Wzgórze Kronosa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jadwiga Marcinowska
Tytuł Wzgórze Kronosa
Pochodzenie Z głosów lądu i morza
Data wydania 1911
Wydawnictwo Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
WZGÓRZE KRONOSA.

Szumią pinje w najsłodszym i wonnym powiewie;
gdybyś tak oczy przymknął, pomyślałbyś snadnie,
że jakiś bór — w Ojczyźnie... Serce niby nie wie,
a wszędy z sobą nosi to, co wgłąb zapadnie...
Czasami drży... Lecz oto złociste zarzewie
cudowną czyni szeptów i skier lotnych składnię;
przeniknął blask, obwinął drzewom chwiejne głowy;
świeci się gaj Kronosa w cichy dzień wrześniowy.

Po złotych ścieżkach spływa wzrok, gdzie stopy wzgórza
i ścielona w dal od nich przestrzeń dziwnej krasy.
Z oplotów ziół więdnących szary tors wynurza
kolumna jedna, druga... Zda się, rosły lasy

bajecznych głazów dumnych... Przeciągnęła burza,
przeszły oddechem wichru druzgocące czasy,
szarzeją szczątki; z gąszczów zielnych woń wytryska...
Cmentarz, gdzie były święte w Olimpii igrzyska...

Zejdź i w więdnącej usiądź trawie. Czcij oczyma
szereg prastarych kolumn, Hereonu znaki
i po gruzach w zadumie wzrokiem idź, gdzie trzyma
pierwszeństwo, nakształt zjawy, królewskiej majaki,
szkielet świątyni Zeusa, wielki cień olbrzyma.
Nagle, zda się, pytają-ć gruzy: ktoś jest taki?
I odparłeś ze łkaniem, które w duszy brzmi:
człowiek nowy, lecz ku wam pełen żaru czci...

Przez rumowiska obszar dostrzegłeś w oddali
sklepione przejście. Wiodło ze świątyń obwodu
do błoń, gdzie radość skrzy się, gdzie się sława pali,
gdzie ruchem bogów godnym przed sądem narodu
zapaśnicy do gonitw jak do uczt stawali.
A naród wrzał tym blaskiem, który-li zamłodu...

I tęskno sercu czuciem całej świata krzywdy,
że tych wieńczonych, cudnych, już nie ujrzy nigdy.

Od południa spłynęły aż na zrąb wieczora
godziny pełne cichej, niewymownej treści.
Topnieją kształtów linje, a myślom zapora.
Opodal strumień lekkim pluskiem wód się pieści.
Nadciąga noc w jesiennem przywitaniu skora;
na niebo wyszły gwiazdy jak dalekie wieści,
najsłodszy zmierzch zestąpił... Senna przełstrzeń tonie,
pinje pachną; westchnęło niewidzialne błonie.

Cyt! kędyś tam podzwania owad w polnej trawie;
strumień Kladeos lekkim pluskiem fali gwarzy:
w najsłodszym zmierzchu tchnienie... Podniósł szept łaskawie
Kronion jak ołtarz stawion królowi mocarzy,
imieniem czasu wielki. Nachyliłeś twarzy,
myśli pytasz, gdzież teraz się wspomnieniem bawię?
już zeszła noc... Jak ciemno! W nagłej serca męce
spłynęły łzy... Nie widzisz? Spadły ci na ręce...


Schodziłeś oto ziemię tak drogą tęsknocie
każdej spragnionej duszy. Oglądałeś całą
i masz ją teraz w sobie, by mówiła do cię
szumem wód lazurowych i słoneczną chwałą.
Dzierżysz w piersiach jak wielki skarb w cichym namiocie,
osłoną — twoje nikłe w cieniach nocy ciało,
a wnętrzem blask. I śpiewa ponad czasu ślady
wskrzeszony wszystek wonny, cudny czar Hellady.

Niechaj się nikt nie waży przerwać tu milczenia,
godziny, w której rzecz się niezgłębiona dzieje,
gdy dusza ludzka zwolna w taki świat się zmienia...
Nie w daleką, brzemienną, tęskliwą nadzieję,
ale w realność barwy, dźwięku i promienia.
Jeszcze chwila i w pełni wielki cud dojrzeje;
już są tęczą związane życiotwórcze tchnienia...
Dlaczegoż krzyk? Wstrząsł nagle... Wnet go cichość chłonie...
Upadły łzy palące na splecione dłonie.

W niezrównanym, najwyższym „fiat lux“ momencie
nie szumem drzew oliwnych przemówiła dusza;

ani strzeliła jako wyniesione święcie
kolumny Parthenonu, których blask porusza
samo zazdrośne słońce... Nie lśni się dotknięcie
błękitnych fal, gdy płynie okręt Tezeusza...
Jakiż to świat? Ból targnął. Bólem z serca wtórz...
Legło ogromne, tęskne pole płowych zbóż.

Oto jest źrałość twoja w cudotwórczej chwili!
Już ci nie dźwignąć duszy ciężkiej takim plonem.
Na mgnienie jedno słabość jako lęk cię chyli...
I wstała moc! Pojmujesz, co tam w głąb złożonem
i jacy gońce wieków tajną wieść znosili,
ażeby pierś zadźwięczeć mogła tak zagonem
grających kłosów żytnich i być: znagla niwą
złocistą w cieniu kosy śmiertelnej — i żywą.

Szumią pinje; ołtarzem jest cieniste wzgórze.
W pomroku nocy pacierz nieustannie wstaje
i nieustannie czczony bóg przepływa w chmurze,
wieczysty Czas w nieścigle uchodzący kraje.
Przy drogach schną — na krótko rozkwitnione róże,
nim wybrzmiał szept ich: „oto się wiosennie maję...“

Hellado! w lat przestworzu, w chwil bezbrzefżnej toni
Ziemia Polska ku tobie snop dojrzały kłoni.

Kosa śmierci nad polem naszem cień swój ściele
długi, ostry, już zdawna zwrócon na tę stronę...
A wszakże rośnie chyżo młode, żytnie ziele
i w lipcu ma wejrzenie słońcem ozłocone;
przepyszne stoją lany, boga dnia czciciele;
radośnie rwą poblaskiem czarny cień, osłonę...
Przedziwny kraj, gdzie falą oddech pól się zrywa
twarzą w twarz ze śmiercią — ziemia taka żywa!

Miłująca młodości chwałę niesczerpaną,
wielka pani tajemnic szczęścia i tworzenia,
Hel1ado! K’tobie pokłon kłosów, które rano
czarowny uśmiech słońca jak bóg rozpromienia.
Ku tobie głos, gdy duszy w źrałej chwili dano,
że sławą zbóż wykwitły tęskne jej pragnienia...
Upadły łzy... Najsłodszy zmierzch w sennej dolinie;
szumią pinje i pachną; czas nieścigły płynie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Marcinowska.