Yako Sathan kusił pustelnika na puszcze

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Yako Sathan kusił pustelnika na puszcze
Pochodzenie Ostatnia z Xiążąt Słuckich[1]
Data wydania 1841
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

Yako Sathan
kusił pustelnika na puszcze.
Legenda kthorą opowiedał Pan Mikołay Rey z Nagłowice u Pana Pszonki na Babinie[2]
Pierwszy jeno krok trudny.

Kiedy sie thak owo na thy dussne igraſzki, a czudny zabaweczky wssyſtcy po ſczypcie zrzucać mamy y jać wam powiem jedną, pry Pan Rey z Nagłowice powstając, a siwego muskając wąsa; alie mi daczie śliwek necke Panie Stanisławie, żebym ſobie gadając gardziele przecierał, a z garniec miodu Lubelskiego od Mathyasza z Winiawy, boć wiecie, że ja nie rad na czczo gadac pocznę.
Skinął hnet Pan Pſzonka, a pachołkowie mu wino i antypaſthy z owocami przynieśli, ktore koley oſzedłſzy, przed Panem Reyem sie zaſtanowiły. Dopieroż zabłyſzczał mu on jego żarłoczny żołądek przez oce, y tak prawić począł, czeſto gardło płucząc, a przecierając.
Zabyłem gdziecz to czedł, bo rzecz nie mojey głowy, alboć to w żywociech Swietych, ktory zową Legendy, albo mi to za ſie ongi jaki klicha ſtary, co jesli nie Mnich z ambony w uſze kładł. A ta mi sie bajka czy prawda spodobała, ażem ją w pamietaniu zachował chocia bez ymion a miesc własnych, z kim i kedy ſie to działo; a tho ſobie kożdy dołożcie, yako ktory chce.
A miało ſie thak:
Był ongi na puſzcze jedyn ſwiąthy puſtelniczek, trawiąc dni ſwoye na rozmyſzlaniu a modlitwyech, yako prawy Cenobitha. A był tak wielkim ſwoyego ciała, ba wſzelkiey cielesnosci nieprzyjacielem, że żył ono zyoły a korzonkamy yakie na oney puſzcze naydował pod nogi, nie bacząc na wygode, chodząc w ſkorze zwierzecey, bez wſzelakyego ſchronienia a dachu nawet od ſłoty y złey pory. Y był przyſzedł do tego ſtopnia moczy nad ſobą, iż w dumie ſwey powiedział duſzy ſwojey.
— Otociem ja wolen grzechu, y żaden mnie ſathan nie skusi na zło.
Rzekł tho, alisci gi Bóg uſłyſzał i zeſłał nań czarta aby go kuſił, a było mu ymie Mephiſtophilis, ktory yest yeden z dukow piekielnych abo ſtarſzych, a przeto przebiegleyſzy a chytrzeyſzy od ynnych, yako tho theologom wyadomo. Y ſkrobał ſye w głowe ſzathan a myſlał yakoby gi pożył, y niewidział ſłabey ſtrony, y zayrzeć nie mogł w yego ſerce, z kąd by go ranił, tak ſye on ſwiąthy człowieczek od ſwiata był odwiązał. Aleć już go nie puſzczał ani na chwile, tylko krok w krok za onym puſtelniczkiem chodził a ſzpiegował gi. Wſzakże długo bezſkutecznie, bo głoſu yego ſłyſzeć nie mogł, a przeto ſerca ſpełna nieznał. Nie zraził ſie jednak ſathan, a konczył ſwoye, y rok tak już z onym ſwiąthym na puſzcze przemieſzkawſzy, począł mocznieyſzych ſzukac ſrodkow ku pokuſzeniu, aby go w utrate cnoty uwiodł.
A ſtało ſye thak, yż on ſwiąthy człowiek wyſzedł raz na brzeg lasu y modlił ſie patrząc na zachodzące ſłońce. Y ſpodobał mu ſye widok ſwyata, jakiego niemiał dawno. A był wieczor wioſenny, woniejący zioły i czudny, y cichość yaka przed nocą bywa uroczyſta a dumanyom pochopna. Znienaczka wiec za naprawą ſzathanſką, jął dumac przeſtawſzy ſye modlitwy on ſwiąthy człowiek, a cofając ſie myſlą młodosc ſwoyą przypomnyał. Bo yle razy człowyek duma y rozważa w duſzy ſwoiey, zawſze wroci do wiosny życia, yako do zródeł wracayą wody po długim zakrencie, obyegłſzy prawie ſwiat cały.
A thak przybyły mu na myſli młody yego latha, yako ſye wychowywał u pana rodzicza ſwego y u drogiey macierze ſwey, y odnowiły mu ſye w myſli pola oyczyſte, rowniny y niwy kthorych był dawno dla Boga zapomnyał. Y zdało mu sye yako by był mały y yakoby jeſzcze na matczynych reku ſpoczywał, y zdało mu sye ſłyszec oycowſkie napominanie y braci a ſioſtr ſzczebiotke. Aż z myſli do myſli przyſzedł do tego yako był chłopieciem, a oyciecz mu konya darował kthory był mały, a czudnie rzezki, y znał go yako pies abo ptak hodowany własnie.
A thak wſpomnienia thy znowu ſerce yego ku zyemi ſkłoniły y jął żałować przeſzłosci swey y mimo woley wyrwały mu ſye ſłowa.
— O gdybycz teraz mogł choć widziec takiego konika!
A ſzathan kthory go nigdy nie opuſzczał y okazyey ono ſzukał, poleciał a przynioſł konya z ſiądzeniem; takiego własnye o iakim on ſwiąthy wſpomniał y w tey chwili pożądał. Zdumyał ſye ſwiąthy człowjek uyrzawſzy go przed ſobą, alic ſye czartowſkiey ſztuki w tem niedowąchał, i myſlał ano mu Bóg w cieżkiem żywocie zeſłał te nagrode; y jął Bogu dziekowac a rozpłakał sye yako dziecie na widok then y cały myſzlą w przeſzłosci ſye utopił.

Patrzał, obchodził, a oglądał konya y głaſkał go ręką, całował a obłapyał yako był zwykł za młodu. Aż z oney pieſzczoty, chec go niepomierna wzieła przeyechac ſye na nim troche, y nie poſtrzegł ſye że duſſa yego już ſye była od nyeba dla zyemſkiey acz niewinney roſkoſze oderwała.
Y ſyadł na koń ów puſtelnik, aż oto, ſzathan co ſye był w konya przedzierzgnął aby go kuſił, prędkim lotem unyoſł go w powyetrze, wyſoko y thak ſzybko, że wprzód całą zyemye, potym zaſie y ziemi już nie uyrzał. A że gi ſtrach przeiął wyelki i począł drżeć y myſzleć czo ſye z nim ſtało? a upamyętać ſye nie mógł, myeniąc że jeſt yako drugi Elyaſz żywcem do nyeba porwan.
W tym ſzathan, ozwał ſye doń przez Konya w kthorego ſye był przedzierzgnął.
— Swiąthy człowiecze, pry, aboczyem nie ſkusił? A toć jeſt fortel ſzatański, a teraz w mocy mojey jeſteś y uczynye z tobą co ſam zechce.
A on puſtelniczek rzekł, drżąc wielmi.
— Cóżem ci uczynił, abyś mnie thak ſrodze przeſladował?
— Sam to Pan, nie ja, zeſłał mnye, pry czart, abym cje upokorzył, iż rzekłes w duſze ſwoiey, że nie maſz grzechu, a ſzathan mocy nad tobą.
Przyznaye ſye, iżem ſłaby, yako ludzka iſtota, rzekł ſwiąthy.
— Aleć na tym niedość, bo w tym coś dotąd uczynił, niema grzechu, a ya do grzechu wprowadzić cje poſtanowiłem y niepuſzcze cie, a o zyemie rozbije z tey wyżyny upusciwſzy, jeſli mi grzechu popełnić nie poprzyſiężeſz.
A ſwiąty jął gorzko płakać y lamentować mówiąc.
— O! na coż mnie ty mysli y żądania przywiodły. Otociem w ręku ſzatanſkim y grzechu blizko y utrace nyebo, na którem całe życie pracował. Puść mnie ſzatanie lub rozbij, a do grzechu nie wwiedzieſz.
— Dobrze, rzekł czart, toć ſie z tym nie ſpieſzmy. A ſpójrz ono pod nogi swoye y obacz ſmierć ową o kthorą proſiſz: Y ukazał mu ſzatan ſztuką ſwoyą dyabelską, prawie pod nogamy yego, naprzód chmury czarney ſtraſzliwy pyorun w onych ukryte, a niżey onych przeglądayące ſkały oſtre yako noże y nayeżony w górę, a morze pod nimi. A uyrzawſzy to ſwiąty ów zaląkł ſie wielmi y począł trząść ſie mówiąc:
— O Boże móy nie dozwól mnie themu nieczyſtemu ſathanowi do grzechu dowieść. A ſathan smiał ſie y mówił.
— A toćeś w ręku moyem y z onych nie wydzieſz bez ſzwanku, albo cje oto rozgruchocze, tak że lat dzieſięć y ſiedemkroć dzieſięć bedzieſz padał z góry y widział ſmierć ſwoyą co chwila, nizeli umrzeſz. Albo mi przyſiąż iż zgrzeſzyſz.
A ſwiąthy z wyelkiego przeſtrachu począł mówić do ſathana.
— Duchu nyeczyſty, ponieważ cye Bóg na moje upokorzenie zeſłał, yakiegoż chceſz grzechu po mnie?
— Oto, rzekł ſathan naſmiewając ſye nieſzczeſliwemu, daje ci prze łaſke moyą trzy grzechy do wyboru: pierwſzy abyś sie upił, wtóry abyś cudzą żonę na grzech przywyodł, trzeci abyś meżobóyſtwo popełnił.
A ſwiety z onego obrzydzenya yakie myał do grzechu począł ſie wzdragać y wołac.
— O ſzatanye! azaliż ci niedość abyś mie do grzechu przywiódł, trzebaż ci jeſzcze tak ſrogye y cieżkie wyſtepki dawacz mi do wyboru?
A on Mephiſtophilis pry na tho:
— Yeſteś w moczy moyey, a przed sie rób yako chceſz.
Y myſzlał ſwiąthy, a zdało mu sie, że chocia piańſtwo jeſt rzeczą bardzo ſprosną a grzechem wyelkim, boć duſze naſzą nieſmiertelną plami y oną w ſobye wrzkomo topi, yednakże rozumyał, aby to myał być z tych trzech grzechów namnieyſzy, y rzekł ſzatanu.
— Ano kyedy taka wola Boża nademną, wybieram piańſtwo.
Y rzekł mu ſzatan.
— Dobrze yeſt.
Abowiem widział yż od tego grzechu wſzelki inny yakoby ze zródła początek ſwóy byorą, czego ſwiąthy nye rozumiał, a nie ſpodział ſie. Y rzekł mu ſzatan.
— Przyſiąż mi na duſze ſwoyą, że ten grzech popełniſz.
A ſwiąthy rzekł —
— Przyſięgam.
Aż w owey chwili, koń i z nim ſpuſzczać sie począł lekko ku zyemi. A była już noc, ono xieżyc swiecił a gwyazdy pałały na niebieſiech. Y powoli uyrzał on zyemye, a na niey ſwyatło w miaſtach y po wſiach y ludzi yakoby mrówie przechodzące po nij. A potym uczuł dym zyemi y ſzum, gwar, ſzelest, aż ſpuſcili ſie, y ſtaneli z koniem.

Lecz za ſye nie na puſtyni, alic w mieſzczie a grodzie wielmi wielkim, przed ſamymi drzwiami a wrotyma goſpody. Y rzekł mu ſzatan.

— Wniydź y upij sie, abowiem zwyązałeś ſie przysiegą, a ja pilnować cje będę y krokiem cie nie odſtąpie, aż grzechu dopełniſz. Y ſwiąthy rzekł:
— Aboż thak nagi wnide na poſmiewiſko do goſpody?
Abowiem już go była blizkość ſwyata myſlami y wſtydem ſwiatowym owionęła, a ſzathan cieſząc sie rzekł mu:
— Oto odziene cie w ſzaty bogate y dam ci trzoſ w paſie ze złotem, abyś za grzech twóy zapłacił.
Y tak ſie ſtało, że on ſwiąthy wſzedł do gospody upokorzony, myſzląc o upadku a wielkiem nieſzczęſciu ſwoym. Y byli tam kupce, którzy za ſtołem ſyedzieli y pili y innych ludzi różnych wyeile, yako więc bywa w goſpodzye, kedy różnego narodu ſchodzi ſie ciżba, a każdy w nij pan, kto jeno płaci. Yedni rozprawyali o oſzukańſtwiech, drudzy o innych wszeteczeńſtwiech ſwoich, yako prawi yawnogrzeſznicy, inni bawili ſie z nyewyaſtami fraucymeru S. Marka[3] a wſzyſtko ſie dzyało tak ſzkaradnie iż ſie ſerce ſwiąthemu pustelniczkowi na on wydok wzdrygało. Y chcyał był nawracać oną zgraye, lecz wſpomniawſzy yż y ſam nie był wolen grzechu, a przyſzedł aby go popełnił, ſiadł a milczał. Aż póyrzawſzy na ſzaty yego nadeſzła k niemu goſpodyni domu młoda a chędoga białogłowa, pytając czegoby pragnął. A on rzekł:
— Wina.
Y poſzła ona kobieta y przynioſła mu go, dobrego a najlepſzego.
Owoż kiedy hippokrat ów z żołądka do głowy mocno ſkutkować a burzyć ſie począł, yako to więc u tych bywa, co ſame wode piją; ſwyat yakoby inſzy ſtanął przed oczyma yego, ze wſzyſtką Mammony pieknoſcią, y zagaſłe w ſercu puſtelniczym żądanya a myſli, yakoby cudowną moczą ſzatańſką z korzenia odroſły. A tak pijąc ulubował ſobye już piańſtwo i co z początku mimo ſwey woley czynił, to już kończył z ochotą y roſkoſzą, aż drugi dzban onego przednyego wina podacz rozkazał.
Tym czaſem ona goſpodyni kręciła ſye po izbie. A była młoda y hoża niewyaſta jakom rzekł, yako ony bywaią co po goſpodach ſyedzącz, wymówny ſzczebyotliwy, zalotnicy prawie wdziękami ſwymi ſzynkują.
Y ſwiąty on uyrzał w oney wdzięki wſzytki y dziwił ſie im i myſzlą ſzukał ſpoſobu yakoby ich używał, tak go było ono wino odurzyło a Boga zapomniecz dało. Toż kupce i inny owi ludzie yacy byli w goſpodzye na nocleg do konyech ſwych a wielblądziech poſzli, inni po izbyech ſie rozeſzli; a on ſam ſwiąthy z goſpodynią zoſtał, czem jeſzcze ſmielſzy, a prętſzy do grzechu a złego ſtał ſie.
A nareſcie, ſkuſzony ſam od czarta, ſkuſił y ſam niewiaſthe do wielkiego grzechu pieniędzmy, który mu był dał czart. Y ſtało ſye, yż ſie układli razem, a ſpali w grzechu. A ona niewyaſta rzekła.
— Gdyby mąſz a pan móy powrócił, zabijłby mnie.
Y rzekł on ſwiąthy:
— Nie bóy ſie, boć nie przybedzie, a gdyby przybył, ja cje obronie. Y w tem poſpali ſie twardym ſnem.
Aż oto ſtuk ſie zrobił wyelki y ſwyatło ocykaiąc ſie uyrzeli przed sobą, a nad łożem ſtał mąſz oney białogłowy krzycząc a wywijając mieczem. On ſwiąty ze ſnu porwawſzy ſie ſzukał czemby ſie bronił, aż napadł topor pod ręką i tym machaiąc na obie ſtronie, tak ſie mężnie potykał, yż ciąwſzy przez głowe męża niewyasthy, trupem gi położył. Toż krzyk powſtał niezmierny y kupce, a ludzye ony nocleżanye ſie zbyegli y ſąſiady y ſędzyowije onego myaſta y pochwycili gi y zwyązali: A jemu yakoby nagle otworzyły ſie oće y uyrzał ſzkarade ſwoych grzechów y przypomnyał yż za yeden kthóren był przyſiągł ſzatanu, trzy wſzytki yakie żądał, popełnił. Y wyelkim głoſem, yął płakać a narzekać, wołayąc aby go na ſmierć wyedziono było. Y opowiedał ſwoyą hiſtoryą wſzytkim, o ſmierć napretſzą proſząc, którzy ulitowawſzy ſie wolno gi puſcili. Z tąd że powrócił na puſzcze y płacząc a narzekayąc nad ſlepotą ſwą Pana Boga Myłoſzcziwego przebłagał, a z oczow yego płyneły łzy yako dwa poniki wody z pod góry.
Widziczie owo co to za grzech piańſtwo, boć yeſt matką wſzelakiey ſproſnoſci i widziczie iż naſwiątſzy powiedzieć nie ma w ſerczu ſwym:
— Otociem beż grzechu, a ſzathan niema moce nademną.
Bo Bóg ukarze dume yego i ſtrąci go myedzy zbrodniarze, abowiem niema ciała bez zmazy, a póki ono duſza w ciele, rzec nie może.
— Utrzymam ſie bez grzechu.
Bo bez zmazy y grzechu, Bóg tylko y angiołowie yego.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Tekst zamieszczony w III tomie powieści jako Dodatek.
  2. Pisownia nie jest całkowicie XVI wieku, lecz główne tylko ma ówczesne cechy. Drukowana ta Legenda w Bojanie. 1838 roku str. 93.
  3. Wyrażenie współczesne, niewiadomego pochodzenia.

Zobacz też


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.