Wyznania (Augustyn z Hippony, 1847)/Księga Druga/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Augustyn z Hippony
Tytuł Wyznania
Część Księga Druga
Wydawca Piotr Franciszek Pękalski
Data wydania 1847
Druk Drukarnia Uniwersytecka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Piotr Franciszek Pękalski
Tytuł orygin. Confessiones
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

KSIĘGA DRUGA.


ROZDZIAŁ I.
Rozważa skażenie życia swojego w młodości.

Chcę odświéżyć w méj pamięci przeszłe nierządy moje i cielesne skażenie méj duszy, nie przeto jakobym je lubił, ale, bym ciebie więcéj jeszcze ukochał mój Boże. W dowód téj miłości, że cię szczerze kocham, rozważam w gorzkiém przypomnieniu mojém nieprawe i haniebne drogi moje, abym kosztował twéj słodyczy, o! roskoszy prawdziwa, słodyczy błogosławiona i bespieczna; który zgromadzasz z rozprószenia wszystkie siły méj istoty roztarganéj pomiędzy tysiąc próżnych przedmiotów, za któremi goniłem odwrócony od ciebie jedynego celu mojego. W méj młodości zawrzała we mnie żądza nasycania się podłą roskoszą, zaczém odważyłem się dziko wątlić siły żywotne mnogiemi i skrytemi lubościami; piękność moja zawiędła, i wtedy zagniły tylko pokazywałem się oczom twoim: kiedym się podobał sobie, i oczom ludzkim podobać się pragnął.




ROZDZIAŁ II.
Oskarża swoje wszeteczeństwo, którego dopuszczał się w szesnastym roku swego życia.

Cóż innego było większą moją roskoszą, jako kochać i być kochanym? Ale nie trzymałem się związków zachodzących pomiędzy duszą a duszą w świetnym zakresie czystéj przyjaźni. Zaczém wznosiły się mgliste wyziewy nieczystości, wychodzące z błotnistego trzęsawiska żądzy mojego ciała i z kipiącéj młodości, zasępiały i chmurą osłaniały nieobaczne moje serce, by nie rozpoznało dzielnicy pomiędzy jasną miłości pogodą, a pomroką lubieżności; obie te żądze zawrzały razem w mojém sercu, porwały słabą młodość moję, wlekły ją przepaścistą drogą lubości i pogrążały w odmęcie nierządów. Twój gniew wzmógł się nade mną, nie wiedziałem o tém niestety! Zagłuszony chrzęstem łańcucha méj śmiertelności, jako karą za pychę méj duszy, odchodziłem od ciebie daleko, tyś dozwalał; miotałem sobą, i rozléwałem się, i rozpływałem się, wrzałem cały wszeteczeństwem, tyś milczał: O późna roskoszy moja! milczałeś wtedy, ja zaś nadęty mojém poniżeniem, znużony niepokojem, szedłem od ciebie coraz daléj, i zanurzałem się w mnogich i niepłodnych roskoszach samę tylko boleść rodzących.
I któż wtedy miał sterować mojém utrapieniem, i znikomą piękność nietrwałych stworzeń i wdzięki ich przyzwoitém zakreślić użyciem, by wrzącej mej młodości, unoszonéj burzliwą lubości nawałą wskazany był port małżeństwa, jeżeli inaczéj uspokoić i ukołysać się nie dała, jedynie celem wydawania potomstwa, jak to prawem twojém zakreśliłeś Panie, który urządzasz i kształcisz plemie naszéj śmiertelności, i możesz litościwie przygładzić łagodną ręką swoją, ciernie pożądliwości naszych z ogrodu Rajskiego wymiecione; bo wszechmocność twoja jest nam zawsze obecna, chociaż od ciebie daleko jesteśmy.
Albo raczéj gdybym był pilniéj słuchał głosu z twych obłoków wychodzącego: „Wszakże trapienie ciała mieć będą takowi. A ja wam folguję [1]. „Dobrze jest człowiekowi nie tykać się niewiasty [2]. Kto bez żony jest, stara się o to, co Pańskiego jest, jakoby się podobał Bogu, a który z żoną jest, stara się o to, co światu należy, jakoby się podobał żonie: i rozdzielon jest [3].” Obym raczéj był mego ucha na ten głos pilniéj nastawił, a dobrowolnie ograniczył się życiem niewinném dla osiągnienia Królestwa niebieskiego, i daleko szczęśliwszy oczekiwał twojego objęcia!
Lecz zawrzałem nieszczęsny w zatopie lubieżności, porwany jéj odmętem opuściłem cię niestety! a uchylając się od wszystkich przykazań twoich, nie uniknąłem jednak twej chłosty. I któryż człowiek jéj uniknąć zdoła? Tyś zawsze był obecny z miłosierną surowością, niesmakiem goryczy zaprawiając wszelką nieprawą roskosz moję, abyś mnie tém pociągnął do szukania nieskazitelnéj roskoszy. Ale gdzież ją naleść miałem jeżeli nic w tobie Panie: „który tworzysz pracą w przykazaniu [4]” ranisz i zIeczysz, zabijasz i ożywiasz nas [5], byśmy sobie umarli a dla ciebie żyli.
Gdzież wtedy byłem, jakże daleko tułałem się od roskoszy domu twojego, w owym szesnastym roku mojego ciała, gdy wszeteczeństwo berło nade mną podniosło; a stawszy się dobrowolnym jego służalcem, zostałem pochłoniony szałem téj namiętności, któréj bezwstydna wolność ludzka wodze rozpuszcza, ale prawem twojém ściśle zabronionéj. Moi rodzice nie dołożyli starunku, aby mnie od tego upadku matżeństwem uratować, lecz o to jedynie starano się, abym się dobrze uczył sztuki wymowy, i gruntownego nią przekonywania.




ROZDZIAŁ III.
Opisuje skażenie swych obyczajów podczas jednorocznego swego w domu pobytu.

W owym tedy roku po moim powrocie z Madauru sąsiedniego miasta naszego, do którego odprawiłem wedrówkę w zamiarze kształcenia się w literaturze i wymowie, przerwane zostało pasmo moich nauk; ponieważ mój ojciec, jeden z uboższych obywateli Tagasty, więcéj swoją wielkomyślnością jak majątkiem powodowany, gotował dla mnie wyprawę z niemałym nakładem do większéj daleko podróży do Kartaginy. I komuż to opowiadam? Nie tobie mój Boże! ale w twéj obecności mówię to rodzajowi ludzkiemu, braci mojéj, aczkolwiek nader małéj liczbie, do których ręku to moje pismo wejdzie. I w jakim zamiarze? W takim zapewne, aby każdy téj książki czytelnik rozważył i ze mną uznał, z jak głębokiéj przepaści naszych ucisków wołać nam do ciebie przychodzi. Ale cóż twych uszu bliższego jak głos serca szczérze wyznającego błędy swoje, i życie z wiary? Jakiemi pochwałami wtedy uwieńczano ojca mojego, że nad możność swych dochodów, nie szczędził wszelkiego wydatku dla syna swego, jakiego tak daleka podróż w zawodzie naukowym wymagała? Wielu innych obywateli daleko od niego zamożniejszych, nie podejmowali wszelako takich trudów i nakładów dla swych dziatek. A jednak mój ojciec nie troszczył się o to, bym wzrastał w cnoty i mądrość przed twoją oblicznością, ale tylko, abym uprawiał mój talent wymowy, acz rolę serca mojego zostawię opuszczoną bez twéj uprawy Boże, dobry, jedyny i prawdziwy roli serca mojego dziedzicu!
Lecz w owym szesnastym roku, gdy potrzebne domowe dla mnie sprawunki przewlekły czas wolny od nauk, nie uczęszczając do szkoły mieszkałem razem z rodzicami, wzniosły się wtedy nad moję głowę ciernie żądz nieczystych, a nie było prawie żadnéj ręki, któraby je z korzeniem z mego serca wytargała. Lecz przeciwnie: widząc mnie ojciec pewnego dnia w kąpieli dojrzewającego i burzliwém odzianego mlodzieństwem, jakoby już wtedy wnucząt widzeniem ucieszony, powiedział to z radością matce mojéj. Była to radość pochodząca z opojenia! w którém świat zapomina o tobie Stwórcy swoim, aby miasto ciebie miłował stworzenia, opojony winem z kielicha przewrotnéj i podłym skłonnościom poddanéj swéj woli. Ale w sercu matki już wtedy rozpoczynałeś twój przybytek, założyłeś fundament świętego mieszkania twojego. Mój ojciec dopiéro począł być do chrztu sposobiącym się katechumenem, i to niedawno. Matka zaś pobożnym przestrachem zalękniona drżącą nogą poskoczyła, obawiając się o mnie, acz nie byłem jeszcze prawowiernym, abym nie trafił na kręte drogi, któremi chodzą, którzy ku tobie obracają się tyłem a nie twarzą.
Lecz niestety! czyliż poważę się jeszcze mówić, żeś wtedy chował milczenie o mój Boże! gdym od ciebie daléj coraz odchodził? Więcżeś o mnie wtedy zupełnie milczał? Czyjeż to były te słowa zbawienne jeżeli nie twoje, któremiś przez usta méj matki a wiernéj służebnicy twojéj do uszu moich mówił? Żadne jednak nie weszło do mego serca, aby je do posłuszeństwa skłoniło? Z jakąż troskliwością i naleganiem upominała mnie pewnego dnia na ustroniu, jak sobie to na pamięć przywodzę, abym chronił się wszelkiéj bezwstydnéj miłości, a nade wszystko, abym nie wchodził w złe stosunki z cudzemi żonami. Uważałem te upomnienia jedynie jako gadaninę niewiasty, któréj wstydziłem się być posłusznym. Twojemi one były, o tém nie wiedząc mniemałem żeś milczał, że ona tylko do mnie mówiła, ale przez nię tyś mnie upominał, i tobą w niéj pogardziłem, jéj syn, syn służebnicy twojéj i niegodny twój sługa. Lecz nie wiedziałem o tém, a grubą ślepotą olśniony, leclałem w przepaść nierządów, tak dalece, żem nawet wstydził się pomiędzy mojemi rówiennikami, jeżelim jaką popełnił nieprzystojność mniejszą niźli oni, słysząc opowiadających swoje haniebne występki, a tém bezczelniej się z nich chlubili, im zdrożniejsze były. Ochoczo wiec grzeszyłem, nie tylko podniecany lubością uczynku, lecz nadto, bym się mógł z niego chlubić. Cóż większéj nagany godnego, jeżeli nie występek? Ja zaś, bym uniknął nagany, występniejszym się czyniłem; a jeżeli mi niedostawało jakiego występku, którym mógłbym się był zrównać z występniejszemi odemnie, zmyśliłem to, czegom nie popełnił, abym nie był bardziéj od nich wzgardzony ile byłem niewinniejszy, by nie uważali mnie podlejszym, że byłem czysty.
Otóż z jakiemi towarzyszami chodziłem po ulicach rozwiozłego Babilonu i nurzałem się w jego błocie jakby w wodzie cynamonem i drogiemi woniami pachnącéj, i abym w jego środku tém silniej uwiązgnął; deptał mnie niewidomy nieprzyjaciel, i snadniéj mnie zwodził, ile do zwiedzenia byłem łatwiejszy. Lecz matka ciała mojego, która już wyszła z pośrodku zgroźnego Babilonu, w niektórych tylko jego rzeczach jeszcze opóźniała się, chociaż upominała mnie, abym ściśle chował niewinność, wiedząc od swego męża, że lubieżność ucedziła już zaraźliwego jadu swego do serca mojego, który następnie zdziałać miał złe skutki swoje, nie wznieciła jednak w sobie téj myśli, aby mi otworzyć szranki mułżeńskiéj miłości, jeżeli uważała, że nie zdoła do szczętu wygasić we mnie téj namiętności, któréj rozetlałe zarzewie coraz hardziéj się iskrzyło, i gwałtownym w przyszłości pożarem owionąć mnie miało. Zaniedbała tego środka z obawy: by cała o mnie powzięta nadzieja, pętami małżeństwa nie została związaną; nie owa nadzieja przyszłego żywota, którą w tobie pobożna matka pokładała, ale nadzieja nauk, bym je gruntownie posiadał, tego sobie moi rodzice szczerze życzyli; ojciec prawie nie myślał o tobie, o mnie samą tylko próżność światową; matka zaś mniemała że nabyte nauki, nie będą dla mnie żadną przeszkodą, ale uważała je, jako stopnie, po których aż do osiągnięcia ciebie wznosić się miałem. Tak się tego domyślam, przywodząc sobie, ile mogę, na pamięć rodziców moich obyczaje; oprócz tego, zamiast użycia przezornéj surowości, rozpuszczano mi lejce do zabaw, do mnogich żądz i nieprawych czynów; to wszystko było gęstą mgłą, która zasłaniała moje oczy mój Boże! przed jasnością twéj prawdy; a stąd „wystąpiła jakoby z tłustości nieprawość moja [6].“




ROZDZIAŁ IV.
Mówi o występku kradzieży.

Panie, twoje boskie prawo zaiste wymierza sprawiedliwą karę na kradzież, jako i prawo przyrodzenia palcem twoim na sercu człowieka pisane, którego ani sama nieprawość ludzka przemazać nie może. Któryż złodziéj temu rad, że od drugiego złodzieja został okradziony? Albo któryż bogacz dozwoli brać swoję własność ostatecznym nawet niedostatkiem uciśnionemu? Ja atoli chciałem popełniać kradzież, i tak uczyniłem, nie będąc do tego żadnym niedostatkiem ani potrzebą zmuszony, lecz tylko obrzydzeniem sobie sprawiedliwości, a nasyceniem się nieprawością, ponieważ ukradłem to, czego więcéj i daleko w lepszym gatunku miałem.
Ani częstokroć téj rzeczy chciałem używać, któréj pragnąłem przez kradzież, ale miałem uciechę w saméj kradzieży i grzéchu. W sąsiedztwie naszej winnicy było drzewo gruszkowe owocem obciążone, który ani smakiem ani pięknością nie wabił do siebie. Do otrzęsienia i zabrania tego owocu pobiegliśmy w znacznéj liczbie niegodziwi młodzieńcy około zachmurzonéj północy; przedłużywszy na podworzu aż do téj godziny gry nasze, podług skażonego zwyczaju naszego; i przynieśliśmy wielką ilość tego owocu, nie dla naszego użycia, lubośmy nieco zjedli z niego, ale byśmy mieli co wieprzom wyrzucać; aby tylko z uciechą czynić to, czego nie wolno było.
Oto moje serce otworem stoi przed tobą o Boże! to serce, nad którém zlitowałeś się i wybawiłeś je pogrążone w głębi przepaści. Niech ci teraz powié to serce czego w tym haniebnym uczynku szukało, izaliż tego, abym darmo był zły i występny, żeby złośliwości mojéj nie było innéj przyczyny, jedynie sama złośliwość? Haniebną i szpetną była ta złośliwość moja a miłowałem ją, kochałem zgubę moję, zgrozę moję kochałem, nie to, co mnie występnym czyniło, lecz sam występek mój kochałem. Dusza nieczysta, odrywająca się od gruntu twojéj sprawiedliwości na zatracenie swoje, nic innego nie pragnęła w swéj sromocie nad samę sromotę.




ROZDZIAŁ V.
Że nikt zgoła nie grzeszy bez interesu.

Piękne ciała: złoto i srebro, jako téż inne rzeczy mają wprawdzie swój kształt i ozdobę. Przystojne dotykanie ciała w przyzwoitym związku wielce ujmuje, ale i do każdego zmysłu zastósowany jest właściwy kształt i wielkość przedmiotów. Sława doczesna i potęga władania innymi i zwyciężania, mają swoję piękność i roskosz właściwą, z któréj niekiedy rodzi się żądza zemsty. Dla osiągnienia jednak tego wszystkiego nie powinniśmy od ciebie Panie odchodzić, ani zbaczać od prawa twojego. Ale i życie nasze, którém tu na ziemi żyjemy, ma swój powab dla nas w pewnym zakresie swojéj piękności i przyzwoitym stosunku z pięknościami wszystkich niższych rzeczy. I przyjaźń ludzka słodka jest, gdy nitem zgody i miłości spaja wiele umysłów w jeden. To wszystko wtedy rlopiéro staje się przyczyną grzéchu: gdy człowiek nierządną i nieumiarkowaną pożądliwością pobudzany, dąży do osiągnienia tych nikczemnych i lichych dóbr, opuszcza lepsze i najwyższe dobra, ciebie Pana i Boga naszego, twoję prawdę, i gwałci prawo twoje. Ziemskie rzeczy mają wprawdzie swoje powaby i roskosze , ale czémże one są w porównaniu z roskoszą Boga mojego, Stwórcy całego przyrodzenia, bo w nim jedynie cieszy się sprawiedliwy i on jest prawdziwą dla serc prawych uciechą i roskoszą. Jeżeli ściśle szukać będziem przyczyny występku, innéj przypuścić nie możem, jedynie tę, że albo pałamy żądzą osiągnąć niektóre: albo téż dotknięci jesteśmy bojaźnią utraty owych znikomych dóbr, o których mówimy. Są wprawdzie piękne i ozdobne te niskie dobra, ale jakże są liche i nikczemne, w rozwadze i porównaniu z dobrami wyższemi, i bogactwami wiecznego szczęścia. Popełnił ktoś naprzykład zbrodnię zabójstwa; dla czego? Albo żony bliźniego pożądał, albo zapragnął posiąść dziedzictwo brata swego, albo żeby z rozboju życie prowadził, albo się lękał, że przez swego przeciwnika pozbawiony będzie tych rzeczy, albo obrażony zemstą rozgorzał. Czyliż bez przyczyny zabił, jedynie by nalazł przyjemność w samém zabójstwie? Któż to przypusci? Aczkolwiek powiedziano o człowieku potworze złośliwości i okrucieństwa, że bez żadnego powodu był złym i okrutnym, nam jednak wiadoma jest przyczyna: lękał się on, jak mówi historyk: „aby spoczynkiem nie gnuśniała jego ręka albo serce [7].” Ale i tu jeszcze dla czego? Ażeby tém ćwiczeniem się w zbrodniach, dobywszy miasta, panował mu; sławę, rządy i bogactwa osiągnął; aby się oswobodził od bojaźni praw, od udręczenia, którém nabawiały go: niedostatek jego potrzeb, utrata szczęścia i sumienie zbrodniami przepełnione. Sam nawet Katylina nie lubił swych zbrodni, ale tylko cel, jaki sobie zamierzył, i popełniał je, aby go osiągnął.




ROZDZIAŁ VI.
Że w grzéchach jest fałszywa tylko postać doskonałości Boskich.

I cóż więc ukochałem w tobie o nieszczęsna kradzieży, czarny występku podczas ciemnéj nocy w szesnastym roku mojego wieku popełniony? nie byłaś zapewne piękną będąc kradzieżą: jestżeś jaką rzeczą, bym mówił do ciebie? Piękne zaiste były te gruszki, któreśmy skradli: były one twoim utworem, z niczém nieporównana piękności o! Twórco wszech rzeczy Boże dobry, Boże najwyższy i prawdziwe dobro moje! Piękne były owe gruszki, ale nie onych pragnęła politowania godna dusza moja, bo lepszych daleko więcéj miałem w ogrodzie moich rodziców; oberwałem je dla tego, bym kradzież popełnił; ponieważ oberwane zaraz wyrzucałem, saméj tylko nieprawości zażywając, któréj cieszyłem się zażywaniem. A chociażem z owych gruszek nieco wziął w me usta, smakiem ich sam tylko był występek. Teraz więc mój Boże szukam i dochodzę tego, co mi podobało się w owéj kradzieży, ale ani śladu piękności nie znajduję. Nie mówię o tej piękności, która w sprawiedliwości i rostropności przebywa, ani która jest ozdobą umysłu i pamięci człowieka, jego zmysłów i życia organicznego; ani o pięknym porządku ciał niebieskich, które twoją ręką w miejscach właściwych pozawieszane jaśnieją, ani o ziemskich i morskich płodach, które na przemian, jedne się rodzą, drugie zamiérają; ani nawet o fałszywéj i omylnéj piękności osłonionéj błędami.
Widzimy bowiem, że pycha przybiéra na siebie postać wyższości, kiedy ty sam jeden mój Boże, jesteś nad wszystkie istoty najwyższy. Czegóż szuka ambicya jeżeli nie honorów i chwały? lecz tobie jednemu należy się po wszystkie wieki prawdziwa cześć i chwała.
Srogość władz wymaga bojaźni, ale kogóż się bardziéj bać potrzeba, jeżeli nie ciebie jednego Boga, z którego mocy któż, kiedy wyrwać się, tu lub owdzie, dokąd i przez kogo uchylić zdołał? Światowych kochanków pieszczoty chcą, żeby się nawzajem kochać, ale cóż większą łagodnością ujmuje serce człowieka, jeżeli nie miłość twoja? i nic zbawienniéj nie kochamy, jak piękność nade wszystko jaśniejącéj prawdy twojéj. Chciwa ciekawość gorliwie ubiega się o nabycie umiejętności, ale ty wszelkie i najwyższe umiejętności posiadasz. Sama nawet nieumiejętność i głupstwo zasłaniają się imieniem prostoty i niewinności, ponieważ niemasz nad ciebie szczérszéj prostoty, i cóż nad ciebie niewinniejszego: gdyż i dzieła twoje są nieprzyjaciołmi złego? Gnuśne lenistwo, jakby upragnionym spoczynkiem się mniema, lecz gdzież jest bespieczniejszy spoczynek, jeźli nie w tobie Panie? Marnotrawny zbytek zamożnością i dostatkiem nazwać się pragnie, ale ty jesteś pełnością i niewyczérpaném źródłem nieskazitelnéj słodyczy i roskoszy. Rozrzutność pokrywa się szatą hojności, lecz ty jesteś najhojniejszym szafarzem wszelkich bogactw twojego skarbu. Niesyte łakomstwo, wiele chce posiadać, ale ty wszystko posiadasz; zazdrość wadzi się o piérwszeństwo i zacność, ale jestże co nad ciebie większém i zacniejszém? Gniéw upatruje jak wywrzéć zemstę, któż, jeźli nie ty sprawiedliwiéj się pomścić może? Bojaźń truchleje od nagłéj i nadzwyczajnéj przygody, zagrażającéj zniszczeniem tym rzeczom, które kochamy, i pragniemy mieć je bespieczne, ale dla ciebie jestże co nadzwyczajnego i niespodzianego, albo któż oddzielić zdoła od ciebie to, co kochasz? Gdzież indziéj, jeśli nie u ciebie jest trwałe bespieczeństwo? Smutek niszczeje utratą rzeczy, których pożądliwość cieszyła się używaniem, ponieważ chce, by onéj równie jak tobie, nic odebrać nie można. Tym sposobem dusza przeniewierza się tobie, kiedy od ciebie odwrócona, szuka tego gdzie indziéj, czego nigdzie czystém i niezmąconém nie znajduje, jedynie, gdy do ciebie powraca. Przewrotnie naśladują cię wszyscy, którzy od ciebie oddalają się i przeciwko tobie się wywyższają. Ale chociaż i tym obyczajem ciebie naśladują, jasno jednak dowodzą, żeś Stwórcą całego przyrodzenia: żeś nie zostawił żadnego ustronia, w którémby, oddaliwszy się od ciebie, zupełnie schronić się można. Cóż tedy kochałem w owéj kradzieży? I w czémże naśladowałem Pana mojego? nierzetelny i występny naśladowca! Mogłoż mi podobać się gwałcenie prawa, zwłaszcza oszukaniem, czegom siłą méj słabéj władzy nie zdołał? Zbiegły niewolnik, wlokąc kajdany rozpasanej wolności, czyli znalazłem w możności gwałcenia bezkarnie prawa twojego, przynajmniéj ciemny obraz wszechmocności? Owóż nieszczęsny sługa opuszczając pana swojego, sam tylko znikający cień wolności osiągnął. O zepsucie! O brzydki potworze życia! O przepaści śmiertelna! Mogłoż mi się podobać złe dla tego jedynie, żeś je pełnić zakazał.




ROZDZIAŁ VII.
Składa dzięki za przebaczenie swoich grzéchów.

Cóż za to oddam Panu, że oswobodził duszę moję z wszelkiéj trwogi moich wspomnień? Niechże cię Panie szczérze kocham, niech ci składam dzięki i wyznaję ś. Imie twoje, o ty litościwy Boże! żeś mi tak nieprawe i chaniebne uczynki przebaczył. Twéj łasce i miłosierdziu to przyznaję, żeś roztopił jakby lód moje grzechy. Twéj łasce przypisuję to szczęście, iżem się uchronił pełnienia jakichkolwiek zdrożności. I czegóż nie byłbym mógł dopuścić się, skorom kochał występek, bez celu nawet popełniony? Wyznaję, że mi wszystkie zdrożności są przebaczone, i te, którem dobrowolnie popełnił, i te od których pełnienia mnie twoje miłosierdzie oszczędziło. Któryż śmiertelnik słabość swą ściśle rozważając, ośmieli się własnym siłom przypisać to, że chowa swoję czystość i życia niewinność, w tém zwłaszcza mniemaniu, aby cię mniéj kochał; jakoby mu było mniéj potrzebne miłosierne przebaczenie, którego udzielasz nawróconym, i szczérym żalem skruszonym grzésznikom? Ktokolwiek zaś rychło pośpieszył za głosem twoim wzywającym go, i uniknął wszelkich nierządów; których bolesne przypomnienie moje tu napisane, i własne wyznanie moje czytać będzie; niech nie wyśmiéwa mnie uzdrowionego od tego lekarza, któremu on wszystko dłużen, że nie chorował, albo raczéj, że mniéj chorował; niech cię tyle, owszem więcéj jeszcze kocha, za to wdzięczny: ponieważ ten, który mnie z tak niebespiecznéj choroby grzéchowéj uwalnia, tenże sam onego od śmiertelnych grzéchów nie mniéj ocalił.




ROZDZIAŁ VIII.
Co kochał w swéj kradzieży.

Jakiż w ten czas miałem użytek niestety! z moich uczynków, które sobie nieszczęśliwy z boleścią serca i zawstydzeniem teraz na pamięć przywodzę, a nadewszystko z owéj kradzieży, w któréj nic więcéj, tylko onę samę kochałem, nic więcéj zapewne, a gdy ona niczém była, więc tém nikczemniejszy byłem! Sam jednak nie byłbym jéj popełnił; tak sobie przypominam ówczesną skłonność duszy; nie byłbym jéj zapewne sam jeden popełnił. Więc w tém kochałem i towarzystwo spólników mojego uczynku. Coś więcéj tedy kochałem oprócz kradzieży? Owszem, nic więcéj, bo niemniéj towarzystwo niczém było.
Ale cóż tu jest rzeczywiście? któż mnie w tém objaśni, jeśli nie ten, który oświéca moje serce i wszelkie jego ciemności rozprasza? Cóż dało mojemu umysłowi powód, szukania, badania i dociekania przyczyny tego występnego uczynku? Gdybym wtedy był lubił te gruszki i używać ich pragnął, byłbym je pewnie sam ukradkiem oberwał. Nie byłżebym nieprawości popełnieniem dosyć uczynił méj żądzy, nie rozdrażniając spólniczém łechtaniem mej chciwości świerzbienia? Ale żem nie szukał w owocu méj roskoszy, znalazłem ją w samym tylko występku, którą spólnie grzészących towarzystwo sprawiło.




ROZDZIAŁ IX.
O skutkach złego towarzystwa.

Jakaż tedy była owa pożądliwość méj duszy? Szpetna zapewne i chaniebna: O! duszo nikczemna, żeś była jéj posłuszna. Czém jednak była ta skłonność przewrotna? „Występki któż rozumie [8]?” Smiéch to był złosliwy, który łechtał serce, żeśmy oszukać zdołali tych, którzy nie przypuszczali tego występku przez nas popełnionego, i zupełnieby tego nie byli chcieli. Dla czego miałem w tém uciechę, że nie sam śmiałem się Czyliż samemu śmiać się trudniéj przychodzi? Trudniéj niezawodnie: jednak i samotnego człowieka śmiéch niekiedy zwycięża, jeżeli jaki bardzo śmiészny przedmiot na jego zmysły, albo na umysł działa. Jabym tego wszelako nie był uczynił sam jeden, sam jeden niebyłbym zapewne uczynił.
Oto mój Boże przed tobą jest szczére méj duszy przypomnienie! żebym sam jeden téj kradzieży nie był popełnił, bom nic miał upodobania w jéj przedmiocie, ale w niéj samej szukałem uciechy, a co mnie samemu nie podobało się zupełnie, tego nie byłbym uczynił. O nieprzyjazna przyjaźni, umysłu złudzenie, zwinna i hytra żądzo, i cudzéj szkody pragnienie z gry i swawoli pochodzące! ani własną moją korzyścią ni zemsty chciwością podniecane: ale tylko jedném słowem powiedzianem: idźmy, zróbmy to; i wstydem byłoby być wstydliwym.




ROZDZIAŁ X.
Jego westchnienie do Boga.

I któż tę pokręconą i powikłaną węzłowatość rozmota? Sromotna jest, nie chcę o niéj więcéj myśleć ani jéj widzieć. Ale ciebie pragnę sprawiedliwości, niewinności piękna i czysta dla czystych oczu, którą sytość nasza nigdy nie jest nasycona. W tobie spoczynek zupełny i prawdziwy, a życie bez trwogi. Kto wchodzi do ciebie, „wchodzi do wesela Pana swojego [9]” od wszelkiéj bojaźni swobodny, w najwyższém dobru najlepiéj zamieszka. Daleko zboczyłem od ciebie mój Boże! a w méj młodości bardzo zabłąkany od stałej drogi twojéj, stałem się dla siebie samego krainą nędzy i niedostatku.

Wyznania świętego Augustyna ornament 2.jpg

Przypisy

  1. I. do Kor. r. 7, 28.
  2. w. 1.
  3. tamże 32, 33.
  4. Ps. 93, 20.
  5. Deuteron. 32, 39.
  6. Ps. 72, 7.
  7. Salust. de conjurat. Catil.
  8. Ps. 18, 13.
  9. Mat. 25, 21.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Augustyn z Hippony i tłumacza: Piotr Franciszek Pękalski.