Wyspa tajemnicza/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVIII.

Penkroff przestaje wątpić. — Dawny upust wody. — Zstąpienie do podziemi. — Przejście przez wzgórza granitowe. — Zniknięcie Topa. — Pieczara środkowa. — Tajemnica. — Otwór wybity. — Powrót.

Zamiary Cyrusa uwieńczył szczęśliwy skutek, lecz, stosownie do zwyczaju, z zimną krwią patrzył na dzieło swoje. Harbert wpadł w zachwyt, Nab skakał z radości, a Penkroff powtarzał ciągle, przesyłając głowę z ramienia na ramię:
— Ho, ho! dla naszego inżyniera niema nic trudnego!
Rzeczywiście nitrogliceryna zostawiła potężne ślady swego działania. Przez nowy upust wypływało więcej niż trzy razy tyle wody, co przez dawny; a wskutek tego poziom jeziora musiał obniżyć się w krótkim czasie przynajmniej o parę stóp.
Koloniści wrócili do Kominów. Top pobiegł za nimi.
W drodze marynarz rzekł do Cyrusa:
— Jak widzę, panie Cyrusie, wyrobionym przez pana płynem możnaby z łatwością wysadzić całą naszą wyspę.
— Nietylko wyspę, lecz wszystkie lądy i całą nawet ziemię — odpowiedział Cyrus. — Zależałoby to jedynie od ilości.
— Czy ta nitrogliceryna nie mogłaby służyć za nabój do palnej broni?
— Nie, Penkroffie, gdyż możnaby broń rozerwać. Co do nas, moglibyśmy łatwo wyrabiać proch, skoro, mamy kwas azotowy, saletrę, siarkę i węgiel, lecz nacóżby się to zdało, kiedy, niestety, nie mamy broni.
Koloniści stanęli niebawem przy dawnym upuście i za pierwszym rzutem oka przekonali się, że życzenia ich zostały spełnione.
W granitowej ścianie jeziora, wznoszącej się obecnie już nad poziomem wody, ukazał się tak długo poszukiwany otwór. Przystęp do niego ułatwił kawał skały, wystający ponad wodą po jej opadnięciu, a ciągnący się wzdłuż poniżej otworu, blisko na dwadzieścia stóp szerokiego, lecz mającego zaledwie parę stóp wysokości. Koloniści tylko z największą trudnością mogliby się przecisnąć przez ten otwór, lecz Nab i Penkroff mieli żelazne drągi i pracowali tak szczerze, że w godzinę podwyższyli go dostatecznie.
Inżynier przekonał się wówczas, że dno upustu nie obniżało się zbyt stromo, i że będzie można zejść aż do poziomu morza, jeżeli pochyłość i dalej będzie jednakowa.
— Na cóż my jeszcze czekamy, panie Cyrusie? — zapytał marynarz, który pragnąłby jak najprędzej wejść do podziemia. — Już i tak Top nas wyprzedził.
— I my zejdziemy — odpowiedział inżynier — tylko nie mamy jeszcze światła. Nabie, przynieś nam smolnych gałęzi!
Nab i Harbert pobiegli na brzeg jeziora, ocienionego sosnami, i wrócili wkrótce, niosąc spory pęk gałęzi, które ułożyli w kształcie pochodni. Gdy skrzesano ognia i zapalono pochodnie, Cyrus Smith, a za nim koloniści weszli w ciemny korytarz, oswobodzony od zalewającej go przedtem wody.
Wbrew przypuszczeniom, szerokość i wysokość tego przejścia zwiększała się w miarę, jak się posuwali, i wkrótce mogli już chodzić wyprostowani, ściany granitowe, od wieków może zalane wodą, były śliskie, trzeba więc było schodzić bardzo ostrożnie, dlatego też koloniści poprzywiązywali się jedni do drugich sznurami, jak to czynią wchodzący na wysokie góry. Szczęściem dno granitowe nie było zupełnie gładkie i wystające na niem wypukłości zastępowały schody. Krople wody, pozostałe jeszcze na skałach, połyskiwały od światła pochodni; możnaby sądzić, że wszystkie ściany pokryte były stalaktytami. Inżynier przyjrzał się granitowi: był czarny, zbity i nadzwyczaj ścisły. A więc to podziemie istniało od powstania wyspy, więc to nie woda wyżłobiła je powoli; nie Neptun, lecz Pluton wykuł je swą ręką.
Koloniści bardzo wolno spuszczali się nadół. Doznawali jakiegoś dziwnego uczucia, zapuszczając się w te podziemia, w których widocznie nie postała nigdy noga człoweka. Szli milcząc, lecz może każdemu z nich przychodziło do głowy, że olbrzymi potwór morski obrał sobie mieszkanie w niższych częściach jaskini, gdzie już wdzierały się fale morza. Top szedł przed nimi; ufając w jego zmyślność, pewni byli, że ich ostrzeże, gdyby groziło niebezpieczeństwo.
Gdy zeszli już na jakie sto stóp nadół, Cyrus zatrzymał się, inni poszli za jego przykładem. W tem miejscu podziemie rozszerzało się znacznie i tworzyło małą jaskinię. Z jej sklepienia spadały krople wody, świadczące, że fale rwącego potoku były jedynemi jej mieszkankami. Powietrze wilgotne nie zawierało w sobie szkodliwych wyziewów.
— No cóż, kochany Cyrusie — odezwał się Gedeon — znaleźliśmy schronienie ciche, ukryte, lecz niepodobna w niem zamieszkać.
— A to dlaczego? — zapytał marynarz.
— Bo za małe i za ciemne.
— A czy to nie możemy powiększyć tej jaskini, powykuwać okien, aby światło i powietrze miały do niej przystęp? — rzekł Penkroff, któremu teraz wszystko wydawało się prawdopodobne.
— Chodźmy dalej — powiedział inżynier — może tam niżej znajdziemy coś lepszego.
— Przeszliśmy zapewne dopiero trzecią część wysokości — rzekł Harbert.
— Tak — powiedział Penkroff — poczciwy nasz piesek jakoś od wejścia, zeszliśmy pod ziemię mniej więcej sto stóp i kto wie, czy o jakie sto stóp niżej...
— Gdzie jest Top, panie? — zapytał Nab, przerywając.
— Zapewne pobiegł dalej — odezwał się Penkroff.
— A więc i my pójdziemy za nim — rzekł Cyrus.
Inżynier, idąc, zważał pilnie na wszystkie zakręty przejścia, a pomimo, że były dość liczne, umiał sobie zdać sprawę z ogólnego kierunku, w jakim dążyli ku morzu.
Koloniści zeszli znów o pięćdziesiąt stóp niżej, gdy uwagę ich zwróciły dźwięki, wychodzące z głębi podziemia; stanęli, przysłuchując się. Dźwięki te, dochodzące do nich przez wąski korytarz, jakby przez trąbkę akustyczną, wyraźnie obijały się o ich uszy.
— To szczekanie Topa! — zawołał Harbert.
— Tak — powiedział Penkroff — poczciwy nasz piesek jakoś gniewnie ujada!
— Mamy nasze żelazne drągi — rzekł Cyrus. — Naprzód więc i bądźmy uważni.
— Rzecz zaczyna być coraz bardziej zajmująca — szepnął Gedeon marynarzowi, który odpowiedział mu potwierdzającem skinieniem głowy.
Koloniści biegli na pomoc Topowi, ujadającemu coraz głośniej, a w jego głosie czuć było wściekłość prawie. Czyby walczył z jakiem zwierzęciem, którego spokój naruszył? Koloniści, zdjęci ciekawością, nie myśleli o niebezpieczeństwie, zapomnieli o środkach ostrożności, nie schodzili już, ale zsuwali się z pochyłości, i w kilka minut, o sześćdziesiąt stóp niżej zobaczyli Topa.
W tem miejscu otwierało się wejście do obszernej i pięknej jaskini. Tam właśnie Top ujadał gniewnie. Penkroff i Nab, otrząsnąwszy pochodnie, rzucili jasne promienie światła na granitowe ściany, a Cyrus, Gedeon i Harbert podnieśli do góry oszczepy, gotowi na wszelki wypadek.
Jaskinia była pusta. Koloniści przebiegli ją wzdłuż i wszerz, nie spostrzegli jednak nigdzie ani zwierzęcia, ani żadnej żyjącej istoty. Top wszelako ujadał ciągle i ani pieszczoty, ani groźby nie mogły skłonić go do milczenia.
— Musi tu być otwór, którym woda uchodziła do morza — odezwał się inżynier.
— Rzeczywiście — odpowiedział Penkroff — uważajmy, abyśmy tam nie wpadli.
— Szukaj, Top, szukaj! — zawołał Cyrus.
Pies, zachęcony głosem pana, pobiegł na drugi koniec jaskini i tam głośniej jeszcze szczekać zaczął.
Wszyscy poszli za nim i przy świetle pochodni zobaczyli otwór, podobny do otworu studni. Przezeń to właśnie odpływała woda z jeziora. Poza tym otworem nie było już spadzisto pochylającego się przejścia, lecz prostopadłe ściany, po których zejść było niepodobna.
Pochylono pochodnie nad otworem, lecz nic nie zobaczono. Cyrus Smith rzucił wewnątrz zapaloną gałąź smolną, która spadając, żywszem jeszcze zabłysła światłem i oświetliła ściany studni, ale prócz nich nic nie widzieli. Potem, gdy ogień gasnął, dało się słyszeć lekkie syczenie, dowodzące, że gałąź dotknęła się wody, to jest poziomu morza.
Inżynier obrachował podług czasu, jaki upłynął od wrzucenia do spadnięcia gałęzi, że głębokość studni wynosiła około dziewięćdziesięciu stóp: a więc dno jaskini wznosiło się o dziewięćdziesiąt stóp nad poziom morza.
— Oto przyszłe nasze mieszkanie — rzekł Cyrus do towarzyszów.
— Które z pewnością było przedtem zajęte przez jakąś żyjącą istotę — rzekł Gedeon nierad, że ciekawość jego nie była dotąd zaspokojona.
— Być może — odrzekł inżynier — lecz ta istota widocznie uciekła tym otworem i ustąpiła nam miejsca.
— Bądź co bądź — dodał marynarz — chciałbym być z Topem kwadrans temu, bo on z pewnością nie ujadał tak bez przyczyny.
Cyrus pogłaskał psa i rzekł cicho do siebie:
— O! z pewnością wiele moglibyśmy dowiedzieć się od Topa!
Tak więc życzenia kolonistów ziściły się niemal zupełnie. Mogli rozporządzać obszerną grotą, której wielkości nie potrafili jeszcze dostatecznie ocenić, lecz widzieli już, że będzie można podzielić ją przepierzeniami z cegły na pewną ilość pokoi, a tym sposobem urządzić w niej wygodne mieszkanie. Dopływu wody nie można się już było obawiać.
Pozostawały jeszcze dwie trudności: naprzód oświetlenie jaskini, wyżłobionej wewnątrz tak olbrzymiej skały, następnie ułatwienie wejścia do niej. Nie można nawet było myśleć o oświetleniu groty zgóry, ponieważ pokrywało ją nadzwyczaj grube granitowe sklepienie, trzeba więc było spróbować, czy się nie uda przebić bocznej ściany, ciągnącej się od strony morza. Cyrus, schodząc do podziemia, zwrócił uwagę na ukośny kierunek korytarza i wnosił, że może ta ściana nie będzie zbyt gruba. Jeżeliby zaś można oświetlić grotę z tej strony, to i przystęp będzie ułatwiony, bo równie łatwo wybić drzwi jak okna i wchodzić przy pomocy drabiny.
— W takim razie, panie Cyrusie, zabierzmy się do roboty. Mam mój drąg żelazny i dosyć siły, aby spróbować, czy mi się nie uda przebić tej ściany. Gdzie uderzyć?
— Tu! — odpowiedział inżynier, wskazując dość znaczne zagłębienie w rodzaju framugi, co zmniejszało w tem miejscu grubość ściany.
Penkroff tak silnie przez całe pół godziny bił drągiem w ścianę, że wkoło niego spadały kawałki skały, a iskry sypały się za każdem uderzeniem. Nab zastąpił go następnie, a po Nabie Gedeon zabrał się do roboty.
Pracowali już od dwóch godzin, i zaczęto się obawiać, aby długość drąga nie okazała się niedostateczną w stosunku do grubości ściany, gdy wreszcie, po silnem uderzeniu, drąg przebił ścianę, wysunął się z ręki i upadł nazewnątrz.
— Wiwat! Wiwat! — krzyknął Penkroff.
Ściana granitowa miała w tem miejscu tylko trzy stopy grubości.
Cyrus Smith spojrzał przez otwór: przed nim roztaczało się wybrzeże wysepki a dalej morze.
Jednocześnie pierwszy raz promienie światła dziennego wdarły się do groty, która w tej chwili wydała się kolonistom jakimś zaczarowanym pałacem. Jeżeli część jej na lewo nie miała więcej nad dwadzieścia stóp wysokości i szerokości, na sto stóp długości, to na prawo rozmiary jej były ogromne a zaokrąglone sklepienie wznosiło się wyżej niż ośmdziesiąt stóp. Sklepienie to, oparte, w niższych, bocznych swych częściach na granitowych filarach, jak nawa kościoła, tworzyło to łuki, to arkady, niknące wśród dziwacznych ozdób i obłąków, wyrzeźbionych ręką przyrody, i przedstawiało w malowniczem połączeniu próbki architektury bizantyńskiej, romańskiej i gotyckiej. A jednak było to dzieło samej tylko natury; ona to w tym granicie wykuła tę czarodziejską Alhambrę!
Koloniści stali zdumieni i zachwyceni. Tam, gdzie spodziewali się zastać ciasną jaskinię, znaleźli jakiś czarodziejski pałac. Nab odkrył głowę, jakby nagle został przeniesiony do świątyni!
Ze wszystkich ust wyrwały się okrzyki zachwytu, które echo powtarzało na wszystkie strony.
— Ach! przyjaciele moi — rzekł Cyrus — skoro oświetlimy dostatecznie to podziemie, gdy podzielimy tę część po lewej ręce na pokoje, składy i kuchnię, pozostanie nam jeszcze w całości ta pyszna grota, którą przeznaczymy na zbiory osobliwości i ogólne zebrania.
— A nazwiemy ją?... — zapytał Harbert.
— Granitowym pałacem — odpowiedział Cyrus.
Towarzysze jego z zadowoleniem przyjęli tę nazwę.
Pochodnie już się prawie dopalały, a ponieważ byłoby niebezpiecznie wracać pociemku przez wąski i spadzisty korytarz, postanowiono wyjść z jaskini i zaraz nazajutrz rozpocząć prace około urządzenia nowego mieszkania.
Przed odejściem Cyrus raz jeszcze pochylił się nad otworem studni i przysłuchiwał się uważnie. Cicho tu było, nie dochodził nawet szum bałwanów morskich, których jednak huk w czasie burzy dolatywać tu musiał. Rzucono jeszcze jedną gałąź zapaloną, lecz znowu jak pierwej zobaczono tylko prostopadłe ściany. Jeżeliby więc nawet jaki potwór morski pozostał tu chwilowo po nagłym odpływie wody, to widocznie zdołał już przez ten otwór schronić się do morza, zanim oni weszli do jaskini.
Inżynier jednak stał nad studnią zamyślony; słuchał i z natężeniem wpatrywał się w jej otwór.
Wkońcu marynarz zbliżył się do niego i rzekł, trącając go w ramię:
— Panie Cyrusie!
— Czego chcesz, przyjacielu? — zapytał inżynier, jakby przebudzony ze snu.
— Pochodnie niezadługo zgasną.
— Więc wracajmy! — odpowiedział Cyrus.
Koloniści opuścili grotę i zaczęli piąć się pod górę przez ciemny korytarz. Top szedł na końcu i jeszcze niekiedy warczał, odwracając się w przeciwną stronę. Wejście pod górę było męczące, zatrzymali się więc na chwilę dla wypoczynku w mniejszej grocie, a potem poszli dalej.
Wkrótce zaczął dochodzić do nich powiew wiatru. Kropelki wody nie połyskiwały już na granicie, osuszonym pod wpływem powietrza, pochodnie blade tylko wydawały światło, a niebawem jedna z nich zgasła zupełnie, i trzeba się było śpieszyć, aby jak najprędzej wyjść z podziemnego korytarza.

Około godziny czwartej zgasła druga pochodnia, ale też w parę minut później koloniści wyszli z podziemia i stanęli na wolnem powietrzu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.