Złote jabłko/Tom I/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złote jabłko
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

O herbie Gozdawa, o Balach i innych heraldycznych rzeczach.

Pod owe czasy żył w Warszawie zacny bardzo człowiek, niejaki pan Piotr Lewon, nie młody już kawaler, pamiętający dawne czasy, niewiadomego pochodzenia, funduszów i zajęć, jedna z tych zagadkowych istot, które na brukach miast niewiedzieć jak wyrastają i nikną. Stał on od bardzo już dawna w jednej z wąziutkich kamienic rynku Starego Miasta, zkąd na Boży świat wychodził czasami i do niektórych znajomych na wieczory uczęszczał, mając gwałtowną potrzebę a raczej nałóg grania marjasza. Gdyby nie to, możeby tak często na miasto i ulice się nie wymykał, bo go jakoś towarzystwo nie bawiło, i nosa nie pokazał gdzie marjasza znaleść nie był pewien.
Był to posępny, milczący, surowego oblicza z zarozumiałością w całem obliczu wielce wydatną mężczyzna, lat... podeszłych, ale go na dacie, z którejby mu metrykę wyrachować było podobna, nikt nie złapał. Wysoki, sztywny, z głową podniesioną do góry, nosił się po francuzku ale ze staroświecka. Twarz jego miała cerę pargaminową, oczy wejrzenie szklanne i obojętne, jakby spracowane i do patrzenia na świat nie przywykłe. Na ustach nigdy mu nie postał uśmiech, czoło zmarszczone nigdy się nie rozpogadzało, mówił nadzwyczaj mało, o rzeczach obojętnych, o sobie nigdy, pieniędzy u nikogo nie pożyczał, na obiady się nie wpraszał, a zbyt przyjacielskie figury, do poufałości się cisnące, zdaleka trzymał. Widywano go w różne miasta części jak ćmę wylatującego wieczorami w jasno-piaskowym płaszczu, kapeluszu, z laską staroświecką, powolnie przesuwającego się z obojętnością człowieka, którego miasto nie obchodzi wcale, bo zna jego tajemnice. U niego w mieszkaniu nikt ze znajomych nie był; wiedziano tylko że je miał na trzeciem piętrze, a z oszczędności i obioru miejsca wnoszono, że nie musiał być zamożny. Wszakże niekiedy zjawiały się oznaki dawnego jakiegoś dostatku: to kosztowna szpilka na żabotach, to pierścień piękny, to zegarek kameryzowany. Zwykle jednak pan Lewon chodził w szaraczku i z jednym krwawnikiem. Oprócz marjasza miał ten człowiek jedną jeszcze manją dziwną, ale na dawne czasy nie tyle co dziś zastanawiającą, był to zapamiętały heraldyk. Nikt lepiej nie znał nad niego wszystkich familji Polski, Litwy, Rusi, Inflant, Kurlandji, Prus i dawnych prowincji, ich kolligacji, pochodzeń, dawności, herbów, czystości krwi i t. d. i t. d. Była to materja, o którą tylko zaczepiwszy poczynał jak z księgi i prawił przeskakując z przedmiotu w przedmiot bez końca. Nikt też ze znających go nie potrącił drażliwej żyłki, tak się obawiano potopu wiadomości pana Lewona. Sygnet na palcu z herbem Gozdawa, oznajmywał wymownie że i on sam do szlachty należał. Bicz na nobilitowanych neofitów, skartabellaty i indygienaty świeże, na podszywane genealogje; znał na palcach, kto kogo rodził i z kogo pochodził, a ta nauka posunięta do stopnia, w którym w manją niemal się przedzierżga, nadawała mu cechę właściwą i odrębną. Dodajmy, że czasami widywano go w piaskowym płaszczu na ulicy zajętego rozpatrywaniem starych książek, które żydzi po ulicach nosili. Byli tacy co go za uczonego mieli, ale więcej poczytywało za warjata, co dowodzi tylko, jak często zacietrzewiona uczoność do warjacji bywa podobna.
Ten tedy pan Lewon jednego razu przyszedłszy do pana Erazma, którego żona i dzieci wyszły były do krewnych w odwiedziny, gdy przerabiali karty do marjasza, w którego dosyć niechętnie grywał gospodarz, z powodu żywości swego charakteru, odezwał się, patrzając po suficie:
— Bal! Bal! pozwolisz się Acan Dobrodziej zapytać, z jakich to Balów familja pańska początek swój bierze?
Pan Erazm który w tej chwili karty miał zbierać, zastanowił się, gębę otworzył, oczy wytrzeszczył i nie zrozumiał.
— Jakto? jakto? zapytał, alboż co?
— Bo Balowie, odrzekł ze zwykłą powagą pan Lewon, są starą piękną familją szlachecką naszą, a że na nieszczęście jedna gałąź ich rodu w nowinkach genewskich zasmakowała, możnaby sądzić, że z tego powodu i do miasta może się przeniosła, a zbiegiem okoliczności...
Pan Erazm słuchał chciwie, rzekłbyś wielkiego jakiegoś objawienia, które życie jego całkiem odmienić miało, w końcu porwał się wywracając krzesło z pośpiechu. Jak błyskawica przemknęła mu się po głowie myśl, że ojciec jego coś także o tem napomykał. Dotąd nigdy jeszcze nie wpadł na przypuszczenie starożytnego rodu, w tej chwili możność dowiedzenia go, wstrząsła nim jak iskra elektryczna. Znać była tam zdawna żyłka, która tylko zastygła...
— Mościrdzieju! — zawołał, jak zwykł był gdy się bardzo spieszył (co czasem przechodziło nawet przy większej egzaltacji na Mościdziu i Mciu, i służyło żonie za barometr stanu duszy małżonka). — Mościrdzieju! toć mi pan nie nowinę mówisz. Świętej pamięci ojciec mój, Balcer Bal, mawiał o tem często żeśmy szlacheckiego rodu.
Lewon podniósł głowę i zażył tabaki, nogę na nogę założył i zamyślił się.
— Mogłoby to być, mogłoby to być, — rzekł z wielką flegmą, nie zważając na egzaltacją pana Erazma, który wziąwszy krzesło między nogi, jeździł z nim do koła niecierpliwie chcąc zbadać z której strony pan Lewon mówić zacznie. — Balowie piękna familja, jedna z bardzo starych i zacnych gałęzi rodu Gozdawitów, do którego i ja szczycę się należeć. Ale proszęż Acana Dobrodzieja, masz jakie dowody? papiery... Proszę zdjąć, dodał, usiłując rozpocząć marjasza.
Pan Erazm z wielkiem roztargnieniem, byleby nie przerywać, zdjął karty i puścił się w grę nie wiedząc co robi.
— A jakże, papiery mam! są! są! tylko że się to o to nie dbało dotąd. Ale znajdę i uporządkuję. Ale Mościdziu, proszęż mi cokolwiek o tej familji powiedzieć...
— Acan Dobrodziej zadajesz boś zabił! rzekł z przyciskiem pan Lewon.
— Zadaję... ale familja! gorąco podchwycił gospodarz.
— Familja Balów Gozdawitów... ale najprzód, przerwał Lewon, wieszże Acan Dobrodziej co jest herb Gozdawa?
Tu zdjął sygnet z palca, wytarł go o połę fraka i zbliżając do świecy, pokazał wielce rozciekawionemu panu Erazmowi.
— Herb ten, zowiący się Gozdawą, począł powoli, profesorskim tonem, jest jednym z wielce starożytnych i w całym świecie najzacniejszych. Liljami pieczętuje się Francja, familja Burbonów!
— Jezu Marja! wykrzyknął chwytając za sygnet pan Erazm, Burboni! Burboni! Więc i ja jestem Burbon...
— Nie idzie zatem, odparł nic się nie rozgrzewając pan Lewon. Jest rzeczą niezawodną, że w Polsce wszyscy Gozdawowie z jednej krwi pochodzą, ale w innych krajach znak ten tylko spotyka się z naszym, nic nie mówiąc o związkach krwi. Ta jego czystość herbowna szlachetności tylko dowodzi.
— Ale cóż wyobraża ta figurka? sześć ziarnek cytryny, czy co?
Lewon ruszył ramionami, ale się nie zniecierpliwił.
— Mają to być dwie lilje, jedna do góry, druga na dół, rzekł, tak z sobą spojone jakby jedną były. Białe być powinny w polu czerwonem, przewiązane żółto... na hełmie.
— Na jakim hełmie? — parsknął pan Erazm.
— Acan Dobrodziej nic heraldyki nie umiesz? — spytał gość.
— Ani wiem co to jest... ale cóżto do tej Gozdawy?
— Grajmy no w marjasza, trochę cierpliwości, wszystko się wyjaśni! odparł Lewon.
— Ba Mociudziu! krzyknął gospodarz, ale ja bo całkiem cierpliwości nie mam i nigdy jej nie miałem.
— Inaczej się Acan Dobrodziej o niczem nie dowiesz... zadałem panfila! mówmy o czem innem.
Jakkolwiek i marjasz i gość niepospolicie niecierpliwili pana Bala, nie było sposobu; potrzeba było chcąc się czegoś dowiedzieć, nie pokazywać po sobie rozjątrzenia i nie wybuchać. Zagryzł usta pan Erazm, siadł szczelno na krzesełku i dał sobie słowo honoru, że będzie udawał flegmatyka. Niekiedy tylko to na sobie coś darł, to się szczypał, to trząsł ramionami, na co metodyczny gość nie zważał.
— Herb Gozdawa, mówił powolnie... noszą lilje, lub żeleźce lanc Burboni...
— Lub żeleźce? podchwycił Erazm, alboż to do siebie podobne...
— Musi być podobne, to rzecz u heraldyków nierozwiązana.
— A! a!
— Noszą lilje Farnezjusze... i wiele innych rodów.
— Więc to herb cudzoziemskiego autoramentu? spytał powolność udając pan Erazm.
— Nie, mają go genealogiści nasi za własny w XI lub XII wieku u nas nadany...
— Co dowodzi siedm wieków starożytności! piękna rzecz! podchwycił pan Bal.
— Lat siedmset dwanaście będzie tego roku, poważnie i z pewnością wyrzekł Lewon.
— A to i nie jedno hrabstwo takiego szlachectwa nie warte! — krzyknął pan Erazm.
— Ale Acan Dobrodziej powinieneś bić kozerą!
— A przepraszam, biję! cóż tedy?
— Moc mamy sławnych ludzi w herbie Gozdawa, a familji do niego należących pięćdziesiąt i sześć, licząc w to litewskich Gozdawitów, których szlachta polska z łaski przyjmowała... czego Acan Dobrodziej nie możesz być świadom.
— Ani o tem wiem! Kiedyż to było?
— O to mniejsza, stare dzieje! Wracam do Balów.
Pan Erazm ręce aż zatarł.
— Początek Balów ekstra daleko niektórzy wywodzą... Acan Dobrodziej dajesz karty...
— Daję Mcidziu! daję!
— Po trzy?
— Po trzy. Wracamy do Balów...
— Wiodą ich niektórzy od Baltas’a księcia Gotów.
Pan Erazm pochwycił się, krzyknął Księcia i włosy oburącz podgarnął do góry.
— E! jeżeli to ma grę przerywać, to Balów odłożymy na...
— Ale nie! gram! gram!
— Niejaki też Balas, za Justynjana, za rzymskich czasów, Massagetów wodził przeciwko Wandalom...
— Okropności! cicho szepnął pan Erazm, który już trzecią pulę w krótkim czasu przeciągu przegrał, a z nią złotych dwanaście.
— Genealogowie nasi pewniejszą już mają wiadomość o Mściugu, czyli Mszczuju z Balowa Burgrabi krakowskim w początku XV wieku.
— A niechże ich wszyscy djabli porwą! ofuknął pan Erazm gorąco — a pocóż Burgrabia? to musi być potwarz!
— Insi też to byli Burgrabiowie — rzekł z uśmiechem pan Lewon.
— Ale zawsze Burgrabia!
— Mikołaj ożeniony był ze Zdowską z Nowego Tańca, dziedziczką dóbr tego nazwiska, od którego czasu poczęli się Balowie pisać z Nowego Tańca.
Pan Erazm na ten Taniec tylko ramionami ruszył, gość grał i ciągnął dalej czwartą pulę.
— Pisali się także z Oczwi i ze Średni i z Balowa i z Balogrodu.....
Tak opowiadając niesłychanie rozwlekle o całej Balów familji z Niesieckiego i innych, a podobno nieco i pokłamawszy, pan Lewon pięć pul wygrał u zachwyconego odkrytem szlachectwem pana Bala, zgarnął pieniądze i ujął za kapelusz.
Ale niespokojny gospodarz tak go puścić nie chciał, wszyscy Balowie z księciem Gotów i wodzem Justynjana na przedzie chodzili mu po zamąconej głowie, szlachectwo schwyciło go za serce, chciał czegoś więcej nad urywane te wiadomostki... schwycił więc pana Lewona za ręce i zawołał:
— Klinaś mi Mścidziu zabił potężnego w głowę i musisz go wybić! muszę lepiej się o Balach rozwiedzieć. Nie mógłbym mieć o tej familji notatki?
— Notatki! notatki! i powoli mruczał flegmatyk kładąc zielone rękawiczki... aleć to jest w Niesieckim.
— Ale gdzież ten Niesiecki, i po co nam on? ja go nie znam, a Mścidziej to tak dobrze wiesz!
— Niesieckiego książka, przed którą skłaniam głowę, wie to lepiej odemnie... kup sobie Acan Dobrodziej Niesieckiego.
— A gdzież go dostać? gdzie?
— U żydków.
— Droga to rzecz?
— Tak, z dziesięć dukatów, ale podrożeje.
— Jeżeli tak, to nic nie stracę, rzekł pan Erazm, który w książki się wdawać nie lubił, kupię go, przepiszę i odprzedam.
— Zmiłuj się Acan Dobrodziej, toć dla szlachcica nieuchronna książka.
— Dla szlachcica! z cicha sobie powtórzył Bal, zacierając ręce, kupię zaraz jutro...
— Dobrej nocy życzę...
— Pisali się na Balowie! powtarzał żegnając p. Erazm.
— I na Oczwi i na Średni! dodał znikając Lewon.
Ten wieczór i rozmowa, na pozór mało znaczące, ogromny wpływ wywarły na losy pana Erazma i jego rodziny, tak ta myśl szlachecka opętała jegomości.
Po wyjściu gościa kręcił się jak oparzony, nie mając komu zwierzyć nowiny pan Erazm i czekał przybycia żony, z podwojoną niecierpliwością latając po pokojach, i powtarzając: na Balogrodzie! na Oczwi! książę Gotów! Massageta!
Jeszcze progu nie przestąpiła żona, gdy naprzeciw niej wyskoczył mąż widocznie cały zentuzjazmowany, wołając:
— Wiesz kochanie? nic nie wiesz! Balowie są istną starą szlachtą! Superfein, na Balowie! na Oczwi! Był jeden księciem Massagetów, drugi Justynjanem, mylę się, wodzem cesarskim... mają w herbie dwie lilje podobne do gwoździków.
Żona w pierwszej chwili przelękła się, myśląc że oszalał, tak go zrozumieć nie mogła, otworzyła oczy, osłupiała.
— Co to jest? pytała przestraszona.
— Był u mnie ten poczciwy Lewon, on mi tu wszystko jak na dłoni dowiódł, że jesteśmy bardzo starą szlachtą, nawet książęcego rodu...
— Serce moje, łagodnie odezwała się pani Balowa, a to nam do czego?
— Do czego! do czego! krzyknął w furją wpadając pan Erazm, śmieszna kobieto! krótko-widząca kobieto! szlachectwo to klejnot! rozumiesz asani?
Pani Erazmowa ruszyła ramionami chcąc iść dalej, ale mąż jej nie puścił.
— Balowie byli panami, rzekł i będą, dodał podnosząc rękę do góry proroczo. Są skoligaceni z Firlejami, ze Słupeckimi, z Gołuchowskimi, z Drohojewskimi, z Tarłami, jak mi pan Lewon zaręczał...
— Moja duszko! ale cóż tobie dziś jest? — odezwała się kobieta.
— Co mi jest? krzyknął Bal, to mi jest, że jestem szlachcic!
— A ja jestem zmęczona i chcę się rozebrać, odpowiedziała Ludwika.
Dzieci słuchały i nie rozumiały.
Scena się na tem nie skończyła, bo pan Bal długo jeszcze poczciwą żonę szlachectwem męczył, a w nocy ojcowskie drabował papiery, latał budzić towarzyszkę z dowodami rodowitości, i nazajutrz rano poleciał po Niesieckiego, którego pierwszy tom dźwigając, sam wbiegł i zamknął się u siebie, nasycając całą familją Balów i niebieskich używając rozkoszy.
Że jednak przywyklejszy był do rejestrów jak do rozumienia herbarzy, wiele mu wątpliwości nierozjaśnionych zostawało, które, jak mniemał, tylko pan Lewon mógł rozwiązać, pospieszył go szukać na Starem Mieście. Nie łatwo to przyszło, bo go po nazwisku nie znano na rynku Starego Miasta, i dopiero wpadłszy na myśl opisania piaskowego płaszcza, dowiedział się zacny pan Erazm o mieszkaniu człowieka, który go tak swoją heraldyką zniespokoił.
Wdrapał się po ciemnych, wązkich, starych schodach zdyszany kupiec na trzecie piętro i do drzwi zapukał.
— Któż u licha! odezwał się głos wewnątrz.
— Ja do usług pańskich... Bal.
Cicho, ani słowa, mruczenie tylko.
— Czy mogę wejść?
Nic na to.
Niecierpliwa sztuka, przemknął trochę drzwi, wścibił głowę i zobaczył długiego wielkiego pana Lewona, który z wzrokiem dosyć groźnym śmiesznie wkładał na się nieuchronnie konieczne ubranie.
— Ale na cóż te ceremonje! — zawołał wpadając pan Erazm — stokroć przepraszam...
— Nic nie szkodzi.
Obejrzał się wkoło przybyły i pojął, że ta wizyta nie była pożądaną, izdebka bowiem, którą zajmował starzec, nie miała nawet dwóch krzeseł, ani nic, coby na gościa obrachowanem było... nędza lub skąpstwo patrzyły zewsząd. W dodatku tak była zarzuconą papierami, zwojami i książkami, że żywy ale nieostrożny gość nie pojmował, co z sobą zrobić.
Był to maleńki pokoik z dwojgiem okien na ulicę, wązkich i małych, w jednym końcu łóżeczko, w drugim stolik z wszelkiego rodzaju gospodarstwem; reszta zarzucona papierem drukowanym i pisanym, którego by ledwie na zawijanie gorszych swych towarów chciał użyć pan Bal. Skłopotanie nie małe malowało się na twarzy gospodarza, który wciąż nakładając konieczne odzienie (bo siedział bez ceremonji w jednej koszuli i szlafmycy), pomrukiwał coś pod nosem. Gdy się stawało coraz widoczniejsze, postrzegł je i kupiec, a nie wiedząc jak się wykręcić, zawołał:
— Ale ja nie przeszkadzam, chciałem tylko zaprosić na marjasika na wieczór.
Skrzywił się stary. — Prawdziwie, nie wiem... nie wiem, czy będę mógł...
— Ale jeżeliby można... chciałem niektórych objaśnień o tych Balach w Niesieckim.
— Acan Dobrodziej masz już Niesieckiego?
— Mam!
— Jeżeli będę mógł, jeżeli będę mógł — mruknął stary.
Przybyły widział konieczność wysunienia się, nie mając nawet gdzie usiąść, ale darmo spodziewał się wieczorem gościa, bo pan Lewon, zapewnie nowych napaści obawiając się, nigdy już na Bielańskiej ulicy nie postał, bo w rok potem niewinny ten złego początek umarł; pokazało się po śmierci, że to był zagorzały heraldyk bez grosza przy duszy, który nad nowem Niesieckiego wydaniem pracował do zdechu, jak to dawniej mówiono. A że doskonale grał w marjasza, co gdzie wygrał, na nadzwyczaj skromne życie i zakupienie książek obracał. Żył często bułką i wodą lub mlekiem, nocy i dnie pracując, i był już w literze M, gdy go śmierć zaskoczyła...
Rękopisma... leżały długo w kącie na poddaszu, póki ich szczątków ktoś nie uratował; mówiono że się dostały do Lipska... i ztąd urosło nowe Niesieckiego wydanie.
Tymczasem pan Bal, myśli raz zawziętej nie rzucając, jak dalej życie poprowadził to zaraz ujrzymy.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.