Złote jabłko/Tom II/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.

Wjazd do Zakala. — Installacja.

Rządca, którego śmieszną figurkę widzieliśmy, wybiegł naprzód ze dworu w butach, które go do wpół zasłaniały, wołając ku stodole na ludzi, po których dwie kobiety pobiegły. Popłoch się stał we dworze nie do opisania; jakkolwiek żona pana rządcy nie wiele sobie ważyła nowo-przybyłych i mężowi to przekonanie wlać usiłowała, i ją trochę ten nagły przyjazd przeraził. Mały pan rządca nie wiedział co począć, gdy ku niemu przyskoczył przez burzany i osty pan Bal.
— Kto Waćpan jesteś? spytał zdyszany.
— Ja jestem rządca tutejszy, Hilary Supełek.
— No, a ja jestem dziedzic Zakala mości Hilary.... ale djabli nadali, po co tu Waćpan taką wązką zrobiłeś drogę... kareta mi uwięzła, powóz się stacza, posyłaj po ludzi.
— Zaraz Jaśnie panie! w mig! zakrzyczał sadząc przez podwórze Supełek.
Pan Bal tymczasem przyglądał się dworowi i zabudowaniom.
— Prawda, że do djabla to wygląda mizernie! dom licha wart! ale widać bo w tym kraju lepszych nie ma, przez całą drogę takie same kletki widzieliśmy. Szanowny więc zwyczaj narodowy, przed którym skłaniam głowę. No! to się wszystko da przerobić! Ja tu wiodę z sobą cywilizacją! powoli, powoli, kraj ten inną postać przybierze. Ale prawda, że to coś nie smaczno wygląda; oj będziesz się Ludwisiu naśmiewała.
Wśród tego monologu, ludzie ze stodoły ogromną nadbiegli zgrają, z gołemi lecąc głowami, a pan Bal powitał ich uśmiechniętym ukłonem, fizjognomje ich wydały mu się tak miłe i wdzięczne! kilka kobiet wychyliły się z sieni, spojrzał i rzekł w duchu:
— Co za boży lud! a z jaką na mnie życzliwością pogląda... i wita!
Płot trzeba było wyłamać cały, a o nie wiele chodziło żeby i brama ofiarą nie padła, bo powóz ledwie się w nią mógł wcisnąć. Zawrót był trudny, ale z pomocą gromady, zajechali nareszcie przed dwór choć zdaleka, bo bliżej kłoda leżąca przysunąć się nie pozwoliła. W tej chwili zręczna żona pana rządcy, porwawszy na talerz bochenek chleba i trochę soli, wyleciała starym obyczajem powitać dziedziców.
Pan Bal tak był rozczulony tym obrzędem feodalne czasy przypominającym, że z łzami śmieci, brudów i ruiny nie dojrzał, a rozpłakawszy się, pięć dukatów na miejscu chleba któren do piersi przycisnął, położył.
— Moja Ludwisiu, rzekł, to rozczulające... to patrjarchalne... to prześliczne... poruszony jestem do gruntu.... nie zważaj na drobnostki, ciesz się ze mną.... chodźmy do pokojów. Proszę nam otworzyć pokoje! zawołał do uśmiechającej się chytro rządczyni.
— JW. pan zechce może wejść do nas, to tam...
— Wszakże są mieszkania, gdzie stawał hrabia...
— A! to proszę JW. pana, wielka ruina! odezwała się kobieta, graf rzadko przyjeżdżał, dawno nie był.... to się niezmiernie porujnowało, myśmy ledwie mogli swoje oblatać....
— Aleć przecie choć kilka pokojów mieszkalnych! zafrasowany rzekł Bal; ja pisałem, żebyście państwo wyporządzili.
— Późnośmy list odebrali, a to tyle było roboty, bo się graf wywoził ze stertami, ze wszystkiem, nie było sposobu.
— Jużciż gdzież się pomieścim, proszę no otworzyć!
Klucze były w pogotowiu. Rządczyni poszła przodem, wszyscy za nią w milczeniu, klucz zaskrzypiał w zamku i smutne wejrzenie zdziwionego kupca zatrzymało się na beczce od pierza, pokrytej starą okiennicą.
— A ! do djabła! wykrzyknął wstrzymać się nie mogąc... Ale tłumaczę sobie, dodał, powiadają że hrabia dawno tu nie był, nie znał stanu domu. To się to tak szybko rujnuje. Ale to pustka!
Lizia śmiała się na wpół z gniewem.
— Chodźmy-no dalej! rzekł pan Bal.
Weszli do drugiego pokoju, któren zresztą doskonale pierwszemu odpowiadał i milczeniem go zbyto, następne wydały się lepiej nieco, ale zawsze bardzo licho.
— Cóż tu począć? rzekł dziedzic, tutaj niepodobieństwo zamieszkać, zwłaszcza jesienią; zobaczymy jak tam wygląda gdzie zamieszkuje pan Supełek.
Zwrócili się więc dosyć smutnie na przeciwko, ale już pan Bal odzyskiwał przytomność umysłu i przechodząc przez pierwszy pokój, rzekł do żony:
— Jakkolwiekbądź, w samej tej ruinie jest coś miłego, jest jakaś woń starożytności i wieków ubiegłych.
— Woń zgnilizny, szepnęła Lizia.
— Wiem, że mnie to do duszy przemawia, dodał kupiec. A potem, ciszej rzekł do żony, dom jest rzeczą najmniejszą, chodzi o majątek! to grunt!
— Ale gdzież się podziejemy?
— Nie bój się, musiemy na to poradzić!
Przejście na drugą stronę czyściejszą wprawdzie, ale bardzo po gospodarsku urządzoną i wcale niepozorną nie wiele pocieszyło. Dla ludzi, jak nowo przybyli, do miejskiego wytworu i elegancji przywykłych, gdzie lada krawiec ma salon pokaźniejszy od najwykwintniejszego na wsi, wcale nowym był widok tych izb tak nagich, tak nie wiele białych, gdzie nic nie wstrzymało oka prócz prostych sprzętów i niepojętych dla nich przyrządów i narzędzi. Obeszli wszystko aż do czeladni.
— Ha! rzekł pan Bal odurzając się z bohaterskiem postanowieniem do Supełka, wynoś mi się Waszmość na folwark, czy gdzie ci się podoba, a my tu pomieścim się tymczasem jako tako. Dziś zaś zaraz proszę posłać do miasteczka najbliższego po mularzy, stolarzy, malarzy, cieśli i kogo potrzeba do restauracji domu. Na zimę będzie skończony.
Supełek oczyma radził się żony, która dosyć kwaśną robiła minę.
— Ale proszę JW. pana, na folwarku stoi pisarz, gdzież my się podziejemy?
— Ja w to nie chodzę, widzisz Waćpani że i ja na dworze zostać nie mogę. Ja, żona, syn, córka, przywykliśmy do osobnych pokojów, na to nie ma rady...
— Więc JW. pan zamyśla tu zamieszkać? zapytała bojaźliwie rządczyni.
— A cóż pani myślisz?
— Ja się tylko tem cieszę, odparła pierwsza, bo my tu sami temu wszystkiemu dać rady nie możemy, choćby się mąż jak starał; nie zawsze dziedzicowi można dogodzić, a tak będziemy spokojniejsi, jeżeli JW. pan nas utrzyma.
Pokora z jaką te słowa wymówione były, dotknęła do żywego serce pana Bala, uśmiechnął się.
— O tem potem moja pani, rzekł z miną pańską, to pewna, że kto mi dobrze służyć będzie, nie pożałuje tego... proszę najprzód zająć się spełnieniem moich poleceń... Panie Supełek ruszaj Waćpan do miasteczka natychmiast, jutro żeby mi byli rzemieślnicy... na wieczór powracaj, mamy z sobą do mówienia.
— Rzemieślnicy JW. panie, odparł wahając się rządca, rzemieślnicy u nas nie ciekawi.
— Jacy są.
— Po lepszych chyba o dziesięć mil posyłać.
— Choćby o dwadzieścia.
— Ale gdyby i byli, to materjałów nie mamy żadnych.
— Jakich materjałów? spytał pan Bal.
— Ani cegły, ani wapna, ani drzewa, ani gontów.
— Ale mamy pieniądze, panie Supełek, brzękając po kieszeni rzekł pan Bal, to dosyć, wszystkiego dostaniem... proszę się wynosić i jechać.
Żona wybiegła do sieni za wychodzącym.
— Głupiś serce, rzuciła mu w ucho, czy będą mieszkać czy nie, co nam szkodzi, że dom dla nas zrestaurują? Ruszaj, zamawiaj, kupuj, a nie zapomnij o sobie... mówił, że pieniądze ma, zapłaci dobrze. I te gonty nasze coś miał sprzedać żydom, sprzedaj jemu...
— A jak się wyda?
— No! to co! albo się wypłaczę, albo go wyłaję i pojedziemy do hrabiego. Nie bój się, z taką żoną jak ja nie zginiesz. A teraz słuchać go potrzeba tylko, kiedy to lubi, a drzeć co wlizie; poczekawszy poddamy mu coś takiego że wyleci.
Po tej króciuteńkiej naradzie, której sens główny zrozumiał Supełek, poczęto zaraz rugować wszystkich i wszystko ze starego dworu, uprzątać, zamiatać, czyścić, obijać, wykurzać, ogrzewać... Pan Bal zaglądał przez wszystkie okna i deszcz go tylko mógł wstrzymać od wycieczki po swem dziedzictwie, które gorąco poznać pragnął. Napróżno żona wskazywała mu co chwila jaki zawód, jakąś nie miłą zawadę, lub coś co inaczej się znalazło niżeli mu obiecywano; pan Erazm niewyczerpany w pomysłach, wszystko umiał wytłumaczyć na dobre i wymówić jako tako.
— Co się tyczy budowli, mówił, byłem uprzedzony że są liche. Hrabia jest bardzo sumienny, tego mi nikt nie wmówi, żeby mnie chciał oszukać. Mówił mi i powtarzał, że majątek potrzebuje nakładów, że jest in grudo (sic), na to byłem zupełnie przygotowany. Rzeczywiście tedy pójdzie z razu jak po grudzie. Dom lichy, stary, ale to jest miła ubiegłych wieków pamiątka...
— W której nam za kołnierz ciec będzie, dodała Lizia.
— Nic na mnie takiego wrażenia nie robi jak te szczęty... to są relikwie.
— A! mój Erazmie, jak się ty przesadzasz! uśmiechając się zawołała żona.
— Mijam to, ale położenie nie jestże zachwycające? Pomimo smutku i znużenia, pani Balowa parsknęła śmiechem.
— Szkoda, że za chwastami nic widzieć nie można, a resztę płoty i bramy zasłaniają; naliczyłam bram tyle co w Tebach, kochany papo! zaśmiała się Lizia.
— Szydźcie! szydźcie zdrowe! zobaczycie co ja z tego zrobię! mruknął pan Bal.
Dzień zszedł na urządzeniu się w domu, na szukaniu wszystkiego co brakło. Stanisław w milczeniu ojcu pomagał, a że ciasno było w kilku izbach zajmowanych przez rządcę, z ojcem razem przeniósł się do trochę schludniejszych pokoików niegdyś zajmowanych przez hrabiego na drugiej stronie. Z izby, w której przędły wieśniaczki, zrobiono wspólny salon na prędce, któren Lizia doprawdy przystroić potrafiła. Firanki były w powozie gotowe, proste stoły ponakrywano oponami, sofy porobiono ze słomy i okryto dywanami razem z podłogą, a kilka lamp, obrazów i świecidełek w chwilę przybrały i nagie ściany i brzydkie białe przymurki.
Pan Bal wszedłszy aż ją uściskał.
— O to mi złota dziewczyna! zawołał, zrobiła cacko z tej stodoły! Na honor, to do niepoznania! To lubię, to dowód jenjuszu kobiety! Pokój śliczny... możemy gości przyjmować, choćby nam jutro przyjechali...
Dzień zszedł do wieczora na wyglądach i wywiadach przez ludzi, na pierwszem uścielaniu sobie życia, które trudno było uczynić wygodnem. Wszystkiego brakło, wszystko trzeba było kupować, hrabia ekscypując, tak dobrze wyekscypował, co tylko z miejsca ruszyć się mogło, że ściany tylko i dachy zostawił, kłódki nawet przy spichlerzu i lochu były pożyczane.
Ani jednej krówki w oborze, ani śmietanki do kawy, ani masła do kuchni, ani siana, ani owsa, ani chleba. Bal szepnął sobie po cichu: szalenie ekscypowali, ale zaraz dodał: to sprawa ludzi, wielki pan nie mógł się wdawać w te drobnostki... ale niemniej wszystko kupić będzie potrzeba... No! to się kupi!
Późnym wieczorem powrócił rządca do Zakala, choć nie wiele wskórał w podroży, bo same obiecanki przywiózł od majstrów i posiadaczy materjałów. Gonty tylko dla pana Bala kupił drogo u pana Bala... Nim poszedł do niego, choć dwa razy po niego przysyłano, naradził się wprzódy z żoną.
— Słuchajno serce, rzekł, będzie się mnie ani chybi pytał o majątek, co ja mam jemu powiedzieć?
— Najprzód, Hilarciu, odparła głaszcząc go pod brodę, masz wielki rozum żeś się mnie zapytał... Powtóre, zwąchałam, że nic ani wsi, ani gospodarstwa nie rozumie, nie dziw, mieszkał w mieście całe życie.. Można więc mu będzie wmówić co się zechce...
— Ale pomiarkujmy no co lepiej i jak mu to mówić?
— Mój kochany, tu rzecz jasna, kiedy doktor przyjdzie do chorego, zawsze mówi że niebezpieczny; jeżeli go wykuruje większa wdzięczność, jeżeli umrze jest się czem wymówić... Rządca zawsze powinien mieć na języku, że majątek nic nie wart...
— Oj! jaki to ty masz rozum lubeńko, pokręcił głową Supełek.
— Druga rzecz, odezwała się żona chodząc po izdebce z założonemi w tył rękoma, że nam koniecznie potrzeba ich zrazić, żeby tu nie mieszkali... Jak pojadą do Warszawy, my tu zostaniemy panami, człowiek jakiś miękki, dobry, słowem go można rozbroić a nic się nie zna. Takich panów rodź Boże na kamieniu!
Rozśmiała się pokazując dość jeszcze ładne ząbki.
— Teraz już wiesz co masz robić, kłaniaj się nizko, Jaśnie wielmożnego nie żałuj... a co można tymczasem korzystajmy... Ot i krów im trzeba, dobrze swoje sprzedać, ale nie mów że to nasze, tylko że żydowskie; i żyta im sprzedaj z remanentowego. Na to i ty masz głowę.
— Oho! odparł Supełek rad z siebie i czupurząc się, już ja nam wstydu i szkody nie zrobię.
— Bo pamiętaj że musimy na naszę jedynaczkę pracować, żeby za lada chłystka nie poszła, a dotąd nie wiele się zebrało. Teraz nam żniwo.
Supełek podjął wąsy do góry i poskoczył do dworu. Wszedłszy do salonu najprzód gdzie państwo pili herbatę, osłupiał biedak wydobywszy się zpod zaimprowizowanej portjery i obejrzawszy po izbie, której poznać nie mógł. Ta czarodziejska zmiana czeladnej w salon jakiego na wsi nie widział, oświecony lampami, wybity dywanami, pachnący i błyszczący, niesłychanie go przejęła.
— Cóż to się stało? rzekł w duchu, ci ludzie pokój z sobą przywieźli!
Pan Bal uczuwszy, że niebezpiecznem być może rozpytywanie się szczegółowe przy żonie i córce, poprosił o herbatę do swego pokoju i wyszedł z Supełkiem, który wciąż sobie powtarzał: — Nigdybym nie poznał czeladniej!
Pan Bal usiadł na łóżku, rządca stanął przy drzwiach i zaczęła się rozmowa.
— Waćpan tu już oddawna jesteś?
— Lat dwanaście, Jaśnie panie.
— A więc znasz dobrze Zakalańszczyznę?
— Zdaje się, Jaśnie panie.
— Możesz mnie o wszystkiem objaśnić?
— To pewna że nikt lepiej nie potrafi.
— Nadewszystko proszę Waćpana o szczerą prawdę, nic nie malować.... szczerą i gołą prawdę. Co to za majątek? o ile mogłem miarkować z inwentarzy, zdaje mi się bardzo dobry!
— E! już to Jaśnie panie, odchrząknął Supełek... w inwentarzu wszystko się ładnie wydaje, ale niechno zobaczyć przyjdzie na gruncie! Jam tu wyłysiał od gospodarstwa tego.
— To tylko pochwala gorliwość jego. — Wysiewy piękne?
— Tego roku ozimina licho poschodziła.
— Ozimina! przebąknął pan Bal, przypominając sobie znaczenie wyrazu, z którym się niedawno oswoił. A wiele posieliście pszenicy?
— Gdzież tu proszę Jaśnie pana siać ją, kiedy to szczery piasek...
— Chcesz mówić glinka... trochę z piaskiem.
— Gliny u nas nie ma...
— Tak! ale ten gatunek piasku widać zowią gdzieindziej glinką, dodał Bal. Supełek miał wielką ochotę się rozśmiać, ale się powstrzymał. Grunty więc piaseczkowate?
— Piasek, Jaśnie panie, szczery piasek...
— Ale urodzajny! omłoty piękne...
— Tak, bywa korzec, bywa i ćwierć, ale nigdy więcej.
Pan Bal nie zrozumiał, ale się tem zaspokoił.
— Ale ziarno piękne?
— Czyste, niczego...
— A to grunt! dodał Bal. Łąk dosyć i na ługach słyszałem bywają zbiory pyszne, egypskie!
— Od lat dwunastu, jak tu gospodaruję, trzy razy tylko sieliśmy na ługach, i to nam woda pozabierała.
— A czemuście jej nie spuścili? O! zawołał pan Erazm z wymówką.
— Jaśnie panie, kiedy to rzeka zalewa! dusząc się odparł Supełek.
— A! rzeka! wiem że rzeka, żywo podchwycił kupiec, ale ją trzeba powstrzymać. Na to są nowe sposoby... kanalizacja! o!
— Coś nie rozumiem, szepnął sobie rządca, musi to być z tych rozumnych gospodarzy, co mówią nowemi wyrazami, ale starych zbiorów nie potrafią wygospodarować.
— Siana jest dosyć?
— Tego roku łąki były pod wodą...
— Z tą wodą trzeba będzie coś poradzić, to się obmyśli. A młyny?
— Młyn tylko jeden Jaśnie panie.
— Jakto jeden? ofuknął się pan Bal.
— Jeden tylko idzie, reszta pozatapiana i stare, że się na nic nie zdało.
— Mówili mi że potrzebują reparacji... Aręda robi około siedmiu tysięcy?
— Siedm tysięcy! wykrzyknął rządca dziwnym głosem...
— Jakto! nie robi tyle?
— Jaśnie panie, to chyba żarty!
— Ale jaż ci w inwentarzu pokażę, że tak mi ją podano.
Supełek stanął w zamyśleniu osobliwszem, nie mógł pojąć, jak śmiano tak już niegodziwie kłamać. A! rzekł w sobie, kiedy hrabia tak mu podawał, znać że można z nim zrobić co chcąc.
— A ileż robi aręda...
— Aręda z wielką biedą i z jednym młynem robi dwa tysiące.
— Dwa! ależ szła siedem!
— A! prawda! rzekł Supełek, było to jednego roku, kiedy jeszcze szły wszystkie młyny, i arędarzowi dodano ludzi do wyrobienia sta beczek smoły; płacił wówczas siedem tysięcy...
— A widzisz Waćpan! rzekł poważnie Bal, więc może iść i teraz siedem... i więcej.
— Ale już smoły nie można pędzić!
— Dla czego?
— Pni brakuje.
— Erazm zupełnie nie zrozumiał znaczenia, ale nie chcąc się kompromitować, dodał z cicha: Na to się poradzi! Jakaż, spytał, bywała intrata z majątku w lepszych latach?
— Przez tych lat dwanaście, co ja tu jestem Jaśnie panie, choć Bóg widzi że charuję i pracuję jak wół w pługu a ludzi nie żałuję... z flisami, ze wszystkiem jak będzie osiemnaście tysięcy, to już bardzo dobrze...
Pan Bal za głowę się pochwycił.
— Co mi Waćpan prawisz! brutto?
— Niech Jaśnie pan mnie nie łaje, bo cóż ja temu winien.
— Pytam czy brutto, czy netto?
Supełek nie zrozumiał.
— Osiemnaście razem, czy po strąceniu kosztów? powtórzył wyraźnie kupiec, zbliżając się.
— Ale wszystkiego panie i ze smołą, z gontami, z drzewem, z flisem, het precz.
— To być nie może!
— Niech Jaśnie pan spojrzy w regestra.
— Prawda! prawda! mówili mi że majątek in grudo! że potrzebuje nakładów, ale doprawdy nie spodziewałem się żeby był tak opuszczony.
— Już to Jaśnie panie, z cicha podszepnął rządca, nie wiele tu i nakładem zrobić i głową, kiedy ten szelmowski piasek i nic więcej.
— Chcesz mówić glinka.
— Nie wiem dla czego Jaśnie pan to nazywa glinką, ale tu jej nie ma wcale.
— Glinka, powiadam Waćpanu... Na wszystko jest rada... nawóz, nowe sposoby; czytałem wiele o guano, sprowadzim guano, sprowadzim pudrettę... musi rodzić..
Rządca który jak żył tych wyrazów nie słyszał, zastanowił się, a pan Bal z uczynionego widocznie korzystając wrażenia, dodał żywo:
— Polepszenia na wielką skalę! sprowadzenie agronoma z Marymontu, zakupienie bydła i owiec, gorzelnia, cukrownia, browar, w którym piwo bawarskie zrobimy! guano! płodozmian! majątek poprawi! Wiele jest gorszych po świecie... na to tylko głowy potrzeba!
Ten wykrzyknik był skutkiem czytania rozpraw agronomicznych, któremi się jadąc objadał w drodze pan Erazm i naturalnie nie znając nic praktyki gospodarskiej, chwycił tylko najostatniejszych teoryj.
— Gdzieżeś się Waćpan uczył gospodarstwa? spytał, w Hoch... o! jakże się to nazywa ta szkoła... w Marymoncie, czy w Rosji?
— Jak? Jaśnie panie! nie umiem odpowiedzieć, zająknął się Supełek, ja?
— W jakim instytucie?
— Ja nigdzie nie byłem, skromnie odparł nareszcie Supełek, mój ojciec był rządcą, od młodu gospodarzę!
— A! więc tak, z praktyki tylko?
— Z praktyki, Jaśnie panie.
— Znaszże Waćpan płodozmian, nowe pługi, leśnictwo, uprawę rzędową, łąki sztuczne, i co rządcy potrzeba?
Supełek mięszał się widocznie, bo nawet o co go pytano zrozumieć nie potrafił.
— A to do czego Jaśnie panie, rzekł, u nas zorać, posiać, z żydem się wykłócić, chama ostro trzymać... ot i cała gospodarka.
Nie trafiło to jakoś do przekonania pana Bala, ale nie chciał zrażać człowieka, którego potrzebował; rad był jednak że miał wyborną wymówkę na nieprodukcyjność majątku.
— To osieł, rzekł w duchu, nic nie umie, tu potrzeba gospodarza! będę go musiał odprawić; majątek in grudo, ale i człowiek podobny. I oni tu chcieli co mieć! kiedy on gliny nie rozróżni od piasku!!
Ostatnia wymówka zupełnie była niesłuszną, bo o glinę w istocie trudno było w Zakalańszczyznie.
W czasie tego monologu, rządca stał u drzwi pokornie, jakby przeczuwając znaczenie milczenia, pan Bal obrócił rozmowę.
— Rzemieślnicy czy są?
— Trochę dostałem, poobiecywali.
— Na jutro?
— Nie.
— Jakto nie! muszą być na jutro!
— Jutro szabas, a to wszystko żydzi.
— No ale w niedzielę!
— Mam jednego mularza, stolarza i cieślę i gonty kupiłem.
— A cegłę i wapno?
— Chyba o trzy mile.
— O! toś mi się Waszmość źle sprawił, więc jedź na całą noc... muszę ich mieć tych rzemieślników, żeby to Bóg wie co kosztować mnie miało... Rób pan co chcesz.
Supełek potarł czuprynę i zmilczał.
— Jutro, tymczasowie kupisz mi Waćpan pięć krów.
— Gdzie? Jaśnie panie.
— Albo ja wiem! gdzie się Asanu podoba, pięć pięknych krów tyrolskich, szwajcarskich, lub kałmagorskich.
— Tu są tylko poleskie i to na jarmarku.
— Ale to Waćpan mi robisz we wszystkiem trudności, a ja tego nie lubię.
— Cóż ja poradzę?
— Na to głowa, radź sobie pan jak chcesz, a gdy mówię, że co ma być, trzeba żeby było. Nadewszystko odkładywań nie lubię! Proszę także mi kupić krup, mąki, masła, zamówić mięso, drób’, zwierzynę, rybę.
Rządca aż się uśmiechnął.
— Jaśnie panie, na to potrzeba czasu!
— Masz Waćpan całą noc i cały dzień jutrzejszy.
— Ale u nas to się kupuje w miasteczkach i tylko na targach lub jarmarkach, jutro szabas i szpilki nie dostanie.
— Przecież są rzeźnicy?
— Żydzi...
— Co mi Waćpan gadasz? wszystko żydzi!
— U nas panie wszystko żydzi.
— Rozkazać strzelcom żeby była zwierzyna..
— Nie mamy panie strzelców, bo strzelać nie wolno.
Pan Bal osłupiał i wstrząsł się.
— Co mi Waćpan prawisz! co mi prawisz? czemże żyjecie?... A ryba?
— Ryba się teraz nie poławia, bo woda duża.
— Tfu! cóż u licha, z waćpana dziwny człowiek zaprawdę! Ja się nie pytam co, jak, wolno czy nie wolno, mała woda czy wielka, a proszę żeby mi wszystko było jak kazałem.
To mówiąc trochę markotny pan Bal odprawił rządcę poważnem skinieniem głowy, a sam po chwili namysłu wyszedł do żony.
— Trzeba ją uprzedzić, rzekł w duchu, mogę jej andronów naprawić. Kobieta to weźmie do serca! A to wszystko są bajki i plotki! Będzie tu za mnie inaczej.
Wszedł do pokoju z rozweseloną twarzą.
— No kochana Ludwisiu, rzekł, nie ma co mówić, hrabia mnie nie zwodził, majątek rzeczywiście in grudo, ale nie dziw! Stan istotnie okropny, opuszczenie niesłychane, a rządca ani be ani me! Wystaw sobie, wybrali na rządcę człowieka, który w żadnym instytucie nie był, płodozmianu nie rozumie, osieł nad osłami, a tu potrzeba silnej ręki i głowy.
— I kieszeni, kochany Erazmie, dodała żona.
— A tak! ale to się wszystko powróci setnie... Zobaczycie co zrobię z tego majątku. Cieszę się, istotnie się cieszę, że w tym stanie zastałem Zakale, bo pokażę im tu jak się gospodaruje i co z tego majątku zrobić można!
Pani Balowa ruszyła ramionami tylko.
— Jesteś niezwyciężony, rzekła z uśmiechem.
— A tymczasem spać, odezwał się kupiec, czując znużenie i strapienie do którego się nie przyznał. Dobrej nocy.
Że deszcz jesienny na dworze coraz gęstszy się puszczał, niespodziankę zastał w sypialnym pokoju pan Bal, bo woda na gorszej połowie domu do pokojów szła przez dach jak z cebra. Musiano podstawiać co gdzie się znalazło, niecki, miski, miednice i nosić się z łóżkami, które ledwie ustawiono w suchym kącie, jakby na złość poczynało przeciekać.
— Kupiłem już gonty, mówił sobie pan Erazm, dach najprzód pokryję, a te drobne wiejskie niewygódki będą mi później miłem wspomnieniem tylko.
Tymczasem rządca, który zręcznie podsłuchał rozmowę pana Bala z żoną i dowiedział się z niej, że był osłem, pobiegł niespokojny na folwark.
— Otóż masz, zawołał stając przed piękną uśmiechnioną połowicą, podobnośmy przeskoczyli.
— Co takiego?
— Zacząłem mu ganić majątek, bo taki prawdą a Bogiem nie wiele wart, zżymał się niezmiernie.
— A! niech się zżyma...
— Kazał mi żeby wszystko było, nie słuchając racji!
— Cóż to znowu! fanaberja jakiś! chce żebyśmy go słuchali! Jużciż graf lepszy od niego, a tyleśmy mu tylko robili, co się nam podobało!
— Ba! ale posłuchaj no dalej! namarszczył się na mnie, począł mnie o takie jakieś rzeczy pytać, o których jakem żyw nie słyszałem... pleść coś o jakichś nowomodnych gospodarstwach... i poszedł. Ja w trop za nim podedrzwi... słucham, a on żonie powiada najwyraźniej: rządca osieł! trzeba go odprawić!
Pani Supełkowa tylko się uśmiechnęła.
— Oddamy my mu za tego osła, szepnęła po cichu. Trzeba go odprawić! to można powiedzieć, ale ciekawam jak to zrobi? Albo się tu może obejść bez nas? nic nie zna, nic nie wie... Otóż kiedy tak, to mu jutro podziękujesz za służbę. Patrzajcie go! Że zebrał trochę grosza świeczki sprzedając, już myśli że wielki pan! Dam ja ci osła!
— A jak ja mu podziękuję, to co? spytał Supełek.
— To on cię nie puści.
— A gdyby puścił?
— To jutro odwoła, bo sobie rady nie da.
— Oj! duszko niebezpiecznie! niebezpiecznie! zaraz mu się tu ktoś nastręczy.
— O to się nie frasuj, niedopuścim... i odmalujemy go dobrze przed ludźmi... Rób co ci mówię, a więcej o niczem nie myśl... jutro mu za służbę podziękujesz.
Kochanku! a jak nas wyrzuci?
— On! co tobie? prędzej my jego ztąd! śmiej się z tego, na wszystko są sposoby.
To mówiąc zostawiwszy męża dosyć skłopotanego, poszła do córki.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.