Złote jabłko/Tom II/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Przejażdżka po Zakalańszczyznie.

Szczęściem dla niespokojnych żądz pana Erazma, nazajutrz rano wypogodziło się niebo, zaświtał piękny dzień jesienny, wyjątkowy, któren przy drobince egoizmu można było wziąć za umyślnie dla oglądu Zakala stworzony. Bal nawet nie był dalekim od tej myśli, która mu się uśmiechała.
W mieście jeszcze będąc, wcześnie przygotował sobie wiejskie ubranie do pola i gospodarstwa stary nasz kupiec i o niczem nie zapomniał; wszystko było wyborne i przedziwne, buty angielskie grube i nieprzenikliwe dla wody, łosiowe ubranie dolne, dobra kurtka, pokryta płaszczem z gummą elastyczną, kaskiecik à l’anglaise, laska, torebka z palonej skóry, nawet zegarek do przechadzki, pugilaresik do notat przepomniane nie były. Tak odziany z cudzoziemska i wcale rad z siebie, pan Bal kazał zaprządz do wózka i oczekiwał tylko na rządcę, który go miał oprowadzić, gdy Supełek wcisnął się do izdebki, stanął niedaleko progu, skłonił się jakoś dosyć kuso i nie pytany począł:
— Przyszedłem do Jaśnie pana prosząc, żeby był łaskaw mnie uwolnić: widzę ze wszystkiego, że ja Jaśnie panu dogodzić nie potrafię...
Pan Bal osłupiał.
— Co? zapytał, jakto?
— Proszę o uwolnienie mnie, powtórzył rządca.
— Co to jest? dla czego? Waćpan nie miałeś czasu przekonać się, czy możesz lub nie być mi dogodnym, ani ja czy z niego będę kontent... cóż za powód tak nagły?
Rządca się nachmurzył.
— Tak, proszę pana, mam inne zamiary. Chcę gdzieindziej szukać szczęścia.
Stary widocznie był zmięszany i już miał począć prosić Supełka, gdy drzwi się uchyliły i wszedł Stanisław, który wszystko słyszał. Oczy jego wcześnie dopatrzyły więcej niż ojcowskie, pojął potrzebę wsparcia ojca i niedozwolenia, żeby sobie z niego robiono igraszkę. —
— Za pozwoleniem papy, rzekł oddając dzień dobry, słyszę, że pan rządca chce się uwolnić.
— Właśnie, podchwycił ojciec, ni ztąd, ni z owąd wpadł mi, kiedy go najwięcej potrzebuję, z tą propozycją....
— Ale dla czegożbyśmy tego pana uwolnić nie mieli, odparł Stanisław do ojca, tymczasowo znajdziemy w pisarzu i leśniczym, po których posłałem wcześnie, dla oprowadzenia papy pomocników; pan Supełek jeśli chce, może gdzieindziej szukać sobie szczęścia, papa mu drogi do niego zagradzać nie będzie. Są tylko rzeczy, które się wprzódy powinny dopełnić, trzeba zdać regestry, remanenty jakie nam podano, porządnie wszystko skończyć i wynieść się zresztą kiedy się podoba.
Bal uśmiechnął się z ukontentowania, a rządca zmięszał z kolei.
— Tymczasem pisarz i ja, kiedy mi ojciec pozwolisz, zastąpimy pana tego, miejscowości nie znam, ale tej się nauczę rychło i damy sobie rady.
Ton żartobliwy jakim to mówił Stanisław, zastraszył Supełka, który, że instrukcje żony nie przepisywały mu, co miał czynić na taki raz, zamilkł, ukłonił się i wyszedł.
Bal uściskał syna.
— Kochany Stanisławie, chcę objechać majątek, posłałeś istotnie po leśniczego i pisarza?
— Oba czekają, kochany ojcze.... ja też kazałem sobie konia osiodłać i pojadę razem.
— Otoś mi gracz! otoś mi kochany! zawołał ojciec, dobrze! pojedziemy! a wózek dla mnie jest?
— Wszystko gotowe....
W tej chwili weszli: pisarz, cienki człowieczek, który wyrósł zbytecznie i jako jasny blondyn zdawał się mieć skłonność do melancholicznych miłostek, które nawet rozpoczął był już z rachityczną Delcią, córką państwa Supełków, a z tego powodu duszą całą ich sprawie sprzyjał; i tęgi, barczysty, zdrów jak wół, z wąsami na pół łokcia, łysiną trochę już przeświecającą się leśniczy, pan Józef Krużka. Z twarzy ostatniego, patrzała poczciwa gadatliwość, coś uprzejmego, sympatycznego, jakaś prosta rodzinna szlachetność. Ubrany w długie buty, w spencer z lisami, szarawary skórą wyszywane, z harapem przez plecy i torbą na ramieniu, przewybornie przedstawiał stan do którego należał. Obok niego stojący, wysmukły w surduciku opiętym, z włosami á l’enfant, bródką i wąsikiem, pisarz, miał minę narysowanej na ścianie karykatury.
Pisarz twarzą i postawą wyrażał nieukontentowanie, dumę, wyższość jakąś... i głupstwo. Leśniczy był trochę drwiący dobrodusznie. Oba skłonili się panu Balowi, każdy na swój sposób, pisarz poprawiając włosy szacowne, leśniczy pokręcając wąsa i stając zaraz w pozycji niemal żołnierskiej.
— Panowie, odezwał się Bal, miło mi ich poznać i powitać; wiecie zapewne, że jestem nowym dziedzicem Zakala?
— Przyszliśmy złożyć nasze uszanowanie JW. panu, rzekł donośnie leśniczy i spytać o rozkazy.
Pisarz się uśmiechnął zakrywając ręką.
— Najpierwsza rzecz, rzekł Bal, przypominając sobie odprawę Supełka, niech mi pan pisarz przyniesie tu wszelkie regestry ekonomiczne, inwentarze, raporty i papiery, proszę o nie.
— Czy zaraz? spytał młody człowiek.
— Natychmiast! poparł Stanisław.
Pisarek ruszał ramionami i wyszedł, leśniczy się za nim obejrzał, westchnął.
— A Waćpan, rzekł do niego Bal, zechcesz mnie oprowadzić i obwieść po Zakalańszczyźnie, boć ją musisz znać dobrze.
— Oj! oj! oj! Jaśnie panie! rzekł Krużka, jak moję dziurawą kieszeń! pokażę, nie chwaląc się, lepiej od Supełka, który ponieważ się oddala, mogę powiedzieć, że Borowicy i Nowin tak dobrze jak ja nie zna, choć tu dwanaście lat króluje!
Staś się uśmiechnął. — A pan tu dawno?
— Ja! jam się urodził, wychował i zapewne tutaj umrę, dodał Krużka, w którym się już pasyjka do gadatliwości przebijać zaczynała. Rodzice moi mieszkają na czynszu w Nowinach, ja służyłem trochę wojskowo, a ranny zostałem na Zakalańszczyznie leśniczym, i że dzięki Bogu, jakoś dotąd ze mnie ludzie radzi, może i dalej tak będzie....
— Jak Waćpan myślisz? spytał Bal przystępując do niego, co to się stało rządcy, że chce się oddalić, nim mnie poznał?
— Tego nie zgadnę, rzekł otwarcie prostując się Krużka; to Jaśnie panie robota nie jego, ale żony, która, z pozwoleniem pańskiem, nie przy panu mówiąc, dawno mu spodniczkę skroiła... To kobieta co się zowie! ona i.... tu się przyzastanowił, ale tego mówić nie należy...
Pisarz nie powracał, Bal się niecierpliwił, nareszcie wszedł.
— Pan rządca, proszę Jaśnie pana, potrzebuje regestrów, żeby się przygotować do zdania.
— Powiedz mu pan, odparł Stanisław, że regestry później do zdania służyć będą, a teraz powinny być tu...
— I pamiętaj pan, dodał Bal, że rządca jest tylko rządcą, a ja jestem dziedzic, proszę mi przynieść papiery...
Zaczerwienił się blady adonis.
— Ja także, rzekł, proszę Jaśnie pana o uwolnienie, mam rodziców dostatnich i tylko dla wprawy nie z potrzeby zajmowałem się pod dyrekcją pana rządcy, a ponieważ on...
Pan Bal aż zbladł, ale Stanisław nie odstępował go szczęściem.
— I owszem, rzekł żywo, proszę o papiery, a uwolnienie natychmiast nastąpi.
Krużka patrzący na to z boku, przez politykę słowem się nie odezwał, póki pisarz był w pokoju, ale gdy wyszedł rozśmiał się.
— To Jaśnie panie, rzekł leśniczy, cały interes, że chcą żebyś ich pan prosił, co się nie godzi, a potem myślą jeździć! Niech ich państwo nie wstrzymują... ale proszę mnie nie zdradzać... ja się ich jak djabła boję.
— A cóż oni Waćpanu zrobić mogą?
— Co? zawołał Krużka... to ludzie co mają w kieszeni wszystkich, w przyjaźni z całym światem... asesory, strapczowie, co żyje w stosunkach. Sąd niższy... nawet w gubernji krewnych mają!
Staś się rozśmiał.
— Dobrze się Jaśnie panu śmiać, odparł leśniczy, ale i państwu oni jeszcze na odjezdnem nie jednego piwa nawarzą.
— Nam! zakrzyczał Bal.
— Ba! ale to niech nie zastrasza! Gospodarstwo kłopotarstwo, Jaśnie panie, a nie tylko same gospodarstwo, ale co tylko się go dotycze.
Pisarz wpadł wlokąc za sobą zaperzony dwóch ludzi, którzy nieśli stosy papierów.
— To wszystko? — spytał Staś.
— Jeszcze jest drugie tyle.
— Prosimy i o tamto, rzekł Bal, przyjedzie rachmistrz do obrachunku, zdasz mu pan wszystko i będziesz wolnym.
Gdy się to dzieje we dworze, na folwarku istne piekło! Piękna rządczyni łaje męża, mąż do ostateczności przywiedziony odcina się, jak zając gdy go już psy chwytają, Delcia płacze i tupie nogami, słudzy latają, a pan pisarz, któremu rozkazano się do dymisji podać, posłuszny drży ze strachu i z gniewu, gdyż był pewien że go prosić będą ażeby pozostał.
— Pan Bóg mnie pokarał tym głupcem, woła latając po pokoju rządczyni, ani do tańca, ani do różańca, gdzie chcesz go użyj wszędzie głupstwo zmaluje...
— Samażeś mi jejmość kazała w swej wysokiej mądrości prosić o uwolnienie.
— Tak! a tyś tak się postawił, że cię poczęstowano kolanem; coś był powinien podrożyć się tylko żeby jeszcze bezpieczniej zostać, toś się pospieszył... co to mówić! co to mówić.
— Ba! gdybym ze starym tylko miał do czynienia, płaczliwie odciął się Supełek, ale tam młody przyszedł, licho go wniosło i szyki pomięszał... Cóżem się miał sam prosić...
— Jaki młody?
— A syn! to jakiś frant! ostro kuty.
— Czekajże stary harbuzie i ty młody paniczku — krzyknęła żona, będziecie mieli oba za swoje, pokażę ja wam jak nas ztąd wyganiać. Każ Waćpan zaprzęgać mi do bryczki.
Supełek rad że się wyrwać mógł, poleciał.
Do pokoju pana Bala znieśli wreszcie papiery, a w pierwszej chwili pośpiechu i gniewu tak nieostrożnie się znaleźli, że co do świstka wszystko złożono w ręce dziedzica. Pisarz wyszedł na róg domu, załamał ręce, zapatrzył się w ziemię i dumał o dalszych losach.
Pan Bal uradowany że mu syn przyszedł w pomoc tak skutecznie, poszedł żonę pożegnać i siadł na bryczkę niecierpliwy objeżdżać swe państwo. Staś i Krużka towarzyszyli mu konno.
— Proszę no pana, rzekł leśniczy, zastanawiając się zaraz przy pierwszych wrotach i kręcąc wąsa z powagą, niech mi wolno będzie wiedzieć intencję Jaśnie pana: Czy pan życzy sobie objechać dziś wioski i ogólnie obejrzeć Zakalańszczyznę, czy tylko granicę, czy nareszcie zechce powoli dokładnie, z kolei porządkiem rewidować wszystko? Muszę bowiem Jaśnie pana przestrzedz, że co ma najlepszego ten majątek, to rozległość, prawda ziemia niekoniecznie, las djabli wzięli, ale hulać jest gdzie. Służyłem ja panie w wojsku i pamiętam jakeśmy się po Niemczech włóczyli, bywało nie jedno księstwo niemieckie ledwie rozpędziwszy się człek by nie przeskoczył, ale tu!
Pan Bal rozśmiał się tak serdecznie, tak radośnie, a tak był porównaniem uszczęśliwiony, że gdyby był mógł, byłby leśniczego z wózka porwawszy się uścisnął.
— Jak pan się zowiesz? spytał.
— Józef Krużka! Jaśnie panie. Józef Krużka.
— No, więc panie Józefie, zacznijmy od ogólnego oglądu, a potem szczegółowy.
— Dobrze więc, czy w lewo czy w prawo?
— Zawsze w prawo! odezwał Bal, śmiejąc się.
Wózek potoczył się tedy po piasczystej drodze do Borowicy. Po drodze Bal całą uwagę zwrócił na to co go otaczało; pytał nieustannie. Minęli zasiewy ozime dosyć licho zieleniejące na piasku, potem wydmę, las krzakowaty mizerny, grobelkę okropną i w dali pokazała się Borowica, także nad Horyniem jak Zakale i Ciemierna położona, ale na wyższych jeszcze nie uprawnych, smutnych pagórkach. Po nad nią ogromne krzyże stare i czarne wyciągały ramiona jak na Golgocie, dalej cerkiew czarna, wielka, górowała na końcu sioła, a w środku jego siedziała karczma zrujnowana, na wpół pusta. Drożyna przechodziła środkiem szeroko zabudowanej wioski, która nie będąc przeciętą żadną drogą, a lasami i rzeką odgrodzona od ludzi, miała postać dzikszą od innych. Zdziwił się pan Bal postrzegłszy ten lud któren sobie tak sielankowo wyobrażał, w łachmanach czarnych, w koszulach brudnych, kobiety okropne, rozczochrane, dzieci niemal nagie, starców do żebraków podobnych i to wszystko uciekające na sam turkot wózka, kryjące się po chatach i za płotami.
— Ha! ha! rzekł w duchu, wprowadzimy tu cywilizacją! Gdzież są młyny? zapytał.
— Na prawo, nad rzekę do młynów, zawołał leśniczy. Wózek potoczył się ciasną drożyną zarosłą i dowodzącą że nie bardzo uczęszczano tędy, a nareszcie stanął na grobelce. Stały przy niej dwa młynki na rzeczce, która tu do Horynia wpadała, ale jakie! któż to opisze! Stawek maleńki od dawna wyrwało, grobli były tylko kawałki, a dwie te budowle co się nazywały młynami, już ledwie na palach wisiały. Jeden oparł się o groblę, dach mu wiatr zerwał na wpół, kół tylko drgały skielety, drugi pustka roztwarta, bez ścian, bez dachu, kilką tylko słupami świadczył o swej egzystencji dawniejszej.
— To młyny, rzekł Krużka wskazując i czując potrzebę komentarza.
— To młyny? powtórzył Bal zdziwiony, prawda, że in grudo. — No! nie ma tu co patrzeć, jedźmy dalej!
Już się wózek zawracał, gdy cała czereda żydów zastąpiła mu drogę, nisko się kłaniając. Na czele ich szedł stary siwo-brody Moszko Hercyk, rękę za pas założywszy, w żupanie na prędce włożonym, jedwabnym, z okładami aksamitnemi, poważny, chudy i widocznie uczony, bo blady i wywiędły, przy nim stała gruba żydowica Sure Moszkowa Hercyk, o której tyle tylko powiedzieć mogę, że wyglądała jak bania gorzelni w której dawniej pędzili. Za niemi szedł Icko Moszkowicz Hercyk, żyd blondyn, żupan wełniany, broda czarna, mina głupowata i bojaźliwa, potrząsający czapką i cofający się w tył gdy się kłaniał, żona Icka Ryfke, drugi syn Moszka Dawid, trzeci syn Mejsza; żony Dawida i Mojszy, dzieci Icka, Dawida i Mejszy, słowem cały kahał.
Zaiste ukłony jakiemi przywitali starozakonni nowego dziedzica, winny mu były wiele doznanych i zgotowanych niesmaków nagrodzić! Witali go jak królika. Pan Bal powstał na wózku, zdjął czapkę i przywitał ich z kolei nadzwyczaj grzecznie, ale że przywykli byli do hrabiego drwin, przekąsów i łajań i nie spodziewali się nawet żeby im głową kiwnął, stary Moszko wziął to za szyderstwo. Przywykły znosić wszystko, zbliżył się do wózka i powitał ucałowaniem ręki pana Bala, który się cały zczerwienił i zmięszał.
— Jaśnie pan nie zechce wstąpić do nas — rzekł Moszko poważnie — nie mamy go czem przyjąć, ale czytamy w Biblji, że największych gości nasi ojcowie przyjmowali chlebem, wodą i owocem...
— Dziękuję ci panie...
— Moszko Hercyk do usług.
— Dziękuję ci panie Hercyk, ale spieszę, chcę obejrzeć Zakale.
— Mamy tylko jedno polecenie do Waćpana — dodał Stanisław — ponieważ rządca i pisarz już nie są w naszych usługach, prosimy nic za ich kwitami nie wydawać.
— Ale, ale — rzekł Bal — przypominając sobie że mu mówiono, iż tu wszystko się robi przez żydów, a nie mógłbyś mi dopomódz panie Moszko Hercyk...
— Co Jaśnie pan rozkaże, zbliżając się rzekł stary czystą polszczyzną, jeśli potrafię, co potrzeba?
— Ale ba! wszystkiego mi potrzeba! zawołał pan Bal, dom najprzód naprawić i wyporządzić, bo w nim mieszkać nie mogę, a potem jeść i pić nic nie można dostać!
— Jakto nie dostać! ujmując się za swój kraj zawołał żyd, wszystkiego!
— Zapłacę dobrze.
— Tem bardziej! a któż mówi że nic dostać nie można?
— A któż? dawny rządca! potrzebuję krów, zboża, rzemieślników...
— Wszystko będzie! powoli! wszystko będzie! dodał żyd gładząc brodę z uśmiechem, ale dziś szabas... po odejściu szabasu przyjadę do dworu...
Chciał coś mówić jeszcze, obejrzał się, namyślił, zamilkł i skłonił tylko.
Wszyscy żydzi na ten sygnał patrjarchy skłonili głowy. Icko czapkę podniósł wysoko i potrząsł nią w górze po trzykroć, wózek się potoczył dalej.
— Ale to jakiś bardzo pokaźny ten pan arędarz i ma minę uczciwego, rzekł pan Bal.
— Bo też to Jaśnie panie, odparł rad że się wygada Krużka, to perła żydów, to najmędrszy na okolicę... i trzeba dodać, że choć żyd, ale doprawdy bardzo poczciwy! Handlował dawniej drzewem i smołą, cofnął się potem coś straciwszy, ale jeszcze bardzo bogaty. Mógłby mieszkać w miasteczku, ale że jego familja już od trzechset lat w tej karczmie żyje, przywiązał się do kąta... Nikt lepiej prócz swoich panu nie usłuży jak on! On tu okolicą trzęsie, co zechce to zrobi...
— No! to widzę drugi Supełek.
— Gorzej panie! bo rządca się go nawet boi trochę; byli z sobą na bakier, teraz na polityce... jeden na drugiego przez szpary patrzał.
— Cha! cha! rozśmiał się pan Bal, widzę i tu są intrygi!
Tymczasem wyjechali z wioski, która się dosyć długo ciągnęła, pokazało się znowu żółtawe pólko, obwiedzione lasami i zaraz za mostkiem przez rzeczkę rzuconym, na któren ledwie się do góry windując wydobyła bryczka, tak że kupiec oburącz trzymać się musiał by nie zlecić, co go bawiło niezmiernie, wjechali w piasek i lasek.
Najprzód krzaczki, potem młoda sośninka, potem gęszcze, szeroka droga zwęża się, kręci, zapada w doły, zrywa na wzgórki wydmiaste, gdzieś niegdzieś krzyżyk wywrócony, mogiła chwastem pokryta, poprzeczna ścieżka... jadą i jadą w zielonych ścianach.
— Ot! to moje panowanie — odezwał się leśniczy — jest tego panie, tych lasów milami...
— I piękne lasy? spytał Bal.
— Było to kiedyś! westchnął Krużka, ale teraz żal się Boże! o masztach tylko ludzie mówią jak o żelaznym wilku, belki lat piętnaście jak już wyrobić trudno, murłaty nawet wycięto, pnie wypędzono na smołę, tylko że młodzież się puszcza. Ale żal spojrzeć!
— Jakto? las tak wyniszczony?
— Ze wszystkiem! hrabia sprzedawał a sprzedawał, a co sprzedał kopę, to wyszło półtorej... głumili ludzie, palili, rwali, kradli i zrobili z tych puszczę... djabli wiedzą co! ni to las, ni to pole... cmentarz panie...
— No! ale choć smoła? spytał kupiec.
— A zkąd? a z czego? pnia poczciwego nie zostawili... do ostatniego powykopywali! Trzeba sto lat czekać, żeby drugi las wyrósł!
— O! do djabła! mruknął Bal, a potaż?
— I potaż już palili; potem tu sośniny najwięcej, a ona na to nic potem...
— A towaru nic? powiadasz.
— Gdzie tu towar, kiedy o krokiew dobrą trudno!
Dziedzic przypomniał sobie ową maleńką dyferencją z Radziwiłłami.
— A gdzież to — spytał — ta dyferencja Radziwiłłowska?
— To panie z przeciwnego końca — odparł leśniczy — na drugiej stronie. To straszny lasu kawał, aż miło...
— Maleńki słyszę.
— Ba! ba! trzydzieści włok najcudniejszych sosien.
— Czy to być może?
— Tak Jaśnie panie! ale co nam po tem?
— A jeszcze to nasze!
— Słaba nadzieja, hrabia się prawował, prawował i tyle tylko, że ile razy Radziwiłłowscy w las wejdą, to my swoich spędzim i siekierą uderzyć nie damy... już to lat sto trwa... miały sosny czas do góry pojechać... Ani im, ani nam!
— To się skończy!
— Daj Boże! tymczasem pilnować potrzeba, bo jak się o nowym panu dowiedzą, pewnie poślą do Żubrańca...
— Cóż to Żubraniec?
— Tak się panie zowie uroczysko gdzie dyferencja...
I tak mówiąc, jechali a jechali lasem, a las pożal się Boże tego nazwiska, chory się zdawał na suchoty i wyglądał smutno, biednie, nieszczęśliwie... Co kilkaset kroków, musieli po najszkaradniejszych mostkach przebywać rzeczkę, która się kręciła między Nowinami dokąd dążyli a Borowicą. W końcu gdy pan Bal już niecierpliwić się poczynał i konie zacinać kazał, wyskoczyło pólko, pokazały się czarne dymiące dachy wioski, śliczny jodłami zasadzony cmentarzyk wiejski i gruszami objęte sioło. Wioseczka ta i osada szlachecka, to jest Budki, przedzielone od siebie ową rzeczką tylko, położone były na skraju lasów, na wybrzeżu lepszej ziemi i miały pozór weselszy. Między sosnami gęściej przebijały się dębczaki choć krzaczyste, brzozy i graby. Na pólku lepiej zieleniały żyta, maleńkie stóżki zboża z żółtemi czapkami sterczały tu i owdzie.
— A tu ładnie! wykrzyknął Bal.
— O! ślicznie! wtorował leśniczy uśmiechając się, ale dla mnie to nie dziw, bo tu moi rodzice. Widzi tam Jaśnie pan kominek po nad parkanem, to nasza chatka... Tu i pola najurodzajniejsze i ludzie się najlepiej mają. Za kominami jeszcze ćwierć milki, to i granica, tuż i gościniec pocztowy... karczma pańska, a ztamtąd powrócim się w lewo, w lewo i przez dyferencją do Ciemiernej... tylko że środek majątku zostanie na potem.
— O! na potem! rzekł Bal, który lasu miał dosyć.
Nowiny weselej się trochę uśmiechały, szlacheckie chaty były białe, okrzętniejsze, czyściejsze, włościańskie nowsze i pokaźniejsze, bujne łodygi ogrodowin świadczyły o żyzności ziemi.
Tu już i lud, który tak często w niedalekich od siebie odległościach się różni, inny miał charakter, twarze weselsze, postawy śmielsze, ubranie schludne. Na maleńkiej karczemce siedział wnuk Moszka Hercyka, który szabasował w miasteczku.
— A co Jaśnie panie? odezwał się Krużka czegoś wesół, już koło południa po żołądku zwija... gdyby Jaśnie pan nie pogardził razowym chlebem mojego starego, wstąpilibyśmy do ojca, do Mateusza... trochęby się wytchnęło, bo to drogi dla niezwykłego ciężkie... a możeby się co i zjadło...
Pan Bal się uśmiechnął. Staś obejrzał z pociechą na poufałego wojaka, który go ujął swoją śmiałością szczerą.
— Nie godzi się dobrem waszem sercem gardzić, odparł Bal, i owszem, i owszem!
— No! na lewo! Ilko! do Mateusza!
Sam poleciał przodem.
— To jakiś dobry człowiek, odezwał się ojciec do syna.
— I mnie się podobał, rzekł Staś, ale my im tylko narobim kłopotu, a podobno nie przywykliśmy do wiejskich przysmaków.
Za chwilę wózek stanął przed nizką bramką starego dworku szlachcica, u której stał już uwiązany koń leśniczego, pan Józef i siwi rodzice: szlachcic w sieraku, sparty na kijku i zgarbiony, i Jejmość w chustce na głowie ze złożonemi z turbacji rękoma.
Pan Bal i Staś nie myśląc tu długo bawić, chcieli tylko zajść do chaty na chwilę, ale stary budnik nie wypuszczał bez poczęstowania, kazał stół pokryć obrusem, położyli bułkę chleba, ser, miód, kwaszone ogórki, zawiędłą kiełbaskę. Goście spojrzeli po sobie i choć nie bardzo ochotnie, musieli skosztować uprzejmie ofiarowanego śniadania, które się im nie mogło wydać smaczne. Leśniczy zajadał tylko ochotnie i żwawo.
Ojciec jego tymczasem stare opowiadał dzieje panu Balowi o Szujskich jeszcze, o hrabiach i o rządcach, którzy Zakalańszczyzną w czasie bezkrólewiów władali.
Grzeczny dziedzic i jeść musiał i słuchać choć dławił się i niecierpliwił, powtarzając po cichu do Stasia:
— Co to za miła prostota! jaka gościnność! jaka serdeczność!
Można jednak zaręczyć, że łzy które miał w oczach, wyciskał zarówno kwaśny ogórek, jak uczucie.
Skończyło się nareszcie przyjęcie, w czasie którego bliżsi osadnicy szlachta zbiegli się nowego pana oglądać i w licznej komitywie przeprowadzany, podsadzany wsiadł nareszcie Bal na swój wózek a Stanisław na konia. Pozostawała mu jeszcze znaczna część majętności do obejrzenia, potrzeba było z Nowin dojechać do karczmy na granicę, a potem okrążyć lasy granicami aż do Ciemiernej i brzegiem rzeki powrócić do Zakala. Ta przejażdżka do wieczora zająć czas mogła... należało spieszyć.
Wózek potoczył się raźniej, bo Ilko poczęstowany był wódeczką i pan Krużka jakoś po śniadaniu żwawiej konia zażywał. Pośpiech ten wszakże bokiem wyłaził po prostu mówiąc, bo droga była szkaradna, wózek trzęsący, a pan Bal nie przywykły do takiej podróży. Stęknął nieraz nieborak choć usiłował swoje cierpienia w żart obrócić i pocieszyć się widokiem ogromnych posiadłości.
Do karczemki na trakcie drożyna jeszcze była jaka taka; tu chwilę tylko zatrzymali się, by zobaczyć zajęcia Moszka Hercyka i słupy pocztowej drogi i gładziuteńki trakt, którym ochota brała jechać, ale nie pozwalały okoliczności, musiano zaraz skręcić w lasy i w przenajszkaradniejsze topieliska, brody, przewałki.
— Tu to się pan już lasem nacieszy, rzekł Józef, bo aż do Ciemiernik go będziemy mieli, a porządny szmat drogi...
— A wszędzie taka zła? spytał Bal.
— O! będzie jeszcze daleko gorsza! odparł leśniczy, tu jeszcze wybornie!
— Cha! cha! zaśmiał się z przymusem kupiec... ale to prawdziwie dzika natura, amerykańskie puszcze! nieprawdaż Stasiu, że to przepyszne i oryginalne...
— Dzika, to prawda! piękne, ciężko powiedzieć.
— Oryginalne! oryginalne! wykrzyknął Bal usiłując się podochocić — nic w życiu podobnego nie widzieliśmy!
Tymczasem wózek leciał po kłodach, po korzeniach, a pan Bal najoryginalniej w świecie podskakiwał często chwytając powożącego za barki.
Lasy nieskończone, nieprzebyte, gęste zaroślami, choć ogołocone z drzew większych stały przed niemi jak nieprzebyte zastępy... Nigdzie pólka, rzadka łączka i stożek przerywały dziką monotonją krajobrazu, który w ostatku najzapaleńszemu wielbicielowi natury tej uprzykrzyć się musiał. Jechali, jechali, pytał dziedzic po kilka razy, czy daleko do Ciemiernik? a zawsze mu leśniczy odpowiadał, że jeszcze nawet do dyferencji nie dojechali, którą całą przebyć było potrzeba.
Słońce już się zniżało, gdy stłuczony i milczący pan Bal, żałując niemal że się wdał w tę wyprawę, dowiedział się iż są na granicy dyferencji. Łatwo się zresztą było tego domyśleć, bo nagle las się podniósł i ukazał prawdziwie wspaniały, podsycając entuzjazm pana Erazma. Sosny gładkie, niedoścignione okiem, strzelały w górę zielonemi czołami; pod niemi wyginęły gąszcze, oko daleko w ten labirynt słupów sięgało i gubiło się w jego głębinach. Szum drzew był tu już inny, nie było to szemranie krzewów i karłowatej choiny, ale poważny rozhowor starców, co rozprawiają o wiekach przeżytych. Jakieś uczucie poszanowania, jakaś bojaźń religijna chwytała za serce, mimowolnie uczuli ją wszyscy, po długiej przejażdżce na trzebieżach zarosłych młodemi wypusty wjechawszy w tę puszczę starą.
— Co to, zawołał Staś to istotnie piękne.
— To cudowne! podchwycił Bal, ale mi się zdaje że się po trosze ściemnia.
— Nic to, rzekł leśniczy, aby tylko za dyferencją, tam droga do Ciemiernej po równym piasku, a z Ciemiernej nad brzegiem do Zakala bity gościniec...
— Ale czy wrócimy przed wieczorem?
— O! za widna! rzekł Krużka, ruszaj Ilko.
Pan Bal nic nie pojmował, istotnie droga środkiem boru zdawała mu się gładziuteńka i wyborna, a wózek co chwila stukał o niedojrzane korzenie sosen i zdawało się że powinien się był rozbić w kawałki. Ilko przywykły nic na to nie zważał, ale dziedzic coraz to paskiem się ściskał, bo go trzęska całodniowa jazda niezmiernie zmęczyła.
Cała dyferencja składała się z prześlicznego owego lasu i z żalem z niej przebrali się znowu na krzaki zakalańskie, na pustki pozarastałe brzeźniakami i sośninką. Tu i owdzie resztki pieca smolanego, dziegciarni, potażowe wzgórza fusów zielenią obrosłe widzieć się tylko dawały. Pan Bal w początku brał je za tumulusy, za starożytne wały i okopy rzymskie, ale nieubłagany leśniczy rozbijał te złudzenia, doskonale objaśniając którego roku gdzie smołę pędzono lub potaż gotowano.
Krzakami, piaskami, już o mroku dojechali do Ciemiernej, wsi większej nieco od Borowicy, mniejszej od Zakala, z wielką cerkwią, mieszkaniem parocha i ludem zamożnym. Dawniej była tu binduha, to jest brzeg, na którym wyroby lasów wiązano i przygotowywano do spławu, ale teraz, gdy towar wyrobiony został do szczętu, pamiątka tylko została. Z Ciemiernej mnóstwo ludzi szło co roku na flis i ci apostołowie cywilizacji przynosili z sobą do chat czarne kapelusze, powieści o dalekim świecie i skłonność do hulanki.
Wpływ ich jawny już był w całej wiosce, której ludność nie chowała się przed obcemi jak Borowiczanie, łaknęła zarobku, stroiła się wykwintniej i wyglądała czyściej. Nie mieli już czasu zatrzymać się w Ciemiernej, rzucili tylko okiem na główną ulicę, na cerkiew i dworek plebana staremi otoczony drzewy, na karczemkę schludną, w której mieszkał szwagier Moszka Hercyka i popędzili dalej.
Droga swą nowością podobać się mogła, była to wijąca się po wybrzeżu Horynia ścieżka, utrzymująca związek między Zakalem a Ciemierną. Gdzieniegdzie ukazywała się rzeka płynąca szerokim ługiem, rozlana teraz i błyszcząca w ostatku blasków słonecznych.
Pan Bal mógł się unosić, bo widok ten choć smutny, miał swą powagę i uroczystość.
— Ztąd już, odezwał się leśniczy kłaniając, Ilko Jaśnie pana zawiezie do dworu, a mnie potrzeba pospieszyć do chaty, jeśli pozwoli Jaśnie pan...
— Ale jutro Waćpan przybywaj, odezwał się Bal, a rano będę cię potrzebował...
— Będę na rozkazy!
— Proszę, proszę...
Już się ściemniało dobrze, kiedy nareszcie w dali pokazał się dwór Zakala na pagórku, który z niezrównanem uczuciem powitał pan Bal zacierając ręce.
Ilko popędzał gorąco, konie leciały szybko i w kwadrans wózek zatoczył się przed milczący ganek.
Pan Erazm wyskoczył z niego, połamany w kawałki, zbity, potłuczony, bolejący, ale rad z siebie i gotując się szeroko opowiadać żonie i córce o pięknościach borów i pustyń Zakala.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.