Wyznania (Augustyn z Hippony, 1847)/Księga Czwarta/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Augustyn z Hippony
Tytuł Wyznania
Część Księga Czwarta
Rozdział Rozdział IV.
Wydawca Piotr Franciszek Pękalski
Data wydania 1847
Druk Drukarnia Uniwersytecka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Piotr Franciszek Pękalski
Tytuł orygin. Confessiones
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga Czwarta
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

ROZDZIAŁ IV.
O zgonie jego przyjaciela.

W owych piérwszych latach mojego w rodzinném mieście nauczycielstwa, zawiązałem ścisłą przyjaźń z pewnym młodzieńcem, ulubionym rówiennikiem w naukach i wieku, który kwiatem młodości ze mną razem rozkwitał. Dziećmi będąc wzrastaliśmy razem i do szkoły uczęszczali, ze sobą razem grywaliśmy. Lecz nie był mi jeszcze piérwszą przyjaźnią tak miłym jak drugą; aczkolwiek i druga nasza przyjaźń nigdy nie była prawdziwą; bo przyjaźń nie będzie prawdziwa, jeżeli ty nie zawiążesz jéj pomiędzy przyjaciołmi z tobą złączonemi „miłością w sercach naszych rozlaną przez Ducha ś., który nam jest dany[1].” Słodką jednak była dla mnie owa ścisła z nim zażyłość, na ognisku równych uczuć zapałem skojarzona. Odciągnąłem go od prawdziwéj wiary, którą jego młodość jeszcze nie była gruntownie oświéconą: abym go tém łatwiéj nakłonił do zabobonnych bredni i moralnego zamoru, który tyle łez i serca boleści matkę moję kosztował. Błądził umysłem swoim ze mną pospołu ten człowiek, bez którego dusza moja nigdy obejść się nie mogła. Lecz oto ty zawsze idziesz za śladem blisko zbiegów twoich, Boże sprawiedliwéj pomsty, zarazem i źródło miłosierdzia, który nas niepojętemi prowadzisz do siebie drogami! oto owego człowieka wywołałeś z tego tycia, gdyśmy zaledwo rok jeden w ścisłéj ze sobą spełnili przyjaźni, która słodszą mi była nad wszelkie ówczesnego życia mojego przyjemności.
Ale któryż człowiek sam jeden wyliczy cały skarb twojego zmiłowania, którego w sobie samym doświadczył? Cóżeś w ówczas uczynił mój Boże, o jakże niezgruntowana przepaść sądów twoich. Kiedy gwałtowną febrą pochłoniony leżał bez zmysłów, śmiertelnym potem oblany, i gdy już o życiu jego zwątpiono, ochrzczonym został mimo swéj wiedzy; do czegom się nie przyłożył, lecz mniemałem przeciwnie, że trocha wody na ciało jego bez czucia wylanéj, zniszczyć nie zdoła w jego duszy owych zdań przewrotnych, jakiemi natchnąłem jego umysł. Inaczéj się stało, lepiej za raz mieć się począł i do zdrowia przychodził. Skoro tylko mówić z nim mógłem (i łatwo z nim rozmawiać zaraz mógłem skoro mówić zdołał, bom go nie odstępował, tak ściśle byliśmy miłością spojeni), śmiać się począłem, w nadziei, że i on ze mną owo chrztu przyjęcie, bez obecności umysłu i czucia, wyśmieje; ale już wiedział, że go przyjął. Tak się mną przestraszył, jak swoim nieprzyjacielem, a z nagłą i podziwiającą myśli wesołością upomniał mnie, że jeżeli sobie życzę być jego przyjacielem, bym téj mowy poprzestał. Zdumiała mnie i zmieszała jego odpowiedź, wszelki więc umysłu mego zapał wstrzymałem, póki wprzód nie wyzdrowieje i siły zdrowia nie nabierze, abym z nim działać mógł według méj woli. Lecz porwany został mojemu szaleństwu; aby na łonie twojém zachowany był dla mej pociechy; po kilku dniach potém, w méj nieobecności wzmogła się febra i dokonał żywota.
Jakże ciężka boleść z jego straty zniesiona, zamroczyła moje serce; na com tylko spojrzał, wszystko śmierci postać wyrażało. Ojczyzna moja była mi nie znośną karą, a dom ojczysty smutném i dziwném spustoszeniem. Każdy upominek dawniej z nim podzielany, zamienił się bez niego w srogie udręczenie. Zewszqd wyglądały go moje oczy, lecz niskąd nie pojawiał się, znienawidziłem sobie wszystkie rzeczy, ponieważ go żadna nie wyobrażała, ani powiedzieć nie mogła: oto przychodzi, jak za życia kiedy nie był obecny. Stałem się więc sam dla siebie wielkiém zagadnieniem, duszę moję badając: „czemuby żałosną była i nieznośnie mię trwożyła [2],” ale nic odpowiedzieć mi nie umiała. Aczkolwiek jej mówiłem: „miej nadzieję w Bogu,” sprawiedliwie nieposłuszną mi była, bo lepszym i prawdziwszy m był ów człowiek, którego jako najulubieńszy serca przedmiot, żałośnie utraciła, aniżeli urojenia (manichejskie), w których ufać miała. Sam tylko płacz słodkim był dla mnie, w którym dusza moja znalazła całą roskosz w miejscu utraconego przyjaciela.




Przypisy

  1. Do Rzym. 5, 5.
  2. Ps. 41, 6.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Augustyn z Hippony i tłumacza: Piotr Franciszek Pękalski.