Złote jabłko/Tom II/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.

Gospodarstwo. — Kłopotarstwo.

Zdziwił się mocno pan Erazm, gdy mu zaraz w progu znać dano, że jakiś urzędnik który z południa przyjechał, czekał na niego z pilnym interesem na folwarku.
Jakkolwiek zmęczony, musiał wyjść do saloniku i posłał go prosić: po dobrym kwadransie niespokojnego oczekiwania wsunęła się figura zapięta w surdut, który niegdyś mundurowym się mógł nazywać. Twarz ospowata, oczy kose, cera blada, nos zadarty nieprzyzwoicie, ruchy niezgrabne, nie dobrze o tym jegomościu uprzedzały, choć z niepospolitą powagą się prezentował. Mina jego chciała być urzędową, zastraszającą, groźną i tajemniczą.
Pan Bal skłonił mu się pierwszy, to jeszcze nadęło przybyłego, który ledwie oddawszy ukłon, zaprezentował się ochrypłym głosem:
— Jestem pomocnik tutejszego stanu...
Bal ani stanu, ani jego pomocnika nie rozumiał, zrobił wielkie oczy, ale udał że wie o co chodzi.
— A! rzekł, cóż pan każe?
— Pan dobrodziej nowy dziedzic? spytał przybyły.
— Tak jest.
— Pan Bal?
— Tak jest.
— Erazm Bal?
— Tak, Erazm Bal.
— A! pomocnik brodę pogładził, podparł się na bok, zamyślił...
— Pozwoli pan pomówić z sobą na osobności?
— I owszem.
— Są ważne interesa rządowe.
Pani Balowa i Lizia cofnęły się do drugiego pokoju, gospodarz poprosił siedzieć pomocnika, który się rozparł i zamilkł, usiłując widocznie przestraszyć milczeniem z góry.
Pan Bal oczekiwał zapowiedzianych spraw ważnych.
— Pan dobrodziej zna urządzenia nasze? zapytała w końcu tajemnicza figura.
— W ogólności znam niewiele prawa tutejsze, ale wszelkim rozporządzeniom rządowym gotów jestem zadosyć uczynić.
— Pan wie jakie na dziedzicach ciężą odpowiedzialności?
— Nie wiem panie, ale się nauczę.
— Jeżeli pan nie jest z tutejszą manipulacją oswojony, cóż to będzie? kto pana zastąpi?
— Postaram się o kogoś.
— Tak, ale teraz... są sprawy nie cierpiące zwłoki.
— Niechże pan będzie łaskaw powie mi co?
— A, zaraz! są sprawy, są wielkie sprawy! są, o są! Właśnie tu plik papierów przyniosłem... jest wiele!
Tu pomocnik rozpiął mundur, wysypał na stół plikę papierów i począł w nich szukać. — Najprzód, odezwał się, sprawa o przetrzymanie Petra Sokolniczyka, włościanina ze wsi Piwarowa, klucza książąt Radziwiłłów, którą kazano prześledzić.
— Któż to ma prześledzać.
— A to ja!
— Więc to się mnie nie tycze.
— Przepraszam pana, odparł pomocnik, bo jeżeli się okaże że włościanin był przetrzymany w Zakalu, to sztrofy wyniosą do tysiąca rubli.
— Ale cóż ja teraz winien, kiedy to się działo nie za mnie?
— U nas odpowiada majątek, a pan sobie będziesz szukał od kogoś go kupił, uśmiechnął się pomocnik.
— Byłże ten włościanin przetrzymany?
— Albo był przetrzymany, albo nie był, odparł przybyły, podnosząc wargę, to się różnie może okazać.... Powtóre...
— A jest i powtóre?
— Za należną bankowi a nie opłaconą ratę mamy polecenie licytować i opisywać majątek.
— Co pan mówisz?!
— Tak jest, zimno rzekł pomocnik, hrabia nie opłacił.
— Cóż to za roztargniony człowiek! zawołał Bal, nie przypuszczając nic więcej nad roztargnienie.
— A cóż na to poradzić?
— Zapłacić najprzód, potem.... pan dobrodziej powinieneś wiedzieć...
— Wieleż wynosi rata?
— Dwa tysiące trzysta sześćdziesiąt rubli, kopiejek czterdzieści, nie licząc peny.
— To gruba suma! westchnął Bal, muszę pisać do hrabiego.
— A tymczasem majątek zlicytują.
— I sprzedadzą? odparł Bal, jak to być może! a cóż ja temu winien?
— Pan nic, ale zawsze odpowiada majątek...
Zimny pot wystąpił na czoło kupca, który westchnął, podparł się na łokciu i słuchał dalej pomocnika, coraz nabierającego większej powagi.
— Jest tu jeszcze śledztwo o kradzież popełnioną w karczemce na Roztrybiu...
— I więcej co?
— I bardzo wiele jeszcze...
— Cóż ja mam na to poradzić?
— Niech pan radzi jak uważa. Ale czyż pan już nie ma rządcy Supełka? spytał naiwnie pomocnik, jak gdyby nie wiedział co się działo i nie pił herbaty z rumem na folwarku.
— Supełek się oddala.
— O! to wielka szkoda! rzekł kiwając głową pomocnik, walny człowiek, tęgi człowiek, to i do gospodarstwa i do interesów i zna już Zakale dobrze... A ot... tu jeszcze interes z parochem o pasiekę, ciężki dla nieznającego miejscowości, może panu kruhlak zabrać. Nie ma tu na okolicę takiego człowieka jak Supełek, sprytny... do interesów z nami jedyny... Co pan powie? zawsze nas okpi. O bestja! Będziesz pan miał tysiące bied bez niego... Bo tu i z chłopami nie jedna już sprawa była, a on ją zagasił...
— Cóż robić, westchnął Bal, trudno go gwałtem utrzymać.
— No! ale na to są sposoby, odezwał się pomocnik uśmiechając do siebie, podwyższyć mu pensję, lub czemś go ująć... mógłby zostać. Pan widzę nowy człowiek... nie znasz naszych praw, a tu co chwila będą interesa nie do zgryzienia, odpowiedzialność wielka... Ale prawda, jeszcze się zapominam, wszak ci to znowu interes.
— Czy jeszcze?! ruszając ramionami zapytał cicho kupiec.
— Prawie najważniejszy!... ma pan dla siebie i ludzi paszporty? Wziął pan intromisją do majątku? Czy pan potwierdzony przez heroldją? Czy opłacone rządowe należności?
Bal zatknął uszy słysząc razem tyle rzeczy, których dobrze nie rozumiał.
— Powoli! panie, powoli! zawołał, zaraz się wytłumaczym. Paszporty są jak najporządniej wszędzie popodpisywane.
— Potrzebuję przedstawić do nas i do sądu... a intromisja?
— Nie miałem czasu wziąć jej jeszcze.
— A bez tego maszże pan prawo rządzić majątkiem?
Bal spojrzał mu w oczy ze strachem.
— Jutro pojadę z prośbą do powiatowego miasteczka.
Pomocnik nieco się zmięszał.
— Nie o to idzie widzi pan, żeby się spieszyć, bo czasu na to dosyć, ja tylko przestrzegam, a co się tyczy przeszkód z naszej strony, te za porozumieniem się... mogą być i usunięte...
Poczciwy kupiec ścisnął go za rękę z uczuciem.
— A potwierdzenie heroldji?
— Czy i to potrzebne?
— Koniecznie, inaczej znowu nie możesz pan ani posiadać, ani rządzić majątkiem.
— Ale te mam, rzekł dumnie trochę pan Bal.
— No to dobrze... a należności rządowe?
— Opłaciłem.
— A podatki?
— Tego nie wiem.
— Ja zaś wiem że zalegają.
— Mój Boże! co za roztrzepaniec z tego starego hrabiego, o nic nie pamiętał! Ale i rządca winien.
— Za pozwoleniem pańskiem, ten nic nie winien, gdy mu pieniędzy nie dawano.
— Ha! i to racja.
Była chwila milczenia, wśród której pomocnik napawał się dziełem swojem, a kupiec smutnie głowę zwiesił.
— Ze wszechmiar, odezwał się urzędnik, radze panu zatrzymać rządcę... pan sobie rady bez niego dać nie możesz...
— To niepodobieństwo! sam mi podziękował.
— Chce pan to ja z nim o tem pomówię.
— Dziękuję bardzo, ale z tem wstrzymaćbym się chciał jeszcze... zakłopotany rzekł kupiec, nie chcąc zniżyć się do prośby.
— Więc jutro przystąpim do opisu majątku, odezwał się przybyły.
— Ale ja płacę!
— A! pan płaci! dobrze... przystąpim tedy do sprawy parocha o pasiekę i kruhlak.
— Ale ja jej nie znam jeszcze.
— Mnie nagli sąd, ja muszę... to obowiązek.
— A gdyby pan dał mi się czas rozpatrzeć, rozpoznać, wywiedzieć...
— Chętniebym to zrobił, ale co pan chce, obowiązek przedewszystkiem... powinność! ja miejsce stracić mogę!
Znowu chwila milczenia.
— Przyznam się panu dobrodziejowi, dodał po chwili przybyły, że jeden Supełek dałby na to rady, bo wie różne sposoby, możeby na to jakie pismo podał, o! to człek kuty, dałby się interes jakoś pociągnąć... a ja sam wyszukać środka nie umiem... Odpowiedzialność wielka! wielka! powtórzył na końcu.
— Ha! zawołał z westchnieniem ciężkiem gospodarz, pierwszy raz czując że się nie w swoje wdał rzeczy, niech pan jeżeli łaska uprosi Supełka, żeby mi tylko do tych spraw bieżących usłużył, które za niego i jego zarządów początek wzięły... a za to mu nagrodzę.
— Ja o tem z nim pomówię, mam nad nim przewagę, znamy się jak łyse konie! ze śmiechem radości rzekł pomocnik — ale mi już by lepiej było, żeby go pan taki znów wziął na rządcę.
— Raz mi podziękował, nie mogę — stanowczo rzekł Bal.
— Wątpię, żeby się podjął tak tylko interesów tych, bo musi sobie szukać miejsca, sucho odezwał się pomocnik. Ale pan się namyśli, ja tu przenocuję, więc do jutra, do zobaczenia.
I prawie z protekcjonalnym tonem i miną powstał z krzesła gość, obejrzał się po saloniku, wykręcił na nodze, zapiął mundur, schował papiery, ukłonił się i wyszedł.
Bal zaczął latać po izbie trąc czuprynę. Po chwili weszła żona i syn.
— Co ci to? spytała.
— A! to ty Ludwisiu! piwa mi nawarzyć chcą widzę, żywo odparł nowy dziedzic; wystaw sobie, tysiące interesów spada na moją głowę, jakieś śledztwa, sprawy o grunta, zaległości... chcą licytować majątek, oszaleję.
— Niech mi papa dozwoli w to wejrzyć, to muszą być rzeczy na postrach zrobione tylko — rzekł Stanisław. — Trzeba pojechać do miasta, umówić plenipotenta, bo sami sobie rady nie damy. Zdaje mi się też że jest jakaś intryga, bo żona rządcy jeździła gdzieś rano i przywiozła z sobą tego pana.
— Jasna jak dzień, odpowiedział Bal, że to są rzeczy podrabiane i chcą mnie nastraszyć, żebym Supełka wziął napowrót, ale jaka na to rada?
— Pojechać po plenipotenta, sami rady nie damy.
— To prawda, jedź więc jutro zaraz, dziękuję ci Stanisławie. Trochę to kłopotu, ale w rzeczy nic zapewnie, dodał już usiłując różowiej wystawić żonie to co ich spotykało. Nie uwierzysz kochanie moje, co to za głowa szalona była z tego hrabiego! O niczem nie wiedział, o niczem nie pamiętał! Prawda, że wielki majątek i trudny do rządzenia, ale trochę się nim lepiej mógł zająć. Kto inny powiedziałby że mnie chciał oszukać, ja jestem pewien, że on tylko był oszukiwany.
Uśmiechnęła się żona i Stanisław.
— Czegoż to się śmiejecie? ofuknął się Bal. Biedny człowiek! Jutro piszę i posyłam do niego, nie wątpię że mi zaraz przyszle pieniądze.
— Ale jakkolwiek, może cokolwiek zniszczony majątek, prześliczny Ludwisiu! zawołał stękając na potłuczone boki. Obszerność niesłychana, puszcze amerykańskie, oko w nich ginie. Miał racją leśniczy, że to większe od niejednego niemieckiego księstwa... Wszystko in grudo, to prawda! ale co to z tego zrobić można! cuda! cuda! Zapytaj Stasia jakie na nas wrażenia robiły te wspaniale widoki dzikiej natury! Lasy, lasy! rzeki potężne! sioła ogromne! osady szlachty! A jaki lud! powiadam ci, że tu dopiero czuję że żyję, tu w swoim żywiole kąpie się dusza moja... Odezwała się krew Balów!
— A moja wcale nie bije żywiej do tych twoich ideałów, odpowiedziała żona, i nie dziw, jam sobie mieszczanka, jam kupcówna.
— Cicho, cicho, pocóż się z tym wyrywać! zawołał kupiec, na co to gadać! Wiedz Ludwisiu, że się z tem tu chwalić nie można. Palcami by nas szlachta wytykała.
— Juściż się nie zaprę, z pewną dumą odpowiedziała Ludwika.
— Tak! ale nie ma się co też wyrywać bardzo! Do czego? Miecz uszlachca i kwita, a ja jestem miecz i szlachcic! zawołał pan Erazm śmiejąc się. Dobranoc ci kochanie, idę pisać do hrabiego i instrukcję Stasiowi, który jutro jedzie.
Takim był pierwszy dzień spędzony w Zakalu, dzień w ciągu którego pan Bal skosztował na próbę słodyczy i kłopotów życia, do którego tak wzdychał. Mały to tylko był zadatek przyszłości. Bolące kości i zajęcie niebezpieczeństwy, których rozmiaru nie umiał dobrze ocenić nowy dziedzic, nie dały mu zasnąć w nocy, przewracał się z boku na bok i wzdychał. Szczęściem był to człowiek przez słabość może uparty w swojem, a raz postanowiwszy znaleźć słodycz w dziedzictwie, nie przypuszczał zawodu w żaden sposób. Ubierał przeciwności, odganiał strachy, otaczał się nadziejami i nad rankiem na ich poduszce się zdrzemnął. Tymczasem Stanisław o świcie puścił się do miasteczka, a wyjazd jego skłopotał nie pomału folwark.
Tu także trwały narady niemal noc całą, do których kuzynek pani, pomocnik należał. Nie spodziewano się tyle hartu i nieustraszonności znaleźć w przybyszach; zawiodły mylne rachuby, Supełek myślał już pójść nazajutrz i ofiarować swoje usługi. Żona milczała, nie chcąc ani do tego pobudzać, ani się sprzeciwiać, bo innej nie widziała rady; wyjazd zaś Stanisława do miasteczka po plenipotenta zastraszał wszystkich.
Rano nim jeszcze zabrał się rządca do dziedzica, wprowadzono poważnego Moszka Hercyk do pokoju pana Bala. Choć to już nie był szabas, wszakże mając się przedstawić panu, którego się jeszcze nie znając obawiał, Moszko ubrał się w ten sam odświętny żupan, przepasał jedwabnym pasem, wziął czapkę sobolową, jarmułkę aksamitną nową i na brodzie nawet siwej, spadającej mu na piersi, znać było staranne utrefienie.
Była to postać doprawdy piękna i poważna, z wypogodzonem czołem, ze spokojnością na twarzy, jaką rzadko okazują prześladowani Izraelici; Moszko czuł się bezpiecznym widać. Jedną rękę założył na żupan, drugą za pas i tak stanął w progu, czystą bardzo polszczyzną życząc dzień dobry.
— A! panie Hercyk, bardzom na cię tu czekał, odezwał się Bal zbliżając ku niemu, znasz się tu ze wszystkiem i ze wszystkiemi, możesz mi poradzić... wpadłem prawdę powiedziawszy jak w ukrop.
— Słyszałem, pomocnik przyjechał — rzekł żyd cichuteńko — to nie bez kozery... pewnie co przywiózł.
— Nie jedno! nie pamiętam ile mi nasypał.
— Niech się tylko Jasny pan nie boi, to wszystko głupstwo, z pozwoleniem.
— I jam tak myślał, ale majątek chcą licytować słyszę.
Żyd potrząsł głową.
— Nu! nu! jak rata nieopłacona, trzeba ją wnieść, to nie ma rady, a więcej?
— Śledztwo o jakiegoś Radziwiłłowskiego człowieka.
— U! o Petra Sokolniczuka; to już lat dwadzieścia się ciągnie, to nic.
— O pasiekę z parochem?
— I to nic Jasny panie.
— Podatek, intromisja, paszport!
— To fraszki, kiwając głową rzekł Moszko, ale panu trzeba człowieka!
— Chcą mi znów wkręcić dawnego rządcę.
Żyd nie chcąc się widać kompromitować wyrazem żadnym jako wielki polityk, głową tylko pokiwał.
— Co? nie? spytał Bal.
Moszko powtórzył swój ruch wielce dobitnie.
— Posłałem po plenipotenta do miasta.
Żyd skłonił czoło potwierdzając.
— Ale Supełek wynosić się nie chce. Jak myślisz, będę miał trochę biedy nim go wykurzę?
Moszko się rozśmiał, brwi podniósł, pogładził siwą brodę i pejsy i nic nie powiedział.
— Lepiej trochę biedy, niż wiele straty! — rzekł w końcu.
Tu już rozmowa poczęła się o rzemieślnikach, o kupnach, a żyd wszystkiego podjąwszy się gorliwie i uprzejmie, odjechał; tylko na wychodnem szepnął panu Balowi:
— Niech pan rządcy tego nie przyjmuje, to na nic. Ja się pójdę zobaczę z pomocnikiem i potrafię z nim pogadać, on sobie zaraz pojedzie. Bądź pan spokojny. Ja sługa pański, dodał z ukłonem, a mam nadzieję, że mnie za to z chaty ojców nie wypędzicie, ugodzim się i ja się Jegomości przydam.
— Dobrze panie Hercyk, — odparł Bal, — nikomu nie chcę być przykrym, a wdzięcznym każdemu być umiem.
— Nu! bądź pan spokojny, cicho powtórzył Moszko, ja przejdę na folwark.
Nałożywszy wysoką czapkę na głowę, Moszko powolnym krokiem skierował się ku domowi, zajętemu teraz przez rządcę, ale że w tej stronie stał wózek jego, miało to pozór, że szedł wsiadać. Powoli się trochę do tego zbierał tak że Supełek miał czas wybiedz i zawołać:
— Panie Hercyk! panie Hercyk! a do mnie na szklankę herbaty nie łaska?
— Upadam do nóg... ale czasu nie wiele mam.
— Na chwileczkę.
Tak tedy zaproszony, czego z góry był pewien, rachując na to, że nie sam wejdzie ale przyciągnięty zostanie, stary żyd wkroczył poważnie do państwa Supełków, gdzie przy kipiącym samowarze, gorące właśnie traktowały się kwestje. Na widok żyda, o którym nikt nie wiedział za jaką pójdzie stroną, jakby się porozumieli przytomni, sza — ucichła rozmowa, twarze powlokły się nieprzejrzaną obojętnością.
— A co, panie Hercyk, odezwała się rządczyni, mamy nowego dziedzica.
— Umhu! — kiwając głową dwuznacznie, rzekł Moszko.
— No! jużeś się poznał słyszę, jakże ci się wydał?
Żyd głową pokiwał w sposób niezrozumiały.
— Polityk bestja! odezwał się pomocnik, mruczy i kiwa się, ale djabeł go wie, co to ma znaczyć.
— To ma znaczyć, rzekł Moszko, że się tylko chłopi cieszą kiedy nowy dziedzic nastaje, a nam to nie koniecznie pociecha...
— Alboż byś ty się go bał? — spytał ciekawie Supełek.
— Bał! — powtórzył arędarz ruszając ramionami, ja się nikogo nie boję prócz pana Boga, ale kłopot zawsze z nowemi ludźmi.
— Ale to kupiec, mieszczanin! safanduła! zawołała rządczyni.
— Oj! oj! a jak to pani łatwo osądzić! mrugając powoli, ozwał się Moszko. Nu! nu! inaczej pani powie potem.
— Albo co?
— Co? To głowa okrutna, a zna się na wszystkiem, a ciężki, a rachunkowy! rzekł żyd, już ja się na ludziach nie mylę... z nim nie pójdzie jak z hrabią. Zaraz mnie zapowiedział albo aukcją, albo fora z karczmy.
— Patrzajcie! patrzajcie jak się zabiera! rozśmiała się kwaśno jejmość.
— I ma plecy wszędzie — mruczał Moszko — w gubernji, w powiecie, gadają co ma szwagra w senacie.
Pomocnik pobladł.
— No! a wczoraj tak się strapił jakem mu mówił o interesach.
— Próbował! próbował! rzekł Moszko, frant! frant! O! o! z nim!
— Niechże go djabli wezmą, zawołał gość wstając i okiem wymówki pełnem rzucając na gospodynią, gotów kaszy nawarzyć.
— A pan, dodał żyd obracając się do rządcy, dobrze sobie poradził...
— Ja, co?
— Czy to ja tego nie rozumiem? Podziękował słyszę. Bylebyś teraz pokwitowanie wziął, to dobry interes ztąd się wynieść. Żebym to ja mógł i jabym zrobił podobnie, wzdychając rzekł Moszko.
Rządca i żona spojrzeli po sobie; stary tymczasem dopiwszy herbaty, pożegnał ich i poszedł do swojego wózka.
Chwila milczenia panowała po jego odejściu, twarze zafrasowane poprzeciągały się, nareszcie Supełek plunął i zbierając się na odwagę cywilną zawołał:
— A to jejmość wszystkiemu winna!
— Milcz ciemięgo, ofuknęła żona głośno i nogą tupiąc, nie wdawaj się w to co do ciebie nie należy; nie twoim nosem to robić i odrabiać. Widzisz że wszystko się dobrze stało, zdawaj rachunki, bierz kwit i wynośmy się do hrabiego...
— Aha! — cichuteńko rzekł rządca — na tem koniec! A tyżeś mówiła, że nie on nas, ale my jego wypędzim ztąd.
— Niedaleko Supówka, ja o swojem nie zapomnę! — odpowiedziała jejmość, tak ja ztamtąd potrafię figla mu spłatać, jak tu, a może i lepiej... No! słyszałeś! idź, rób co do ciebie należy, a do hrabiego pisz że się wynosim.
— Może miejsca już nie ma...
— Głupiś! dla mnie zawsze jest miejsce, dumnie odparła kobieta.
W czasie tej sceny pomocnik był niemym tylko świadkiem, skorzystał z niej dolawszy sobie cichaczem araku, nie wmięszał się wcale do małżeńskiej kłótni i nieprzyjemnie skłopotany, zaprządz kazawszy Sotnikowi cztery konie do wozu, wyruszył nie żegnając już dziedzica.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.