Przejdź do zawartości

Wzajemne ustępstwa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Wzajemne ustępstwa
Pochodzenie Przez moje okno
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WZAJEMNE USTĘPSTWA.



 Tak się już dziwnie złożyło, że wielka bez zaprzeczenia, a dla nas największa osobista kwestja — bo „życie“ nasze, składa się z drobnych, drobniuchnych chwilek, podzielonych przez nas samych na całą serję czynności niby koniecznych, a mających wielkie znaczenie w kierunku, jaki nasze życie przybiera.
 Musimy poddać się koniecznościom, jakie wieki całe gromadziły dokoła.
 Chcąc żyć w „ogniskach inteligencji“, zmuszeni jesteśmy gnieździć się w ceglanych pudełkach, jedni na drugich, deptać drugim po głowach lub być deptanymi. Musimy mieć pomieszkania obok nieznanych nam ludzi, wyczuwać ich przez ściany, zależeć od ich kultury, od ich poczucia delikatności, od tego, jak oni zrozumieli i ukształtowali swe życie. I nie tylko od nich zależeć musimy, lecz od ich służby, od ich kotów, psów, koni, rowerów, ptaków, wózków i kołysek dla niemowląt, od ich trzepaczek, fortepianów, trąb, bujających foteli, od ich gości, wychodzących późną porą, od ich „spiżarnianych szaf“, ustawianych na przejściu, od ich gubionych kluczów od strychu, od nawału porządków, robionych o każdej porze, od ich dzieci, zjeżdżających po poręczach schodów, od ich „Tamo“ wrzeszczanych przez panny o świeżych, długich sukniach przy otwartych oknach, od ich pościeli rozkładanych na gankach, od ich chorowitych oleandrów, podlewanych obficie na balkonach, od ich...
 I tchu poprostu braknie. Od tego wszystkiego zależymy my i nasze dusze, nasz nastrój, nasz spokój, który wywalczyć sobie pragniemy, jako najdroższy i cenny kwiat w oranżerji życia. Od ich laski, od usposobienia wojowniczej i dbającej o „porządek“ — sąsiadki, od gamy panny Wisi i Misi, od roweru Edziulka, od głosiku ochrypłego stróżki, robiącej scenę młodszej z drugiego piętra, o wyrzucone obierzyny z kartofli — zawisła często myśl jakaś, myśl piękna i wspaniała, zawisł wiersz poety lub plan wizji malarskiej, zawisł majaczący przed rozmarzonym artystą posąg, zawisła wreszcie ekstaza naszej duszy rzadka i droga, jak brylant bez skazy. Czujemy jej zbliżenie... przyjdzie ona, otoczy nas mgłą opalową — delikatnie rozwinie nam skrzydła i poda swe ręce. W jej obecności — nie wiemy, co się stanie — lecz czujemy, że stanie się coś dobrego, pięknego — że albo serce nasze postanowi jakiś czyn szlachetny, albo duch nasz w ciszy i spokoju przebijać się zacznie przez ciemne chmury zwątpienia.
 Może to ekstaza twórcza, może blisko nas jest arcydzieło naszego życia, punkt kulminacyjny — to, po czem już człowiek tylko jest powtórzeniem tej chwili, odblaskiem siebie, echem tego, czem był... Może to się stanie! I w głębi naszego „home“ naszego Wnętrza, naszego domu — zasuwamy się w ciszę, staramy się wypromienić z siebie całą siłę twórczą, chcemy przestać być sobą — a być czemś najwyższem, najsilniejszem, najpotężniejszem. Wytężamy słuch, wytężamy wzrok i coś się snuje wśród opalowych mgieł.
 Wizje przybierają kształt...
 Cisza.
 Wizja zbliża się, dusza nasza onieśmielona, niepewna, wysuwa się i chce przeniknąć niezrozumiały jeszcze kształt...
 Nagle stukot, klekot bezmyślnych palców, bijących w pewną ilość kościanych cymbałków, lub pisk końskiego ogona, pociąganego po baranich kiszkach. Równocześnie — łopot miarowy, suchy — urywany...
 Opalowe mgły rozwiewają się — wizja znika, dusza, wracając do nas, jakby mszcząc się za ten tragiczny zawód, przeszywa nas literalnie fizycznym bólem.
 Lecz — panna Misia gra na fortepianie, brat panny Misi uczy się na skrzypcach, a mama panny Misi każe po raz trzeci od rana trzepać słomiankę z przedpokoju.

∗
∗                    ∗

 Spróbować jednak takiej rodzinie wytłómaczyć, że są ludzie, którzy pracują umysłowo, którzy potrzebują kilku godzin ciszy, którzy mają za zadanie być kwiatem na łące życia — kwiatem, dającym woń, barwę, blask, czar, piękną linję.
 — Jestem u siebie, graj Misiu! — mówi pani X., tocząca właśnie z kucharką walkę o trzy centy, brakujące przed tygodniem z miasta.
 — Ależ u mnie słychać muzykę córki pani, jakby w drugim pokoju.
 — Jestem u siebie!
 — Przecież sąsiedzkie ustępstwo...
 — Córka moja się kształci — graj Misiu!
 I Misia ze złośliwością zwierzątka forsuje siłę swych anemicznych, czerwonych łapek. — Wyrabia się w niej technika fortepianowa i gruboskórność moralna.
 — To chce z trzepaniem tem, pracuję późno w noc — radbym zasnąć rano.
 Błysk oczów od stolnicy i uśmiech nieopisany, nadzwyczajny.
 — To się... proszę kłaść wcześnie — tak, jak przyzwoici ludzie. My — o dziesiątej jesteśmy w łóżkach — a wstajemy ze słońcem.
 Tak mówi mama Misi i potem dodaje:
 — Kto rano wstaje... temu Pan Bóg daje.
 Ogląda się z zadowoleniem. Cztery pokoje, kuchnia — meble dębowe, solidne — Bogu dzięki, firanki od Rojala — starość zapewniona, miedź, srebro, dla Misi posążek...
 Tryumf błyska w oczach, Misia gra gamy, służąca chwyta za słomiankę i trzepaczkę — nie pozostaje nam nic, jak wrócić do... siebie.
 Bo jakże wytłumaczyć matce Misi, że kwiaty najpiękniejszą woń wydają o zachodzie słońca, a dusze twórcze, jak żywe kadzielnice, płonąć zaczynają wtedy blaskiem, gdy cień dokoła nas zalega. Cień — i cisza. Gdy Misia, jej brat i mama otulają się dobrze wytrzepanemi kołdrami, dla artysty zaczyna się tragedja twórcza, zaczyna się walka ze samym sobą, z pragnieniami, z celem, jaki sobie założył. — Uwolniony wreszcie od stukotu fortepianów, wrzasków sług, katarynek, trzepania dywanów, krzyku węglarzy, zaczyna każdy umysł wyższy wnikać w siebie, rachować się z siłami, porządkować swe wrażenia, obliczać, jakie skarby wiedzy czy impresje piękna przybyły mu do jego skarbnicy duchowej. Zegar bije godziny, lampa blednieje, wschodzi świt, umysły ludzkie pracują, chłoną w siebie wiedzę, piękno lub wydają ze siebie to, co im było dane, to, co upoiło ich, jak woń cudowna i cudotwórcza.
 To wszystko tworzy się w nocy, ukradkiem, z gorączką, ze znękaniem, bo ma się to przeświadczenie, że skoro dzień nastanie, już nasze „u siebie“ nie jest nasze. Do tego Wnętrza, którego ściany tak starannie pokrywamy pamiątkami, które otulamy od zimna, zabezpieczamy od wichury, śniegu, deszczu, wilgoci, brutalnie wtargną intruzy i uczynią nam ten dom nasz kuźnią i katorgą. Rozścielamy na podłogach kobierce, aby tłumiły echa naszych kroków, przyciemniamy zasłonami zbyt jaskrawe światło okien, chcąc stworzyć sobie atmosferę półtonów, półbarw, półcieni.
 Szaleństwo! Od czego panna Misia, jej mama, jej brat — skrzypce, fortepian, rowery, stróżki, dywany, kołdry, od czego dusze naszych sąsiadów, grube dziwne, twarde, nieugięte, drwiące z męki nerwów, umysłowej pracy, drwiące z tego, co koniecznością niemal jest życiową, drwiące z... wzajemnych ustępstw.

∗
∗                    ∗

 Tyle — o domu, tyle o tem, co się znosi pod „własnym dachem“.
 Ale — pozostaje jeszcze — ulica.
 Jakąś część życia naszego przepędzamy także i w tych wąwozach, obramowanych murami kamienic, wytłoczonych nierównymi kamieniami.
 Ta ulica wdziera się także do naszego domu i dręczy nas bezustannie. Przeraźliwy, dziki wrzask ludzi, rozwożących jakieś przedmioty, ciągłe poprawianie bruku, zsypywanie węgla, rąbanie drzewa — miłe „rendez-vous“ sług z żołnierzami, straszne, do szpiku przejmujące ludzi chorych zapuszczanie stor w sklepach, całe bandy obdartych dzieci, uganiających po ulicach, jak u Zulusów, przeszywający turkot tramwajów, ich dzwonki bezustanne — oto setna część tych przykrości, któremi ulica przypomina się nerwom naszym. Proszę teraz dodać te nocne włóczęgi mężczyzn, jakieś wycia, śpiewy, walenia do szyb parterowych mieszkań i równocześnie przypomnijmy sobie, że dużo ludzi na świecie jest zmęczonych, spracowanych, chorych na serce lub nerwy. Lecz ci, którzy ulicę wypełniają hałasem pod jakąkolwiek postacią, nie chcą wiedzieć o tem, nie czują się obowiązani do żadnych ustępstw.
 Taki pan bawił się wesoło, wraca do domu, lub idzie hulać dalej — zachciało mu się wyć — jego dusza potrzebuje tego objawu swego istnienia. I oto rozlega się śpiew — krzyk puszczyka, ryk krowy. — Oto ręka zakreśla zygzak — szyba z brzękiem upada. A może — kto wie... ktoś za tą szybą kona! Wszak i to się zdarza. Co sekunda ktoś rodzi się i umiera.
 — I oto — w ostatniej chwili swego życia słyszy ochrypłe głosy, wyjących po ulicy, rozbawionych i nie chcących robić „ustępstw“ — ludzi.
 To bardzo wesołe.

∗
∗                    ∗

 Tyle — jeżeli ulica wedrze się do nas. — Lecz — co nas czeka, gdy wejdziemy na tę ulicę? — Proszę chcieć tylko iść równo trotuarem, obrawszy jakąś jedną stronę. Niepodobna. — Co chwila otrzymuje się jakieś uderzenia, potrącania często tak silne, że aż syknąć z bólu trzeba. Niema wzajemnych ustępstw! — Chodniki należą do... silniejszych — człowiek delikatniejszy musi schodzić na bruk ulicy. — A przecież tak łatwo wyminąć się delikatnie, odwrócić się bokiem — ułatwić przejście. Co znowu! To niech on się usunie! Wsiadanie tłumu do tramwaju także przedstawia u nas ciekawe widowisko. A w teatrze przy odbieraniu odzieży w garderobach!... Można być przekonanym, że ludzie dobrze wychowani i delikatni to są ci, którzy dostają ostatni swą odzież.
 I co jest najdziwniejszego? Oto — Polacy za granica słyną z galanterji, delikatnego obejścia i owych wzajemnych ustępstw, które wypełniają skrupulatnie, ale... wobec obcych. Różnią się tem najzupełniej od Anglików, którzy całą swą brutalność, samolubstwo, gruboskórność wywożą z kraju i rozpościerają przed obcymi. U siebie zaś zachowują się delikatnie, subtelnie, jak ludzie pełni poczucia i odczucia, co jest drugiemu niemiłe.
 Bo te „wzajemne ustępstwa“, które ułatwiłyby nam tak nadzwyczajnie życie, które często umniejszyłyby nam bólu, smutku, walki — to są drgnienia dusz wrażliwych i wysubtelnionych. Nawet — nie zależą one od wychowania. Prosty chłop może przestać drzewo rąbać, widząc, że ktoś czyta, pisze lub płacze. To „coś“ lepszego w nim powiedziało mu, że hałas w tej chwili boli tamtą drugą istotę i on położył siekierę i cicho wzdłuż chaty poszedł z pewnym szacunkiem i tkliwością.
 Tak zrobił — i ten sam chłop usunie się z drogi, nie z pokory, lecz przez to, że potrącenie kogoś bez przyczyny — wydałoby się mu „nijako“.
 Jak wobec tego wygląda panna Misia, grająca zawzięcie polkę — wtedy, gdy dajmy na to przez ścianę siedzi ktoś bardzo smutny, a przed nim leży telegram: „Przywieźć trumnę — przyjechać — umarł dziś rano“. Albo znów rozpoczęta leży praca i myśl odbiegła, nie jest już w stanie skoncentrować się, a ręka opada zniechęcona, tragicznie bezczynna.
 O panno Misiu, jakże pięknie grasz polkę! O matko panny Misi jakże ślicznie wytrzepana jest twoja zielona słomianka!...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.