Przejdź do zawartości

Wywiad

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Władysław Junosza-Szaniawski
Tytuł Wywiad
Podtytuł Humoreska
Pochodzenie Gazeta Warszawska, 1924, nr 246
Redaktor Zygmunt Wasilewski
Wydawca Mieczysław Niklewicz
Data wyd. 1924
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyńskiego i S-ki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WYWIAD
(Humoreska)

Pani Lola wstała dopiero około południa, bo faktycznie nie było po co zrywać się wcześniej.
Jeszcze dwa tygodnie temu, gdy mąż mieszkał z nią pod jednym dachem, dzień domowy zaczynał się zwykle po siódmej rano, należało bowiem zająć się przygotowaniem śniadania dla małżonka, który już o ósmej zaczynał zajęcie biurowe.
Od chwili jednak, gdy oboje przyszli do ostatecznego wniosku, że trzeba się rozwieść i w tym kierunku w zgodzie i harmonji rozpoczęli akcję prawną, porządek domowy uległ zupełnej zmianie, zwłaszcza, że, idąc za wskazówką radcy prawnego, pan Ludwik musiał się stąd wyprowadzić, gdyż, jak twierdził doświadczony adwokat, małżeństwo, będąc ze sobą na stopie wojennej i prawnej, musi być rozłączone od stołu i łoża.
Wprawdzie pan Ludwik wpadał tu na chwilę w ciągu dnia, bo żadnych rzeczy jeszcze stąd nie zabrał, wprawdzie zostawał nieraz na podwieczorku, ale bądź co bądź małżeństwo to oficjalnie już ze sobą nie żyło i całą siłą pary śpieszyło do uzyskania rozwodu, a z nim wolności osobistej.
Właściwie mówiąc, oboje nie zamierzali długo korzystać z tej swobody, bo każde z nich miało już wytknięty cel przed sobą i snuło na najbliższą przyszłość plany nowego małżeństwa.
Pani Lola upatrzyła sobie narzeczonego, z którym już była po słowie, pan Ludwik znalazł również wybraną towarzyszkę na dalszy ciąg żywota.
Wszystko teraz zależało jedynie od możliwie szybkiego przeprowadzenia formalności rozwodowych, o co małżonkowie wraz z adwokatami czynili energiczne zabiegi u odnośnych władz.
Pani Lola czuła się teraz niezupełnie wyraźnie, jakby wykolejona, a dziwna nuda i pustka zapanowały w domu. Poprostu nie wiadomo było, co robić ze sobą, czem wypełnić czas od rana do wieczora. Zaś do końca akcji rozwodowej było jeszcze dość daleko.
Weszła do stołowego pokoju, zadzwoniła na Marynię i kazała podać śniadanie.
Rzuciła okiem na wielki regulator wiszący obok kredensu i aż się uśmiechnęła ironicznie, bo ten zatrzymał się na godzinie siódmej i nie miał ochoty iść, jakby czekając na swojego pana, który go co tydzień nakręcał i do pełnienia obowiązków pobudzał.
— Trzeba poprosić Ludka, jak przyjdzie, aby go nakręcił... — pomyślała, zabierając się do śniadania.
— Czy Józia już odeszła?
— Tak, proszę pani. — odparła Marynia.
Zaznaczyć bowiem należy, że pani Lola, z natury oszczędna, odprawiła pokojówkę, a zatrzymała tylko kucharkę, uważając, że i ta nie będzie miała za dużo roboty.
Po śniadaniu zasiadła przy biureczku, wydobyła z szuflady cały stos listów, jeszcze z okresu narzeczeństwa. Czytała je uważnie, czasem zamyśliła się dłużej, jedne rwała w kawałki i rzucała do kosza, niektóre zaś odkładała, jako widocznie bardziej cenne...
Jak na filmie w wyobraźni jej przebiegały całe obrazy minionych chwil... tak bliskie... a tak już dalekie...
Wreszcie i to ją znudziło.
Pobiegła do sypialni, przebrała się spiesznie i już zamierzała wyjść na spacer, gdy nagle ostry odgłos dzwonka rozległ się w przedpokoju.
Po chwili zjawiła się Marynia.
— Jakaś bardzo elegancka pani...
— Do mnie? — zapytała zdziwiona.
— Tak. Mówiła, że się chce z panią widzieć.
— A kto to być może? Nie wiesz?
— Nie, proszę pani. Pierwszy raz ją u nas widzę.
— Proś do salonu!
— Tam właśnie czeka — odparła służąca.
Pani Lola, mocno zainteresowana, przejrzała się jeszcze raz w olbrzymiem lustrze bieliźniarki, poprawiła trochę włosy i za chwilę stanęła przed nieznajomą, przystojną brunetką o niebieskich oczach, wytwornie ubraną i rozglądającą się z ciekawością po obrazach, wiszących w salonie.
— Pani... Czem mogę służyć? — zapytała z uprzejmym uśmiechem pani Lola.
— Daruje pani — rzekła nieznajoma — że ją niepokoję, ale sprowadził mnie tu ważny interes. Chciałabym otrzymać dokładną informację...
— O Józi? — poderwała szybko pani Lola. — Bardzo dobra dziewczyna, służyła u mnie pół roku. Cicha, spokojna, uczciwa, żadnych znajomości nie ma. Można ją śmiało każdemu polecić.
Nieznajoma przerwała z uśmiechem, demonstrując przy tej okazji dwa rzędy prześlicznych ząbków:
— To nie jest sprawa służącej...
— A czyja? — zapytała zdumiona pani Lola.
— Małżonka pani, pana Ludwika! — odparła dobitnie niebieskooka brunetka.
— Ludwika? Mojego Ludwika?
— No tak — odrzekła nieznajoma.
— Pan Ludwik był, a właściwie jest jeszcze mężem pani, dopóki nie nastąpi rozwód.
— A pani?
— Ja? Cóż, proszę pani? Mam zamiar wyjść za niego, gdy tylko będzie wolny i skoro sama otrzymam rozwód, bo również jestem mężatką.
— Więc? — zapytała coraz bardziej zdumiona pani Lola, obserwując bacznie nieznajomą.
— Więc poprostu przyszłam do pani, jako do najlepszego źródła, aby zebrać niezbędne informacje o jej obecnym małżonku. Chyba mi się pani wcale nie dziwi?
— Zapewne... — rzekła pani Lola. — Małżeństwo jest ważnym krokiem w życiu i wymaga głębokiego namysłu.
— Właśnie, właśnie... Ale gdy pierwsze zamążpójście jakoś można w razie koniecznej potrzeby poprawić, bodaj tą drogą jaką my obie idziemy, z drugiem już jest sprawa daleko trudniejsza i dlatego musi być ono traktowane z wielką ostrożnością i najdalej idącemi przewidywaniami.
— Ma pani słuszność — to rzecz wielkiej wagi — dodała z przekonaniem pani Lola.
— A więc? — zapytała brunetka.
— Niech pani zadaje pytania, będę odpowiadała na każde... Bo sama doprawdy nie wiem, na czem pani najbardziej zależy...
— Jak dawno państwo żyją ze sobą?
— Prawie rok.
— Kto pierwszy zaprojektował rozwód?
— Oboje razem, bo staraliśmy się zawsze żyć zgodnie, więc i w tym wypadku nie było między nami sporu.
Nieznajoma uśmiechnęła się jakby trochę złośliwie, ale pani Lola tego nie zauważyła, przejęta ważnością składanych zeznań, których dokładność leżała jej bardzo na sercu.
— Czy posag pani został roztrwoniony całkowicie, czy też są jakieś resztki? — badała w dalszym ciągu brunetka.
— Nie dostałam posagu wcale, rodzice dawali mi tylko rentę.
— Bardzo przezornie — rzekła nieznajoma. — A mąż dużo zarabia?
— Dosyć, bo wystarczało nam na przyzwoitą egzystencję i długów nie było.
— Pan Ludwik lubił się bawić?
— Owszem, usposobienie ma zawsze wesołe.
— I wieczorami wymykał się z domu?
— Co znowu? — zawołała pani Lola. — Zawsze chodziliśmy razem i nigdy nie zostawiał mnie samej.
— Czy miał jakie nałogi?
Pani Lola zamyśliła się, jakby nie słysząc pytania.
— Czy grywał w karty, polował, bywał na wyścigach? — indagowała brunetka.
— Nic podobnego! — zawołała ze zgrozą pani Lola.
— Prawdopodobnie zdradzał panią?
— Nigdy w życiu!
— Umizgał się do pokojówek?
— Co znowu? Nigdy! nawet nie pamiętał, jak której na imię.
— Przy obiedzie grymasił?
— Wcale nie.
— Miał swoje ulubione potrawy, które trzeba mu było ciągle pitrasić?
— Ale przeciwnie! Jadał wszystko i zawsze z naszej kuchni był zadowolony.
— Prawdopodobnie zrzędził, do wszystkiego się wtrącał i wiecznie był niekontent?
— Nic podobnego! Miał usposobienie bardzo wesołe i nigdy nie widziałam go w złym humorze.
— Żył jak odludek? Nie dawał nikogo przyjmować w domu?
— Przeciwnie. Miewaliśmy zawsze co drugą niedzielę mnóstwo gości.
— Był o panią zazdrosny? A czy to prawdziwy Żmurko, czy kopja? — zapytała nagle, spoglądając na jeden z obrazów na ścianie.
— Oryginał, proszę pani — odparła uprzejmie pani Lola.
— Więc był jednak zazdrosny? — ciągnęła badanie brunetka.
— Nie zauważyłam tego nigdy.
— Irytował się, gdy pani asystowano? Robił piekło, gdy się do pani uśmiechnął ktokolwiek z mężczyzn?
— Przeciwnie, bardzo go to cieszyło, bo mi ufał bezwzględnie.
— Awanturował się o wydatki osobiste i tualetowe?
— Nigdy. Bardzo lubił, gdy byłam ubrana elegancko i podług mody.
Brunetka zamyśliła się, po chwili wstała.
— To już chyba wszystko?... Ale... ale... Nie zaniedbywał pani?
— Nigdy! — zawołała z głębokim przekonaniem pani Lola.
— To już dziękuję pani za informacje i bardzo, bardzo przepraszam za niepokój — rzekła nieznajoma, kierując się ku drzwiom.
Pani Lola odparła z westchnieniem.
Jeszcze słowo!... — zawołała prawie we drzwiach brunetka.
— Słucham?...
— Dlaczego jednak państwo się rozchodzą?
Pani Lola odparła z westchnieniem po krótkiej chwili namysłu:
— Nie rozumiemy się, proszę pani! Oto wszystko.
— Tak, tak... — dorzuciła skwapliwie brunetka. — Zupełnie jak u nas. Najtrudniej proszę pani, o to, aby dwoje ludzi zrozumiało się... najtrudniej...
— Tak! — rzekła z głębokiem przeświadczeniem pani Lola, zamykając drzwi za niebieskooką brunetką.

Władysław Junosza Szaniawski.
(Aramis).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Junosza-Szaniawski.