Złote jabłko/Tom I/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.

Smak Złotego Jabłka.

Nikogo nie spotkawszy w bramie, na wschodach i w sieni, dostał się pan Bal do swojego pokoju na górę, a w miarę jak się poczynał znowu rozmyślać, charakter jemu właściwy, humor w którym zwykł był pływać, rozbijały chmury chwilowej niespokojności. Opowiadał sobie o swoich wioskach, o młynach, o spławnej rzece, o książęcym majątku, rozpalał się obrazem i już go piec zaczynało żeby co najprędzej nową wielkość zdumionym oczom żony pokazać. Odzyskał zaufanie w sobie i żywość chwilowo straconą, ubrał się co najrychlej i popędził na górę do saloniku.
Tu zastał czekającą go z herbatą Ludwikę, Lizię, Stanisława i Strumisza... Tajemnicy utrzymać dłużej ani przygotować do jej przyjęcia nie mógł i nie umiał, serce mu biło gwałtownie, był u celu życzeń tajemnych, chciał się swem szczęściem podzielić.
— A! gdzieżeś był? wstając i podchodząc ku niemu zawołała pani Balowa.
— Gdzie? szczęśliwa kobieto! ani ci się śniło! ani ci się marzyło. — Witam dziedziczkę Zakala! kupiłem dobra! dobra książęce! dobra za bezcen... cztery wioski... klucz.. jedziemy na wieś! Familja starożytna Balów powraca do pługa i roli!
Słowa te wymówione były z takim zapałem, a przytem tak szybko, tak nieporządnie i z tak gwałtownemi ruchami, że w pierwszej chwili cofnęła się Ludwika, załamała ręce, bo jej przez myśl przebiegło, że mąż mógł dostać pomięszania. Stanisław zbladł jak chusta.
— No! cóż! stoicie jak mruki! nikt mi nie winszuje? zrobiłem interes ogromny! złote jabłko! złote jabłko! dobra za pół ceny! miljonowe! Com marzył, tom dokonał, wyprzedaję się i wynoszę na wieś?
— Ale na Boga! drżącym głosem odezwała się żona, godziłoż się tak bez poradzenia się kogo z nas, losem wszystkich rozporządzać? tak niespodzianie, tak gwałtownie!
— O! ba! bylibyście mi odradzali, przeszkadzali, niedowierzali, a tak zapadła klamka i rzecz skończona... powiadam wam, jedziemy na wieś.
Po twarzach przytomnych widać było jak ta wieść wielkie, silne i niemiłe zrobiła wrażenie, Stanisław spuścił oczy i dumał ponuro, nie śmiejąc się słowa odezwać, Strumisz był osłupiały, Lizia uśmiechając się z przymusem zbliżyła do ojca, Balowa stała ze załamanemi rękoma i poglądała na męża.
To milczenie, podziw, nieufność jakoś coraz silniej draźniły pana Erazma, który jakby wszystko chciał razem wypowiedzieć, począł trzepać.
— Majątek przepyszny... złote jabłko! in crudo... ziemia glinkowata ale nigdy nie zawodzi, wydatki ogromne, młyny, rzeka spławna, lasy, łąki nieprzebrane, dyferencja z Radziwiłłami, co jest nie małym zaszczytem... fundusze duchowne, dług bankowy, stary dwór, pięćset samych mężczyzn, nie licząc płci żeńskiej, szlachta czynszowa, smoła i huta...
— Od kogo? od kogo? spytała żona niespokojnie, czy nie z pomocą Zrębskiego?
— Właśnie wszystko to winienem temu nieoszacowanemu poczciwemu Zrębskiemu, który ma prawdziwe przywiązanie do mnie. Jest to człowiek nieoceniony.
— A! zginęliśmy, odezwała się żona; on nas zgubi.
Pan Bal z kolei osłupiał.
— Zrębski! mój przyjaciel, mój najlepszy druh... co Waćpani jest...
— Poznasz go, ale po czasie... Od kogoż to kupno? gdzież ten majątek? jaka jego cena?
— A! czekajże, co za gorączka! rzekł Bal siadając i trochę zafrasowany, zaraz ci rozpowiem wszystko... Najprzód kupno to od najzacniejszego z ludzi, jeszczem mu podobnego nie widział, od hrabiego Bracibora Sulimowskiego.
Stanisław mimowolnie zakrzyknął, wszyscy obrócili oczy na niego.
— Co to? niespokojnie spytał Bal, znasz go?
— Nie, słyszałem tylko o nim, rzekł Stanisław.
— A cóżeś słyszał, że dudek chyba i interesów robić nie umie... ale człek z najwyższą szlachetnością.
Stanisław usiadł nie mówiąc słowa, bo nie widział potrzeby sprzeczać się z ojcem, nie bardzo będąc pewien swoich wiadomości, które obiecywał sobie sprawdzić.
— Mówże coś słyszał! naglił ojciec.
— Powiadano mi o nim nie najlepiej, ale to są wiadomości uboczne.
— No! a ja go widziałem, rozmawiałem z nim, traktowałem i mogę wam powiedzieć, że mało takich ludzi na świecie, sumienność do przesady... delikatność niesłychana.
— Był zmuszony sprzedać część dóbr, Zrębski z Goralem mi dopomogli; jestem panem Zakala!
— Gdzież te nieszczęsne Zakale?
— Na Wołyniu! nad Horyniem! z zapałem począł pan Bal, w krainie mlekiem płynącej i miodem... słynnej pszenicą i pieniądzmi, w najszczęśliwszem położeniu... Cztery wioski... dwór stary niegdyś książąt Szujskich.
— Cóż cię to będzie kosztowało? z bojaźnią spytała żona, jakby już zrezygnowana.
— Pół miljona! pół miljona, ale dobra warte dwa razy tyle.
Pani Balowa schwyciła się za głowę. O! mój Boże! zawołała...
— A Waćpani tylko byle stękać... myślałem że mi się uwiesisz na szyi, że mi będziesz dziękowała, a tu jeszcze strachy, wykrzykniki, żale, jeśli nie wymówki spotykam, przyszedłszy ze złotem jabłkiem. Teraz proszę mnie słuchać, dodał kupiec stanowczo, to nie dość. Postanowiłem oddawna i zapowiedziałem, że chcę się wynieść na wieś i handel ten nieznośny porzucić, sprzedaję domy, realizuję co mam i idę z wami napawać się wiejskiem powietrzem.
— Przepraszam cię, równie stanowczo odpowiedziała pani Balowa, miałeś prawo dogodzić swojej fantazji, ale nie masz prawa zagrażać losowi swych dzieci dla jakiejś chimery.
— Ona to nazywa chimerą! burknął Bal.
— Posłuchaj mnie cierpliwie, chwytając go za rękę dodała żona. Zrośliśmy i przywykli do miasta, praca nasza chleb nam dała i zapewniła przyszłość dzieci... Godziż się, nie znając tego życia które ci się tak śmieje, wszystko w nie wkładać? A nuż twoje złote jabłko będzie jabłkiem raju?.. Nie, kochany Erazmie, kupuj sobie dobra jeśli ci się podoba, rzucaj ten poczciwy stan w którym żyli i wychowali nas rodzice, ale nie odrzucaj od siebie ostatniej deski ratunku. Tam nas czekają straty, tu niech zostanie choć przytułek po burzy...
Bal wysłuchał, choć z oznakami nadzwyczajnej niecierpliwości, podskakując na kanapie, całej mowy żony, ale trząsł głową i rzucał się.
— Co za dziwne przeczucia! co za przywidzenia! przerwał nareszcie, co za zakochanie w tem brudnem mieście! Dla czego mamy tracić? czemu nie potrafimy gospodarzyć. Cóż to, święci garki lepią? Dobry ekonom i rozumu trochę, ot i po wszystkiem. Stanisław będzie, ręczę, dobrym gospodarzem.
— Będę czem ojciec rozkażesz, odparł smutnie Stanisław, ale dobrym wątpię... na to potrzeba specjalnej nauki i ochoty, a ja jej nie mam.
— Wszystko się znajdzie, przerwał Bal, co to darmo gadać! Wyprzedamy się i kwita z miasta, ze sklepów, z handlu, ze wszystkiego, wracam na niwę przodków... odetchnąć powietrzem siół i lasów... Co to za życie rozkoszne, jaka cisza, swoboda i pokój! jaki dostatek! O! ciężko mi czekać do tej chwili, tak jej pragnę.
Matka i syn spojrzeli po sobie, jakby mówili: To darmo, my go nie przekonamy! a żona odezwała się łagodnie:
— Kupiłeś, zrobiłeś coś chciał, nic ci nie powiem, choć doprawdy, jako żona, mam prawo wyrzucać robioną przedemną tajemnicę... za to musisz mi się wypłacić czemś.
— Moja duszo! musiemy wyjechać na wieś.
— Pojedziemy na wieś — z westchnieniem rzekła Ludwika.
— No! otóż ślicznie, moje serce, zgadzasz się na wszystko?
— Nie na wszystko... mój Erazmie... wyprzedawać się nie chcę...
— Musimy!
— Nie wyprzedamy się.
— Pani mi chcesz narzucać swoją wolę?
— Nazwij to jak chcesz... ale mi musisz dać słowo, że do lat trzech nie pomyślisz o sprzedaży handlu i domów. Jeśli po latach tych będzie nam tam dobrze, no! uczynisz wówczas co się spodoba.
Pan Bal, który myślał w ten sposób żonę złapać i pokój sobie kupić, zamilkł ale się uśmiechnął.
— No! no! cicho! sza! zgoda! Daję słowo! na kupno Zakala nie potrzebuję tyle pieniędzy, żebym się wyprzedawał... chciałem tylko do klucza tego dokupić dóbr więcej, ale o tem rozpatrzywszy się lepiej i za lat trzy czas będzie...
Stanisław powstał weselszy, pani Balowa uścisnęła rękę męża.
— Dziękuję ci, odezwała się, uspokoiłeś mnie, jestem ci wdzięczna.
Teraz już pan Erazm okupiwszy swój dobry humor danem słowem, mógł mu puścić cugle i nie śmiemy powtarzać, ile wymownych o życiu wiejskiem zaimprowizował panegiryków. Niestety! zacny mieszkaniec miasta znał wieś tylko z wesołych okolic Warszawy, znał ją z Kochanowskiego, z poetów, z tradycyj zamierzchłych i ze szlachty, która do miasta przyjeżdżając, wysoko ceniła zalety rodzinnych kątów.
Znał wioskę, jaką wszyscy w mieście osiedli wyobrażają sobie, bez ciężkiej pracy, bez zawodów, bez nudów jej i przykrości. Wyczytał ją w poetach i powieściopisarzach, którzy z granitu dobywszy drobinę djamentu, pokazują oczom zdumionym. Dla pana Bala wszyscy wieśniacy byli poczciwym ludem bez wyjątku, na wszystkich łanach złociły się mu zboża, lasy szeptały rzewnem dumaniem, wiatry powiewały zapachami.
O! unosił się też, unosił w górę i latał pod same obłoki, a próżności trochę wystawiało mu, jaką rolę grać będzie na książęcych dobrach potomek Massagetów. Rodzina pana Erazma słuchała tych apologij, tych rojeń przyszłości ze smutnem nieledwie politowaniem, jedna Lizy, główka łatwo zapalna, dzieliła prawie myśli ojca i cieszyła się po cichu. Ale filut dziewczyna nie bardzo się popisywała z weselem widząc matkę smutną, a trochę i jej żal było Warszawy.
Kupiec jął potem opowiadać całą historją swego nabycia, przyjęcia hrabiego, jego naiwność i śmiał się do rozpuku z utargowanych sześćdziesięciu dwóch tysięcy, które zapłacić już był gotów.
— Wszystko to co mi mówisz, przerwała żona nie wahając się zawczasu przygotować go do utraty złudzeń, przekonywa mnie, że w tej robocie, w którą wpływał potajemnie Zrębski, a którą tak osobliwie ukończyłeś, musi być coś fałszywego... Twój hrabia jest nieochybnie wielkim frantem...
To przypuszczenie niezmiernie zdziwiło i oburzyło razem pana Bala, uważał je za skutek złego humoru żony i nakoniec śmiać się począł do łez prawie.
— Ach! ach! zawołał, on frant! on frant! co też ci się śni, toć to uosobiona poczciwość! Zresztą zobaczysz go i osądzisz, bom ich na czwartek na objad zaprosił.
— Wieleż ci to zabierze pieniędzy? spytała żona.
— Około trzechkroć sto tysięcy gotówką, ale majątek kupiłem za pół miljona!
— I kupiłeś go tak, nie widząc, nie znając, na pochwały sprzedającego, na dobrą wiarę nieznajomego! to niepojęta.
— A! a! ślicznieby też było żebym zwlekał i nie ufał, byłby mnie ktoś podkupił. Musiałem dobrze napracować się, żeby kompetitorów usunąć, nawet smarowałem łapę.
— Daj Boże, żebym się omyliła, ze smutnem przeczuciem odezwała się jeszcze żona, ale mi się wszystko zdaje, że cię ci ludzie podeszli niegodnie.
— Za jakież już dziecko masz mnie Waćpani! ofuknął się mąż, myślisz że tak łatwo mnie złapać? Wstydź się! wstydź! to się nawet nie godzi tak ludzi posądzać.
— Zobaczymy! zobaczymy!
Wszyscy byli smutni, nawet kupiec owładnięty wkrótce wpływem otaczających, uczuł potrzebę ujść, żeby sam na sam zostać ze swem jasnem marzeniem. Poszedł rachować, cieszyć się i dumać o roskoszach dziedzictwa.
Reszta jego rodziny pozostała w saloniku przykuta do krzeseł, bo wszystkich zarówno, nie wyjmując Lizi, której wieś dosyć się podobała, perspektywa opuszczenia Warszawy smutkiem osłaniała oczy. Stary to, pospolity, a jednak bardzo prawdziwy aksjomat, (piszę jednak, bo mnóstwo jest prawd pospolitych zupełnie fałszywych), że nigdy się tyle nie ceni tego, co się posiada, jak gdy je mamy utracić. Pani Balowa urodziła się, wychowała, dożyła wieku poważniejszego pod cieniem tych murów, które całem kochała sercem i nie wiedziała jak się z niemi rozstać potrafi. Życie jej przylgnęło do wszystkich obrotów żywota miejskiego i obracało się z niemi powolnie, regularnie i bezpiecznie; obawiała się tej wsi, której mąż jej tak pragnął, jak nieznanego czegoś i strasznego.
Stanisław rzucał w mieście tę, do której codzień się przywiązywał więcej i niczego mu więcej żal nie było. Mierzył się właśnie z tą myślą straszliwą oddalenia od niej i nie wiedział jak potrafi przetrwać rozłąkę. Nie była to namiętna boleść, było to jakieś nie nazwane uczucie, którego musi doświadczyć ryba na ląd rzucona, zwierzę tonące w wodzie. Nie wiedział jak w nowym dla siebie żywiole, w pustyni, która go czekała, żyć potrafi. Jego przywiązanie, na pozór chłodne, zimne, nigdy nie znamionujące się gwałtowniejszym objawem, właśnie tem było straszniejsze, że nic z siebie nie udzieliło światu. Palił się jasny ten płomień cały w lampie, której łono rozżarzał. Po odejściu ojca, matka poczęła przechadzać się po pokoju, on usiadł w kątku złamany, zatopiony w myślach i łza jedna wytrysła mu na oczach....
Oko matki tylko dostrzedz jej mogło.
— Co ci jest Stanisławie? spytała niespokojnie, miałżebyś jak ja żałować gorąco, może do zbytku gorąco, wszystkiego a wszystkiego, aż do kamieni bruku, aż do pyłów ulicy, aż do wrzawy co budzi i usypia...
Stanisław nie chciał skłamać, nie płakał ani za miastem, ani za ludźmi, płakał za jedną tylko istotą, co mu do życia jak powietrze była potrzebną.
— Co ci jest mój kochany Stanisławie?
— Żal mi... tak, rzekł powoli, żal mi Warszawy, żal mi ciebie i nas... Bóg wie co nas tam czeka: świat obcy, ludzie nowi, my ich nie rozumiemy, oni się nas obawiać będą. Co za nowicjat przebyć będziemy musieli! ile doświadczeniem nieznanych rzeczy nabywać... a ile stracimy tutaj!
Lizia uśmiechnęła się trochę zniecierpliwiona i smutkiem matki i łzą brata, na którą aż ramionami ruszyła.
— Mój Stasiu, odezwała się, i ja pewnie żałować będę Warszawy, ale czegoż się znowu tak lękać... Więcej ludzi żyje na wsi niż po miastach... godzim się na to, że stan nasz jest czemś nie normalnem, że to zbiegowisko ludzi ma swoje korzyści, ale...
— A ty nic nie pożałujesz? nic? spytał Stanisław.
Lizia odkryła w zapytaniu więcej niżeli w niem może było i zarumieniła się trochę.
— Ja? ja żałuję wszystkiego, wszystkich! ale razem cieszę się nowością, tak mało w życiu nowego.
— Mój Boże! jak to znać, żeś czytała u pani Blanchard kontrabandą wnoszone francuzkie romanse, kochana Liziu!
— Stasiu, ty mnie prześladujesz!
— Nie, mów dalej, może mnie przekonasz...
— Przynajmniej się nie zlęknę, odpowiedziała Lizia, więc śmiało powtórzę, że życie ma mało w sobie nowego! mnie się czasem zachciewa, żeby słońce weszło od zachodu, a ty nie zrozumiesz dla czego się cieszę że na wieś wyjeżdżamy?
Staś się rozśmiał, matka pocałowała ja w głowę.
— Kochane dziecię! tyś dziecię jeszcze! powiedziała cicho, Staś już jest człowiekiem, tobie się śmieje wszystko, nawet niebezpieczeństwo...
Lizia spojrzała w oczy matce, nie wiedzieć zkąd i dla czego prysła jej łezka brylantowa z pod powieki; zakręciła się i uciekła. Stanisław pozostał.
— No! teraz powiedz mi Stanisławie, cicho spytała pan Balowa, co twoja łza znaczyła... ale całą prawdę...
Syn się zmięszał.
— Nie od dziś czytam w tobie tajemnicę: twój smutek niewłaściwy wiekowi, zamyślenie, dziś ta łza... to wszystko coś znaczy, maszże lepszego przyjaciela nademnie?
— O! nie! nie kochana matko, ale są rzeczy, których się i najlepszemu przyjacielowi nie mówi.
— Jakto! miałżebyś tajemnicę, którejbyś się mógł zawstydzić?
— O! nie! nie! żywo zaprzeczył młody człowiek; nie zrozumiałaś mnie matko... są rzeczy, których się nie mówi... bo... się nie godzi może obnażać ich przed wszystkiemi.
— Stasiu! dawnom się tego domyślała! wymawiałeś Lizi czytanie francuskich romansów, a sam nie czytałżeś nadto niemieckich?
I z łagodnym uśmiechem spytała:
— No! przyznaj mi się, ty się kochasz?
— A gdyby tak było?
— Uczucie niewinne, jeśli poczciwe i czyste, ale któż ci je natchnął?
— Bądź pewna, że go wart!
— Zmiłujże się, powiedz mi kto? widuję wszystkich kogo znasz, nigdym cię z nikim widząc nie posądziła o miłość.
Uśmiechnął się Staś smutnie.
— Prawda, moja miłość nie podobna do innych, jest to pożar w kawałku lodu...
— Stasiu, któż taki?
— Niech mama zgadnie...
— A! trudnoby mi było... oszczędź mi domysłów, odważ się i wymów...
Cicho, ze smutnemi oczyma Stanisław wymówił imię Konstancji.
— Żartujesz chyba, widziałam cię z nią kilkanaście razy u Krombachów... kiedyżeś się zakochał? chyba wczoraj?
— O! o! starsza moja miłość mamo, niżeli myślisz; widziałem ją z okna mego, pielęgnującą do śmierci biednego dziada, widziałem idącą za jego pogrzebem, modlącą się w kościele... i kocham ją od czasu jak po raz pierwszy tam na poddaszu podniosła się firanka, ukazując mi ją obok schorzałego drżącego starca, jak obraz miłości dziecinnej... Ale mógłżem nawet wspomnieć o tem? ona uboga, znasz ojca marzenia i nadzieje, zresztą anim rachował co dalej będzie i czy mnie zechce... To pewna, że dziś myśląc o rozstaniu, drżę i czuję iż mnie nad siły kosztować będzie....
Z litością, współczuciem, obawą spojrzała matka na syna, uciskając dłonią błogosławiącą gorące jego czoło.
— Stasiu mój, rzekła... młodzi ludzie kochają łatwo, namiętnie, a krótko: mogą chorować z rozpaczy i przechorowawszy zakochać się w innej... to się codzień widuje. Wątpię, żeby twoja miłość była tego rodzaju i obawiam się owszem, żebyś się jej nadto nie oddał. Cierp teraz, inaczej być nie może... ja ci nic poradzić nie umiem, modlić się tylko mogę, a od jutra okiem i sercem innem spojrzę na Konstancją... O! boję się bardzo! bardzo boję! Żona to cała przyszłość człowieka.
— A na czwartek! zawołał wpadając do pokoju w szlafroku pan Bal, przestraszający tym napadam niespodzianym... trzeba dostać jesiotra i ananasów!! Lody i cukierki od Lessla!!

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.