczowie i Hurkoty żywo szeptać zaczęli.
— Poradziła sobie, rzekła z gniewem podsędkowa — wielcy państwo! nie dobre im ławki, zostawują je dla nas, sami się aż pod ołtarz cisną! Nie raczą mięszać się z nami biedakami.
— Przecież widzieli że tu jest miejsce, odezwała się pani Dankiewiczowa z domu Kościńska... podobało im się być na przodzie...
— A co za stroje! co za atłasy i koronki!
— Ubrały się umyślnie do kościoła żeby nas wszystkich zakasować, szeptała podsędkowa, fe! fe! próżność taka! i gdzie? w kościele.
— Panienka przystojna, rzekł Dankiewicz...
— Tak sobie... zgrabna kawiareczka, dumnie odpowiedziała żona.
— Uważałaś serce, dodał Hurkot... że on sam, ten okrągły człowiek i syn siedli w ostatniej ławce? I to nie bez myśli. Ani się posunęli wyżej! to nie bez myśli. Chcą nas upokorzyć widocznie.
Szczęściem ksiądz wyszedł i rozmowy przytłumione zostały śpiewem lub pozorem nabożeństwa, chociaż z książek latały wejrzenia na nowo przybyłych, niespokojne, zazdrośne.
Poczynała się suma, gdy trzask z bata i tentent zajeżdżającego ciężkiego powozu przerwały uwagę parafjan, skazanych dnia tego na roztargnioną modlitwę. We drzwiach powstał szum wielki i z powagą wtoczył się hrabia Sulimowski z hrabiną i starszą córką.
Było to zjawisko rzadkie, bo kościołek ten nie miał zwykle szczęścia posiadania tych państwa; widocznie przejeżdżali tylko i wstąpili. Hrabia zapięty w długim migdałowym angielskim surducie, wyprężony, im trudniejszy miał pozór tem majestatyczniejszą robił minę, jakby wszystkich hurtem chciał protegować; hrabina była to chuda, trochę garbato się trzymająca kobiecina, skromnie ubrana, w ostatki dostatków, blada i przygnębiona; córka, słusznego jak ona wzrostu, bardzo przypominająca rysy ojca, ale wcale pomimo to przystojna, śmiała i jak on, po pańsku weszła za hrabiną. Znalazły one miejsce przy Dankiewiczach, bo im zaraz ustąpił sam pan, a hrabia oparł się o ławkę i w postawie rozmyślającej, jedną rękę na piersi złożywszy, pozostał przez mszę całą. Służący hrabiów w starej, ale wyherbowanej liberji, przyniósł książki i stanął za panami.
Państwo Hurkotowie, Dankiewiczowie, wszyscy oglądali się niespokojnie ubiegając o przywitanie hrabiów, dosyć im skąpo wydzielone. Zmora przystąpił do kuzynka i kilka słów poszeptali z sobą. Poczem Sulimowski odwrócił się w stronę pana Bala, uśmiechnął i z niesłychaną uprzejmością kupca pozdrowił.
— Mamo! to ci państwo! szepnęła córka do matki, rzuciwszy okiem ku kratce.
— Zmiłuj się, nie przypatruj się im bardzo! szepnęła hrabina.
Jeszcze ksiądz nie wyszedł na kazalnicę, gdy hrabia ze Zmorą korzystając z poruszenia przy wstawaniu, znikli z kościołka tak zręcznie, że nikt się nie obejrzał, gdzie się podzieli.
Oba wyszli na cmentarz i tu oparłszy się o mur, cichą poczęli rozmowę. Pan Teofil Zmora był bardzo bliskim kuzynkiem hrabiego, bo rodzona jego siostra była matką pana Teofila. Dawne ich stosunki majątkowe poróżniły były na chwilę, ale lata zatarły wrażenie i żyli z sobą dobrze, choć niemniej dobrze się znali.
— Cóż tu robisz? zapytał pan Teofil, chyba przypadkiem jesteś w naszym kątku?
Hrabia się uśmiechnął trochę tajemniczo.
— Tak, rzekł, jadę... jadę do drugiego majątku.
— I nie raczyłeś hrabio wstąpić do mnie?
— Jakże chcesz? z przeciwnej strony jadąc?
— Więc wstąpisz?
— Zobaczymy, chciałbym szczerze.
— Między nami mówiąc, podchwycił pan Teofil, mógłbyś mi zrobić wielką przysługę.
— No! cóż takiego? byle nie pieniądze.
— Czyżbym o nie hrabiego prosił?
Hrabia się rozśmiał szerokie usta stulając po swojemu. — No! cóż?
— Nie wiem czy mi się na co przyda, ale cóż to szkodzi? Chciałbym z nowemi panami Zakala zrobić znajomość; wolałbym żebyś ty mnie hrabio zaprezentował niż kto inny i jako kuzyna.
Hrabia mrugnął jednem okiem.
— Ha! już masz projekcik?
— A ba! nie taję się z tem, przyszło mi to na myśl, gdym dziś zobaczył panienkę. Czas przecie skończyć!... Sądzę że ci państwo, gdyby im się piękne połączenie trafiło, daliby dobry posag, panna wcale ładna, ludzie przyzwoici.
— Żebyś wiedział co u nich za przepych! dodał Sulimowski kręcąc głową.
— Nie stałoby go wkrótce, jakby zaczęli Zakala kupować.
Hrabia się zmarszczył.
— Na honor nie rozumiem co wy sobie myślicie, to majątek za psie pieniądze sprzedany!
— No, no, dajmy temu pokój. Ale mnie hrabia zaprezentujesz?
— O i owszem, jeżeli nam z kościoła nie uciekną. Wszak jest i syn? spytał cicho.
— Syn? a jest! przystojny młokos i wytresowany. Wtem parsknął Zmora. — Ba! zakrzyknął, macie także myśl jakąś; ho, ho! rozumiem, przywieźliście mu Łucją pokazać.
— Co za idea! ofuknął hrabia.
— Nie zła, gdyby tylko jedne miał Zakale nawet. Ciężkie teraz na panny czasy, a jest ich trzy u hrabiego.
Sulimowski westchnął.
— No, mówmy szczerze i pomagajmy sobie po kuzynowsku, kończył Zmora, ty mnie do panny, ja wam do chłopca; mogę się z nim poznać... poprzyjaźnić... przywieść go wam.
Z uśmiechem skrzywionym biorąc za klapę paletotu Teofila, hrabia rzekł mu na ucho: — Dobrze! zgoda! ale sza! rzeczy się dziś powinny tak robić żeby nas poznano, nie żebyśmy się im nastręczali. Jegomość próżny bardzo, ma się za potomka Balów z Balogrodu, kolligacja z nami niesłychanie mu pochlebi... A bogaty! adwokat mój mi mówił, że go na kilka miljonów rachują. Zakale dzieciństwo! pozwolę je oddać w posagu, byleby nam przyszły kamienice w Warszawie.
— A więc hrabio pomagajmy sobie i baczność!
— Nadewszystko nie psuć rzeczy pospiechem, a zręcznie, powoli.
Zmora się nieco zastanowił.
— Ale hrabio kochany, rzekł po namyśle, czyż ci on tej sprzedaży nie ma za złe? pewny jesteś?
— Mój drogi, odparł dumnie Sulimowski, bądź pewien że umiem robić co robię, a on czuje jeszcze żem mu wyrządził łaskę, musi mi być wdzięcznym.
— Prawdziwie to sztuka.
— Chodźmy do kościoła....
To mówiąc wcisnęli się powoli i stanęli na swoich miejscach, czekając końca nabożeństwa i pilnie oko zwracając na Balów, żeby się im nie wymknęli.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.