Wyznania (Augustyn z Hippony, 1847)/Księga Dziewiąta/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Augustyn z Hippony
Tytuł Wyznania
Część Księga Dziewiąta
Wydawca Piotr Franciszek Pękalski
Data wydania 1847
Druk Drukarnia Uniwersytecka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Piotr Franciszek Pękalski
Tytuł orygin. Confessiones
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

KSIĘGA DZIEWIĄTA.


ROZDZIAŁ I.
Składa dzięki Bogu.

O Panie, oto ja sługa twój, jam sługa twój i syn służebnicy twojéj. Potargałeś pęta moje, tobie ofiarować będę ofiarę chwały[1]. Niech cię moje serce i język mój wysławia; niech wszystkie kości moje i władze méj duszy, zawołają: Panie któż podobien tobie[2]? niech mówią a odpowiédz mi, i rzecz duszy mojéj: jam jest zbawieniem twojém[3]. Czémże byłem niestety! Jakimże byłem? Ileż to było złego we mnie, czyli w moich uczynkach, a jeżeli nie w uczynkach, to w moich słowach: jeźli nie w słowach to w méj woli się mieściło? Aleś ty Panie dobroci i miłosierdzia, jedném spojrzeniem twojém przemierzył całą głębokość mojéj śmierci, i z gruntu mojego serca wyczerpałeś źródło skażenia. A w tém wszystkiém o nic więcéj nie rozchodziło się, tylko bym nie szedł za skłonnością méj woli, lecz twoję wypełniał.
Ale gdzież przebywało przez tyloletnią czasu przewłokę, i z któréjże głębi i tajemnego ustronia, nagle wywołane zostało wolne méj woli użycie, „któreby nakłoniło mój kark do łagodnego jarzma twojego, i schyliło barki pod lekkie twoje brzemie[4]?“ o Chryste Jezu wspomóżco mój i odkupicielu! Jakąż przyjemnością nabawiło mnie nagłe wyzucie się z próżnych i zawodnych uciech i roskoszy; z których wyzucie się, bojaźnią mi piérwéj groziło, ale potém opuszczenie ich radość przyniosło. Wyrzucałeś je z mojego serca, o ty prawdziwka i najwyższa słodyczy! wyrzucałeś je, a miejsce ich tyś zajmował, nad wszelką roskosz milszy, ale nie ciału ani krwi; nad wszelkie światło jaśniejszy, ale nad wszelką tajemnicę skrytszy; nad wszelką wielkość i sławę wyższy, lecz nie dla wynoszących się w sobie. Umysł mój był już swobodny od gryzących mię starań, trosk i zabiegów o dostojność i bogactwa, o nurzanie się w nieczystościach, i drapanie niepowściągliwości méj duszy; szczebiotałem już wtedy, jak małe pacholę, chwałę tobie prawdziwéj światłości mojéj, nieocenionym bogactwom, zbawieniu mojemu, Panu Bogu mojemu.




ROZDZIAŁ II.
Zrzeka się nauczania Retoryki.

Umyśliłem w twéj obecności nie głośno ani nagle przerywać nauczania, ale prywatnie i uprzejmie usunąć usługę mojego języka z targu przedaży wymowy; nie chcąc, aby już więcéj młodzież na twoje prawo i pokój obojętna, a oddychająca szałem kłamstwa i sądowém zapaśnictwem, przychodziła kupować z ust moich broń dla swéj zapalczywości.
Szczęściem, że kilkanaście już tylko dni było do rocznego popisu i letnich wakacyj, postanowiłem tedy czekać z cierpliwością zakréślonego momentu wedle zwyczaju od rocznéj pracy uwolnienia, abym już więcéj nie powrócił siebie zaprzedającym, będąc przez ciebie okupionym niewolnikiem. Taki był mój zamiar przed twojém obliczem, nikomu innemu jedynie przyjaciołom moim wiadomy. Zgodzono się na to pomiędzy nami, aby go przed nikim zgoła nie wynurzyć: aczkolwiek nas z doliny płaczu wychodzących i śpiewających pieśń stopni, uzbroiłeś „ostremi strzałami i palącemi węglami[5]“ przeciw zdradliwemu językowi, który nam radząc, sprzeciwia się, i kocha nas jako potrawę, którą pożywa.
Tyś Panie zranił serce moje miłości twéj pociskiem; i nosiłem twoje słowa, któremiś przeszył wnętrzności moje; a budujące przykłady sług twoich, których ciemności rozproszyłeś, a przyodziawszy ich światłem z śmierci do żywota przywołałeś, wzniosły się jakby stós gorejący na spalenie i strawienie we mnie ciężaru gnuśności i odrętwienia, by mnie w przepaść błędów nie nachylał, i tak byłem przejęty żywym zapałem ich przykładu, że wszelki przeciwny powiew, podstępnym językiem wyzioniony, byłby bardziéj płomień zamiaru mojego rozzarzył, aniżeli go zagasił. A lubo chwała imienia twojego, któreś po całéj ziemi poświęcił i rozszérzył, zapewniała mi wielbicielów mojego ślubu i zamiaru, próżną jednak uważałem to chełpliwością, aby nie doczekać tak blisko nadchodzących wakacyj; ale od publicznego i przed oczy wszystkich wystawionego nauczania, wcześnie oddalać się, a tém samém dać powód do mówienia o mnie, że nie z innéj przyczyny chciałem poprzedzić resztę czasu do dnia popisu i jesiennego odpoczynku zakreślonego, jedynie: abym się wsławił moim czynem. Na cóżby się przydało podawać moje przedsięwzięcie nierozważnym domysłom, próżnym roztrząsaniom, i wyzywać bluźnierstwa na święte natchnienie. I ten niemniéj dostateczny był powód; że tego lata, w publiczném nauczaniu, wielka praca znacznie nadwerężyła moje piersi, iż z trudnością oddychać mogłem, a wewnętrzne boleści dowodziły płuc nadwerężenia, które głosu jasnego i przedłużonego wydawać nie dozwalały; i to z razu zatrwożyło mnie, żem niemal potrzebą był zmuszony złożyć brzemie owego mistrzostwa, albo go niezawodnie przerwać aż do wyleczenia się i sił nabrania. Lecz skoro zupełna wola służenia tobie i rozważania ciebie samego, „boś ty jest Bogiem“ wznieciła się i ugruntowała w mojém sercu: ty wiész Panie: że i ta rzetelna wymówka wielce mnie ucieszyła, dla złagodzenia nawet obrazy rodziców, którzy od nauczania swych synów nigdy mnie uwolnić nie chcieli.
Pełen takiéj radości, znosiłem cierpliwie ten przeciąg czasu, póki nie upłynął. Nie wiem, dwadzieścia może dni jeszcze zostawało; mężnie jednak znosić je samemu wypadało, odstąpiła mnie albowiem chciwość, która dawmiéj dźwigała połowę ciężaru mojego, i byłbym sam jeden został nim przywalony, gdyby cierpliwość nie była chciwości miejsca zajęła. Obwini mnie zapewne o grzéch który ze sług twoich a braci moich: że z całego serca do żołdu twojego już zapisany, poważałem się jeszcze, acz jednę godzinę siedzieć w katedrze kłamstwa. Nie chcę się z tego tłumaczyć; ale ty Panie nieskończenie miłosierny, czyliżeś mi tego grzéchu nie przebaczył, i w świętéj wodzie z tylu innemi razem haniebnemi i śmiertelnemi grzéchami nie odpuścił?




ROZDZIAŁ III.
Rozprawia o nawróceniu się do wiary ś i o zgonie swych przyjaciół Werekunda i Nebrydyusza.

Szczęśliwy nasz zamiar dotkliwém strapieniem dręczył Werekunda, że więzami tego świata ściśle i mocno trzymany, widział z téj przyczyny niezawodny rozdział towarzystwa naszego, nie będąc jeszcze chrześcianinem, żonę miał chrześciankę. Związek atoli małżeński nad inne zawady był najsilniejszém pętem, które spóźniało jego wnijście na nową drogę powołania naszego; a nie chciał zostać chrześcianinem, jedynie takim sposobem, jaki nie był w jego mocy, (po rozwiązaniu małżeństwa). Z jakąż dobrocią serca ofiarował nam mieszkanie na wsi będącéj jego własnością, przez ciąg naszego jeszcze we Włoszech pobytu. Nagrodzisz mu Panie tę uczynność przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych; boś mu już upłacił cząstkę téj zasługi. Aczkolwiek w naszéj nieobecności, (bośmy już byli w Rzymie), będąc gwałtowną chorobą ujęty, w niéj chrześcianinem został i z wiarą ś. wyszedł z tego żywota do wieczności. Tak więc ulitowałeś się nie tylko jego, ale i nas: aby nieznośna boleść nie dręczyła serca naszego, gdybyśmy przez wzgląd na ujmującą ludzkość jego, tak szczérego przyjaciela sobie przypominając, liczyć go nie mogli pomiędzy owieczki twéj trzody!
Dzięki tobie nasz Boże, twojemi jesteśmy: dowodzą tego wewnętrzne pobudki i pociechy od ciebie odbierane, a ty rzetelny obietnic dawco, ty oddasz nawzajem Werekundowi za gościnność w jego wsi Kassiakus; gdzieśmy od burzliwości świata odetchnęli w tobie spokojnie; przyjemną świeżość wiecznie zieleniącego się raju twojego na górze zsiadłéj (w kościele twoim, na górze twojéj, na górze obfitéj[6]); boś mu już, na téj ziemi jeszcze żyjącemu, odpuścił jego grzéchy. Takie wtedy było udręczenie Werekunda bez naszéj obecności; Nebrydyusz zaś cieszył się z nami. Aczkolwiek i on, nie będąc jeszcze chrześcianinem wplątał się w sidła zagubnego błędu: że prawdziwe ciało Syna twojego za fantastyczne „czyli urojone“ uważał; wywikłał się jednak z nich, a lubo żadnego jeszcze Sakramentu w kościele twoim nie przyjął, tak pozostawszy, był przecież zapalonym prawdy badaczem. Wkrótce po mojém nawróceniu się, i duchownych przez chrzest ś. przerodzinach został i on wiernym katolikiem, wzorem czystych i wstrzemięźliwych obyczajów dla swoich ziomków; poświęcił on się służbie twojéj w Afryce pomiędzy swojemi, a gdy całą domu swojego rodzinę uczynił chrześciańską, wyswobodziłeś go z niewoli ciała, i teraz żyje na łonie Abrahama.
Cokolwiek bądź oznacza owo łono Abrahama, tam żyje mój Nebrydyusz, mój słodki przyjaciel, a twój Panie z wyzwoleńca syn przybrany, tam żyje niezawodnie. Bo któreż inne może być godniejsze dla téj duszy miejsce? Żyje on zapewne w tym szczęścia zakresie, o którym czynił mi tyle zapytań, mnie nikczemnemu i bez doświadczenia człowiekowi. Już on nie nastawia ucha swojego ustom moim, ale swoje duchowne usta przytyka do źródła twojego, i gasi w niém spokojnie twoją mądrością swoje pragnienie, szczęśliwy bez końca! I nie mniemam aby nią opajał się aż do zapomnienia o mnie, skoro ty Panie, którym on poi się, chowasz mnie w swéj pamięci.
W takiém byliśmy z Alipiuszem położeniu: cieszyliśmy Werekunda smutnego z nawrócenia naszego, zachowując ścisłą z nim przyjaźń, upominaliśmy go, aby zupełnie stan swój zachował i prowadził życie w związkach małżeńskich. Nebrydyusza zaś wyglądaliśmy, rychło pójdzie za naszym śladem, bo tak blisko nas był swojém nawróceniem, i byłby to już prawie uczynił, gdyby się nie były owe kilkanaście dni nareszcie skończyły, które się nam niecierpliwie oczekującym wolnego odpoczynku, w którymbyśmy zdolni byli z pełnéj miłości śpiéwać: „Tobie rzekło serce moje, szukało cię oblicze moje, oblicza twego Panie szukać będę[7],“ nader liczne i długie wydawały.




ROZDZIAŁ IV.
Mieszka na wsi ze swojemi przyjaciołmi, i zajmuje się pilnie czytaniem psalmów; boleść jego zębów zaraz po modlitwie ustaje.

Przyszedł nareszcie ów błogi dzień, w którym od nauczania Retoryki rzeczywiście uwolnić się miałem, od czego już dawniéj w méj myśli byłem uwolniony; i zostałem wolny. Oswobodziłeś Panie mój język, z tego, z czego dawniéj już oswobodziłeś moje serce; i błogosławiłem tobie z radością, udając się na wieś z moimi przyjaciółmi. Jak usilnie przykładałem się na tém ustroniu do nauk twéj służbie już poświęconych, ale to jakby w nagłym dopiéro przestanku, szkolną jeszcze pychą tchnących: dowodzą tego księgi rozpraw z obecnymi towarzyszami, i moje samotne rozmowy w twéj obecności; jako i listy, które pisałem do nieobecnego nam Nebrydyusza. Ale czyliżby mi wystarczył czas do wymienienia wszystkich dobrodziejstw, któremi wtedy obsypałeś mnie, zwłaszcza że przytoczyć pospieszam ważniejsze nierównie rzeczy? Pamięć moja przywołuje mnie do ciebie, i bardzo mi to słodko jest wyznać tobie Panie, jakiemiś mnie bodźcami wewnętrznemi uśmierzał, jakoś mnie równał zniżając góry i pagórki dumnych myśli moich, jakoś prostował moje kręte drogi, i moje chropowatości gładził; jakim niemniéj sposobem Alipiusza brała serca mojego poddałeś imieniowi jednorodzonego syna twojego Pana i Zbawcy naszego Jezusa Chrystusa, którego wprzód umieścić nie dopuszczał w moich pismach. Chciał on aby pisma nasze tchnęły raczéj zapachem cedrów filozofii, które już we mnie Pan połamał; aniżeli wonią niskiéj rośliny kościoła, owych ziół zbawiennych, wężom tylko przeciwnych.
Nieświadom jeszcze dobrze czystéj twéj miłości, jakież to westchnienia wydawałem do ciebie o Boże! czytając psalmy Dawida, wierne śpiéwy, owe hymny pobożności wyłączające ducha pysznego, gdym podzielał mój odpoczynek we wiejskiém zaciszu z Alipiuszem podobnym mnie katechumenem, i z nieodstępną nam matką moją w sukni wprawdzie niewieściéj, ale z męzką wiarą w wytrawionym wieku, z macierzystą miłością, i chrześciańską pobożnością. Jakże czułemi westchnieniami unosiły mnie do ciebie te psalmy? Jak żywo zapalałem się niemi ku tobie? I rozgorzałem pragnieniem, aby po całym świecie, gdyby to w méj mocy było, śpiéwane były, na zniszczenie pychy ludzkiego rodzaju! Są one wprawdzie po całym świecie śpiéwane; „a nie masz, ktoby się mógł zakryć od gorącości twojéj[8].“
Jakżem się bardzo, lecz z boleścią serca mojego gniewał na Manicheuszów? jakie niemniéj politowanie nad niemi obudzała we mnie ich niewiadomość o tych tajemnicach, i zbawiennych lekarstwach; oraz nad zapaloném ich szaleństwem przeciw „antidotum,“ zaradczemu wcześnemu środkowi, któreby do rozumu było ich przywiodło. Chciałem tego, by wtedy byli mi obecnemi, jeżeliby mimo méj wiedzy byli mnie słuchali; mój głos i twarz moję uważali; gdym w owém wiejskiém zaciszu czytał psalm czwarty, i co ze mnie ten psalm uczynił: „Kiedym cię wzywał, wysłuchałeś mnie Boże sprawiedliwości mojéj, w uciśnieniu rozprzestrzeniłeś mi; zmiłuj się nade mną Panie a wysłuchaj modlitwę moję[9].“ O! żeby mnie byli mimo méj wiedzy słuchali, jeżeliby słuchać chcieli, nie w tém jednak mniemaniu, że do nich te uwagi stosuję, któremi przerywałem słowa psalmu; inaczéjbym zapewne był mówił, wiedząc że mnie widzą i słyszą, a chociażbym z tém uczuciem był mówił, nie byliby zapewne tak pojęli uczucia mojego, z jakiém mówiłem je ze sobą, i do siebie przed oczyma twojemi, z czułą serca mojego poufałością. Zadrżałem z bojaźni, i zarazem zawrzałem nadzieją i radością w twojém miłosierdziu o Ojcze! Te uczucia méj duszy wydawały się przez moje oczy i głos mój, gdy obróciwszy się do nas duch twéj miłości mówi nam: „Synowie człowieczy, pókiż ciężkiego serca, przecz miłujecie marności i szukacie kłamstwa[10]?“ Niestety czyliż nie miłowałem próżności i nie biegałem za kłamstwem? „Ty jednak Panie jużeś wywyższył świętego twojego wskrzeszając go od umarłych i po prawicy twojéj umieszczając[11], z kąd posłać miał obiecanego Pocieszyciela, Ducha prawdy[12] i już go był posłał, alem nie wiedział.
Już go posłał, ponieważ po zmartwychwstaniu i na niebiosy wstąpieniu już był uwielbiony. Albowiem „przedtém Duch nie był jeszcze dany, bo Jezus nie był uwielbiony[13].“ A prorok wola: „pókiż ciężkiego serca? przecz miłujecie marność i szukacie kłamstwa? Wiédzcież, iż dziwnym uczynił Pan świętego swojego[14].“ Woła: Dopókiż? Woła: Wiédzcież! Oto ja w długiéj niewiadomości miłowałem próżność, i usilnie szukałem kłamstwa! Dlategom usłyszał i zadrżał z bojaźni przypominając sobie, że byłem jednym z liczby tych, których te słowa strofują. Urojenia bowiem, które brałem za prawdę, próżnością i kłamstwem były napełnione. Jakże wielu wyrazami mocno i głęboko zagrzmiał mój głos w bolesném rozpamiętywaniu mojém swych błędów! gdyby na ten głos byli swych uszu nastawili, którzy dotąd jeszcze miłują próżność, i gonią za kłamstwem! byłby ich pewnie zatrwożył, możeby z womitami swój błąd z siebie wyrzucili, tybyś wysłuchał wołania ich z głębi serca podnoszące się ku tobie, ponieważ prawdziwą ciała śmiercią umarł za nas ten, który się za nami do ciebie wstawia.
Czytałem daléj: „Gniewajcie się a nie grzeszcie“ jakże temi wyrazami żywo byłem poruszony mój Boże, nauczywszy się już przedtém gniewać na siebie o przeszłe uczynki moje, abym w przyszłości nie grzeszył. I słusznie gniewałem się, bo to nie inna natura, czyli plemie ciemności, we mnie grzeszyło, jak to utrzymują, którzy nie gniewają się na siebie „i skarbią sobie gniew w dzień gniewu i objawienia sprawiedliwego sądu twojego[15].“
Szczęśliwość i dobra moje nie były już zewnątrz na świecie, anim ich szukał w tém słońcu okiem cielesném. Którzy swéj roskoszy zewnątrz siebie szukają, rozpraszają się jak dym, i jako woda rozlewają się na przedmioty widome i doczesne; lecz wygłodniałą swoją myślą samych tylko znikomych postaci kosztują. O gdyby oni głodem swoim osłabieni, uczuli, tę potrzebę i zawołali: „któż nam okaże dobra?“ O gdyby nastawili ucha na odpowiedź noszę: „naznamionowana jest nad nami światłość oblicza twojego Panie[16]. „ Nie jesteśmy wprawdzie światłem które każdego człowieka oświeca[17]“: lecz od ciebie jesteśmy oświeceni, iż „będąc niekiedy ciemnościami, byśmy w tobie światłością się stali[18]“.
O gdyby widzieli to wewnętrzne światło, nigdy niezagasłe; jakżem się gniewał, żem go już kosztował a okazać im go nie mogłem; gdyby przynieśli mi swoje serce, które widzą swemi oczyma od ciebie odwrócone, i zapytali się; „któż nam okaże dobra?“ Tam albowiem, tam gniewałem się na siebie w tajnéj łożnicy mojéj, gdzie żywą przejęty żałością, czyniłem ci ofiarę zabijając stare życie moje rozpoczynałem moje odnowienie z mocną nadzieją na łonie twéj dobroci; tam zacząłem kosztować twéj słodyczy; tam serce moje prawdziwą napełniłeś radością. Wykrzyknąłem z uciechą czytając tę prawdę zewnątrz wewnętrznym sensem potwierdzoną; i nie chciałem rozrywać się wielością dóbr ziemskich, ani być utratnikiem czasu, ani jego ofiarą, skoro wieczna prostota opatrzyła mnie „innym rodzajem zboża i wina, i oliwy[19].“
A następujący wiérsz wywodził z serca mojego długie wołanie: „Och w jego pokoju! Och w nim samym!“ O szczęśliwe słowo: „W pokoju pospołu będę spał i odpoczywał?“ I któż nam sprzeciwić się zdoła, gdy się spełnią inne słowa pisane: „śmierć jest pożarta w zwycięztwie[20].“ I ty jesteś tą potężną istotą, która nie zmienia się nigdy; w tobie prawdziwy odpoczynek i zapomnienie zupełne wszystkich prac i trudów; ponieważ nie kto inny jedynie ty, i nie dla innego celu, tylko dla osiągnienia ciebie samego „Panie osobliwie w nadziei postanowiłeś mnie.“ Czytałem i coraz bardziéj zapalałem się, nie wiedząc jak sobie postąpić miałem z temi głuchemi śmiertelnikami, pomiędzy któremi niedawno wojowałem językiem jadem zaprawionym jako ślepy i rozjątrzony szczekacz przeciwko świętym księgom, któreś niebieską napełnił słodyczą i światłem twojém je rozjaśnił; schnąłem prawie od gniewu na owych nieprzyjaciół tego pisma, gdym sobie na pamięć przywodził wszystkie mowy w owych gorszących dniach wakacyjnych przeszłego życia mojego.
Nie wypuściłem z pamięci ani zamilczę równie dotkliwéj od ciebie chłosty, jak i podziwiającego pośpiechu miłosierdzia twego: Udręczyłeś mnie wtedy nieznośną zębów boleścią, która gdy tak bardzo się wzmogła, żem nawet mówić nie mógł, przyszło mi na myśl, zachęcić obecnych moich przyjaciół, aby za mną prosili ciebie o Boże i Panie wszelkiego zdrowia! Napisałem moje żądanie na woskowanéj tablicy, i podałem im do czytania. Zaledwo żeśmy z upokorzoną prośbą zgięli nasze kolana, zniknęła od razu owa boleść. Ale jaka boleść! i jakim zniknęła sposobem? Przeląkłem się wyznaję to Panie przed tobą mój Boże! żem nic podobnego od saméj kolebki życia mojego nie doznał. Twéj tedy woli skinienie, zachowałem w głębi serca mojego, a ciesząc się moją wiarą, wysławiałem święte imię twoje. Ta jednak wiara nie dozwalała mi być bespiecznym, względem przeszłych grzechów moich, które jeszcze nie były mi przez chrzest święty odpuszczone.




ROZDZIAŁ V.
Oznajmia swój zamiar obywatelom Medyolanu.

Po upłynionych wakacyach, zawiadomiłem obywateli Medyolanu, aby dla swéj szkolnéj młodzieży wystarali się o innego słów sprzedawcę, z powodu żem postanowił poświęcić się zupełnie twéj służbie, tudzież boleść w piersiach, i ciężkie oddychanie, nie dozwalają mi już dłużéj pełnić obowiązków nauczyciela. Oznajmiłem niemniéj w liście słudze twojemu ś. biskupowi Ambrożemu przeszłe moje błędy i niniejszy mój zamiar, prosząc go o radę: których ksiąg z pisma twojego czytanie będzie dla mnie pożyteczniejsze? abym do przyjęcia tak wielkiéj łaski chrztu ś., tém godniéj przygotować się zdołał. Wskazał mi Izajasza proroka, dla tego pewnie, że od innych jaśniejszym jest przepowiadaczem ewangelii, i wezwania pogańskich narodów do wiary. Lecz nie mogąc zrozumieć sensu piérwszych wiérszów jego księgi, mniemając że cały tak trudnym będzie do zrozumienia, odłożyłem czytanie go na czas przyszły, póki w nauce Chrystusa Pana daléj nie postąpię.




ROZDZIAŁ VI.
Wraca do Medyolanu, przyjmuje chrzest z Alipiuszem przyjacielem i Adeoadatem swoim synem, o którego rzadkim geniuszu i śmierci namienia.

Kiedy już nadszedł czas, w którym zapisać się miałem pod zwycięzką chorągiew twoję, powróciliśmy ze wsi do Medyolanu. Chciał i Alipiusz ze mną razem odrodzić się w tobie; już on przywdział na siebie suknię pokory, potrzebną do ucześnictwa twoich Sakramentów; nieustraszony ten poskromca ciała swojego bosemi nawet nogami chodził po zlodowaciałéj ziemi włoskiéj, z podziwiającą wytrwałością i odwagą. Przybraliśmy do naszego towarzystwa i Adeodata chłopczynę, mojego syna według ciała przez mój grzéch zrodzonego. Tyś Panie obsypał go hojnie swemi dary. Liczył on sobie wtedy lat około piętnaście, a geniuszem swoim przechodził wielu poważnych i uczonych mężów.
Twoje dary ogłaszam przed tobą Panie Boże Stwórco wszech rzeczy, który potęgą twoją przekształcić możesz nieforemności nasze. Albowiem w tém dziecięciu nic więcéj nie miałem swojego prócz grzéchu; a jeżeli w twéj bojaźni był wychowany, tyś mnie tém natchnął, nikt inny; więc dary twoje przed tobą wyznaję. Napisałem książkę pod nazwiskiem: „o Mistrzu“ on to w niéj ze mną rozmawia; a umieszczone odpowiedzi pod imieniem rozmawiającego, ty wiesz Panie, że te pomysły są owocem szesnastego roku życia jego. Wyjawiał on przede mną wiele innych myśli, godnych większego jeszcze podziwienia. Przestraszał mnie wprawdzie ten rzadki geniusz. I któryż inny prócz ciebie jest mistrzem takich dziwów.
Rychło powołałeś go z życia na téj ziemi, i dla tego bespieczniéj odświeżam go sobie w pamięci, ani jego wiek dziecięcy, ni on piérwszy młodzieńczy nie trwoży mnie żadną względem téj istoty bojaźnią. Połączyliśmy go jako rówiennika z nami w łasce twojéj, mając go wychować w twojéj nauce pod twemi oczyma; zostaliśmy tedy ochrzczeni, i znikła od razu wszelka niespokojność życia przeszłego. W piérwszych dniach odrodzenia mojego, nie mogłem nasycić się tak słodkiém rozważaniem dziwnych i niezgłębionych układów twoich względem zbawienia rodzaju ludzkiego. Jakiż zdrój łez wy trysnął z mych oczu, żywo będąc poruszony przyjemnym głosem hymnów i pieśni kościoła twojego. Spiéwy te wpływały do moich uszu, a prawdę twoję wlewały do serca mojego; wzniecały we mnie wrzącéj miłości westchnienia: płynęły łzy radosne, w których rzetelnéj doznawałem roskoszy.




ROZDZIAŁ VII.
O wyjawieniu ciał świętych: Gerwazego i Protazego.

Kościół medyolański nie dawno obchodzić zaczął z pociechą i wzajemném do pobożności pobudzaniem się, pienia głosem i sercami bratniemi naprzemian śpiéwane. Przed   rokiem albo nieco wcześniéj, Justyna matka niedorosłego jeszcze Walentyniana cesarza, uwiedziona kacerstwem Aryanów, srodze prześladowała sługę twojego Ambrożego. Lud prawowierny i pobożny, całe noce w kościele przepędzał, umrzeć gotów ze swoim biskupem a gorliwym sługą twoim. Matka moja ukorzona służebnica twoja, mając udział z piérwszemi osobami tego czuwania i utrapienia, modlitwami prawie żyła. My zaś, aczkolwiek niezagrzani jeszcze gorącością Ducha twojego, poruszeni jednak byliśmy trwogą i całego miasta pomieszaniem. Wtedy dla oszczędzenia ludowi tęsknoty w ciężkim jego smutku postanowiono, aby według obyczaju wschodniego kościoła śpiéwane były hymny i psalmy; obyczaj ten, począwszy od owego czasu aż dotąd, pomiędzy nami się kołysze, i za jego śladem poszły wszystkie niemal części wielkiéj twéj po całym świecie rozszérzonéj owczarni.
Wtedy objawiłeś we śnie owemu biskupowi miejsce: które w sobie taiło ciała męczenników Gerwazego i Protazego. W sekretnym skarbie twoim zachowałeś je przez tyle lat[21] nieskażone, z któregoś je w potrzebnym czasie wydobyć miał na pohamowanie wściekłéj zapalczywości niewiasty, ale cesarzowéj. Kiedy odkryte i wykopane z uroczystą processyją do bazyliki Ambrożego były niesione, nie tylko opętani od nieczystych duchów uwolnieni zostali, co sami czarci wyznawali, ale oprócz tego pewien obywatel całemu miastu dobrze znany, od wielu lat ślepy, wesołe śpiewy i gwar słysząc, o przyczynę pytał, a dowiedziawszy się podniósł się z radością i prosił swego wodza, aby go prowadził do tych świętych szczętów. Skoro był doprowadzony, uprosił aby mu dozwolono dotknąć się chustką nosidła, na którém złożone były ciała „drogiéj przed obliczem twojém śmierci świętych twoich[22].“ Skoro to uczynił i tą chustką dotknął się swych oczu, natychmiast mu się otworzyły. Stąd głośna wieść cudu wszędzie i nagle się rozbiegła, stąd wszystko ożyło jasnością twéj chwały. Stąd i serce nieprzyjaciołki, chociaż nie przyjęło zdrowia przez wiarę, jednak w zapalczywości prześladowania pohamowane zostało.
Dzięki tobie za to mój Boże, z kądkolwiek wywiodłeś i dokąd zaprowadziłeś przypomnienie moje, przez które ku powiększeniu twéj chwały wyjawiłem to wielkie zdarzenie, a byłbym go mojém zamilczeniem w niepamięć puścił. Wtedy jednak „gdy wszystko tchnęło zapachem wonnych olejków twoich[23]“ nie pobiegliśmy za tobą.
Dla tego to, tém rzewniéj płakałem w owéj godzinie słysząc śpiéwy hymnów twoich; od dawna wzdychałem do ciebie, odetchnąłem nareszcie całém powietrzem, ile się takowego w cisnąć mogło do glinianéj chatki méj istoty.




ROZDZIAŁ VIII.
O zgonie ś. Moniki i jéj wychowaniu.

„O Panie który czynisz, że mieszkają jednych obyczajów w domu[24],“ przyłączyłeś wtedy do naszego towarzystwa jeszcze i Ewodyusza młodzieńca, rodem z Tagasty naszego miasta, który pełniąc służbę oficera pełnomocnika przy wojsku cesarskiém, wprzód niźli my nawrócił się i ochrzczony został; porzuciwszy świecką wojskowość, do twojéj się zapisał. Razem połączeni umyśliliśmy prowadzić życie społeczne w świętém postanowieniu; szukaliśmy więc dogodnego miejsca do zamieszkania, na którémbyśmy w naszym zamiarze najużyteczniéj tobie służyć mogli; postanowiliśmy tedy wrócić się razem do Afryki, a gdyśmy już byli w mieście Ostyi przy ujściu Tybru, matka moja dokonała żywota.
Bardzo wiele rzeczy mijam, bo bardzo pospieszam. Przyjmij moje wyznania i dziękczynienia mój Boże, które ci składam za nieprzeliczone dobrodziejstwa twoje, nawet w milczeniu zachowane. Ale pominąć tego nie mogę, jakie myśli rodzi dusza moja o twojéj służebnicy, któréj ciało zrodziło mnie do światła doczesnego, a serce jéj odrodziło mnie do światła wiecznego. Nie jéj własne, ale z twéj hojności na nię wylane dary ogłosić pragnę. Bo ani życia ani swojego wychowu nie była ona sama dawczynią. Tyś ją stworzył: ani jéj ojciec ni matka wiedzieli, jakie dzieło przez nich wydane będzie. Wykształciła ją w twéj bojaźni rózga (łaska) Chrystusa twojego; nadzór opatrzności Syna twojego w prawowiernym domu, zdrowym członku kościoła twojego.
Nie tak ona chwaliła gorliwość swéj matki w wychowaniu i w udzielaniu jéj przestrogi, jako raczéj baczny nadzór jednéj sędziwéj już służącéj, która jéj ojca dziecięciem jeszcze będącego nosiła, jakto podrosłe dziewczyny dzieci na barkach nosić zwykły. Ta więc pamiątka, jéj wiek sędziwy i czyste obyczaje, zjednały dla niéj prawdziwy szacunek w domu chrześciańskim u jéj panów: którzy jéj również prowadzenie swoich córek powierzali, a gorliwość jéj godnie obowiązkowi temu odpowiadała; używała ona w potrzebie chwalebnéj ostrości do sprostowania ich błędów, a w nauczaniu ich, podziwiającéj roztropności. Albowiem oprócz tych godzin, w których u stołu rodziców brały skromne pożywienie: ani im, zapobiegając szkodliwemu nałogowi, wody za nadto pić nie dozwalała, chociaż im najbardziéj pragnienie dokuczało, lecz poważnemi słowy do nich mówiła: „Teraz wodę pijecie bo wina w mocy waszéj nie macie, lecz, gdy do domów waszych mężów przyjdziecie, zostawszy paniami szaf i szpiżarni, wtedy wzgardzoną wodę przewyższy nałóg napoju.“ Tym mądrym sposobem rozkazów i powagi uskramiała chciwą młodego wieku żądzę, i samo nawet młodych panienek pragnienie ograniczała według przyzwoitéj miary, która przestrzega zapragnienia tego, co nie przystoi. Wyjawiła mi atoli jako swojemu synowi twoja służebnica, że się jednak wkradł w nię pociąg do wina. Kiedy jéj rodzice, według zwyczaju jak trzeźwą panienkę posyłali ją po wino do kufy, gdy natoczyła do naczynia, wprzódy nim wino do flaszki z niego wylała, wiérzchem warg z razu troszkę tylko skosztowała, nie mogła więcéj, bo wstrętem jéj zmysłu, pokusa ta była zaraz pokonaną. Nie czyniła tego z żadnéj do napoju skłonności, ale z napływu lekkich wyboczeń w młodym wieku, które zabawnemi wywierają się poruszeniami, a które w młodocianych sercach, przewaga starszych uskramia.
Lecz do téj troszki codziennie dodając troszkę „bo kto gardzi małemi rzeczami, pomału upada,“ popadła w taki nałóg: że prawie pełne kieliszki wina z ochotą wypijała. Gdzież wtedy podziała się owa sędziwa i przezorna ochmistrzyni? ostre i ścisłe jéj zakazy? I któreż lekarstwo skuteczniéj zapobiédz zdoła ukrytéj chorobie, jeżeli twoje Panie zbawienne baczenie czuwać nad nami nie będzie? W nieobecności jéj ojca i matki i wszystkich wychowawców tyś zawsze obecny, któryś stworzył, który wołasz nas do siebie, a nawet przez ludzi przewrotnych dobrze czynisz dla duszy zbawienia. Cóżeś wtedy uczynił mój Boże? jakim sposobem uléczyłeś ją? Czyliż nie dobyłeś z innéj duszy przykrego i ostrego przekąsu, jakby lekarskiego narzędzia w ukryciu przygotowanego, którém twoja ręka za jednym razem odcięła tę zaraźliwą gangrenę? Jedna ze służebnic, która z nią zwykle chodziła do kufy po wino, przemawiając się z młodą swoją panią, jakto bywa sam na sam; zarzuciła jéj z dotkliwém szyderstwem występek wina pijaczki. Tym zarzutem żywo przerażona, widząc swój naganny obyczaj, niezwłocznie go porzuca i wyzuwa się z niego. Jak to szczérą jest prawdą, że przyjaciele psują nas swojém pochlebstwem, tak zarówno i nieprzyjaciele swym zarzutem nas poprawują; a twoja sprawiedliwość nie to nagradza im co przez nich działasz, ale według ich woli im odpłaca. Bo ta służąca gniewem swoim chciała rozjątrzyć swoję panią, ale nie uleczyć jéj wady, i dla tego czyniła to skrycie; bądź, że ich takie miejsce i czas waśni napotkał, bądź, że sama bała się kary, za tak późne błędu wyjawienie. Ale ty Panie, który nieba i ziemi władasz mieszkańcami, ty ku twemu pożytkowi kierując głębokiém rzéki ludzkich czynów korytem i burzliwych wieków bieg urządzając, jednéj duszy złośliwością uzdrowiłeś drugą, aby nikt osobistéj swéj sile nie przypisał owéj zasługi z tego przykładu, postrzegając, że jego słowo ma zbawienny wpływ na poprawienie drugiego, którego poprawić pragnie.




ROZDZIAŁ IX.
O cnotach ś. Moniki.

W ojczystym domu skromnie i starannie wychowana, od ciebie raczéj nauczona być podległą rodzicom, a niźli od rodziców tobie: skoro doszła wieku dojrzałego, za mąż wydana służyła mu jako panu swojemu; a gorliwa o pozyskanie go dla ciebie, dowodziła mu ciebie językiem swych czystych obyczajów, któremi ją piękną czyniłeś, a z szacunkiem i podziwem miłą mężowi. Z taką cierpliwością znosiła jego wiarołomności, że żadna posępna niechęć nigdy w tym względzie pomiędzy niemi nie zaszła: oczekiwała ona twojego nad nim miłosierdzia, że z wiarą zarazem i czystością go obdarzysz. Jak szczególny był dobrocią i łagodnością, tak niemniéj gniewem nagle się zapałał; lecz rozgniewanemu mężowi nie sprzeciwiała się, ni uczynkiem, ni żadném słowem. Skoro widziała go umiarkowanym i spokojnym, upatrzywszy sobie sposobność, zdała mu sprawę ze swego postępku, jeżeli się trafiło że nieobacznie był uniesieniem poruszony.
Kiedy prócz tego wiele niewiast, które miały nierównie łagodniejszych mężów, na twarzy nawet oszpeconéj nosiły ślady domowéj srogości, w zażyłéj rozmowie pomiędzy sobą oskarżały obyczaje swych mężów, matka moja ich język winiła, i żartem dawała im bardzo ważne przestrogi; w nich słyszały odświéżenie obowiązków zawartych w kontrakcie małżeńskim, który jako akt autentyczny ich poddaństwa uważać powinny: i często w pamięci odświéżać ten warunek, że przeciw panom swoim wynosić się i powstawać nie należy. A gdy owe niewiasty, znając nader gwałtowny humór jéj męża, nadziwić się nie mogły, że nigdy nie słyszano, ani żaden ślad wyjawiał, aby Patrycyusz kiedy uderzył swoję żonę, albo domowém zwaśnieniem choć na jeden dzień między sobą się poróżnili, i gdy w sekrecie pytały o przyczynę, uczyła ich sposobu postępowania sobie, jakem go wyżéj skréślił. Które poszły za jéj doradą i spróbowały tego środka, spokoju sobie winszowały; pogardzające zaś jéj nauką w poddaństwie i uciśnieniu zostawać musiały.
Świekrę niemniéj swoję podniecaną z początku przeciw sobie podszeptami złośliwych służebnic, tak przekonała uszanowaniem, stateczną cierpliwością i łagodnością: że ona sama wyjawiła swemu synowi te języki jadem zatrute, które pomiędzy nią i synową mąciły pokój domowy, i żądała ich ukarania. Patrycyusz matki swéj posłuszeństwem skłoniony, starając się utrzymać jedność, zgodę i domowy porządek, obwinione według woli oskarżycielki sprawiedliwie ukarał; ona sama przyrzekła podobnéj nagrody od siebie spodziewać się, którakolwiek ze służebnic dla przypodobania ważyć się będzie co złego mówić o synowéj. Tym sposobem kłamstwo zostało poskromione, a świekra ze synową żyły od tego czasu w zobopólnéj pomiędzy sobą życzliwości.
Jeszcześ Boże mój miłosierdzie moje! tę wierną służebnicę twoję, w któréj żywocie, utworzyłeś mnie, tym nieocenionym ubogacił darem: gdy pomiędzy niezgodne i rozjątrzone wchodząc osoby, gdzie wpływ mieć mogła, tak zachowała się spokojną i umiarkowaną, słysząc z obudwóch stron słowa pełne żółci i goryczy; że owe nudzące obelgi, których nadęta i niepowściągliwa nienawiść strawić nie mogąc, szuka dla siebie ulgi w oczernieniu przed obecną przyjaciółką nieobecnéj swojéj nieprzyjaciołki; o niczém jednak, ani jednéj, ani drugiéj nie doniosła, ale używała słów skutecznych do pogodzenia stron zwaśnionych.
Nie wiele dobrego przyznawaćby należało téj cnocie, gdyby smutne doświadczenie nie było mnie nauczyło, jak wielka jest liczba takowych ludzi okropném grzéchów powietrzem zarażonych, którzy rozgniewanych nieprzyjaciół mowy, nie tylko donoszą zagniewanym nieprzyjaciołom, ale jeszcze dodają czego nie słyszeli; kiedy przeciwnie, każdy umysł ukształcony i ludzki, za małą to rzecz uważać każe, chociażby się ktokolwiek wstrzymał od złośliwych doniesień nienawiścią pobudzonych, jeżeli sobie tego nie poczyta za ścisły obowiązek, aby to zarzewie niezgody dobrą mową zagasił i zadeptał: taką ona była przez ciebie ukształconą Mistrzu wewnętrzny, w szkole jéj serca ją nauczający. Nakoniec i męża swojego przy ostatnim kresie jego doczesnego życia tobie pozyskała; ani już tego nie płakała w prawowiernym, co przedtém od niewiernego ponosiła.
Była ona równie i sług twoich służebnicą; każdy z nich, który ją znał, bardzo cię w niéj chwalił, czcił i miłował, bo czuł w jéj sercu obecność twoję owocami świętego życia poświadczoną. „Jednego męża była żoną, odpłaciła dług wdzięczności swoim rodzicom, domem swoim pobożnie rządziła, świadectwo miała w dobrych uczynkach[25].“ Synów swoich, których piersiami swemi karmiła, wychowała; po tyle kroć ich odradzała, ile razy widziała, że zbaczają od ciebie. Nareszcie, kiedyśmy wszyscy twoi słudzy mój Boże (bo dobroć twoja tego nam imienia dozwala), przed ostatniém jéj zaśnięciem, miłością twoją i łaską chrztu ś. połączeni razem żyli, takie miała staranie o nas, jakbyśmy wszyscy jéj dziećmi byli, i tak służyła nam, jakby każdy z nas był jéj rodzicem.




ROZDZIAŁ X.
Rozmowa ś.Moniki z jéj synem o szczęściu wiecznego życia.

Kiedy się już przybliżał dzień, w którym z tego życia do lepszego przenieść się miała, ów dzień tobie tylko wiadomy, przed nami zaś ukryty: trafiło się jak mniemam z twoich tajemnych rozporządzeń: że ona i ja, sami tylko, stanęliśmy przy oknie wsparłszy się na niém. Widok z niego wychodził do ogrodu tego domu, w którym zamieszkaliśmy w Ostyi przy porcie; tam w oddaleniu od tłumów ludu, długą podróżą utrudzeni odpoczywając, oczekiwaliśmy żeglugi.
Sam na sam rozmawialiśmy z sobą bardzo słodko, a puszczając w niepamięć przeszłe rzeczy obróciliśmy z natężeniem cały nasz umysł na widok przyszłości; badaliśmy pomiędzy sobą w obliczu prawdy, którą ty jesteś: jakie będzie świętych wieczne życie, którego ani oko widziało, ani ucho słyszało, ani serce człowiecze wyobrazić sobie może.[26] Nastawialiśmy tedy ust serca naszego na wytryskujące strumnienie zdroju twojego, zdroju żywota, który jest u ciebie[27], abyśmy według pojęcia naszego nasiąkli tą rosą niebieską, o ile zdołamy, unosić się mogli myślą naszą po téj wysokości nadzmysłowych rzeczy.
Gdy nasza rozmowa doszła do tego kresu rozwagi, że najprzyjemniejsza roskosz zmysłowa, acz największém światłem materyalném rozjaśniona, nie tylko porównania z prawdziwą szczęśliwością nadzmysłowego żywota, ale nawet wspomnienia nie jest godna; uniesieni wyższém gorącéj miłości uczuciem ku Istocie, która prawdziwém jest szczęściem, przechodziliśmy stopniowo wszystkie prawie materyalne jestestwa, samę nawet niebieską przestrzeń, z któréj słońce, księżyc i gwiazdy światło do nas przesyłają. A wznosząc się jeszcze wyżéj naszemi myślami, mową i podziwieniem dzieł twoich, przyszliśmy do dusz naszych, minęliśmy je, byśmy rychlej dojść mogli do owéj krainy niewyczerpanéj obfitości, w któréj na pastwisku wiecznéj prawdy nasycasz Izraela, a wktóréj życie twórczą jest mądrością tego wszystkiego, co jest, co było i co będzie; jedynie ta mądrość jest niestworzona, ale jest czém była, i tém zawsze będzie; albo wryraźniéj: w któréj nie mieści się: było, ani będzie, ale samo jest; ponieważ jest wieczna, bo co już było, i co dopiéro będzie, nie jest wieczne.
Tak więc rozmawiając w miłém uniesieniu i tęsknocie ku temu życiu, dotknęliśmy je na moment nagłym serca poskokiem. W tém momentalném zachwyceniu czuleśmy westchnęli i zostawiliśmy przywiązane do wiecznego życia ducha pierwiastki; po czém przywróciliśmy do zwykłego brzmienia usta nasze, gdzie słowo zaczyna się i kończy. Ale cóż w niém podobnego słowu twojemu, Panu naszemu, który trwa w sobie nieodmiennie a wszystkie rzeczy odnawia? Mówiliśmy daléj:
Jeżeli znajduje się jaka dusza, w którejby się uciszyła burzliwość jéj ciała, zniknął dla niéj na tym wielkim obszarze świata widok ziemi, wody, powietrza i nieba; aczby i sama dusza w sobie zamilkła, zapominając o sobie, nie rozważała się; gdyby zniknęły sny, widma, zjawienia; ustała wszelka mowa, wszelkie zewnętrzne znamię, i cokolwiek przechodząc staje się; chociażby to nie odzywało się w niéj wcale; jeżeli jednak dusza ta szczérze słuchać zechce, wszystkie te rzeczy mówią jéj głośno: nie myśmy udziałały siebie same, ale udziałał nas ten, który trwa na wieki; a powiedziawszy to, choćby już nic więcéj nie mówiły, samym tym głosem swoim podniosłyby duszę naszę ku Twórcy swojemu, aby on sam mówił, nie już przez stworzenia swoje, ale przez siebie samego: byśmy słuchali Słowa jego, które mówi nie językiem ciała, ani głosem anioła, ni w grzmocie chmury, ani téż pod zasłoną przypowieści, ale że ten sam mówi do nas, którego w tych rzeczach kochamy, bez nich tedy słuchać go mamy z taką uwagą i natężeniem, jak w tym momencie szybkim myśli naszéj polotem dotykamy wiecznéj mądrości trwalszéj nade wszystko; i gdyby ta myśl trwała ciągle w takiém uniesieniu, aczby inne niższego rodzaju widzenia odjęte były, sama ona jedna porywałaby, zanurzała w wewnętrznych roskoszach widza swojego i zachowywała; jeżeliby nakoniec wieczne życie takie było jak to przelotne zachwycenie, do którego w téj chwili jeszcze wzdychamy, nie byłażby to spełniona obietnica tego słowa: wnijdź do wesela Pana twojego[28]? a to kiedy? czyliż nie wtedy, gdy wszyscy zmartwychwstaniemy, ale nie wszyscy przemienieni będziemy[29]?
Takie były myśli naszéj rozmowy jeżeli nie te same słowa. I ty najlepiéj wiész Panie! że tego samego dnia gdyśmy tak słodko rozmawiali, a świat znikczemniał nam z całym swych roskoszy powabem, ona rzekła do mnie: „Synu, co się mnie tyczy, żadna rzecz mnie już do tego życia nie wiąże. Co tu jeszcze czynić mam; i dla czegobym tu dłużéj była? nie wiem, skoro wszelka świata nadzieja już się względem mnie spełniła. To jedno tylko było, dla czegom dłużéj nieco w tém życiu zabawić pragnęła: abym cię chrześcianinem katolikiem wprzód widziała, nim dokonam żywota. Ale mój Bóg obficiéj mnie tém obdarzył, ponieważ ciebie, któryś wzgardził świata szczęśliwością, także prawdziwym sługą jego widzę. „Cóż tu jeszcze mam czynić.?“




ROZDZIAŁ XI.
Ostatnie słowa świętéj Moniki.

Com jéj powiedział na te słowa, nie zupełnie sobie na pamięć przywodzę. Lecz od czasu téj rozmowy zaledwo pięć albo sześć dni upłynęło, została febrą złożona. A gdy pewnego dnia w czasie swéj choroby omdlała, i na chwilkę przytomność rzeczy obecnych utraciła, przybiegliśmy do niéj, lecz wkrótce przyszła do zmysłów; spojrzawszy na stojących nas przy sobie na mnie i brata mojego, rzekła nam, jakby zapytać się chciała: „gdzieżem była?“ A patrząc na nas bolesnym smutkiem zdrętwiałych, mówiła: Czy tu zostawicie matkę waszę? „Ja milczałem i łzy zatrzymałem. Brat mój powiedział słów kilka, wyrażając niemi życzenie, że nie na obcéj ziemi, ale raczéj w ojczyźnie swojéj według życzenia żywota dokona. Słysząc, te słowa, z zasmuconém obliczem strofując go oczyma o takie myśli, spojrzawszy potém na mnie, rzekła: „patrzaj co mówi“ i niebawnie do nas obudwóch mówiła: „Pochowajcie to ciało gdziekolwiek; niech oń żadne staranie was nie miesza. O to was tylko proszę, abyście o mnie przed ołtarzem pańskim wszędzie gdziekolwiek będziecie, pamiętali.“
Gdy nam tę myśl swoję wyjawiła wyrazami, jakie wtedy wymówić mogła, uciszyła się; a wzmagającą się chorobą była dręczona. W ówczas rozważałem twoje dary niewidzialny Boże, które zasiewasz na sercach wiernych twoich, a które zadziwiające żniwo przynoszą; cieszyłem się i dzięki ci składam, przypominając sobie, o czém wiedziałem, jak usilném staraniem zawsze była zajęta o swój grób, na który wyznaczyła i przygotowała miejsce obok ciała swojego męża, ponieważ w ścisłéj zgodzie, ze sobą żywot prowadzili; chciała prócz tego (ile że umysł człowieczy nie zawsze jest zdolny pojąć boskie rozporządzenia) dodać do téj szczęśliwości; aby ludzie mówili, że i po zamorskiéj podróży, — ta sama rodzima ziemia i po śmierci złączone ich małżeńskie popioły pokrywa.
Kiedy zaś czczość ta od hojności twéj łaski znikać w jéj sercu poczęła: tegom nie wiedział; a to wyjawienie jéj myśli tak szczerze przede mną uczynione, napełniło mnie radością i zdumieniem. Ale nawet i w naszéj rozmowie przy owém oknie, te słowa: „Cóż tu jeszcze mam czynić?“ jasno dowodziły, że nie pragnęła umrzeć w swéj ojczyźnie. I to także pózniéj słyszałem, gdyśmy w Ostyi bawili, że wtedy już z niektórymi przyjaciółmi mojemi, pewnego dnia podczas méj nieobecności, w macierzystém zaufaniu o wzgardzie życia i szczęśliwéj śmierci rozmawiała. A zdumieni nad cnotą téj niewiasty, którą jéj ty dałeś Panie, gdy zapytali się czyliby nie lękała się zostawić swoje ciało tak daleko od rodzimego miasta i kraju: „Nic nie jest dalekiém od Boga, odpowiedziała, ani się lękać należy, iżby przy skończeniu wieków nie poznał miejsca, gdzie mnie wskrzesić ma.“ Dziewiątego tedy dnia jéj choroby, pięćdziesiątego szóstego roku jéj życia, a trzydziestego trzeciego mojego wieku, ta pobożna i świątobliwa dusza porzuciła więzy ciała swojego.




ROZDZIAŁ XII.
Augustyn ponosi ciężki żal ze śmierci swéj matki.

Zawarłem jéj zagasłe oczy, a w głębię mojego serca spływała niezmierna żałość, i o mało że strumieniami łez nie wytrysnęła: ale oczy moje silnym duszy nakazem koiły źródło łez swoich, póki do szczętu nie zostało wysuszone, a ta walka srodze mnie dręczyła. Gdy już ostatnie oddała tchnienie, chłopiec Adeodatus głośno płakać począł, lecz od nas wszystkich pohamowany, umilkł natychmiast.
Ale i we mnie zjawiało się jakieś dziecięce rozczulenie które przez łzy wypłynąć chciało, wstrzymane jednak dojrzałym serca głosem, umilkło. Nie mniemaliśmy by tę pogrzebową żałobę obchodzić przystało płaczliwém łkaniem i wzdychaniami, bo tym sposobem zwykło się bardzo często opłakiwać nędzę i nieszczęśliwość umarłych, albo jakby zupełne na wieki bez obudzenia zgaśnienie; lecz zgon jéj nie był ani nieszczęśliwy, ani téż zupełny. Dowodziła nam tego cnotliwość jéj obyczajów, szczera i żywa wiara, i inne pełnego jéj żywota dowody to poświadczały.
Cóż innego było powodem, żem tak ciężko wewnątrz i dotkliwie bolał, jeźli nie zadanie żywéj rany sercu mojemu nagłém zerwaniem tak słodkiego i miłego związku wspólnego pożycia? Winszowałem sobie wprawdzie, i cieszyłem się jéj świadectwem, które mi oddawała w téj nawet ostatniéj już swojéj chorobie z pochlebnym uśmiechem chwaląc moje o nią staranie, nazwała mnie dobrym i szanującym ją synem, i z wielkiém miłości uczuciem wspominała, że nigdy nie słyszała z ust moich miotanych przeciwko niéj ostrych i krzywdzących ją wyrazów. Ale jednak, o Boże Stwórco nasz, w czémże porównać się może świadczone jéj ode mnie uszanowanie, z ową usługą, jaką mi ona czyniła. To tedy pozbawienie od razu tak wielkiéj pociechy, głęboko raniło moję duszę, a życie moje, które z jéj życiem jedném ogniwem miłości spojone było, rozdzierać się zdawało.
Gdy chłopiec Adeodatus został od płaczu pohamowany, Ewodyusz wziął do rąk psałtérz i śpiewać zaczął psalm 100; na który odpowiadaliśmy wszyscy w tym domu zamieszkali drugą strofą: „Miłosierdzie i sąd ku chwale twéj śpiewać będę Panie.“ Gdy się wieść rozeszła, co się dzieje: zbiegło się bardzo wiele religijnych braci i pobożnych niewiast. W czasie zaś zatrudnienia się według zwyczaju pogrzebem przez tych do których ten obowiązek należał; ja odszedłem na ustronie, gdzie mi przyzwoitość pozwalała, z tymi, którzy nie sądzili być przyzwoitością zostawić mnie samego; rozmawiałem z niemi stosównie do téj okoliczności, i tym prawdy balsamem starałem się uśmierzyć udręczenie moje, tobie tylko wiadome, o czém oni nie wiedząc, bacznie słuchali méj rozmowy, w mniemaniu, że nie czuję tak dotkliwéj serca boleści. Ale ja w uszach twoich, gdzie żaden z nich słyszeć mnie nie mógł, strofowałem zbytnią miękkość méj czułości, i wstrzymywałem napływ żalu; ustępował mi nieco, lecz niebawnie nową wezbrany nawałą, powracał; nie przerwał jednak łez granicy, ani spokojności twarzy nie zmienił; lecz tylko sam widziałem co mnie z wielką boleścią w sercu mojém uciskało. Ponieważ mi się to bardzo nie podobało, że tak silny wpływ miały na mnie ludzkie wypadki, które według ścisłéj twéj sprawiedliwości i nędzy naszego stanu koniecznie iścić się muszą, przeto boleść moja inną boleścią była powiększona, i podwójnym dręczyłem się smutkiem.
Gdy ciało z domu niesione było, szedłem za niém do kościoła, i powróciłem bez płaczu, a nawet podczas owych modłów naszych, któreśmy przed obliczem twojém wylewali, gdy ci ofiarowano za nię ofiarę okupu naszego, i gdy już nad grobem zwłoki jéj były postawione przed złożeniem ich w grobie, jak tam jest zwyczaj: w czasie tych nawet modlitw ani jednéj łzy nie uroniłem. Lecz przez cały ten dzień w ciężkim smutku głęboko i skrycie byłem pogrążony, i zmieszanym umysłem prosiłem cię ilem zdołał, abyś litościwie uleczył ciężką boleść moję, aleś mnie nie wysłuchał, mniemam że dla tego, by ten sam dowód zostawił głęboki ślad w méj pamięci: jak silne są więzy nawyknienia na wstrzymanie téj duszy nawet, która się karmi nie już słowem kłamstwa, ale mądrością twoją. Umyśliłem tedy iść do kąpieli, słysząc, że dla tego kąpieli imie dano, ponieważ Grecy Βαλανεīον nazwali, że utrapienie od umysłu odpędza. Owóż i to wyznaję miłosierdziu twojemu, litościwy Ojcze sierót! żem się kąpał; ale taki wyszedłem z kąpieli, jaki do niéj w szedłem. Nie wysączyła się w niéj gorycz smutku serca mojego.
Poczém zasnąłem, a obudziwszy się uczułem boleść moję znacznie uśmierzoną: sam będąc w mojém łóżku, odświéżyłem sobie w pamięci wiérsze Ambrożego twojego, które uznałem za prawdziwe:

Deus creator omnium
Poligue rector, vestiens
Diem decoro lumine,
Noctem soporis gratia,
Artus solutos ut quies
Reddat laboris usui,
Mentesque fessas adlevet,
Luctusque solvat anxios.

Boże coś wszystko wykształcił stworzenie!
I co wszystkiemi sam zarządzasz światy!
Ty dzień stroisz w jasne szaty
A spuszczasz na noc i sen i wytchnienie,
By ciała trudem stargane
Do prac się nowych skrzepiły;
Żeby umysły znękane
Nabrały życia i syły.

Zacząłem potem odświéżać sobie w pamięci potrosze dawniejsze myśli moje o twéj służebnicy, rozważałem jéj miłość pobożną i świętą ku tobie, a owo przyjemne, obyczajne i czułe przywiązanie ku mnie, którego tak nagle zostałem pozbawiony; spodobało mi się tedy skosztować ulgi płaczu w twéj obecności, o nię i za nię, nade mną i za mnie. Dozwoliłem łzom moim, dotąd wstrzymanym, płynąć do woli, a serce moje na łożu łez wzniesione, w nich spoczynek znalazło: boś ty uszu twoich tam nastawił, lecz nie inny którybądź człowiek dumnie o mojém rozrzéwnieniu sądzący.
A teraz Panie, na piśmie tobie wyznaję, niech to czyta kto zechce, i według swéj woli tłumaczy. Jeżeli mój czytelnik o grzéch winić mnie będzie, żem małą prawie godzinę płakał matki mojéj, na niejaki czas dla moich oczu zmarłéj, téj matki, która nade mną przez tyle lat płakała, bym żył przed twemi oczyma: niech się wstrzyma od śmiéchu, ale raczéj jeśli wielką pała miłością, niech łzy swoje za moje grzechy ofiaruje tobie, Ojcu wszystkich braci Chrystusa twojego.




ROZDZIAŁ XIII.
Modli się Bogu za matkę swoję.

Mając już w niniejszym czasie uzdrowione serce od owéj rany, o któréj zadanie i draźnienie wtedy jeszcze uczucie moje słusznie strofować należało, wylewam przed twoją oblicznością mój Boże, za tę służebnicę twoję inny zupełnie strumień łez, które wypływają z ducha wzruszonego rozwagą niebespieczeństw każdéj duszy „która w Adamie umiéra.“ Aczkolwiek w Chrystusie ożywiona, w więzach ciała swojego taki wiodła żywot, że Imie twoje było jéj wiarą i obyczajami uwielbiane, nie poważę się jednak mówić, że od tego czasu gdyś ją przez chrzest ś. odrodził, żadne słowo z jéj ust nie wyszło przeciw twemu przykazaniu. Ile że to powiedziała wieczna Prawda, twój Syn: „kto rzecze bratu swojemu szalony, będzie winien ognia piekielnego[30].“ A biada nawet przykładnemu życiu ludzkiemu, jeżeli je bez miłosierdzia ściśle roztrząsać będziesz. Ale że nie zbyt ściśle badasz błędy nasze, z ufnością więc spodziewamy się znaleść u ciebie jakie miejsce przebaczenia. A jeżeli ktokolwiek wylicza przed tobą swoje prawdziwe zasługi, cóż innego wylicza jeśli nie dary od ciebie odebrane? O gdyby to ludzie ludźmi się znali! „a którzy się chlubią, niech się w Panu chlubią[31].“
Ja jednak o chwało moja, życie moje, Boże serca mojego! usunąwszy z pamięci nieco na stronę jéj dobre uczynki, za które z radością dzięki tobie składam, proszę cię teraz mój Boże, o przebaczenie grzechów matce mojéj! wysłuchaj mnie w Imie Lekarza grzechów naszych, na drzewie krzyża zawieszonego, który siedząc dziś po prawicy twojéj, wstawia się do ciebie za nami. Wiem że ona czyniła miłosierdzie i z szczerego serca przebaczała swym winowajcom: przebacz i ty litościwy Boże, jéj winy, a jeżeli u ciebie w upływie tylu lat życia swojego, jaki dług zaciągnęła po odebranéj już wodzie zbawienia, przebacz o Panie przebacz jéj, błagam cię o to w głębokiém ukorzeniu: „nie wchodź z nią do sądu[32]; bo miłosierdzie przewyższa sąd[33].“ Słowa twoje są prawdziwe a miłosiernym, miłosierdzieś obiecał. I ty dałeś im aby miłosiernemi byli; „zmiłujesz się nad tym komuś jest miłościw, a miłosierdzie uczynisz, nad kim się zlitujesz[34].“ Wierzę, żeś to już uczynił, o co cię proszę;, ale dobrowolną ust moich ofiarę przyjmij wdzięcznie Panie[35].“ Bo kiedy zbliżył się dzień, w którym opuścić miała to ziemskie siedlisko, nie myślała o bogatém swego ciała ubieraniu, ani o nabalsamowaniu go, ani żądała pomnika nad swoim grobem, ani już dbała o pochowanie go w ojczystym kraju. Nie to nam polecała, lecz jedynie żądała, by pamiętać o niéj u twojego ołtarza, na którego tajemnice w każdy dzień życia swego uczęszczała, wiedząc: że z niego udziela się święta i błagalna ofiara, którą „przemazany został ów cyrograf dekretu, który nam był przeciwny[36]; i którą nieprzyjaciel jest zwyciężony, gdy ścisłą rachubą sprawdzając nasze postępki, szukał by co zarzucić miał, i nic nie znalazł w Sprawcy naszego zwycięztwa:“ I któż odda mu krew jego niewinną? któż pawróci mu cenę, którą kupił wybawienie nasze z niewoli? Do tego to Sakramentu okupu naszego, twoja służebnica, duszę swoję związką wiary przywiązała. Niech ją nikt z pod twojéj opieki nie wyrywa; niech ani lew, ani żaden smok swoją siłą albo podstępem nie wtrąca się pomiędzy nią i ciebie. Nie odpowie ona, że tobie niewinna żadnego długu, by złośliwy i chytry oskarżyciel nie przekonał ją, i nie była mu przysądzoną; ale odpowié, że jéj długi darował ten, któremu nikt oddać nie może tego, co za nas, nie będąc dłużny, zapłacił. Niech przeto odpoczywa w pokoju z mężem swoim, przed którym i po którym innemu nie ślubowała; któremu służyła z cierpliwością, a z niéj tobie owoce przynosząc, aby niemniéj onego tobie pozyskała.
Natchnij Panie Boże; natchnij sługi twoje, braci moich, synów twoich, a panów moich, którym mojém sercem, głosem i pismem służyć pragnę; aby wszyscy, którzykolwiek to pismo czytać będą: wspomnieli przy twoim ołtarzu Monikę i służebnicę twoję i Patrycyusza niegdy jéj małżonka, przez których ciało, wprowadziłeś mnie z twojéj łaski do tego żywota, jakim sposobem? nie wiem tego. Niech z pobożném ducha westchnieniem wspomną moich rodziców w tém przemijającém ich życiu i braci moich żyjących w tobie nasz Ojcze, i w matce naszéj katolickim kościele, przyszłych współobywateli moich w wieczném Jeruzalem, do którego wzdycha cała pielgrzymka ludu twojego, od swego wyjścia, aże do powrotu; aby przez te moje wyznania wielu uproszonych osób modlitwy, hojniéj niźli moje, wyjednały dla niéj tę łaskę, o którą mnie prosiła w ostatniéj życia swojego godzinie.

Wyznania świętego Augustyna ornament 2.jpg

Przypisy

  1. Ps. 115, 16-17.
  2. Ps. 82, 2.
  3. Ps. 34, 3.
  4. Mat. 11, 20.
  5. Ps. 119, 4.
  6. Ps. 67, 16.
  7. Ps. 26, 8.
  8. Ps. 18, 7.
  9. Ps. 4, 1.
  10. Ps. 4, 3.
  11. Mar. 16, 19.
  12. Jan. 15, 26.
  13. Jan 7, 39.
  14. Ps. 4, 3-6.
  15. Rzym. 2, 5.
  16. Ps. 4, 7.
  17. Ewan. Jan 1, 9.
  18. Efes. 5, 8.
  19. Ps. 4, 8-9-10.
  20. I. Kor. 15, 54.
  21. Ciała te leżały w ziemi całe, około 220 lat. Roczn. Baron, rok 163. —
  22. Ps. 115, 15.
  23. Pieśni Salom. 1, 4.
  24. Ps. 67, 7.
  25. Tym. 5, 9.
  26. I. Kor. 2, 9.
  27. Ps. 35, 10.
  28. Mat. 25, 21.
  29. I. Kor. 15, 51.
  30. Mat. 5, 22.
  31. II. Kor. 10, 17.
  32. Ps. 142, 2.
  33. Jak. 2, 13.
  34. Rzym. 9, 15.
  35. Ps. 118, 108.
  36. Kol. 2, 14.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Augustyn z Hippony i tłumacza: Piotr Franciszek Pękalski.