Yuma Shetar/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Yuma Shetar
Pochodzenie cykl Szatan i Judasz
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I
WINNETOU.

A więc hacjenda była stracona!
Czyżby rzeczywiście? — Był jeszcze jeden, jedyny ratunek, lecz tylko w wypadku, gdyby zaprowadzili mnie w jej pobliże, aby można było usłyszeć ostrzegawcze okrzyki. Postanowiłem uczynić to, choćby groziła mi nawet śmierć.
Niestety Indjanie odgadli mój zamiar, czy też zachowali zwykłe środki ostrożności, dość, że po kwadransie jazdy pięciu czerwonych zatrzymało się wraz ze mną, podczas gdy reszta ruszyła dalej. Staliśmy w szczerem polu. Gdyby przynajmniej ocieniały nas drzewa, może udałoby mi się umknąć pomimo krępujących więzów. Tutaj nie mogłem marzyć o ucieczce! Nie bacząc na to, czerwoni strzegli mnie w wyrafinowany zaiste sposób; ręce i nogi miałem przywiązane do wbitych w ziemię kołków, a więc byłem poprostu rozkrzyżowany.
Panowało głuche milczenie. Suszyłem mózg, by wymyśleć jakiś środek ratunku. Napróżno! Czas mijał; szarzała noc; nastawał poranek. — Wtem usłyszałem jakiś niewyraźny, jakby metaliczny odgłos, pochodzący zdaleka. Poznałem, — było to echo bojowego okrzyku Indjan. Teraz za późno; gdybym nawet nie był skrępowany, nie zdołałbym już uratować ani jednego ludzkiego istnienia!
Nie mogę opisać, co się ze mną działo. Owładnęła mną taka wściekłość, że musiałem całą siłą woli zapanować nad sobą, by nie zdradzić uczucia, które mi pierś rozsadzało. Twarze strażników wykrzywiał szatański uśmiech; ach, z jaką rozkoszą zdusiłbym tych drabów, chociaż zwykle niełatwo zadawałem śmierć! Nasłuchiwałem niemniej usilnie, niż czerwoni. Wrzask się powtórzył! Była to zwycięska fanfara Indjan. Widocznie nie stawiano oporu. Napad się udał! —
Upłynęła godzina, jedna i druga, a nikt nie nadchodził. Zrozumiałem, że żaden z tych łotrów nie chce opuszczać hacjendy, gdzie zapewne rozpoczęło się już plondrowanie. — Wreszcie, po trzech godzinach, zjawił się, a raczej nadbiegł jeden z wojowników. Opowiedział z radością, że wszystko poszło jak z płatka, i polecił jechać do hacjendy. Osiodłano konia i ruszyliśmy. W lesie napotkano młodszą latorośl domu Wellerów; były steward pozostał tutaj, nie chcąc się pokazywać w hacjendzie. Obrał sobie miejsce, z którego mógł wszystko widzieć i słyszeć. Leżał na trawie, przy nim stał koń, przywiązany do drzewa. Zobaczywszy nas, podniósł się i zawołał:
— Co teraz powiecie, master? Gdybyście poruszyli nawet niebo i ziemię, nie zmienicie ani na jotę niemiłej dla was rzeczywistości! Hacjenda jest nasza, a dla was wybiła ostatnia godzina!
Miałem zamiar nie odpowiadać wcale, a jednak nie mogłem się powstrzymać i zawołałem:
— Raczej dla ciebie, łotrze! Dosięgnę cię, skoro tylko będę wolny; możesz w to nie wątpić!
— Zrób to, zrób to! — zaśmiał się. — Zostać zastrzelonym przez Old Shatterhanda, to nietylko zaszczyt, ale poprostu rozkosz. Przyjdź więc jak najprędzej! Będę cię oczekiwał z tęsknotą!
Ten człowiek śmiał się naumor; ja jednak, pomimo beznadziejnej sytuacji, miałem wrażenie, że obracam już na niego wylot swej strzelby, że słyszę jej krótki, ostry huk. —
Wyjechawszy z lasu, dostaliśmy się na owe łąki, wśród których widziałem dawniej trzody hacjendera. Trzody pasły się i teraz; warty jednak trzymali przy nich czerwoni; pasterze, zamordowani, leżeli w trawie; żaden z nich nie uszedł z życiem. Później dopiero zrozumiałem, dlaczego ich nie oszczędzano, chociaż wszystkim emigrantom darowano życie.
Zatrzymaliśmy się przed hacjendą na odległości strzału. Leżeli tam na ziemi skrępowani wychodźcy; między nimi hacjendero. Ten, zobaczywszy mnie, zawołał:
— Pan tutaj, sennor? Skąd pan tu się wziął?
— Chciałem pana ratować, lecz, niestety, sam dostałem się w ręce morderców. Czy przyznajesz sennor teraz, że miałem słuszność?
— Miał pan słuszność, ale przecież niezupełną. Napad sprawdził się; lecz Melton jest niewinny, jak się pan może sam o tem przekonać!
Wskazał głową wbok, gdzte leżeli Melton i Weller senjor, również związani. Była to oczywiście komedja, zapomocą której chciano udowodnić, że nie mieli oni nic wspólnego z dziełem czerwonoskórych. Zamierzałem objaśnić hacjendera, gdy w tej samej chwili porwali mnie strażnicy i uprowadzili tak daleko, że nie mogliśmy już więcej ze sobą rozmawiać.
Przede mną rozgrywała się dzika scena. Brama hacjendy stała szeroko otworem; Indjanie przechodzili całemi gromadami tam i zpowrotem, wynosząc z budynków wszystko, co tylko dało się zabrać. Pozostały chyba jedynie futryny okien, drzwi, oraz gwoździe w ścianach. Czerwoni wyli z radości, jak tygrysy. Uderzyło mnie, że nie składali łupów pod murem, lecz o wiele dalej; dało mi to powód do przypuszczenia, które, niestety, sprawdziło się później aż nadto dosłownie. Hacjendę miano spalić! — Dlatego znoszono łupy w bezpieczne miejsce, ażeby iskry nie mogły ich dosięgnąć.
Ale poco to zniszczenie? Jaki cel miał w tem mormon, który był przecież sprawcą, całego zamachu? To szatańskie wyrachowanie miało mi się wyjaśnić dopiero później.
Do niewoli dostał się tylko hacjendero i jego żona; nie spostrzegłem ani jednej z osób, które widziałem podczas mego pobytu w hacjendzie; „sennor Adolfo“, napuchnięty majordomus, zniknął bez śladu. Wszyscy, dosłownie wszyscy, jak się później dowiedziałem, zostali zamordowani; powód był mi wtenczas naturalnie jeszcze nieznany.
Grabież trwała prawie do południa; potem spędzono trzody i zgromadzono je na wolnej przestrzeni na północ od hacjendy; mieli je pilnować Indjanie. Skoro się z tem uporano, przywleczono ciała zabitych pasterzy, zaniesiono je do domu, ażeby spłonęły razem z całem osiedlem. Wkrótce podniosły się gęste kłęby dymu, naprzód z głównego budynku, potem z małych domków, stojących na podwórzu. Słyszałem, jak hacjendero krzyczał z przerażenia; żona wtórowała mu głośnem biadaniem.
A miało spaść na niego jeszcze gorsze nieszczęście. Trzydziestu, czy czterdziestu czerwonych wsiadło na konie i pojechało w różnych kierunkach. W jakim celu, tego nie mogłem się domyślić. Po upływie pół godziny zobaczyłem na wzgórzach, po stronie wschodniej, wznoszący się w powietrzu dym; następnie zauważyłem to samo na południu, a wnet potem na północy. Ku zachodowi nie mogłem patrzeć, gdyż leżałem zwrócony głową w tym kierunku. Nie było żadnej wątpliwości; czerwoni podpalili las! Wyschnięta trawa posłużyła za hubkę, którą ogień pożerał z przerażającą szybkością; od niej zajęły się suche gałęzie i pożar wzmógł się wkrótce tak, że płomień dosięgał wierzchołków drzew. Hacjendero prosił, jęczał i klął naprzemian, — bez skutku. Czerwoni podsycali ogień, dopóki nie rozgorzał tak potężnie, że żadna siła ludzka nie mogłaby go powstrzymać, i nie ulegało wątpliwości, że soczyste rośliny, wysuszone na jego skwarze, będą musiały paść pastwą płomieni.
Żar wzmagał się gwałtownie, zmuszając Indjan do szybkiego odwrotu. — Nałożono koniom siodła juczne i obładowano je zdobytym łupem. Następnie uformował się pochód. Na czele jechał wódz; po nim następowałem ja z moimi pięcioma strażnikami; dalej znowu kilku Indjan, a za nimi emigranci z hacjenderem i jego żoną; wszyscy byli skrępowani i eskortowani z obydwóch stron przez czerwonoskórych. Za tymi ostatnimi pędzono nakoniec zdobyte konie, bydło rogate, owce i świnie. Pochód nasz skierowano na północ, z początku wzdłuż strumienia; potem, skoro ten zwrócił się łukiem na prawo, my zboczyliśmy na lewo i niebawem zatrzymano się, nie wiem, czy umyślnie, czy przypadkowo, na tem samem miejscu, gdzie mormon chciał mnie zastrzelić, a gdzie został przeze mnie unieszkodliwiony. — Unieszkodliwiony? Niestety nie! Żałowałem obecnie z całego serca, że nie wpakowałem mu kuli w łeb. Teraz jechał razem z Wellerem obok hacjendera, związany tak samo, jak jeńcy.
Strażnicy przywiązali mnie do drzewa, stojącego na uboczu; był to dowód, że mi nie ufano. Mógłbym więc mieć słuszne powody do dumy wobec tego, że czerwoni jedynie po mnie spodziewali się niemiłego figla i, przyznaję, wytężałem cały swój umysł, aby im go spłatać; przecież chodziło tu nietylko o mnie, lecz także o uwolnienie wszystkich innych jeńców i odebranie Indjanom łupu.
Nie należy myśleć, że nazbyt w sobie dufałem. — Najtrudniejszą sprawą było moje uwolnienie. Jeśliby się ono powiodło, mogłem liczyć na pomoc Mimbrenjów, z którymi miałem się zejść przy Wielkim Dębie Życia. —
Indjanie zarżnęli wołu, świnię, wiele owiec, i mięso ich upiekli. Wieczerzę sprawili obfitą; nawet jeńcy nie mogli się uskarżać na głód; mnie się dostało tak sporo, że nie mogłem zjeść wszystkiego. Przytem uwolniono mi znowu ręce na czas jedzenia; okoliczność ta, jeśliby tak zawsze czyniono, stać się mogła dla mnie środkiem ratunku, o ile nie nadarzyłoby się coś lepszego i łatwiejszego. Ten bowiem rodzaj ucieczki nastręczał niezwykłe trudności i niebezpieczeństwa. Musiałem przed oczyma wszystkich rozwiązać rzemień na nogach; jeśiibym nie sprawił się błyskawicznie, Indjanie znaleźliby czas na udaremnienie moich zamiarów; a wtedy — mogłem być pewien, że nie uwolnią mi więcej rąk do jedzenia. — A nawet, gdyby się udało, miałbym za sobą tylu prześladowców, że złapaliby mnie na pewno po raz drugi. Oczywiście, sprawa przedstawiałaby się inaczej, gdyby moje członki dopisywały mi, jak w normalnym stanie! Ale więzy, bardzo mocno zaciśnięte, przeszkadzały obiegowi krwi, skutkiem tego ręce i nogi cierpły, traciłem w nich czucie i było do przewidzenia, że przez jakiś czas po uwolnieniu z więzów nie panowałbym nad nimi. Żeby ulżyć sobie choć w części, spróbowałem przy ponownem krępowaniu trzymać ręce w ten sposób, aby mi ich nie ściśnięto zbyt silnie; próba udała się w pewnej mierze; mogłem poruszać dłońmi, lecz daleko jeszcze było do tego, abym mógł więzy zsunąć; nawet razem ze skórą i mięśniami nie byłyby zeszły. Znajdowałem się narazie w bezradnem położeniu, a przecież nie przyszło mi na myśl, tracić nadziei; wiedziałem, że obecnie nic mi nie grozi; miałem więc sporo czasu przed sobą i droga do ratunku mogła się jeszcze znaleźć.
Nadszedł wieczór. — Położono się wcześnie na spoczynek; strażnicy owinęli mnie w koc i tak obwiązali sznurami, że zostałem pozbawiony wszelkiego ruchu; mimo to spałem dosyć dobrze i na pewno nie byłbym się obudził wcześniej, niż nad ranem, gdyby nie pewne wydarzenie, które stanęło temu na przeszkodzie. Mianowicie poczułem nagle szarpnięcie za włosy i skutkiem tego otworzyłem oczy. Wokoło panował półmrok, a pod drzewem było prawie zupełnie ciemno. W odległości niecałych dwóch łokci od moich stóp siedział jeden ze strażników paląc cygaro, pochodzące zapewne z hacjendy; czterej inni leżeli naokoło mnie i spali.
Kto mnie dotknął? Z pewnością nie żaden z Yuma; z jakiego powodu miałby mnie w ten sposób budzić ze snu? A gdyby to był uczynił, odezwałby się teraz, powiedziałby, czego chce; tymczasem wokoło mnie panowała cisza. Pomyślałem natychmiast o moim małym Mimbrenju; oczywiście, nie odezwałem się ani słowem, tylko poruszyłem kilka razy głową do góry i nadół, ażeby pokazać, że się obudziłem. Mój sprzymierzeniec musiał leżeć poza mną w trawie, której wysokość przenosiła stopę; dawała więc ona w ciemności nocnej wystarczającą osłonę zwinnemu chłopcu; nawet strażnik, siedzący wpobliżu, nie mógł go zauważyć. Ale mimo wszystko była to podziwu godna śmiałość, że się odważył przekraść poprzez śpiących wokoło Indjan i dotrzeć aż do mnie.
Skoro wykonałem znamienne ruchy głową, posłyszałem za sobą cichy, delikatny szmer, jakby się ktoś z największą ostrożnością czołgał w trawie; ów „ktoś“ przysunął się tak blisko, że głowa jego znalazła się tuż obok mojej, przyłożył usta do mego ucha i szepnął ledwie dosłyszalnym głosem:
— Jestem Mimbrenjo! Jaki rozkaz ma Old Shatterhand dla mnie?
A więc to on był rzeczywiście! Uczułem głęboką radość. Ten chłopiec, obok wielkiej odwagi, posiadał bystrość i przebiegłość, która mu była potrzebna, jako przyszłemu wojownikowi. Pragnął sobie zdobyć imię; był przekonany, że jego życzenie spełni się prędzej u mego boku, niż gdzie indziej; dobrze więc; jeśliby okazał dalej w tym stopniu co teraz zalety wojownika, to pragnienie jego mogło się ziścić w bardzo krótkim czasie.
Zanim mu odpowiedziałem, nasłuchiwałem kilka chwil, ażeby się przekonać, czy przypadkiem ostatnie jego poruszenia nie zbudziły którego ze śpiących strażników; ponieważ nie zauważyłem nic podejrzanego, więc zwróciłem się ku niemu i szepnąłem, jak mogłem najciszej:
— Czy masz konie?
— Tak — odpowiedział Indjanin równie cicho.
— I wszystkie moje rzeczy?
— Wszystkie.
— Gdzie?
— Nieopodal hacjendy, umocowane na skale, gdzie nie można znaleźć śladów.
— Bardzo roztropnie. Jak przyszedłeś tutaj?
— Widziałem, że Old Shatterhand chciał mnie oswobodzić i że został wzięty do niewoli. Przeczuwałem, że Yuma będą mnie szukać i znajdą konie. Chciałem odwieść od nich nieprzyjaciół i dlatego pospieszyłem przez równinę ku terenowi skalistemu, gdzie prześladowcy stracili mój trop. Szczep Mimbrenjów zna szybkość moich nóg; żaden Yuma nie mógł mnie dopędzić; zostali daleko wtyle. Skoro ślady się zatraciły, pobiegłem łukiem, ażeby nie spotkać Yuma, zpowrotem ku dolinie; tam ległem, czatując. Widziałem ich, wracających z niczem; obserwowałem obóz. Gdy wyruszyli, zabrałem nasze konie i pojechałem za nimi, ażeby uwolnić Old Shatterhanda. Oddam chętnie swoje życie, ponieważ Shatterhand: został schwytany z mojego powodu.
— Odważasz się na wiele, widzę jednak, że jesteś dosyć ostrożny i roztropny, ażeby wszystkiemu podołać. Myślę, że z twoją pomocą będę wrótce wolny.
— Wkrótce? Czemu nie zaraz? Mam nasze noże, więc rozetnę ci więzy
— Nie! Skutek byłby taki, że i ty dostałbyś się do niewoli. A ty jednak musisz być wolny.
— Niech Old Shatterhand pomyśli, że wszyscy śpią i tylko ten jeden czuwa! Yuma są ślepi; on mnie nie widzi.
— A ty pomyśl, co trzeba wykonać, zanim mógłbym powstać. Musiałbyś rozciąć rzemień, którym mnie obwiązano na noc; to trwałoby całą godzinę, ponieważ trzeba działać powoli i ostrożnie; następnie musiałbym odwinąć koc, co mogłoby znowu zabrać pół godziny czasu, a wreszcie, choćby się to wszystko powiodło, pozostają jeszcze więzy na rękach i nogach.
— Toby już poszło prędko. W dwie godziny jesteśmy gotowi!
— Bylibyśmy gotowi; ale niech mój młody brat policzy strażników. Jest ich pięciu; będą się zatem luzować. Każdy następny, zanim obejmie straż, przekona się, czy moje więzy są w porządku. Nie dowierzają mi. Widzisz więc, że tej nocy nie możesz mię absolutnie uwolnić.
— Old Shatterhand ma słuszność; przyjdę więc następnej nocy.
— Znalazłbyś mnie tak samo skrępowanego i strzeżonego, jak obecnie i musiałbyś znowu odejść z niczem.
— Więc kiedyż mam przyjść? Jak długo mam cię pozostawiać w ich rękach? Jeśli cię zabiją, nie będę mógł się więcej pokazać w naszych wigwamach,[1] gdyż wszyscy wytykaliby palcami i pluliby na mnie, mówiąc, że przez moją lekkomyślność dostał się do niewoli i zginął Old Shatterhand.
— Yuma mnie jeszcze teraz nie zabiją; chcą Shatterhanda zachować do pala męczarni.
— Oddycham swobodniej! Ale jak mam cię uwolnić, skoro nie mogę przyjść do ciebie?
— Ja się już sam uwolnię. Ponieważ jednak moje nogi są ścierpnięte od więzów i nie mógłbym biec daleko, więc życzę sobie, żebyś był wpobliżu w chwili mojej ucieczki i trzymał konie, gotowe do drogi.
— Pójdę tropem Yuma i, skoro tylko rozłożą się obozem, będę czekał na ciebie w ukryciu.
— Ale z największą ostrożnością! Muszę wiedzieć, w jakim kierunku mam cię szukać. Postępuj zawsze ztyłu za obozem. Chciałbym także znać jak najdokładniej miejsce, w którem się będziesz zatrzymywał.
— Jak mam cię o tem zawiadomić, skoro nie mogę się z tobą rozmówić?
— Czy umiesz naśladować głos jakiego ptaka?
— Kuglarz naszego szczepu umie mówić głosami wszystkich zwierząt, a ja byłem jego uczniem. O jakiem myślisz zwierzęciu, czy też ptaku?
— Musimy wybrać takie zwierzę, które się odzywa we dnie i w nocy, gdyż nie wiem, kiedy mi się nadarzy sposobność ucieczki. Słysząc, skąd dochodzi ów głos, będę wiedział, gdzie jesteś.
— Zwierzę, którego głos rozbrzmiewa i w dzień w nocy jest rzadkością. Czy nie byłoby lepiej, wybrać dzienne i nocne zwierzę?
— Może być i tak, jeśli ci to przyjdzie łatwiej. A przecież meksykańska żaba łąkowa przebywa wszędzie, zarówno w lesie, jak i na otwartem polu, i odzywa się o każdej porze dnia i nocy. Jej głos byłby najodpowiedniejszy.
— Całkiem, jak Old Shatterhand sobie życzy! Umiem tak dobrze naśladować głos tej wielkiej żaby, że zmylę najbystrzejsze ucho.
— To mnie cieszy. Słuchaj więc, co ci teraz powiem! Prawdziwe szczęście, że przyniosłem z hacjendy tak dużo mięsa; masz jadła wbród i nie musisz odrywać się od swego zadania. Nie wiem, kiedy stąd wyruszymy i gdzie będziemy obozować. Masz iść za nami, oczywiście w odpowiedniem oddaleniu, a skoro się rozłożymy obozem, wyszukasz sobie ukrycie jak najbliższe, ale też zupełnie bezpieczne. Potem zaczekasz na spokojną chwilę w obozie i wydasz trzy razy krzyk żaby łąkowej, nie raz po raz, gdyż to wzbudziłoby podejrzenie, tylko w odstępach, wynoszących mniej więcej kwadrans. Jeślibym przy pierwszym okrzyku miał wątpliwość co do miejsca, w którem się znajdujesz, to drugie i trzecie wołanie wskaże mi je dokładnie. Od trzeciego okrzyku musisz być przygotowanym na natychmiastowy odjazd ze mną.
— Będę tak pilnie czuwał, że zobaczę cię nadbiegającego i wyjdę naprzeciw.
— Pięknie! Mój koń musi być gotów do jazdy; nie mogę tracić ani chwili, gdyż prześladowcy będą tuż za mną. Tak samo muszę mieć pod ręką sztuciec, tę małą strzelbę, z której mogę mierzyć dużo razy bez ładowania. Masz go przecież?
— Mam go.
— Czy może próbowałeś strzelać?
— Nie! Jak mógłbym się na to odważyć! Wszystko, co należy do Old Shatterhanda, jest nietykalne.
— Wobec tego sztuciec jest gotów do użycia. Trzymaj go w ręce, żebyś mógł mi podać, zanim jeszcze wsiądę na konia. Być może, iż będę musiał strzelać, gdyby prześladowcy zbliżyli się zanadto. Teraz wiesz już wszystko i musimy się rozstać. Jeszcze tylko na jedno muszę ci zwrócić uwagę. Przypuszczam, że inni jeńcy zostaną wypuszczeni na wolność; w tym wypadku powrócą prawdopodobnie do hacjendy. Niech cię to nie zmyli! Ja nie będę z nimi w żadnym wypadku. Yuma zatrzymają mnie u siebie na pewno; musisz więc iść za nimi.
— Moje oczy będą otwarte, ażebym uniknął wszelkich błędów.
— Spodziewam się tego. Daj mi teraz nóż; wszak masz go przy sobie?
— Jak mogę dać ci nóż, skoro twe ręce skrępowane? Czy wsunąć go w koc, którym jesteś owinęty?
— To niemożliwe, ponieważ koc jest zbyt silnie ściągnięty, a zresztą znalezionoby go zaraz, gdyż na dzień zdejmują ze mnie tę derkę. — Wetknij nóż w ziemię, wpobliżu mojego prawego łokcia tak, żeby rękojeść nieco wystawała; nie zobaczą jej, trawa jest gęsta.
— Czy potrafisz pomimo więzów wyciągnąć go i schować?
— Potrafię. A teraz idź! Za długo już rozmawiamy; zmiana warty może nastąpić w każdej chwili.
— Idę. Przedtem jednak ulżyj całkowicie mojemu sercu! Popełniłem błąd nie do przebaczenia, a ty jesteś tak dobry, że nie powiedziałeś mi nawet słowa wyrzutu, Czy odmówisz mi przebaczenia?
— Nie! Byłeś zbyt śmiały, zbliżając się do Yuma, tak, że mogli cię zobaczyć, ale tej właśnie odwadze mam do zawdzięczenia, że cię teraz widzę przy sobie. Wyrządziliśmy sobie jednakie przysługi i nie winniśmy wzajem nic; nie gniewam się na ciebie.
— Dziękuję ci! Moje życie należy do ciebie i będę zawsze myślał z dumą o tem, że Old Shatterhand powiedział do mnie „nie winniśmy sobie nic“!
Wetknął nóż w ziemię i cofnął się tak cicho, że nawet ja nie słyszałem tego, chociaż uważałem na wszystko. Po pewnym czasie rozbrzmiał z oddali głuchy krzyk żaby łąkowej, który mi miał powiedzieć, że mały Mimbrenjo powrócił szczęśliwie.
Teraz byłem pewien, że ucieczka się uda. To przekonanie odjęło mi wszelką troskę i skutkiem tego zasnąłem na nowo tak spokojnie, jakbym był już na wolności. —
Rankiem zbudziła mnie wrzawa życia obozowego; strażnicy odwinęli ze mnie derkę, gdyż za dnia uważali tę ostrożność za zbyteczną. Udałem, że sen mnie jeszcze chwyta, obróciłem się na bok i posunąłem niepostrzeżenie wstecz, tak, że ręce moje znalazły się mniej więcej na równej linji z nożem, tkwiącym w ziemi.
Rąk już nie miałem tak silnie związanych, jak poprzednio; palcami mogłem poruszać. — To też, skoro po chwili obróciłem się powtórnie i położyłem na brzuchu, spiesznie zacząłem domacywać się rękojeści noża; musiałem jednak szukać przynajmniej dziesięć minut, zanim wyczułem jej koniuszczek, wystający z ziemi najwyżej na dwa cale. Jeszcze dłużej trwało wydobywanie noża z ziemi, gdyż nie mogłem podźwignąć tułowia i wyciągnąć ostrza pionowo. Gdy już tego dokonałem, wiele musiałem zużyć trudu i czasu, zanim udało mi się wsunąć go nieporadnemi końcami palców pod kamizelkę i nadać mu tam takie położenie, aby nie mógł wypaść.
Szczęśliwym trafem nie wcześniej, aż to wykonałem, odwrócono mnie, ażeby rozwiązać mi ręce do jedzenia. Urządzono znowu obfite śniadanie, ponieważ, jak się wkrótce przekonałem, mieliśmy wyruszyć w drogę do wsi Yuma. Trzody popędzono naprzód; wojownicy, którzy nie byli tem zajęci pozostali jeszcze jakiś czas w obozie, gdyż nietrudno im było później dopędzić powoli idące zwierzęta. Po trzech godzinach drogi rozdzielono pochód na dwa oddziały. Mniejszy rozbił obóz na nowo i miał strzec jeńców jeszcze przez dwa dni, a potem wypuścić ich. Zarządzono tak dlatego, ażeby hacjendero nie znalazł czasu na sprowadzenie pomocy i dopędzenie Yuma z trzodami, zanim ci znajdą się w bezpiecznem oddaleniu. Drugi oddział, prowadzony przez Vete-ya, wyruszył w dalszą drogę, zabierając mnie oczywiście ze sobą. Ażeby zaś czujność straży nie osłabła, przydano mi pięciu nowych wartowników. Gdy odjeżdżaliśmy, posłyszałem głos wołającego za mną mormona:
Farewell, master! Pozdrówcie ode mnie djabła, gdy po kilku dniach powie wam w piekle „dzień dobry“!
Udało mu się, niestety, wprowadzić w czyn szatański zamach na hacjendę, a teraz był przekonany, że uwalnia się ode mnie na zawsze.
Wszakże mnie odwożono do pala. — — —
Pochód sunął w znanym mi dobrze kierunku, mianowicie wprost ku lasowi Wielkiego Dębu Życia. Z początku okoliczność ta wydawała mi się pocieszającą, ponieważ mogliśmy łatwo spotkać się z Mimbrenjami, którzy mieli właśnie w tych dniach do lasu przybyć. Rozważywszy jednak dokładnie sytuację, zmiarkowałem, że nie powinienem życzyć sobie tego spotkania, gdyż groziłoby mi ono wielkiem niebezpieczeństwem. Przewidywałem bowiem, że, w razie napadu, Yuma zabiliby mnie raczej, niż mieliby pozwolić, ażeby Mimbrenjowie mnie uwolnili.
Niebawem jednak pokazało się, że obawy były płonne; w lesie zwróciliśmy się na prawo, podczas gdy moi sprzymierzeńcy mieli nadjechać z lewej strony; od tej więc chwili mogłem uważać spotkanie prawie za wykluczone.
Las rozciągał się bardzo szeroko; wieczór nadszedł, a jeszcze nie dotarliśmy do jego kresu. Oczywiście, trzody zrabowane nie pozwalały na szybki pochód; powolność, która w innym wypadku zniecierpliwiłaby mnie, w obecnej chwili szczęśliwie podwajała czas, jedyny, jaki mogłem wykorzystać do ucieczki.
Czekałem na znak Mimbrenja. Niestety, głos żaby łąkowej rozbrzmiał dopiero wtedy, gdyśmy już zjedli i gdy byłem znów owinięty w derkę. Dzisiaj więc nie mogłem uciec; jednak świadomość, że pomoc jest wpobliżu i że sprzymierzeniec dokładnie trzyma się moich wskazówek, była dla mnie wielkiem uspokojeniem. Mimbrenjo znajdował się, jak to rozpoznałem po krzyku, bardzo blisko obozu, na miejscu jednak bezpiecznem, gdyż las dawał mu pewną i niezawodną osłonę.
Następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą drogę. Wodzowi ckniła się zapewne tak powolna jazda; postanowił wyjechać naprzód, a na przybycie trzód czekać przy wieczornem obozowisku. Wziął ze sobą połowę wojowników i mnie ze strażnikami; niebawem trzody zniknęły nam z oczu. Krok ten pokrzyżował mi plany zupełnie. Mimbrenjo mógł jedynie zwolna podążać za trzodami i zbliżyć się do obozu dopiero po ich przybyciu; a wtedy, znowu owinięty w straszliwą derkę i bezwładny jak niemowlę, nie będę mógł nawet myśleć o ucieczce.
Jak przypuszczałem, tak się stało. Po kilku godzinach drogi skończył się las; jechaliśmy jeszcze jakiś czas przez kraj miejscami pustynny, gdzie niegdzie znowu o charakterze stepowym, i wreszcie zatrzymaliśmy się, gdy nadeszła pora południowego posiłku. Ręce mi rozwiązano; mogłem spróbować ucieczki; jak daleko jednak byłbym ubiegł? Albo może wskoczyć na jednego z pasących się koni? Także nie. Pasły się bez dozoru, rozproszone na wszystkie strony. Najbliższy był tak oddalony, że wprawdzie mógłbym dobiec do niego, zanim pochwyconoby mnie, ale miałbym wnet na karku wszystkich Indjan, uzbrojonych od stóp do głów, podczas gdy ja byłem zaopatrzony jedynie w nóż; ponadto nie mogłem przypuszczać, że dosiądę właśnie najszybszego konia. Nie; musiałem zrezygnować z próby, która łatwo mogła mi zgotować śmierć.
Po południu jechaliśmy przez taką samą równinę; wieczorem rozbiliśmy obóz na szerokiej, otwartej łące. Po kolacji owinięto mnie w derkę. Trzody nadeszły dopiero, gdy noc już zapadła, a wkrótce potem usłyszałem trzykrotne skrzekanie żaby łąkowej. Jak przewidziałem, Mimbrenjo przyszedł za późno; o ucieczce nie było mowy. Czułem litość nad biedakiem, że wyrzekał się snu nadaremnie.
Przeszedł dzień następny, a po nim czwarty. Gdy się nadarzała sposobność do ucieczki, nie było mojego towarzysza, a gdy dawał mi znak, że jest wpobliżu, chwila przychylna już była za mną. Jednakże piąty dzień miał przynieść zmianę.
Droga prowadziła od samego poranka przez skaliste wzgórza, doliny wąskie i ciemne wąwozy. Tutaj nie mogli się czerwoni rozdzielać, gdyż często konieczna była podwójna liczba poganiaczy. Obudziło się we mnie przeczucie, że dzisiaj nastąpi rozstrzygnięcie. Przy spoczynku południowym nie zawijano mnie nigdy w koc, a ukształtowanie okolicy pozwalało mojemu towarzyszowi postępować tak blisko za nami, jak tylko mogłem sobie życzyć.
Na krótko przed południem przeszliśmy przez dziki, wijący się licznemi zakrętami wąwóz; naraz oczom naszym ukazała się duża polana, pokryta wysoką trawą; sterczały na niej zrzadka rozsiane krzaki. Bydła nie można było powstrzymać; ruszyło pędem z wąwozu na zielenią wabiącą łąkę i rozpierzchło się w przeciągu kilku minut po całym jej obszarze. Czerwonoskórzy poganiacze zadali sobie wiele trudu, zanim spędzili je znowu w gromadę.
Wódz natychmiast rozkazał, ażeby mnie odwiązano od konia i położono na ziemi. Strażnicy usiedli przy mnie. Dokoła rozbito obóz, w odległości mniej więcej czterystu kroków od ujścia wąwozu.
Z rozkazów, wydanych przez wodza, domyśliłem się, że dzisiaj nie pojedziemy dalej. Zrabowane trzody były tak wyczerpane marszem ostatnich czterech dni, że musiano im dać wypoczynek przynajmniej do jutrzejszego poranku, ażeby mogły wytrzymać trudy dalszej drogi. Rozbito namioty; podczas gdy wojownicy byli tem zajęci, podszedł wódz do miejsca, na którem leżałem i usiadł na ziemi w odległości kilku kroków ode mnie. Właśnie w tej chwili zabrzmiał pierwszy krzyk żaby łąkowej, na który jednak żaden z Indjan nie zwrócił uwagi.
Vete-ya założył stopy jedną na drugą, skrzyżował ręce na piersiach i zatopił we mnie kłujący, przenikliwy wzrok. Domyśliłem się, że rozpocznie teraz coś w rodzaju przesłuchania, podczas gdy dotychczas nie zaszczycił mnie jeszcze rozmową. Strażnicy, z okiem ku ziemi, nie patrzyli ani na mnie, ani na niego; było to pełne szacunku oczekiwanie chwili, w której ich wódz zmierzy się, przynajmniej w słowach, z Old Shatterhandem. Dumne milczenie mogłoby tylko pogorszyć sytuację, a charakter mój prostolinijny nie pozwalał ustąpić temu człowiekowi, choćby tylko w słowach, postanowiłem więc zażyć go tak, jak na to zasługiwał. Po chwili rozpoczął od niezbyt wybrednego pytania:
— Jesteś bladą twarzą; czy tak?
— Tak — odpowiedziałem, — Czy nie odróżniasz barw, że uważasz mnie za Indjanina?
Omijając moje pytanie, wódz ciągnął dalej:
— I nazywasz się Old Shatterhand?
— Nie ja się tak nazywam, lecz zarówno sławni biali, jak wojownicy i wodzowie czerwoni, nadali mi to imię.
— Nadali je niesłusznie! Twoje imię jest kłamstwem. Twoja ręka jest związana; nie potrafi zdruzgotać ani chrząszcza, ani robaka, a tem mniej człowieka. Popatrz, jak szacuję twoje imię.
Powiedziawszy ostatnie słowa splunął na mnie. Ja zaś odpowiedziałem obojętnie:
— Jeśli moje imię jest kłamstwem, to twoje zawiera tem więcej prawdy. Nazywają cię „Wielka Gęba“[2] i rzeczywiście posiadasz pysk tak rozdziawiony, że napróżnoby podobnego szukać; ja na twojem miejscu nie byłbym z tego dumny. Nie jest chwałą i bohaterstwem pluć na jeńca, kiedy ten nie może się zemścić, ponieważ jest całkowicie skrępowany. Wykaż prawdziwą odwagę: zdejm mi więzy i walcz ze mną! Wtedy się przekonasz kto kogo zdruzgocze, ty mnie, czy ja ciebie!
— Milcz! — huknął na mnie. — Jesteś jak ta żaba, która tam ztyłu rechocze. Jej skrzeczeniem gardzę.
Właśnie w tej chwili rozbrzmiał drugi krzyk żaby łąkowej. Słowa wodza pozwoliły mi spojrzeć otwarcie ku ujściu wąwozu, bez obawy, że wzbudzę tem podejrzenia strażników. Krzyk pochodził z tak niewielkiej odległości, że Mimbrenjo musiał się chyba ukryć tuż za najbliższym występem skalnym. Podniosłem głowę jeszcze wyżej, ażeby mu pokazać, że patrzę w tym kierunku, i rzeczywiście ujrzałem, jak mała brunatna ręka chłopca wysuwa się z poza krawędzi skały, aby zniknąć natychmiast. Ktoby nie wiedział zgóry, że się tam znajduje człowiek, nie dostrzegłby ręki wcale.
Teraz byłem już stanowczo zdecydowany uciec. W przeciągu kwadransa, a najwyżej pół godziny musiałem odzyskać wolność, albo — legnąć trupem. W tej myśli dałem wodzowi odpowiedź, która inaczej byłaby bardzo śmieszną:
— Nie pogardzam tem skrzeczeniem, ale się cieszę z niego. Czy znasz głosy zwierząt?
— Znam je wszystkie.
— Pytanie moje rozumiałem inaczej; — mianowicie, czy rozumiesz mowę zwierząt?
— Żaden człowiek jej nie rozumie!
— Ja ją przecież rozumiem. Czy mam powiedzieć, jakiej wiadomości udziela ci ta żaba?
— Powiedz, owszem! — odparł, śmiejąc się pogardliwie.
— Żaba powiada, że poniesiesz dzisiaj stratę i skutkiem tego powrócisz tą samą drogą, którą tu przyjechałeś.
— Wielki Duch pomieszał ci zmysły.
— Nie, wyćwiczył je i zaostrzył. Słyszę huk padających strzałów; słyszę tętent waszych koni i wycie wściekłości waszych wojowników. Będziecie walczyli z dwoma ludźmi, jednym dużym i jednym małym i nie będziecie ich mogli zwyciężyć. Hańba was okryje, a ci, z których szydziliście, wyśmieją was!
Wódz otworzył już usta do gniewnej odpowiedzi, rozmyślił się jednak; opuścił ramiona i wparł we mnie poważny, zamyślony wzrok.
— Czy rozumiem cię dobrze? Old Shatterhand nie mówi nigdy jak szaleniec. Jego mowa ma zawsze sens, nawet wtedy, gdy się jej nie rozumie. Co chcesz wyrazić temi słowy? O jakiej hańbie mówisz?
— Pomyśl nad tem, może się dowiesz. A jeśli nie, to zaczekaj; wkrótce stanie się to, o czem mówię!
Vete-ya myślał przez chwilę tak gorliwie, że aż oczy w słup postawił; następnie zawołał:
— Znalazłem; wiem już! Hańba tutaj, a potem pojedziemy zpowrotem? Ty myślisz, że będziesz mógł uciec i że będziemy cię ścigać aż do owej doliny poza hacjendą, gdzie ten młody pies Mimbrenjów ciągle jeszcze czeka na ciebie. Przypuszczasz dalej, że będziemy tam z tobą i z nim walczyć i nie zwyciężymy. Teraz dopiero wierzę naprawdę, że Wielki Duch pomieszał ci rozum. Tęsknisz za wolnością i śnisz o niej nawet na jawie; mówisz, nieświadomy nawet swoich własnych słów. Twój umysł ucierpiał i...
Przerwał w połowie zdania; przyszło mu bowiem na myśl to, co sam uprzednio powiedział, mianowicie, że Old Shatterhand nie mówi nigdy niedorzeczności. Podszedł bliżej i zbadał moje więzy własnemi rękami. Znalazłszy je w porządku, usiadł zpowrotem i rzekł, uśmiechając się przemyślnie:
— Teraz wiem, jak jest naprawdę. Old Shatterhand chce mnie rozgniewać, ażeby móc się śmiać ze mnie, jak z dziecka; zawiódł się jednak. Chce nas wtrącić w niepewność, abyśmy dzięki niej popełnili jaki błąd. Tak jest; Old Shatterhand nie czyni nic bez namysłu, ale tym razem się przerachuje!
— Uff, uff! — zawołali strażnicy na znak, że są tego samego zdania. Wódz ciągnął dalej:
— Old Shatterhand zabił mojego syna, Gaty-ya, i musi umrzeć. Jest jednak dzielnym człowiekiem i słyszałem, że był zawsze przyjacielem czerwonych mężów; dlatego okażę mu łaskę i pozwolę, aby sobie sam wybrał rodzaj śmierci, jaką ma zginąć. Czy chce zostać zastrzelony?
Wiedziałem, że jego słowa zawierały ironję jak się to wkrótce pokazało, i dlatego odpowiedziałem:
— Nie.
Na to zapytał zkolei, czy wolę aby mnie zakłuto, zabito maczugą, spalono, struto, lub wreszcie zaduszono, — ja ciągle zaprzeczałem.
— Old Shatterhand stale odpowiada nie; niech mi więc sam powie, na jaki rodzaj śmierci się zdecydował!
— Chciałbym dożyć wieku dziewięć razy po dziesięć, albo dziesięć razy po dziesięć lat, a potem usnąć spokojnie i obudzić się do nowego, nieziemskiego życia — odrzekłem.
— To śmierć odpowiednia dla tchórzów; Old Shatterhand jest godzien innej śmierci. Taki człowiek, jak on, musi poznać każdy rodzaj śmierci, jeden po drugim, nie drgnąwszy przytem nawet powieką; ten przywilej, tę sławę znajdzie Old Shatterhand u nas. Przedewszystkiem wykręcimy mu ręce i nogi, tak jak on to uczynił mojemu białemu przyjacielowi, Meltonowi.
Spojrzał ku mnie badawczo, ażeby zaobserwować, jakie wrażenie uczyni na mnie ta wiadomość.
— Słusznie! — odpowiedziałem, skinąwszy głową z uśmiechem.
— Następnie przekłujemy muskuły rąk i nóg i wyrwiemy mu paznokcie ze wszystkich palców!
— Na to cieszę się już naprzód!
— Potem oskalpujemy go żywcem!
— Bardzo słusznie, bo gdybym nie żył, nie czułbym tego.
— Pozwolimy się ranom zagoić, żeby Old Shatterhand mógł wytrwać nowe męczarnie.
— Z tego jestem zadowolony, gdyż inaczej nie zniósłbym ich do końca.
— Nie szydź! Ochota do kpin cię odbiegnie, skoro się dowiesz, że odetniemy ci ręce!
— Czy obydwie?
— Tak. Potem wytniemy ci powieki, tak, że nie będziesz mógł spać.
— Dalej!
— Wetkniemy twoje nogi w ogień i będziemy trzymać tak długo, aż upieczone mięso odejdzie od kości. Powiesimy cię za nogi; będziemy rzucać w ciebie nożami; następnie...
— Przestań — przerwałem mu, śmiejąc się głośno, ażeby go rozgniewać. — Z tego wszystkiego nie wykonacie nic, zupełnie nic. Gdybyście mieli nawet tysiąc wojowników, byłoby was jeszcze za mało, aby wyrządzić szkodę Old Shatterhandowi. Do tego potrzeba zupełnie innych ludzi. Porównałeś mnie poprzednio do żaby, którą słyszeliśmy, ja zaś, zamiast lżyć was w podobny sposób, powiem tylko, że raczej wy powinniście się mnie bać, aniżeli ja was.
W tej chwili dał Mimbrenjo trzeci znak. Vete-ya odpowiedział z wściekłością, gdyż poznał, że nie szydzę, lecz mówię z całą powagą i świadomością.
— Czy słyszysz, jak znowu skrzeczy? Tak samo skrzeczysz i ty. Odtąd będę surowszy, żeby ci odjąć ochotę i nadzieję ratunku. Jak prawdą jest, że słyszysz głos tej żaby, tak prawdą jest, żeś już zgubiony!
— Mylisz się; jak prawdą jest, że słyszę skrzeczenie, tak prawdą jest, że nie możecie mi nic złego uczynić!
— Dobrze więc, udowodnię ci to! Odtąd będziesz stale owinięty derką, na każdem obozowisku, skoro tylko zdejmą cię z konia. Wtedy przekonasz się, czy potrafisz uciec! Rozwiążcie ręce — zwrócił się do moich strażników — i dajcie mu mięsa; potem zawinę go w koc. Od dzisiaj będę to sam zawsze czynił, żeby temu psu odebrać nawet cień nadziei!
Teraz porwał go naprawdę gniew, że byłem tak spokojny i, skrępowany więzami, nie uznawałem jednak jego przemocy. Właściwie podjąłem bardzo ryzykowną grę, mówiąc tak otwarcie o ucieczce. Ale cóż? Byłem niezawodnie przekonany, że partję wygram. —
Jeden ze strażników przyniósł mięso; inni zdjęli mi rzemienie z rąk. Chwila działania, rozstrzygająca o moim losie, była już blisko. Mimo to, okazywałem, i w duchu czułem, zupełny spokój. Tak być musi. Kto w takiej chwili drży i traci pewność siebie, temu niełatwo uda się przeżyć ją szczęśliwie.
Porcję suszonego mięsa pocięto mi na długie, cienkie skrawki, które mogłem z łatwością rozgryzać zębami, nie używając noża. Żułem je tak powoli i niewinnie, jakgdybym poza apetytem do niczego w świecie nie przykładał wagi; podniosłem się przytem i przeginałem, trzymając nogi i stopy w ten sposób, że mogłem jednym ruchem rozciąć wszystkie więzy i rzemienie, któremi byłem skrępowany. Dwa cięcia wymagały już za wiele czasu, chociaż różnica wynosiła jedno mgnienie oka. Życie moje zawisło od ułamków sekundy.
Wódz obserwował mnie z ponurym wyrazem twarzy; gniewała go moja powolność i wygodnictwo w jedzeniu; prawdopodobnie postanowił ukarać mnie później przez zacieśnienie więzów na członkach.
— Kończ prędzej! — rozkazał. — Nie myślę tak długo na ciebie czekać!
Ażeby uzyskać czas, potrzebny do pochylenia się naprzód i wyciągnięcia noża, udając przestrach wobec nagłego i ostrego rozkazu, wypuściłem mięso z rąk. Nikogo więc nie zdziwiło, że się pochyliłem, ażeby je podnieść; wyciągnąłem po nie lewą rękę. Podczas gdy oczy wszystkich były zwrócone na mięso i dłoń lewą, sięgnąłem prawą pod kamizelkę, odpowiadając:
— Prędzej? Dobrze, niech się więc zaraz stanie. Uważaj!
Przy ostatniem słowie miałem już ostrą klingę noża między ciałem a rzemieniem; jedno cięcie — zerwałem się, postawiłem wodzowi prawą nogę na ramieniu i, przeskoczywszy przez niego, popędziłem wprost przed siebie, ku ujściu wąwozu. Muszę przyznać, że gdy po skoku przez głowę wodza dotknąłem nogami ziemi, odniosłem wrażenie, jakby się nogi załamały pode mną; musiałem jednak biec dalej, więc biegłem; mus podsyca siły. — W pierwszej chwili, gdy przelatywałem ponad trawą długiemi skokami, panowała za mną najgłębsza cisza, cisza wywołana niespodzianką i przestrachem; wszyscy zgłupieli poprostu; myśl niewiarogodna stała się tak nagle rzeczywistością. Potem jednak — gdy ubiegłem może sto kroków — rozwiał się czar i zabrzmiało ztyłu wycie, jakby chór tysiąca djabłów akompanjował mojemu popisowi. Nie oglądając się jednak, pędziłem dalej; musiałem wytężyć odrazu wszystkie siły, żeby dobiec do konia. W stanie, w jakim się znajdowałem, nie byłbym wytrzymał takiego biegu nawet przez dwie minuty.
Wtem ujrzałem mojego Mimbrenja, wychodzącego z poza skały. Trzymając w prawej ręce swoją strzelbę; a w lewej mój sztuciec, popędził naprzeciw mnie. Jeszcze zdaleka zawołałem do niego:
— Czy konie są tutaj, za skałą?
— Nie; poza pierwszym zakrętem.
— Ile kroków?
— Pięć razy po sto.
O biada! Jeszcze pięćset kroków w takiem tempie! Nie, nie zdołałbym przebiec ich zdrętwiałemi nogami dopędzonoby mnie na pewno. Wobec tego nie mogłem oszczędzać Indjan; krew musiała, niestety, popłynąć, chociaż, jak zawsze, byłbym najchętniej uniknął jej rozlewu.
W biegu wyrwałem chłopcu sztuciec z ręki i obmacałem zamek; wzorowy porządek, w jakim był utrzymany, tak pokrzepił moje siły, że stanąłem i obejrzałem się za prześladowcami. — Byłem przekonany, że nie tracili czasu na szukanie broni palnej, lecz starali się dopędzić mnie jak najprędzej. Teraz pokazało się, że tak było rzeczywiście. Biegli bezładną kupą, krzycząc i machając rękami w powietrzu; na przodzie moi strażnicy i Vete-ya.
— Stać! bo strzelam! — zawołałem do nich.
Choć nie bardzo pewnie stałem na osłabionych nogach, przypuszczałem, że trafię. Przyłożyłem broń do oka. Yuma, nie zważając na przestrogę, zbliżyli się już mniej więcej na sto kroków; wobec tego dałem dwa strzały; dziewięćdziesiąt kroków, znowu dwa strzały; osiemdziesiąt, siedemdziesiąt, sześćdziesiąt kroków — po dwa strzały na każdą dziesiątkę; było to razem dziesięć kul, z których każda utkwiła w biodrze jednego ze ścigających. Trafieni padali natychmiast; inni, zobaczywszy to, stracili pewność siebie.
— Stać! — zawołałem powtórnie. — Powystrzelam was do nogi!
Jeszcze dwie kule, obie celne. Dzielny Mimbrenjo stał przy mnie i strzelał także. Ja wrogów raniłem; jego kula niosła śmierć. lndjanie stanęli; nie mieli ochoty narażać się na dalsze strzały. Wielu pobiegło zpowrotem, ażeby przynieść strzelby. Jeden jednak pędził dalej, zaślepiony gniewem; był to Vete-ya. Krzycząc ze wściekłości, jak dzikie zwierzę, wywijał nożem, jedyną bronią, jaką posiadał w tej chwili; ściskał nóż w lewej ręce, gdyż prawą miał bezwładną od czasu naszego pierwszego spotkania, gdy ratowałem moich Mimbrenjów od śmierci. Popełniał poprostu szaleństwo, goniąc za mną w ten sposób; nieostrożność tę mogło wytłumaczyć tylko nadzwyczajne podniecenie. Ponieważ nie chciałem okaleczyć mu i drugiej ręki, zdecydowałem się nie strzelać, lecz przyjąć go uderzeniem kolby w głowę. Był już blisko; podnosząc wysoko nóż do pchnięcia, rzucił się na mnie; w tym jednak momencie uskoczyłem wbok i zamierzyłem się odwróconym sztućcem; klinga wodza przecięła powietrze, mój cios kolbą rozciągnął go nieprzytomnego na ziemi.
Wojownicy, którzy to widzieli, podnieśli przeraźliwy wrzask, przypuszczając, że ogłuszyłem wodza tylko poto, żeby go spokojnie zakłuć. Ci z nich, którzy pobiegli po strzelby, wracali teraz. Inni, przezorniejsi, pędzili do swoich koni. Nie mogliśmy dłużej zwlekać. Pospieszyliśmy więc do wnętrza wąwozu, ażeby dosiąść wierzchowców.
Chłopiec wyprzedził mnie oczywiście tak, że zanim przebiegłem trzysta kroków, zniknął już na zakręcie po chwili ukazał się zpowrotem, siedząc na koniu i prowadząc mojego za uzdę. Podjechał galopem naprzeciw mnie; w mig siedziałem w siodle; a był już najwyższy czas, bo właśnie w tej chwili ukazali się pierwsi Yuma, uzbrojeni w karabiny. Wystrzelili, chybiając w pośpiechu. Obróciliśmy konie na miejscu i pocwałowaliśmy przez wąwóz, tą samą drogą, którą Yuma przybyli tutaj ze mną przed południem.
Byłem więc wolny — od tej bowiem chwili mogłem uważać za wykluczone, aby czerwoni mieli mnie powtórnie chwycić — a jednak nie mogłem jeszcze zająć się swoją osobą; musiałem naprzód myśleć o czemś innem. Hacjendero stracił wszystko i powinien był otrzymać zpowrotem przynajmniej trzody. A odzyskać je mógł tylko wtedy, gdyby oczekiwani przeze mnie Mimbrenjowie mieli czas na odebranie ich wojownikom Yuma. Niestety, nie wiedzieliśmy, ani ja, ani mój towarzysz, gdzie czerwoni mieli obecnie swoje wigwamy. Ponieważ postój jeneralny, który urządza się zwykle w połowie podróży, nastąpił po czterech dniach drogi, więc przypuszczałem, że dopiero po czterech dniach następnych mogli Yuma dostać się do swoich pastwisk. Był to za krótki przeciąg czasu, ażeby ich Mimbrenjowie mogli dopędzić. Ale czy niepodobna znaleźć sposobu na powstrzymanie Yuma w pochodzie? — O, był przecież i to bardzo prosty, leżący w mojej władzy; mianowicie — ja sam powinienem ich zwabić jak najdalej za nami.
Byłem pewien, że nie będą szczędzić wysiłków, żeby mnie znowu schwytać, przedewszystkiem dlatego, że mieli pomścić śmierć Gaty-ya. Następnie, wszak uciekłem z niewoli w tak haniebny dla nich sposób. Twardo trzymali mię w rękach, szydzili ze mnie, przydali mi pięciu strażników, chociaż byłem otoczony prawie setką Indjan; ja zaś powiedziałem im, względnie ich wodzowi, zupełnie otwarcie, że ucieknę, i dokonałem tego nie w nocy, pod osłoną ciemności, lecz w biały dzień, w oczach wszystkich wojowników. Przytem okulawiłem dwunastu z nich na całe życie, a dwóch zastrzelił Mimbrenjo. Jaka hańba, nietylko dla nich, ale dla całego szczepu! Hańba niezmyta, którą złagodzić mogli jedynie, biorąc mnie do niewoli po raz drugi i zadając śmierć!
Z tych wszystkich powodów wnosiłem, że będą mnie ścigać zaciekle i walnie. Jeśli stu ludzi nie zdołało mnie zatrzymać, to ilu potrzeba, aby mnie znowu schwytać? W każdym razie więcej! A tych nie było; przeciwnie, liczba Yuma zmalała o czternastu. Dwunastu zranionych musiano pielęgnować; nie mogli ruszyć w dalszą drogę, gdyż kula w biodrze jest raną bardzo niebezpieczną. Skąd więc miano wziąć ludzi do transportowania zrabowanych trzód?
Rozważywszy to wszystko, doszedłem do przekonania, że Vete-ya, gdy oprzytomniał, wydał następujące zarządzenia: trzody muszą narazie pozostać na miejscu; ranni zostaną także, a z nimi tylu wojowników, ilu potrzeba dla ich opieki i dozoru nad zwierzętami. Wszyscy inni muszą wyruszyć, żeby dopędzić Old Shatterhanda i uratować honor szczepu. Prawdopodobnie więc miałem za sobą czterdziestu lub pięćdziesięciu prześladowców, których gorliwość była tem większa, że do dawnych porachunków przybyła dzisiejsza sromota.
Mógłbym z łatwością uciec im natychmiast, gdybym skręcił na prawo lub na lewo; popełniłbym jednak błąd, bo straciwszy z oczu moje ślady i przekonawszy się o bezowocności dalszego pościgu, powróciliby do trzód, aby na nowo podjąć przerwaną jazdę do swojej wsi. Trzody byłyby dla hacjendera stracone. Ponieważ chciałem właśnie zachować je dla niego, musiałem przykuć uwagę prześladowców do mojego tropu.
Należało pozostać na drodze do hacjendy, gdyż przypuszczali zapewne, że obiorę ten właśnie kierunek. Nie mogłem się zbytnio spieszyć; im bliżej ocierali się o moje plecy, tem bardziej rósł ich zapał, tem żywiej kusił ich pościg i nie pozwalał odsyłać wojowników do trzód. Jeślibym następnie znalazł Mimbrenjów, czekających na mnie w lesie Dębu Życia, mógłbym wówczas z ich pomocą wziąć do niewoli cały oddział Yuma i powrócić jeszcze raz, żeby zabrać zrabowane trzody i zwrócić je właścicielowi. Nie miałem bowiem żadnych wątpliwości, że pozbawiony ostatniej podpory, zszedłby na nędzarza; po spaleniu domostwa, pól i lasów, zostały mu tylko łąki, które bez bydła nie przyniosłyby ani grosza dochodu. Mówiono mi przecież w Ures, że już od dłuższego czasu stan jego majątku znacznie się pogorszył.
Kiedy podzieliłem się myślami z moim towarzyszem, przyjął je z zupełnem zrozumieniem rzeczy i zapytał ze swą nieodstępną powagą:
— Więc Old Shatterhand myśli, że pogoni za nami pięćdziesięciu Yuma?
— Przynajmniej czterdziestu do pięćdziesięciu — potwierdziłem.
— Tylu nie będzie mogło ruszyć natychmiast. Muszą czekać, aż wódz się obudzi z omdlenia, ażeby usłyszeć jego rozkazy.
— Słusznie; kilku udało się z pewnością zaraz za nami, żeby nie stracić naszych śladów, dopóki inni nie nadjadą. Rozmówię się z tymi kilkoma.
— Rozmawiać? — zapytał ze zdumieniem. — Czy dobrze słyszałem? Old Shatterhand ma rzeczywiście zamiar rozmawiać z temi psami gończemi, które chcą go rozszarpać. Na jakież niebezpieczeństwo brat mój naraża się przytem!
— Na żadne. Daleko większe było niebezpieczeństwo, na które tyś się narażał, gdy przyszedłeś do mnie w ową noc po spaleniu hacjendy.
— Wtedy miałem wynagrodzić popełniony przeze mnie błąd. — Byłbym poszedł na śmierć, gdyby to było potrzebne.
— Wierzę, skoro cię teraz bliżej poznałem. Odzyskałem wolność tylko przez ciebie i odwdzięczę się za to.
— Old Shatterhand jest sławnym wojownikiem; byłby się uwolnił bez mojej pomocy.
— Może, choć nie tak prędko i nie bez szwanku, lub rany. Czy nie dłużył ci się czas, gdy czekałeś na mnie przez te cztery dni i noce?
— Nawet najdłuższy czas nie jest za długi, jeśli się ma cierpliwość, a młodzieniec, który chce zostać wojownikiem, musi nietylko ćwiczyć się w dzielności, ale przedewszystkiem być cierpliwym.
— Przecież nie mogłeś spać; w dzień musiałeś iść za nami, a nocą trwać w czujnem pogotowiu, aby mi pomóc w ucieczce!
— Wojownik musi sen opanować. Zresztą miałem dość czasu na spanie, gdyż kładłem się na spoczynek z rana, gdy wyruszaliście w drogę, i jechałem za wami dopiero po kilku godzinach. Trzody ciągnęły tak powoli, że mogłem je prędko dopędzić.
— Co myślałeś, gdy czekałeś na mnie napróżno?
— Nie myślałem nad tem wcale, gdyż wiedziałem, że Old Shatterhand przyjdzie, gdy nastąpi czas.
— Odpowiedzi twoje świadczą, że będziesz kiedyś nietylko dzielnym wojownikiem, ale roztropnym i przezornym doradcą w zgromadzeniu wodzów i najstarszych plemienia. Życzysz sobie mieć imię. Skoro usiądę z twoimi braćmi przy ognisku powitania, opowiem im, jak wyraźnie udowodniłeś, że jesteś godzien imienia.
— Uff, uff! — wykrzyknął z błyszczącemi radością oczyma, prężąc się w siodle.
— Tak jest; zaproponuję im, żeby ci dali imię.
— Chciałbyś to zrobić rzeczywiście? Moja wdzięczność byłaby tak wielka, jak cała ziemia, i trwałaby aż do końca mego życia!
— Tak; już postanowiłem to sobie.
— Zapytają mnie, jakie imię pokazał mi Wielki Manitou i jaki lek znalazłem? A ja nie będę mógł dać im odpowiedzi!
Skoro młody lndjanin wyrośnie już i nauczy się wszystkiego, co musi znać i umieć, aby zostać wojownikiem, wówczas szuka sobie naprzód imienia. Idzie więc w pustkowie, pości i myśli o wszystkiem, co przystoi wojownikowi i wogóle sławnemu człowiekowi; samotność, surowy post, rozmyślanie o sławnych czynach podniecają go; nerwy naprężają się gorączkowo i wywołują sny, albo halucynacje. Pierwszy przedmiot, jaki mu się przyśni, lub zjawi w halucynacji, zostaje jego „lekiem“, jego świętością na całe życie. Wtenczas uzbraja się i oddala od swoich, aby nie wrócić, dopóki owego przedmiotu nie zdobędzie, znajdzie, zrabuje, nie dostanie w jakiś sposób. Przedmiot ów, który może być duży lub mały, może posiadać najfantastyczniejszą formę, czy postać, zostaje zaszyty w skórę i troskliwie przechowywany. Wojownik zabiera go ze sobą na wyprawy wojenne, zawiesza na włóczni, tkwiącej w ziemi przed jego namiotem. Ten lek jest dla niego świętością najkosztowniejszą ze wszystkiego, co posiada; walczy o niego z prawdziwą rozpaczą i wytężeniem wszystkich sił. Dlatego jest wielkiem bohaterstwem zdobyć lek jakiegoś wroga, albo kilku lub nawet wielu nieprzyjaciół. A tem większej doznaje hańby, gdy straci swój lek, czy to w walce, czy z jakiejkolwiek innej przyczyny. Słowa: „Ten człowiek nie ma leku“ są najśmiertelniejszą obrazą, jaką tylko można dotknąć Indjanina. Tak pomiatany czerwonoskóry nie spocznie, dopóki nie zdobędzie leku jakiegoś wroga; wtedy zdobycz staje się jego lekiem, — przywraca zwycięzcy cześć i honor.
Młody Indjanin przyjmuje najczęściej jako imię nazwę przedmiotu, o którym śnił, a więc nazwę swego leku. Dlatego trafia się często na najdziwaczniejsze imiona, jak naprzykład: „Nieżywy Pająk“, „Rozdarty Liść“, „Długa Nitka“, i t. d. Nosiciele tych imion śnili właśnie, gdy szukali świętości, o nieżywym pająku, rozdartym liściu, długiej nici, i noszą te przedmioty ze sobą jako leki. Bywa jednak, że gdy młodzieniec odznaczy się przez jakiś niezwykły czyn, otrzymuje imię zaszczytne, które ma ów czyn przypominać; takie imię bywa daleko więcej cenione, niż zwykłe, wysnute z leku. Dlatego na ostatnie słowa mego młodego towarzysza rzekłem.
— Ja im dam odpowiedź, jeśli zapytają.
— Ty?
— Tak, gdyż mam imię dla ciebie.
Na to pochylił głowę, ażeby opanować swoją radość. Chętnie byłby zapytał o to imię, gdyby nie sprzeciwiało się to wszelkim regułom grzeczności i skromności. Dlatego nie omieszkałem sam zaspokoić jego ciekawości.
— Czy możesz się domyślić, jakie imię ci przeznaczyłem?
— Nie.
— Więc powiedz mi, jaki jest pierwszy czyn, którym się odznaczyłeś?
— Moim pierwszym czynem — odpowiedział z westchnieniem — było wpędzenie Old Shatterhanda w ręce wrogów.
— To już naprawiłeś i o tem niema mowy; nie był to czyn, lecz nieroztropność, brak ostrożności, zalecanej przeze mnie. Twoim pierwszym prawdziwym czynem, wykonanym z rozmysłem i samozaparciem się, było moje uwolnienie. Jak myślisz, co na to powiedzą twoi wojownicy?
— Kto uwolnił Old Shatterhanda, ten jest najszczęśliwszym i najsławniejszym z wojowników i nie będzie nigdy potrzebował leku.
— Więc dobrze; ty pomogłeś mi do odzyskania wolności i zastrzeliłeś przytem dwóch Yuma; zaproponuję więc przy ognisku narady najstarszych twego plemienia, aby ci dali imię Yuma Shetar — Tępiciel wojowników Yuma — i jestem przekonany, że zgodzą się na tę propozycję.
— Z pewnością zgodzą się, z całą pewnością! — zawołał, raczej wykrzyknął głośno. — Jest to przecież zaszczyt i sława dla całego szczepu Mimbrenjów otrzymać od Old Shatterhanda taką propozycję. O Manitou, Manitou! Wiedziałem dobrze, że przy Old Shatterhandzie znajdę daleko prędzej i daleko lepsze imię, niż gdziekolwiek indziej! Nasi wojownicy będą mi zazdrościć; kobiety będą opowiadać o mnie, a przedewszystkiem mój ojciec, Nalgu Mokaszi, przyciśnie mnie do swego serca, a mój mały brat ucałuje mnie w usta. O, gdyby on mógł pozostać przy tobie! Przypuszczam, że zdobyłby sobie również imię podobne do mojego!
— Najprawdopodobniej! To może jeszcze nastąpić, gdyż jestem przekonany, że wkrótce zobaczę znowu twego brata. Jeśli jest podobny do ciebie nietylko zewnętrznie, to po przybyciu do swoich nie spocznie, dopóki nie uzyska pozwolenia od ojca, aby mógł razem z nim wyruszyć przeciw Yuma.
— Ja również tak sądzę. Mój ojciec, wielki wódz Mimbrenjów, jest bardzo surowy; rzadko zważa na zwykłe życzenia swoich dzieci, ale ze spełnieniem takiej prośby, która musi go uradować, z pewnością nie będzie zwlekał. Jakby to było wspaniale, gdyby uroczystość nadania imion mnie i mojemu bratu przypadła w jednym czasie! —
Podczas tej rozmowy przebyliśmy nietylko wąwóz, lecz również szereg wijących się za nim dolin; na każdym zakręcie spoglądaliśmy wtył, czy prześladowców jeszcze nie widać; nie zauważyliśmy ich dotychczas. Mimo to byłem przekonany, że są już niedaleko za nami.
Niebawem znaleźliśmy się na pewnego rodzaju małej prerji, szerokiej na kwadrans jazdy konnej. Po przeciwnej stronie rosły krzaki, dające bardzo dobre ukrycie. Dojechawszy tam, zatrzymałem wierzchowca i zeskoczyłem na ziemię.
— Czy Old Shatterhand chce już tutaj odpocząć? — zapytał Mimbrenjo.
— Nie; zatrzymamy się tylko na krótki czas, żebym mógł pomówić z wojownikami Yuma.
Chociaż zamiar mój wydawał mu się zapewne więcej niż dziwny, nie odezwał się słowem. — Odwiązałem od siodła pakunek z nowem ubraniem, ażeby się nareszcie w nie przebrać, gdyż stare ucierpiało tyle podczas mojej niewoli, że już teraz mogłem ujść naprawdę za włóczęgę lub żebraka. Przy tej sposobności muszę nadmienić, że Indjanie mieszkający na południu są o wiele wrażliwsi na strój człowieka, niż ich północni bracia; Meksykanin również ubiera się daleko ozdobniej i wystawniej niż praktyczny Jankes. Północny Sioux albo Crow nie odmawia białemu myśliwcowi szacunku, nawet gdy ten stanie przed nim w łachmanach; natomiast Pimo lub Yaqui nie może się pogodzić z tem, żeby licho ubraną osobę uważać za dzielnego człowieka. A przecież o stosunkach między ludźmi stanowi wrażenie pierwszej chwili. Gdybym nie był się pokazał w hacjendzie w mojem starem ubraniu, Timoteo Pruchillo prawdopodobnie uwierzyłby mi prędzej i nie byłbym zmuszony wypoliczkować i wrzucić do strumienia jego oryginalnego majordomusa. Z tego widać, że nawet w tych odludnych okolicach sądzą ludzi po sukniach.
— Uff! — Zawołał Mimbrenjo, zdziwiony, gdy wyszedłem z za krzaków, za któremi się przebrałem. — Prawie, że nie mogę cię poznać. Ale też takim przedstawialiśmy sobie z bratem Old Shatterhanda, gdy nam opowiadano o nim i o Winnetou.
Milczeniem zbyłem to otwarte wyznanie, które mię trochę zakłopotało. Podałem mu niedźwiedziówkę, mówiąc:
— Niech mój młody, czerwony brat zostanie tutaj i weźmie tę strzelbę, której nie potrzebuję teraz. Skoro Yuma ukażą się, wyjadę im naprzeciw i pomówię z nimi. Jeśli nadciągną z taką siłą, że odważą się mnie zaczepić, będziemy się bronili z poza tych zarośli.
Stanąwszy tuż za pierwszemi krzakami, obserwowałem drogę, przez nas przebytą. Stało się tak, jak przypuszczałem; już po niedługim czasie zobaczyłem po przeciwnej stronie łąki trzech jeźdźców, którzy zbliżali się do nas kłusem. Wyjechałem naprzeciw nich, przybrawszy postawę człowieka, który zupełnie spokojnie i bez troski udaje się w swoją drogę. Przytem pochyliłem się nieco naprzód, jakgdybym był tak zmęczony, że nie zwracam wcale uwagi na leżącą przede mną okolicę.
Yuma, dostrzegłszy mnie, przystanęli na chwilę; nie widząc jednak nikogo więcej, ruszyli dalej; nie obawiali się przecież człowieka jadącego samopas. Udawałem, że ich nie widzę. Sztuciec trzymałem wpoprzek siodła, żeby móc jednym ruchem złożyć się do strzału. Byłem przekonany, że nie poznają mnie, a przynajmniej nie z miejsca; przecież tak bardzo byłem przeinaczony dzięki nowemu ubraniu; ponadto owinąłem twarz jaskrawą meksykańską chustą, zwaną gargantille, służącą do ochrony przed słońcem; ponieważ zaś szeroki sombrero zachodził mi aż na oczy, więc z mojego oblicza widoczny był tylko nos.
Kiedyśmy się tak zbliżyli, że musiałem słyszeć tętent ich koni, wyprostowałem się, udając, że spotrzegłem ich dopiero w tej chwili i zatrzymałem konia. Indjanie stanęli w odległości mniej więcej dziesięciu kroków ode mnie; byli to trzej z moich pięciu strażników. Jeden z nich odezwał się w używanym tutaj żargonie hiszpańsko-indjańskim:
— Skąd przybywasz?
— Z hacjendy del Arroyo — odpowiedziałem zmienionym głosem, co przyszło mi łatwo, gdyż szal zakrywał usta do połowy.
— Dokąd się udajesz?
— Do Vete-ya, wodza dzielnych Yuma.
— W jakim stanie znalazłeś hacjendę?
— Zburzoną, zniszczoną doszczętnie.
— Przez kogo?
— Przez Yuma.
— A ty jedziesz do nich? Czego chcesz od nich?
— Chcę pertraktować z nimi o trzody, które zabrali.
— Z czyjego polecenia?
— Jestem wysłańcem hacjendera; pragnie odkupić zwierzęta, więc polecił mi zapytać wodza o cenę.
— Jedziesz napróżno; wódz zwierząt nie sprzeda.
— Skąd wiecie o tem?
— Należymy do jego wojowników.
— Jeśli tak, to naturalnie znacie jego postanowienia; a jednak, mimo to chciałbym się z nim widzieć, gdyż muszę spełnić wolę hacjendera.
— Zdaje się, że nie doceniasz niebezpieczeństwa. Wojownicy Yuma wykopali topór wojenny przeciw białym.
— Wiem o tem, nie obawiam się jednak, gdyż jako poseł jestem nietykalny. Gdzie rozbili obóz wojownicy Yuma, którzy byli w hacjendzie?
— Jeśli zaczekasz tutaj, albo pojedziesz powoli naszym śladem, to spotkasz w krótkim czasie wodza z pięćdziesięcioma wojownikami.
— Dziękuję wam. Bądźcie zdrowi!
Udałem, że chcę już pociągnąć za cugle, chociaż byłem pewien, że czerwoni zagadną mnie jeszcze o wiele rzeczy. Właśnie na tych pytaniach zależało mi najbardziej, ponieważ miałem nadzieję wyciągnąć z nich pożytek.
— Stój, zaczekaj jeszcze! — zabrzmiał ich rozkaz. — Więc rozmawiałeś z hacjenderem?
— Naturalnie! Inaczej nie mógłbym zostać jego pełnomocnikiem!
— Hacjendero był w drodze do Ures w towarzystwie bladej twarzy, która nazywa się Melton?
— Nie widziałem białego, nazwiskiem Melton.
— Może widziałeś innego białego, nazwiskiem Weller i jego syna?
— Nie widziałem.
— Więc zapewne natrafiłeś na oddział naszych wojowników, u których te blade twarze były przez dwa dni w niewoli?
— Nie. Widziałem tylko hacjendera i z nim tylko rozmawiałem.
— Gdzie?
— W ruinach jego domu. Przybyłem do hacjendy, żeby mu zwrócić pieniądze, jakie mu byłem winien. Za te pieniądze chce kupić zpowrotem wszystkie bydło i prosił mnie, żebym podążył za Yuma i pertraktował z nimi.
— Kto ma pieniądze, ty, czy on?
— On naturalnie.
Moi byli strażnicy spoglądali po sobie z zakłopotaniem. Ten, który dotychczas mówił, odezwał się po namyśle, nie zważając na moją obecność:
— Musiało się tam stać coś niespodzianego! Hacjendero wrócił, a reszty bladych twarzy niema przy nim! Nasi wojownicy nie pokazali się, chociaż powinni być już w drodze za nami. Hacjendero chce kupić zpowrotem bydło; ma pieniądze! To może im pomieszać szyki! Gdzie wobec tego są owe blade twarze, które razem z żonami i dziećmi mają zaprowadzić w góry nasi wojownicy?
Dwaj jego towarzysze potrząsnęli głowami w milczeniu, on zaś zwrócił się znowu do mnie:
— Czy nie spotkałeś niedawno dwóch jeźdźców?
— Tak. Był to biały z młodym Indjaninem.
— Jak był biały ubrany?
— Jak obdartus i włóczęga.
— Jaką miał broń?
— Widziałem dwie strzelby.
— To się zgadza; ten pies Mimbrenjo je przyniósł!
Powiedział to, jakby do siebie, albo do swoich towarzyszy; potem zwrócił się znowu do mnie:
— Czy jechali bardzo prędko?
— Nie, — odpowiedziałem, ściągając ostrzej uzdę, ażeby cofnąć konia o kilka kroków. Zsiedli z koni.
— Gdzie?
— Tam za mną, w zaroślach.
— Uff! Musimy się więc cofnąć prędko, gdyż długi karabin białego sięga aż tutaj, a jego mała strzelba strzela bezustannie bez ładowania. Chodź z nami! Zawrócimy, aby połączyć się ze swoim oddziałem. Będziesz mógł pomówić z wodzem.
— Mamy czas na to. Zaczekajcie jeszcze chwilę! Chciałbym dostać coś od was.
— Co?
— Wasze strzelby i wasze konie.
— Dlaczego i poco? — zapytał, patrząc na mnie zdumiony.
— Dlatego! — odpowiedziałem, zesuwając lewą ręką szal z twarzy, a prawą kierując na nich sztuciec. — Powiedzieliście sami, jak długo mogę strzelać z tej strzelby. Kto z was ruszy się z miejsca, dostanie w tej chwili kulą w łeb! A tam, w zaroślach, stoi Mimbrenjo z moją niedźwiedziówką, której kule sięgają dalej niż do tego miejsca!
Trzej czerwoni skamieniali, nie na skutek mego rozkazu, lecz ze strachu przed lufą sztućca, i patrzyli osłupiałemi oczami na moje odsłonięte oblicze.
— Uff! — wykrztusił ten, który ze mną rozmawiał. — To jest Old Shatterhand!
— Old Shatterhand, Old Shatterhand! — powtórzyli jego obydwaj towarzysze.
— Tak, Old Shatterhand, — potwierdziłem. — Chcieliście mnie schwytać, a oto jesteście sami w niewoli. Puszczę was jednak wolno i pozwolę wrócić do waszego wodza. Rzućcie strzelby na ziemię! Zwyczajem indjańskim trzymali strzelby w rękach, choć niegotowe do strzału. Teraz nie odważyli się wprawdzie zrobić z nich użytku, ale rozkazu również nie posłuchali.
— Prędko, bo strzelam! Nie czekam ani chwili! — huknąłem na nich. — Raz, dwa...
Wypuścili karabiny z rąk, zanim jeszcze wypowiedziałem „trzy“.
— Zsiądźcie i ustąpcie nabok!
Usłuchali.
— Teraz uciekajcie! Który z was się obejrzy, dopóki będę mógł go widzieć, dostanie kulą!
Popędzili natychmiast, co sił w lędźwiach. Ucieszny był to widok, kiedy umykali z takim zapałem. Dopóki mieli mnie w swoich rękach, szydzili i wyśmiewali się ze mnie; teraz stulili uszy, jak zające, kiedy dają drapaka.
Nie czekałem, aż znikną, gdyż, byłem przekonany, że nie odważą się odwrócić. Zsiadłem, żeby podnieść ich strzelby i przytrzymać konie, które zaczęły się niepokoić, gdy ich panowie pierzchli.
Mimbrenjo nadjeżdżał już w pełnym galopie, żeby mi pomóc.
— Uff, uff! — wołał do mnie zdaleka. — Old Shatterhand jest wielkim czarownikiem; jemu udają się wszystkie, nawet najtrudniejsze przedsięwzięcia.
— To nie było trudne — odpowiedziałem.
— Bez walki rozbroić trzech wrogów i zabrać im jeszcze konie? To nie ma być trudne? Ktoby to przedtem pomyślał! Gdy powiedziałeś, że chcesz z nimi rozmawiać, bardzo się bałem o ciebie!
— Miałem sprzymierzeńca.
— Tak jest; miałeś, gdyż stałem z twoją niedźwiedziówką w rękach, gotów strzelać natychmiast, gdyby okazali chęć do obrony. Twoja strzelba jest tak ciężka, że, nie mogąc jej utrzymać, musiałem oprzeć w rozwidleniu gałęzi, aby mierzyć z niej pewnie.
— Dzielnie postąpiłeś, chociaż bez potrzeby. Miałem na myśli innego sprzymierzeńca, mianowicie raptowne zaskoczenie ich. Niespodzianka podwoiła ich obawę przed moimi karabinami. Teraz jednak musimy odjechać; towarzysze ich mogą nadejść lada chwila.
Umocowaliśmy strzelby Yuma na łękach siodeł zdobytych koni; Mimbrenjo wziął jednego za uzdę, ja dwa, i niebawem ruszyliśmy, z początku powoli, poprzez zarośla, a potem, skoro dostaliśmy się na wolne pole, pełnym galopem. Z tą szybkością pędziliśmy tak długo, dopóki groziło nam bezpośrednie niebezpieczeństwo. Skoro jednak krzaki wyglądały już tylko jak cienki pasek, zatrzymaliśmy konie znowu; wszak chciałem wodzić za sobą Yuma; należało pokazywać im się od czasu do czasu, żeby ich energję wciąż na nowo podsycać.
W czasie tego postoju Mimbrenjo zwracał ku mnie spojrzenia nieśmiałe, w których odczytywałem prośbę; domyśliłem się, że ciekaw był, o czem rozmawiałem z Yuma. Opowiedziałem mu wszystko. Jako chłopiec niedoświadczony, nie mógł oczekiwać takiej poufałości, więc tem bardziej był z niej dumny. Gdy skończyłem, patrzył przez chwilę zamyślony w ziemię, poczem rzekł:
— Przy Old Shatterhandzie uczy się człowiek z godziny na godzinę. Poznawszy, jakich podstępów musi używać wojownik, dowiaduje się wkrótce potem, w jaki sposób wydobyć od kogoś wiadomość, której on nie chce, lub nie powinien udzielić. Teraz wiemy już prawie wszystko!
— O, jeszcze daleko do tego! Głównej rzeczy nie udało mi się wykryć.
— Czy Old Shatterhand zechce mi powiedzieć, co ma na myśli?
— Chętnie. Przedewszystkiem wiemy, że mamy na piętach pięćdziesięciu prześladowców pod przewodnictwem samego Vete-ya. Co można z tego wywnioskować?
— Że trzody i ranni wojownicy nie wyruszyli dalej, a zostali w owej dolinie, z której uciekłeś.
— Słusznie! — Wiemy, że Melton, Wellerowie, hacjendero, a nawet i biali emigranci są wolni.
— Czy to nie wystarcza?
— Nie.
— Przecież zależało ci jedynie na tem, aby ich uratować! A teraz są oto wolni.
— Są wolni, ale gdzie się znajdują? Mają być zaprowadzeni przez Yuma w góry. To mi się wydaje podejrzane. Jakie góry sobie upatrzyli? Co mają tam robić emigranci? Przybyli tutaj, żeby pracować w hacjendzie del Arroyo. Poco więc prowadzi się ich do nieznanych okolic i to w towarzystwie wrogich Indjan?
— Tego nie potrafię powiedzieć — odparł Mirnbrenjo.
— Pociesz się, że ja także nie wiem; nie spocznę przecież, dopóki nie wyjaśnię tej sprawy. — Dalej: hacjendero miał jechać z Meltonem do Ures. W jakim celu? W innych okolicznościach nie uważałbym tej podróży za rzecz podejrzaną, lecz Melton sprowadził Yuma, zniszczył hacjendę, a teraz jedzie do Ures z jej właścicielem, którego obrócił poprostu w żebraka, podczas gdy obcy robotnicy, straciwszy również całą chudobę wskutek napadu, zostali wywiezieni przez Indjan w góry. Hacjendero powinien być tam, gdzie oni; dlaczego ich rozdzielają?
— Czy będziesz mógł się o tem czegoś dowiedzieć?
— Tak jest. Skoro tylko uratujemy trzody, pojadę do Ures. — A wreszcie, gdzie są Yuma, którzy strzegli pojmanych białych? Jeśli ci są na wolności, to ich strażnicy mogą podążyć za głównym oddziałem. Powinni już być tutaj; wszak jadą daleko prędzej, niż my z trzodami.
— Możemy spotkać ich jeszcze dzisiaj!
— Dlatego musimy być ostrożni, abyśmy nie wpadli im w ręce. Ale patrz! Czy widzisz naszych prześladowców? — Nadjeżdżają. Zatrzymują się przed krzakami. Czy sądzisz, że nas widzą?
— Tak. Jeśli my ich widzimy, to oni muszą nas również zauważyć. Ruszają galopem. Możemy jechać dalej; skoro nas widzą, nie przyjdzie im na myśl zawrócić. Najwyżej mogliby odesłać zpowrotem tych trzech, którym zabraliśmy konie. W drogę więc!
Popędziliśmy dalej, przez równinę, potem dolinami i łańcuchem pagórków; wreszcie znaleźliśmy się znowu w okolicy płaskiej i nizinnej. Tutaj stał ów długi las, na skraju którego obozowaliśmy przed kilkoma dniami; mogliśmy dojechać do niego jeszcze przed zapadnięciem nocy. Naturalnie, przebiegaliśmy teraz tę przestrzeń o wiele szybciej, niż poprzednio z trzodami, poruszającemi się jak ślimaki. Ślady naszej jazdy były jeszcze bardzo wyraźne; wydrążyły poprostu koleiny, które nawet ślepy mógł namacać.
Czas upływał; słońce obniżało się na zachodniej stronie nieba coraz bardziej; byliśmy już blisko lasu.
Słońce dotykało prawie horyzontu, gdy naraz mój towarzysz wyciągnął rękę i, wskazując wprost przed siebie, zawołał:
— Patrz, tam nadjeżdżają byli strażnicy białych emigrantów, Yuma, z którymi nie chcieliśmy się spotkać.
Miał słuszność, przynajmniej pod tym względem, że jeźdźcy się ukazali. Była ich spora gromada. Liczby sprecyzować nie mogłem z powodu znacznej odległości. Okoliczności przemawiały za tem, że mieliśmy przed sobą pozostałych wpobliżu hacjendy Yuma, podążających obecnie za swoim głównym oddziałem. Zboczyliśmy pod kątem prostym na prawo, żeby im zejść z drogi, i ściągnęliśmy cugle.
Sądziliśmy, że jeźdźcy nie spostrzegli nas jeszcze. Kiedy jednak obejrzałem się kilkakrotnie, spostrzegłem maleńki punkt, który odłączył się od oddziału i zwrócił w naszym kierunku. Coprawda nie wziąłem w rachubę nisko stojącego słońca. Jego jaskrawe promienie nas oświetlały zprzodu; dlatego nie uszliśmy uwagi jeźdźców zdążających na wschód. Jednakże uspokajała mnie okoliczność, że oddział nie zmienił kierunku, a wysłał tylko jednego człowieka, który według wszelkiego prawdopodobieństwa nie dopędzi nas.
Oddział zwolnił, zapewne aby ułatwić powrót owemu wysłańcowi; posuwał się z zachodu na wschód; my jechaliśmy galopem z południa na północ. Drogi nasze tworzyły więc kąt prosty, albo dwa boki prostokąta, po którego przekątnej cwałował ów pojedynczy jeździec. Miał najdłuższą drogę do przebycia, a jednak jak szybko posuwał się naprzód! Nie przypuszczałem, aby mógł nas dopędzić, a tymczasem postać jego tak niespodzianie rosła z chwili na chwilę, że musiałem uznać swoją pomyłkę. Punkt, z początku ledwie dostrzegalny, teraz nabrzmiał do wielkości dyni; jeszcze chwila, a mogliśmy już rozróżnić kształty jeźdźca i konia. Ten miał naprzód wielkość małego pieska, później psa owczarskiego, charta, doga; rósł jeszcze, zbliżał się coraz bardziej, chociaż nie zmniejszaliśmy szybkości naszych zwierząt. Mojemu towarzyszowi wyrywało się wielokrotnie „uff“, a ja bylem niemniej zdumiony tą trudną do uwierzenia chyżością rumaka.
W innych krajach i sferach nietylko widziałem, ale sam jeździłem na szlachetnych, czystej krwi wierzchowcach; tutaj jednak, w Ameryce północnej, były znane dwa tylko konie o takim rozpędzie, który można nazwać prawie lataniem; mianowicie obydwa karosze, na których ja i Winnetou przebiegaliśmy tak często przez prerje i sawanny.
Winnetou! Mimowoli zatrzymałem konia i przysłoniłem oczy ręką, żeby lepiej widzieć. Koń był czarny; nogi migały tak szybko, że nie można ich było zoczyć. Dokoła jeźdźca świeciło kolorem jasnym i czerwonym; ciemny welon powiewał za nim, a na strzelbie jego zauważyłem srebrne i złote iskry. Serce zabiło mi radośnie. Czerwony odblask pochodził od koca santillowego, który Winnetou nosił zawsze jako szarfę; ciemny welon tworzyły jego długie, czarne włosy, a iskrę krzesały promienie zachodzącego słońca, odbijając od błyszczących, jasnych gwoździ, któremi była obita jego osławiona i groźna, srebrna rusznica. Winnetou nie poznał mnie jeszcze, gdyż nosiłem się po meksykańsku, a koń mój był poprostu chabetem W porównaniu z jego szlachetnym rumakiem. Ale był jeden sygnał, który mogłem mu rzucić. Głosy naszych strzelb znaliśmy tak dokładnie, że niejednokrotnie dzięki nim odnajdowaliśmy się nawzajem w dziewiczym lesie.
Winnetou był jeszcze tak daleko, że szczegółów jego wysokiej, smukłej postaci nie można było rozpoznać, gdy podniosłem niedźwiedziówkę i wypaliłem. Skutek był momentalny. Jeździec w największym pędzie zatrzymał konia, — który stanął dęba tak wysoko, że się o mało nie przewrócił wstecz, — potem popędził dalej, podniósł się w strzemionach i zawołał pełnym radości głosem:
Szarlieh, Szarlieh!
W ten sposób zwykł był wymawiać z angielska moje imię Karol.
Winnetou, Winnetou, n’szo, n’szo! — Winnetou, Winnetou, jak dobrze, jak dobrze! — odpowiedziałem, jadąc naprzeciw.
Wódz Apaczów siedział na pędzącym karoszu ze strzelbą opartą na kolanie, — dumny, wyprostowany; jego szlachetne, lekko bronzowe oblicze o rysach prawie rzymskich, promieniało z radości; oczy świeciły jasno. Zeskoczyłem z konia. Winnetou nie zadawał sobie wcale trudu, aby zatrzymać w biegu swego rumaka; spuścił strzelbę na ziemię i przelatując obok mnie, zesunął się bokiem z siodła, padając w moje otwarte objęcia, i, przyciskając mnie do siebie, całował raz po raz.
Niegdyś wrogowie śmiertelni, byliśmy obecnie dozgonnymi przyjaciółmi. Jego życie należało do mnie, moje do niego; — w tych słowach zawiera się wszystko. — Tak długo nie widzieliśmy się, a oto teraz stał przede mną w swoim półindjańskim, dobrze mi znanym stroju, w którym wyglądał tak wspaniale. Długo pozostaliśmy we wzajemnym uścisku; — gdy nareszcie ochłonęłem z pierwszego wybuchu radości, zobaczyłem jego konia, który, zatoczywszy krótki łuk, powrócił do niego, jak wierny pies; słysząc mój głos, zarżał radośnie, potarł swoją małą, zgrabną głowę o moje plecy, i wreszcie wargami dotknął mego policzka.
— Patrz! Poznaje cię i całuje! — uśmiechnął się Winnetou. — Old Shatterhand jest przyjacielem ludzi i zwierząt i dlatego nie zostaje przez nikogo zapomniany.
Po tych słowach spojrzał na mojego konia i przez oblicze jego, zwykle tak poważne, przewiał wesoły uśmiech.
— Biedny Szarlieh! — rzekł. — Gdzież byłeś, że się nie znalazło dla ciebie nic lepszego! Ale od dzisiaj będziesz jechał na godnem zwierzęciu.
— Co mówisz? — zapytałem prędko. — Masz ze sobą Hatatitlę[3]?
Takie imię nosił karosz, na którym jeździłem, podczas gdy Winnetou nazwał swego ogiera Ilczi — Wiatr.
— Chowam go dla ciebie — odpowiedział. — Jest jeszcze młody i ognisty, jak dawniej; wziąłem go ze sobą, ponieważ oczekiwałem twego przybycia.
— Wspaniale! Na tych koniach mamy przewagę nad wszystkimi wrogami. Ale jak dostałeś się tutaj, do Sonory, skoro miałem cię spotkać wyżej, nad rzeką Rio Gila?
— Musiałem udać się do kilku plemion Pimów, żeby załagodzić niesnaski, i pomyślałem przytem o moim walecznym, czerwonym bracie Nalgu Mokaszi, wodzu Mimbrenjów, którego już tak długo nie widziałem. Pojechałem więc, żeby go odwiedzić i, gdy siedzieliśmy razem przy ognisku, powrócił właśnie jego młodszy syn z siostrą; przyniósł poselstwo od ciebie. Zwołaliśmy natychmiast stu pięćdziesięciu wojowników i, zabrawszy zapas mięsa na wiele dni, wyruszyliśmy we trzy godziny po otrzymaniu wiadomości. Czy Old Shatterhand jest zadowolony?
— Niezwykle! Dziękuję mojemu bratu Winnetou! Czy mój przyjaciel, wódz Mimbrenjów, przyjechał także?
— Jak mógłby zostać, gdy woła go Old Shatterhand, który palił z nim fajkę przyjaźni i właśnie teraz uratował od śmierci jego troje dzieci! Młodszy syn przybył również; nie chciał zostać w wigwamie, ponieważ jego starszy brat jest przy tobie. Mamy sobie dużo do opowiedzenia, ale teraz siadaj na konia, gdyż Mimbrenjowie nadjeżdżają i musisz się z nimi przywitać!
Najchętniej byłbym mu natychmiast opowiedział aktualne momenty moich przeżyć i wzajem zasięgnął informacyj, nie było to jednak zgodne z jego zwyczajem. Wskoczyliśmy więc na konie. — Mimbrenjowie przejechali tymczasem koło miejsca, z którego zboczyłem poprzednio na północ. Winnetou wystrzelił w powietrze, by zwrócić uwagę naszych sprzymierzeńców, oni zaś, widząc nas jadących spokojnie obok siebie, zatrzymali konie. Ruszyliśmy ku nim; za nami mój młody towarzysz, który nie odważył się wypowiedzieć słowa, tylko wpatrywał w najsłynniejszego wodza Apaczów pełnym szacunku i podziwu wzrokiem.
Skoro podjechaliśmy do Mimbrenjów, przekonałem się, że wszyscy byli dobrze uzbrojeni i posiadali karabiny. Na czele posuwał się Nalgu Mokaszi, mój wierny, chociaż nieco szorstki, przyjaciel z dawniejszych czasów. Wszyscy mieli twarze pomalowane barwami wojennemi ich szczepu, to jest w żółte i ciemnoczerwone pasy; był to dowód, jak poważnie brał przysługę, którą mieli mi wyświadczyć.
Wódz, wysoki i grubo-kościsty, jechał na krzepkim dereszu. Patrzył na nas z oczekiwaniem, nie poznając zdaleka, gdyż nie widział mnie jeszcze nigdy w meksykańskiem ubraniu. Skoro jednak zbliżyliśmy się dostatecznie, oblicze jego, pomimo warstwy farb, przybrało wyraz radosnego zdumienia.
— Uff, uff! — zawołał — To przecież Old Shatterhand, przyjaciel naszych serc, którego nie widzieliśmy przez tyle księżyców! Przybyliśmy, aby mu dopomóc przeciw tym psom Yuma!
Indjanin zwykł panować nad wzruszeniami, atoli tym razem radość Mimbrenjów była tak wielka, że wybuchnęli głośnym okrzykiem. Nalgu Mokaszi zeskoczył z konia, ażeby się ze mną przywitać. Sądził, że uczynię to samo; według zwyczajów indjańskich mieliśmy na miejscu spotkania wypalić fajkę powitania i pokoju. Ja jednak zostałem w siodle, podałem mu tylko rękę i odpowiedziałem:
— Moja dusza raduje się na widok brata Nalgu Mokaszi i jego dzielnych wojowników; chciałbym im wiele opowiedzieć i zapytać ich również o wiele rzeczy, ale musimy natychmiast opuścić to miejsce, gdyż Yuma nadciągną w ciągu kilku minut. Niech moi bracia zawrócą; pojedziemy zpowrotem.
— Te psy jadą za tobą? Zaczekamy więc tutaj na nich i zabierzemy im wszystkim życie i skalpy!
— Gdybyśmy tutaj zostali, Yuma uciekliby na nasz widok. Dlatego niech wódz Mimbrenjów postąpi inaczej. Jedźmy prędko do lasu, który moi bracia niedawno mijali; tam możemy oczekiwać na nich w ukryciu. — Ślady czerwonych braci zatrzemy, żeby nasi prześladowcy nie mogli ich odczytać dokładnie.
Odpowiedź wodza na moje słowa przerwało coś, czego się nikt nie spodziewał; mianowicie z poza szeregów Indjan rozległo się głośne, radosne rżenie. Był to koń, którego Winnetou przyprowadził dla mnie; poznawszy mój głos, starał się wyrwać z ręki trzymającego go za uzdę Indjanina i przybiec do mnie.
— Hatatitla! — zawołałem. — Puśćcie go!
Mądre, wierne zwierzę przybiegło w podskokach, obwąchało mnie, a gdy pogłaskałem je po wysmukłej szyi i długiej, błyszczącej grzywie, okrążyło mnie kilkakrotnie, rżąc i prychając; wreszcie stanęło spokojnie obok mnie.
— Uff, uff! — wykrzyknęli Indjanie, wzruszeni tą wiernością niemniej ode mnie. Wszak była to moja Błyskawica, koń, który wyniósł mnie z tylu niebezpieczeństw i nieraz ratował życie dzięki rozumowi i niezrównanej szybkości. Wyglądał tak świeży, jak dawniej, i jego duże, rozumne oczy błyszczały nieprzygaszonym jeszcze ogniem. To samo siodło indjańskie, którego zawsze używałem, miał na grzbiecie. Przeskoczyłem na niego. Jeszcze nie siedziałem dobrze, jeszcze nie zdążyłem znaleźć strzemion, a już karosz rzucił się w powietrze wszystkiemi czterami nogami. Biegł ze mną jak uradowany pies, tam i zpowrotem, zataczał koła i stawał dęba, bądź przedniemi, bądź tylnemi nogami. Pozwoliiem mu przez kilka chwil na tę zabawę; gdy potem ścisnąłem go kolanami, posłuchał natychmiast i zatrzymał s!ę właśnie przed Winnetou i Nalgu Mokaszi, który tymczasem dosiadł znowu swego konia.
— Mój brat Old Shatterhand widzi, że nawet koń nie zapomniał o nim — odezwał się Apacz. — Jak więc często myśleli o nim ludzie, z którymi przebywał! Gdy zasiądziemy w spokojnem kole przy ognisku obozowem, opowiem memu bratu, co się działo na dzikim Zachodzie w czasie jego nieobecności. Teraz nie możemy się dłużej zatrzymywać; Yuma nie powinni nas zobaczyć. W jakiej odległości jechali za Old Shatterhandem?
— Prawdopodobnie tak blisko, że mogą się w każdej chwili ukazać na horyzoncie.
Kto inny byłby obecnie zapytał przedewszystkiem o liczbę nieprzyjaciół; Winnetou był jednak zbyt dumny na to. Odwinął lasso, uwiązał do niego swój koc santillowy i, skinąwszy na wojowników, żeby uczynili to samo ze swojemi derkami, ruszył naprzód, wlokąc koc za sobą po ziemi. W ten sposób powstaje jeden szeroki trop, wskazujący tylko tyle, że ktoś tędy przejeżdżał; szczegółów jednak nie można rozpoznać, ani też nie da się oznaczyć liczby koni i ludzi. A nam zależało właśnie na tem, żeby Yuma nie dowiedzieli się, jaką mają przed sobą siłę.
Kłusem ruszyliśmy dalej. Jechałem pomiędzy Winnetou i Nalgu Mokaszi. Ten nie pozdrowił swego syna nawet spojrzeniem, chociaż z okoliczności, w jakich nas spotkał, mógł wywnioskować, że chłopiec przeżył rzeczy niezwykłe. Takim już jest Indjanin. Wódz kochał swoje dziecko z pewnością niemniej, niż biały; ale byłoby to oznaką słabości i niemęskości, gdyby jakiem pytaniem lub słowem, zdradził swą troskę o syna. —
Nareszcie wynurzył się przed nami, nieco zboku leżący, ów las, tak wielką odgrywający rolę w naszych przygodach. Skierowaliśmy się tak, aby mieć go po prawej ręce i aby zasłaniał nas przed wzrokiem Yuma. Niebawem natrafiono na wystający cypel lasu, który nadawał się wybornie na zasadzkę; objechawszy go, zatrzymaliśmy się po przeciwnej stronie.
Tutaj znowu pokazało się, jak wielki wpływ wywierał Winnetou na wszystkich; z którymi obcował. Nalgu Mokaszi i wielu z jego ludzi przewyższali Winnetou wzrostem i zewnętrzną postacią; byli między nimi znani i waleczni wojownicy, którzy siali postrach wśród nieprzyjaciół, a jednak teraz, skoro zatrzymaliśmy się, spoglądali wszyscy na Apacza, czekając, jakie wyda zarządzenia. Uznano go milczącą ugodą za dowódcę, pomimo, że nie należał do Mimbrenjów, a właściwy wódz, Nalgu Mokaszi, nie okazywał i nie odczuwał nawet cienia zazdrości. Tak nieodparte wrażenie wywierał Winnetou wszędzie, nawet na wrogów i na białych, którzy zwykle nie mają ochoty poddawać się rozkazom czerwonoskórego.
On znowu nie zwykł przedsiębrać nic, a przynajmniej nic ważnego, nie porozumiawszy się przedtem ze mną. Naturalnie trzeba być bacznym obserwatorem, że by to poznać. Przeważnie nie zadawaliśmy sobie pytań; jeden rzut oka wystarczył do porozumienia się, a skoro zawodził, resztę dopowiadał ruch ręką, ramionami, lub wreszcie potakujące, bądź przeczące skinienie głową. Zżyliśmy się tak blisko, że myśli jednego drugi już naprzód przeczuwał.
Gdy byliśmy sami, przechodziło nieraz kilka godzin, a my nie zamieniliśmy ani słowa ze sobą. Nawet niebezpieczeństwo, spadające znagła, nie zawsze zmuszało nas do otwierania ust; wymiana zdań ograniczała się do jednego, krótkiego skinienia. Skoro jednak znalazło się więcej ludzi z nami, mniej skąpiliśmy słów, aby inni mogli nas pojąć. Gdy zamierzaliśmy coś, co dla nas naturalne, dla innych było trudne do pojęcia, albo nawet niedorzeczne, Winnetou udzielał chętnie wyjaśnień, mianowicie w ten sposób, że zamieniał ze mną pytania i odpowiedzi. Taka rozmowa, jakkolwiek krótka, zawierała zwykle pouczenia dla słuchających.
Gdy więc teraz oczy wszystkich, nawet wodza, spoczęły na nim, zwrócił się do mnie i rzekł:
— Czy Old Shatterhand uważa to miejsce za odpowiednie?
Skinąłem potakująco i zsiadłem z konia.
— Czy dwie straże wystarczą?
— Jeden jedyny człowiek, dopóki się nie ściemni.
— Niech więc wojownicy Mimbrenjów rozsiodłają swoje konie i puszczą je na paszę. Old Shatterhand i Winnetou pozostawią swoje wpogotowiu.
To powiedziawszy, zsiadł i, podobnie jak ja, zarzucił uzdę na kark konia.
Widać było, że jego słowa wywołały powszechne zdumienie. Mimbrenjowie przypuszczali, że zaczaimy się tutaj i, nie zsiadając z koni, zaczekamy na Yuma, aby wypaść na nich niespodziewanie; nawet wódz był tego mniemania, gdyż zapytał Winnetou:
— Dlaczego mój brat chce dać koniom zupełną swobodę? Przecież będą nam potrzebne, skoro Yuma nadjadą.
Przez usta Winnetou przemknął dobrze mi znany uśmiech wyrozumiałości, gdy odpowiedział pogodnie:
— Mój brat przypuszcza, że Yuma nadejdą?
— Tak; przecież Old Shatterhand to powiedział.
— Słusznie; przyjdą, ale nie aż do tego miejsca, gdzie się znajdujemy. — Skoro zobaczą nasze ślady, zawrócą i pojadą pozornie zpowrotem. Zniknąwszy na wschodzie, zatoczą łuk, objadą las naokoło i zbliżą się ztyłu, od zachodu, żeby nas zaskoczyć. Mamy więc dosyć czasu i możemy dać swobodę koniom.
— Czy Old Shatterhand jest tego samego zdania? — zapytał mnie Nalgu Mokaszi.
— Tak — odpowiedziałem. — Mój brat Winnetou odgadł moje myśli.
— Jeśli mimo to przyjadą aż tutaj!
— Byliby zgubieni, dlatego się też nie odważą.
Ponieważ wódz patrzył na mnie ciągle jeszcze z niedowierzaniem, więc mówiłem dalej:
— Czy sądzisz, że Yuma nie zobaczą miejsca, na którem przyłączyłem się do was?
— Zobaczą je, gdyż nie są ślepi; nie będą jednak wiedzieli, kim jesteśmy, ani ilu wojowników liczymy.
— Mylisz się. Poznają po tropie, że połączyłem się z wami dobrowolnie; wywnioskują, że jesteście moimi przyjaciółmi. Ponieważ widzieli ze mną twojego syna, więc mogą łatwo domyślić się reszty.
— Ale nie poznają ilu nas jest!
— Nie mogą obliczyć dokładnie, tylko w przybliżeniu; — skoro zeszliśmy się, stali twoi wojownicy obok siebie, a nie jeden za drugim, i pokryli dużą przestrzeń śladami.
— Te ślady zatarliśmy przecież!
— Tak, śladów pojedynczych nie widać, ale widać całą przestrzeń, na której trawa została wygnieciona; im szersza ta przestrzeń, tem więcej ludzi musiało ją zajmować. Jeśliby Yuma nie powiedzieli sobie tego, to byliby mniej warci od starych kobiet; jestem przekonany, że pojmiesz to jeszcze łatwiej, niż oni.
Wódz poczuł się nieco zawstydzony i odpowiedział prędko:
— Wiedziałem to już dawno, a pytałem tylko poto, aby moi wojownicy słyszeli także; — dlaczego jednak powiedział Winnetou, że jego i twój koń mają pozostać pod siodłem?
— Wódz Apaczów powiedział, że Yuma spróbują nas podejść, zawracając na pozór i objeżdżając las. Chce ich przytem obserwować, żeby się przekonać o słuszności naszego przypuszczenia, a ja mu mam towarzyszyć. Dlatego nasze konie, które są najszybsze, mają stać wpogotowiu.
— Uff! Moi bracia mają słuszność; niech będzie tak, jak powiedzieli. Podczas tej rozmowy ja i Winnetou usiedliśmy na trawie; Nalgu Mokaszi zajął miejsce przy nas. Wojownicy rozłożyli się wokoło, uważali jednak, żeby puszczone na paszę konie nie oddaliły się poza cypel, gdyż wtedy je spostrzegą Yuma. W występie lasu jeden z wojowników; ukryty w zaroślach, oczekiwał ukazania się nieprzyjaciół.
Gdyby nie Winnetou i ja, byliby się chyba wszyscy Mimbrenjowie położyli na czaty. Aczkolwiek pragnęli to ukryć, zauważyłem, że w duchu nie byli tak spokojni, jak wyglądali z pozoru. Winnetou natomiast zdawał się nie troszczyć więcej o Yuma; chociaż mogli się ukazać w każdej chwili, wyciągnął swoją fajkę pokoju; aby przeprowadzić ceremonję powitania, której szczegóły zajmują przecież tak wiele czasu. Nie dziwiłem się, że Mimbrenjowie spoglądali na niego ze zdumieniem. On jednak, nie zważając na to, odpiął od pasa pięknie wyszywany worek z tytoniem, napełnił kalumet[4], ozdobiony piórami kolibrów, i rzekł do mnie:
— Ponieważ musieliśmy tak prędko się cofnąć, nie mogliśmy powitać naszego białego brata; teraz jednak mamy czas; niech więc Old Shatterhand wypali z nami fajkę, poświęconą przyjaźni i pokojowi.
Kiedy zajęty był zapalaniem tytoniu, przybiegł śpiesznie strażnik, stanął przed nim i zameldował tak natarczywie, jakby zawisło nad nami groźne niebezpieczeństwo:
— Yuma nadchodzą; widzę ich! Zbliżają się tak prędko, że będą tutaj za chwilę!
Wojownicy, otaczający nas, zerwali się na równe nogi; wódz nawet wykonał ruch do powstania; aliści Winnetou skarcił wartownika surowo:
— Jak śmie Mimbrenjo przeszkadzać Winnetou, gdy on zamierza zapalić fajkę pokoju! Co jest ważniejsze: święty dym kalumetu, czy ukazanie się kilku psów Yuma, którzy zawrócą natychmiast ze strachu?
Czerwonoskóry stanął jak wryty i spuścił głowę. Winnetou zaś dodał:
— Niech Mimbrenjo wróci na swoje miejsce i niech obserwuje nieprzyjaciół, żeby mógł później, gdy skończy się ceremonja powitania Old Shatterhanda, donieść mi, że zniknęli!
Indjanin odszedł zmieszany; Mimbrenjom nie pozostało nic innego, jak usiąść zpowrotem, chociaż niełatwo opanowali podniecenie. Nalgu Mokaszi rad był zapewne, że nie zerwał się narówni z innymi i nie ośmieszył w naszych oczach. —
Tak pewien siebie był Winnetou! Bądź co bądź przecież Yuma mogli bez zastanowienia się pojechać dalej; w tym wypadku nie zaskoczyliby nas coprawda niespodziewanie, przeszkodziliby jednak ceremonji, a to przynosi zły omen, niemal hańbę.
Palenie fajki pokoju tak często opisywałem, że mogę je tutaj opuścić; nadmienię tylko, że trwało bardzo długo, zanim kalumet, kilkakrotnie napełniany i zapalany, przeszedł przez tyle rąk i ust. Winnetou, Nalgu Mokaszi i ja musieliśmy, każdy zasobna, powiedzieć przemowę, którą wygłosiliśmy stojąc. Pociągnąwszy z fajki sześć razy, wypuściliśmy dym ku niebu, ziemi i na wszystkie cztery strony świata; pozostali Indjanie wykonali tylko po dwa pociągnięcia i wydmuchiwali dym w twarze swoich sąsiadów.
Dwaj jednak nie śmieli brać udziału w tej uroczystości, mianowicie synowie wodza. Nie należeli do wojowników, nie mieli jeszcze imion, więc stali zdaleka, poza kołem siedzących. Jak wspominałem już, pasowaniu na wojownika towarzyszą warunki bardzo surowe, z których rezygnuje się tylko w rzadkich wypadkach, z niezwykłych powodów lub na wyjątkowe polecenie. Niemniejsze trudności przechodzi nowy wojownik, gdy po raz pierwszy ma zapalić fajkę pokoju. Właściwie powinien sam przynieść świętą glinę z czerwonych kamieniołomów, z której ma ulepić głowę kalumetu; szczepy, mieszkające na południu, nie mogą wypełnić tego warunku, stawiają zato inne żądania, niewiele łagodniejsze.
Człowiek, który waży się obejść te warunki i kanony, musi wielkie posiadać imię i być bardzo pewnym swego, jako, że naraża się na niebezpieczeństwo utraty życia, albo przynajmniej na bezpowrotne odtrącenie. Mimo to byłem zdecydowany podjąć sprawę młodego Mimbrenja, uważając, że wynik nie przyniesie mi szkody. —
Gdy Winnetou otrzymał kalumet zpowrotem od ostatniego Indjanina i worek z tytoniem chciał zawiesić u pasa, wziąłem mu jedno i drugie z ręki mówiąc:
— Niech mój czerwony brat pozwoli mi jeszcze swego kalumetu. Jeden z nas nie chłonął dymu fajki pokoju, chociaż jest godzien wziąć ją do ręki, jako jeden z pierwszych.
Słowa moje wywołały zdziwienie, chociaż niezbyt wielkie; przypuszczano, że mówię o strażniku, który czuwał na skraju lasu i nie mógł brać udziału w ceremonji. Jednakże okoliczność, że nietylko pamiętałem o nim, lecz nazwałem go nawet jednym z pierwszych, musiała wydawać im się bardzo osobliwą. — Napełniłem tymczasem fajkę, wstałem, wyszedłem z koła, chwyciłem rękę chłopca, wprowadziłem go do środka, na moje miejsce, i powiedziałem, zwracając się do wszystkich siedzących:
— Tutaj stoi Old Shatterhand. Niech moi czerwoni bracia słuchają i patrzą, co powie i co uczyni. Kto będzie potem innego zdania, ten może walczyć z nim na śmierć i życie!
Zapanowała głęboka, uroczysta cisza. Oczy wszystkich były przykute do mnie i do chłopca. Ręka młodzieńca drżała w mojej dłoni; przeczuwał, jak ważna dla niego chwila nadeszła.
— Niech mój młody brat uczyni to, co mu powiem, odrazu i śmiało, nie zwlekając ani chwili! — szepnąłem.
— Postąpię tak, jak mi Old Shatterhand każe, — odpowiedział młody Mimbrenjo równie cicho.
Zapaliłem fajkę, pociągnąłem raz, wypuściłem dym ku niebu i rzekłem:
— Ten obłok świętego dymu idzie do Manitou, Wielkiego, Dobrego Ducha, który zna wszystkie myśli i zapisuje czyny zarówno najstarszego wojownika, jak najmłodszego chłopca. — Tutaj siedzi Nalgu Mokaszi, sławny wódz wojowników Mimbrenjów; jest moim przyjacielem i bratem, a moje życie jest jego własnością. A tu przy mnie stoi syn jego, wiekiem chłopiec, czynami jednak wytrawny wojownik. Wzywam go, aby postąpił za moim przykładem i dał Wielkiemu Manitou święty dym kalumetu!
Przy ostatnich słowach podałem fajkę chłopcu. Włożył ją natychmiast do ust, pociągnął głęboko i wydmuchnął dym ku niebu. Była to z jego strony zuchwałość, za którą wszakże nie on, lecz ja odpowiadałem. — Skutek okazał się natychmiast. Nic podobnego nie widzieli dotąd; chłopiec bezimienny pali fajkę pokoju! Indjanie powstali i podnieśli głośne okrzyki. Wódz zerwał się również i utkwił we mnie osłupiały wzrok. Tylko Winnetou siedział spokojnie; na jego spiżowem obliczu nie można było wyczytać ani zgody, ani potępienia mego czynu. Ja tymczasem skinąłem ręką na znak milczenia, wziąłem fajkę zpowrotem, wykonałem pięć pozostałych pociągnięć i dałem ją znowu chłopcu, który, zdecydowany na wszystko, naśladował mnie szybko. Na to podniosły się głośne wycia; okrzyki gniewu przelatywały z ust do ust. To co uczyniłem, uważano za znieważenie świętych zwyczajów narodu. Oczy wszystkich błyszczały groźnie; pięści zaciskały się; wyciągano noże, a z okrzyków, które słyszałem, powtarzał się zwłaszcza jeden:
— Chłopiec, który nie ma imienia!
Wódz, aczkolwiek chodziło tutaj o jego własnego syna, nie zgadzał się ze mną absolutnie; chwycił chłopca za plecy, odsunął ode mnie i zawołał:
— Na co się Old Shatterhand odważył! Gdyby to był kto inny, zabiłbym go na miejscu! Chłopcu, który nie ma imienia, dać kalumet?! Taki czyn śmiercią się karze. Staniesz przed sądem plemienia; nie mam mocy, aby cię obronić, chociaż jesteś moim przyjacielem.
Gdy zaczął mówić, Mimbrenjowie uspokoili się nieco. Chcieli słyszeć jego słowa. Teraz przeszedł przez ich szeregi przychylny pomruk zadowolenia i zgody. Chłopiec stał przy swoim ojcu i, pomimo groźnej postawy wojowników, spoglądał na mnie z ufnością. Właśnie chciałem odpowiedzieć, gdy nagle wstał Winnetou, skinął ręką, obrzucił wszystkich obecnych długiem, dojmującem spojrzeniem i oto rozległ się głos jego dźwięczny, który słychać było daleko, nawet wtedy, gdy nie natężał go wcale:
— Nalgu Mokaszi nie ma mocy obronić Old Shatterhanda? Kto powiedział, że nasz przyjaciel potrzebuje jego wsparcia? Jeśliby chodziło o obronę, Winnetou walczyłby za swego białego brata; ale kto śmie twierdzić, że Old Shatterhand nie potrafi się ostać o własnej sile? — To, co zrobił, jest czynem niezwykłym: on go jednak usprawiedliwi. Jedynie tego, kto nie ma imienia, pomija się, paląc fajkę pokoju. Czy ten chłopiec rzeczywiście nie ma imienia? Zapytajcie Old Shatterhanda! On wie to lepiej, niż wojownicy Mimbrenjów!
Bystrość naprowadziła go na trafny domysł: nie byłoby mi przyszło do głowy dawać młodzieńcowi kalumetu, gdybym nie miał przygotowanego dlań imienia.
— Wódz Apaczów ma słuszność! — zawołałem głośno. — Z czyjej fajki paliliśmy? — Z jego! — Kto ma więc prawo czynić mi wyrzuty? — Tylko on! — A czy zarzuca mi zniewagę? — Nie, gdyż zna mnie i wie, że Old Shatterhand nie robi nic bez namysłu. — Czy ten, którego nazywacie chłopcem, należy do obcego, nieprzyjacielskiego szczepu? — Nie; należy do was! Powinniście więc być dumni z tego, że Old Shatterhand pali kalumet ze synem waszego wodza. A wy tymczasem wybuchacie gniewem. Powiadam wam, że muszę się bardzo dziwić waszemu postępowaniu!
— On nie ma imienia! — zawołano w odpowiedzi.
— Kto tak twierdzi?
— My wszyscy, a przedewszystkiem ja! — odrzekł Nalgu Mokaszi. — Jako ojciec jego wiem dobrze, czy ma imię, czy nie.
— Ja wiem lepiej, chociaż nie jestem jego ojcem! Jak długo nie było go z wami? Co się stało tymczasem? Co wykazał i czego dokonał? Czy wiesz coś o tem? Milczysz! Powiedz mi więc tutaj, wobec swoich wojowników, czy Old Shatterhand ma prawo dać komu imię?
— Tak jest. Old Shatterhand ma to prawo.
— Czy poczułbyś się obrażony z powodu imienia, nadanego przeze mnie?
— Każdy wojownik Mimbrenjów wyrzekłby się chętnie i z dumą swego dotyczasowego imienia, aby nowe dostać od Old Shatterhanda.
Wtedy wziąłem znowu chłopca za rękę i zawołałem donośnym głosem:
— Słyszeliście słowa waszego wodza; teraz uważajcie, co powiem! Tu stoi Old Shatterhand, a obok niego jego młody przyjaciel i brat, Yuma Shetar. Narażał on swoje życie dla mnie; ja oddam moje życie dla niego. Patrzcie na tę zdobytą broń, którą ma na sobie! Yuma Shetar będzie wielkim wojownikiem swego plemienia!
Yuma Shetar znaczy tyle, co „Tępiciel wojowników Yuma“. Oczy mojego młodego przyjaciela zabłysły radością, ale zarazem napełniły się łzami. Winnetou podszedł do niego, położył mu rękę na ramieniu i rzekł:
— Yuma Shetar jest to zaszczytne imię. Old Shatterhand nadał ci je, musiałeś więc na nie zasłużyć. Winnetou cieszy się, że może cię nazywać Yuma Shetar; jest on twoim przyjacielem i chętnie wypali z tobą kalumet. Daj go tutaj!
Wziął fajkę z ręki młodzieńca, zapalił ją i „wypił“ z nim dokładnie w taki sam sposób, jak ja to poprzednio uczyniłem. Wódz przypatrywał się bez słowa; widziałem, że wargi jego drżały od nadmiaru wzruszenia. Oblicza Mimbrenjów odmieniły się również. Winnnetou pochwycił Tępiciela Yuma za rękę; ja go wziąłem za drugą i powiedziałem:
— Wojownicy Mimbrenjów widzą tutaj trzech braci: Winnetou, Yuma Shetara i Old Shatterhanda, którzy trzymają się wiernie razem. Yuma Shetar szedł ze mną w niebezpieczeństwo śmierci; gdy Yuma wzięli mnie do niewoli i miałem umrzeć na palu męczarni, on jechał za nimi, aby mnie oswobodzić. W godzinie mego uwolnienia stał u mojego boku i, gdy wrogowie chcieli porwać mnie powtórnie, zabił dwóch z ich wojowników. Towarzyszył mi wszędzie aż do tej chwili. Widziałem go mężnego w walce, chytrego i rozważnego w ściganiu nieprzyjaciół. Niejeden stary wojownik nie potrafiłby tego, czego on dokonał. Dlatego ja jestem nim, a on jest mną, Winnetou zaś, wódz Apaczów, połączył się z nami nierozerwalnem, wiernem przymierzem. Niech wystąpi, kto się temu sprzeciwia; ostrzegam, że kto obrazi jego, nas obrazi. Chodźcie tutaj wszyscy! Jesteśmy gotowi walczyć z wami za Yumę Shetara!
Na te słowa stary wódz nie mógł się już dłużej opanować. Wydawszy nieartykułowany okrzyk zachwytu, wyrwał swój nóż z za pasa i zawołał:
— Yuma Shetar nazywa się ten waleczny wojownik, którego ja jestem ojcem, słyszycie? Yuma Shetar! Old Shatterhand, wielka blada twarz, nadał mu to imię, a Winnetou, najsłynniejszy Apacz, nazwał się jego przyjacielem i bratem. Kto między wami ma coś przeciw temu imieniu? Kto chce jeszcze gniewać się na to, że Old Shatterhand palił z moim synem fajkę pokoju? Kto? Niech przyjdzie tu do mnie i niech wyciągnie swój nóż! Wytnę mu duszę z ciała, a jego śmierdzące mięso dam sępom na pożarcie!
Przez chwilę panowało głębokie milczenie; wreszcie zawołał jeden z Mimbrenjów:
— Yuma Shetar! — i — „Yuma Shetar, Yuma Shetar“! — krzyknęli za nim wojownicy, nie myśląc już wcale o Yuma, którzy przecież znajdowali się wpobliżu. Potem wszyscy w stu pięćdziesięciu, zaczęli się cisnąć do nas, ażeby potrząsnąć ręką ich nowego i najmłodszego towarzysza. Pierwotna niechęć zamieniła się w zachwyt. Stary wódz pochwycił mnie za obie ręce i chciał rozpocząć mowę dziękczynną, przeszkodził mu jednak Winnetou:
— Mój brat może później powiedzieć, co czuje jego serce; teraz już niema na to czasu. Dzień się kończy i ściemnia się szybko. Tam oto stoi wywiadowca, który chce z nami pomówić. Czas już, abyśmy poszli śledzić nieprzyjaciół.
Miał słuszność, bo strażnik już wyszedł z za krzaków i stał niedaleko nas. A więc nie miał już kogo obserwować; wszakże poprzednio skarcony, nie odważył się teraz zbliżyć bez wezwania. Podszedł dopiero na skinienie Winnetou i rzekł:
— Yuma nadjechali, później jednak zawrócili w tym samym kierunku, skąd przyszli.
— Na jaką się odległość zbliżyli?
— Nadeszło naprzód dwóch wywiadowców; zatrzymali się na miejscu, gdzie spotkaliśmy Old Shatterhanda, i zaczekali ha główny oddział. Po długiem obserwowaniu śladów pojechali Yuma jeszcze kawałek dalej, aby przypatrzyć się naszemu tropowi; następnie zawrócili powoli i zniknęli na horyzoncie.
Winnetou skinął ręką na znak, że strażnik może odejść i odezwał się do wodza:
— Nalgu Mokaszi słyszy, że miałem słuszność. Yuma zawrócili, ale tylko w tym celu, żeby nas zmylić i uśpić naszą czujność. Niech wojownicy Mimbrenjów zostaną tutaj, dopóki nie powrócę z Old Shatterhandem.
Dosiedliśmy koni. Gdy odjeżdżaliśmy, wieczór już tak ciemniał, że z wielką trudnością można było rozpoznać ślady kopyt końskich. Wyprawa nasza zaczęła nabierać cech awanturniczych; w ciemną noc mieliśmy odszukać i śledzić wroga, o którym wiedzieliśmy, a raczej przypuszczaliśmy jedynie tyle, że jechał już nie w tym kierunku, w którym się oddalił. —
Ilekroć przedsiębrałem z Winnetou takie wyprawy, z pozoru na ślepo, zawsze podziwu godny instynkt Apacza prowadził nas do celu! Cieszyłem się więc, że będę mógł dzisiaj znowu, po tak długiej rozłące, być świadkiem jego olśniewającej bystrości.
Ażeby zrozumieć sytuację, w jakiej znajdowaliśmy się, należy sobie przedstawić las o długości dwóch godzin jazdy konnej, szerokości mniej więcej pół godziny. Ciągnął się prawie dokładnie z zachodu na wschód. Na stronie południowej, blisko wschodniego końca leżał ów cypel, za którym zostawiliśmy Mimbrenjów. Należało zatem przypuszczać, że Yuma, wracając w kierunku zachodnim, objadą las od strony północnej, skręcą na południe, a następnie pójdą wzdłuż jego południowej strony, żeby nas niespodzianie napaść od zachodu. Chcąc więc natrafić na nich, powinniśmy byli dostać się zawczasu do skraju północnego i tam oczekiwać ich przybycia. Tak właśnie postąpiliśmy; objechawszy las od strony wschodniej, zatrzymaliśmy się na jego północno-wschodnim rogu, pewni, że uprzedzamy Yuma, gdyż nie mogli tutaj przyjechać przed nastaniem zupełnej ciemności.
Do tej chwili nie mówiliśmy nic; teraz zapytałem krótko:
— Ty dalej, czy ja?
— Jak Old Shatterhand chce, — odpowiedział Apacz.
— Więc niech Winnetou pojedzie dalej; jego uszy są lepsze od moich.
— Słuch Błyskawicy wesprze ucho mojego przyjaciela. Jaki znak sobie damy?
— Nie nadaje się krzyk orła, gdyż w tej okolicy orłów niema.
— Więc niech Old Shatterhand naśladuje pumę; te zwierzęta są tutaj dosyć pospolite. Po tych słowach odjechał Winnetou; kroki jego niepodkutego konia były prawie niedosłyszalne. Rozdzieliliśmy się, nie wiedząc, w jakiej odległości od lasu będą przejeżdżać Yuma; dlatego jeden, z nas musiał zająć dalsze, a drugi bliższe stanowisko. Naturalnie, skraj lasu nie szedł w prostej linji, lecz tworzył liczne zakręty, wzdłuż których nie jechaliby Yuma na pewno. Musieliśmy wyczuć mniej więcej położenie obranej przez nich drogi; tutaj mógł nam pomóc tylko instynkt i doświadczenie. Gdybyśmy ustawili się za blisko lub za daleko lasu, minęliby nas niepostrzeżenie. Mimo to, nie zamieniliśmy ani jednego słowa o tym szkopule, gdyż każdy musiał zdać się na własną roztropność.
Odjechałem nieco od lasu, następnie zsiadłem położyłem się na ziemi. Mój koń zaczął natychmiast skubać trawę.
Hatatitla, iteszkusz! — Hatatitla, połóż się! — rzekłem.
Koń wyciągnął się natychmiast i od tej chwili nie poruszył ani jednego źdźbła. Szmer, wywołany zrywaniem trawy, byłby mi przeszkadzał słyszeć zdaleka nadjeżdżających Yuma. Leżałem tuż przy koniu, ażeby go móc lepiej obserwować. Winnetou powiedział zupełnie słusznie, że słuch karosza wesprze moje uszy; wiedziałem, że mogę pod tym względem liczyć na szlachetne zwierzę.
Leżałem głową na wschód, skąd mieli nadejść Yuma. Koń był zwrócony w tym samym kierunku. Od czasu do czasu podnosił głowę i wciągał powietrze powoli, badawczo przez nozdrza. Wtem — po upływie mniej więcej kwadransa, — zamienił się cichy początkowo oddech konia w silniejsze parskanie; karosz nadstawił uszu i zdawał się czegoś wyczekiwać. Przyłożyłem głowę do ziemi, nic jednak nie mogłem usłyszeć.
Teraz parsknął koń głośniej, atoli nie z obawą, jakby to był uczynił za zbliżeniem się dzikiego zwierza. Nadchodzili zatem ludzie. Położyłem rękę na nozdrzach karosza i przycisnąłem je; wiedziałem, że od tej chwili zwierzę, dzięki indjańskiej tresurze, otrzymanej od Winnetou, nie wyda ze siebie żadnego głosu i nie poruszy się, nawet gdyby strzelano.
Teraz należało tylko życzyć sobie, żeby kierunek, w którym się posuwali zbliżający, nie prowadził wprost przeze mnie. Niebawem pokazało się, że obawa moja co do tego nie była przesadna. — Po pewnym czasie usłyszałem głuchy odgłos wielu kopyt końskich; zbliżały się coraz bardziej i, jak się zdawało, wprost na mnie. Wtem zobaczyłem ciemną masę ludzi i zwierząt; teraz nie mogłem już powstać i usunąć się, gdyż zostałbym spostrzeżony. Przycisnąłem się więc do konia, jak mogłem najbliżej, i trzymałem silnie dłoń na jego nozdrzach.
Jeszcze chwila — oczekiwani nadjechali, szczęściem nie tak blisko, jak przypuszczałem. Pierwszy minął mnie w odległości trzydziestu może kroków; za nim postępowali inni, jadąc nie pojedynczo, jeden za drugim, lecz gromadnie, po kilku obok siebie. Twarzy nie mogłem rozpoznać, a postacie bardzo niewyraźnie; liczba jednak zgadzała się mniej więcej: byli to Yuma.
Nakoniec nadciągnęli dwaj spóźnieni maruderzy; zbaczając nieco na lewo, zbliżyli się do mnie na mniej więcej piętnaście kroków. Postać konia i moje własne ciało tworzyły ciemną, odbijającą się od krótkiej trawy, masę, której prawie nie można było nie zauważyć z tak małej odległości. I rzeczywiście, stało się; — obydwa draby zatrzymali swoje konie i zwrócili głowy w moim kierunku. — Jaki będzie wynik tego? — Jeślibym leżał dalej spokojnie, podeszliby do mnie na pewno. Musiałem ich przestraszyć i odpędzić. Do tego nadawał się najlepiej znak, umówiony z Winnetou. Lecz — jeśliby mnie uważali za prawdziwego kuguara i strzelili do mnie! Miałem jednak nadzieję, że nie będą strzelać, gdyż huk mógł stąd łatwo dojść aż do uszu Mimbrenjów.
Jeden z nich zwrócił już konia w moją stronę. Wyprostowałem się do połowy, żeby nadać sobie wielkość zwierzęcia, którego głos chciałem naśladować, i — ryknąłem krótko a gniewnie, jak gotująca się do obrony puma. Indjanin wydał okrzyk przestrachu i cofnął się szybko; gdy następnie powtórzyłem ryk, ruszyli obydwaj z wielkim pośpiechem za swoimi towarzyszami i niebawem znikli mi z oczu. Dzięki Bogu, udał się rozpaczliwy podstęp! A jak łatwo mógł ryk mój sprowadzić zpowrotem wszystkich Yuma!
Zaledwie znikli, a ja dosiadłem konia, ukazał się Winnetou.
— Gdzie? — zapytał krótko.
— Tam, przed nami.
— Dlaczego mój brat ryczał dwa razy? Raz wystarczało.
— Ponieważ Yuma zobaczyli mnie leżącego i musiałem ich wystraszyć.
— Uff! Jeśli tak, to Old Shatterhandowi szczęście dopisało!
Od tej chwili nie zamieniliśmy przez dłuższy czas ani słowa. Jechaliśmy w milczeniu za czerwonoskórymi w takiej odległości, że rozpoznawaliśmy ich jako niewyraźną plamę na łące; oni jednak nie mogli nas zobaczyć absolutnie, ani też słyszeć kroków naszych koni.
Tak jechaliśmy przez dwie godziny wzdłuż północnego skraju lasu; następnie zboczyliśmy na południe, równolegle do jego strony zachodniej. Winnetou odezwał się teraz, wypowiadając moje własne myśli:
— Ponieważ Yuma nie wiedzą, gdzie są Mimbrenjowie, więc rozłożą się wkrótce obozem i wyślą wywiadowców.
— Mój brat ma słuszność. Wyprzedzimy ich i zaczekamy.
Niebawem wynurzył się przed nami południowo zachodni róg lasu; Yuma zatrzymali konie, my zaś cofnęliśmy się nieco, aby uniknąć przygodnego spotkania.
— Niech Old Shatterhand potrzyma wodze mojego konia — rzekł Winnetou. — Chcę wiedzieć dokładnie, gdzie oni się znajdują.
Zeskoczył z siodła i odszedł. Miejsce, gdzie zostałem, leżało w odległości może czterystu kroków od czerwonoskórych. Nic nie zdradzało ich obecności, gdyż oczywiście nie odważyli się zapalić ogniska. Nie przeczuwali, że Mimbrenjowie, przed którymi tak bardzo mieli się na baczności, byli od nich oddaleni zaledwie o dwie godziny drogi. — —


Przypisy

  1. Mieszkanie indjańskie.
  2. Vete ya — Wielkie Usta, Wielka Gęba.
  3. Błyskawica.
  4. Fajka pokoju.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.