Wyspa tajemnicza/XLIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XLIII.

Zguba czy zbawienie. — Ayrton wezwany. — Wnioski. — Nie Duncan. — Okręt podejrzany. — Ostrożność. — Zbliżenie się okrętu. — Wystrzał armatni. — Bryg wpobliżu wyspy. — Noc nadchodzi.

Już półtrzecia roku minęło, jak spadli na wyspę Lincolna, a nie znaleźli sposobności zawiązania stosunków z ludźmi. Wprawdzie reporter próbował, czy mu się nie uda porozumieć z zamieszkanemi krajami, powierzając odlatującemu ptakowi karteczkę, na której opisał swoje i towarzyszów położenie, lecz na środek ten niewiele można było liczyć. Teraz niespodziewanie — dnia 17 października, statek ukazał się na pustem zawsze morzu; jacyś ludzie zbliżali się do wyspy.
Tak, nie można już było wątpić, okręt unosił się na morzu! Ale czy się zatrzyma, czy popłynie dalej? O tem dowiedzą się za kilka godzin.
Cyrus i Harbert przywołali natychmiast Gedeona, Penkroffa i Naba do wielkiej sali Granitowego pałacu i zawiadomili ich o tak nadspodziewanem zdarzeniu. Penkroff, chwytając lunetę, pobiegł natychmiast do okna a po niejakim czasie zawołał głosem, nie zdradzającym wielkiej radości:
— Tam do licha! To naprawdę okręt!
— Czy zbliża się do nas? — zapytał Gedeon.
— Tego nie można jeszcze poznać, gdyż dotąd widać tylko maszty, lecz pudła niepodobna jeszcze dostrzec.
— Cóż nam czynić wypada? — zapytał Harbert.
— Czekać — odpowiedział Cyrus.
Koloniści zamilkli i wpadli w głębokie zamyślenie, niepewni, czy mają pragnąć, czy też obawiać się przybycia statku, czy znajdą na nim przyjaciół, czy wrogów? Bez wątpienia nie znajdowali się w rozpaczliwem położeniu wyrzuconych na nieurodzajny i skalisty kawałek ziemi, którzy, pozbawieni najpierwszych środków życia, oczekują z utęsknieniem chwili wyzwolenia; Penkroff i Nab nawet z żalem opuściliby ukochaną wyspę, na której czuli się tak szczęśliwi i bogaci. W każdym razie ten statek przybywa jednak z krajów zaludnionych, a może nawet przynosi im wiadomości z ich rodzinnej ziemi. Łatwo więc pojąć, że widok jego musiał silne na nich uczynić wrażenie.
Od czasu do czasu Penkroff przysuwał się do okna i z natężoną uwagą przyglądał się przez lunetę statkowi, oddalonemu jeszcze o dwadzieścia mil od wyspy. Koloniści nie mogli dotąd żadnym znakiem zwrócić na siebie jego uwagi, nie dostrzeżonoby jeszcze flagi ani ognia i nie dosłyszanoby wystrzału. Nie ulegało tylko wątpliwości, że wyspa, posiadająca wysoką górę, nie ukryje się przed wzrokiem osady statku, ale czy pomimo to okręt nie popłynie dalej? Może zresztą tylko wypadek zapędził go na tę część oceanu Spokojnego?
Na to pytanie, które każdy z kolonistów zadawał sobie w myśli, mogła posłużyć za odpowiedź uwaga Harberta:
— A może to Duncan?
Wspomnieliśmy już, że jacht lorda Glenarvana, który miał zabrać Ayrtona z wyspy Tabor, nazywał się Duncan; nie byłoby nic więc nadzwyczajnego, aby statek, udający się tam, był widziany z wyspy Lincolna.
— Trzeba niezwłocznie przywołać Ayrtona — rzekł Gedeon — on jeden zdoła nas objaśnić, czy to jest Duncan.
Wszyscy zgodzili się na to i reporter zatelegrafował natychmiast do Ayrtona:
„Przybywaj jak najśpieszniej”.
W kilka minut odebrał odpowiedź:
„Przyjdę zaraz”.
Nie spuszczali oczu z nadpływającego okrętu.
— Jeśli to Duncan — mówił Harbert — Ayrton pozna go z łatwością, ponieważ dość długo na nim żeglował.
— No, jeśli pozna Duncana — rzekł Penkroff — to dopiero silnego dozna wzruszenia.
— Zapewne — odrzekł Cyrus — ale teraz Ayrton godzien już jest wrócić na pokład Duncana, i daj Boże, iżby to był rzeczywiście jacht lorda Glenarvana.
— Przyznaję, że pojawienie się tu innego statku wydałoby mi się podejrzanem. Zazwyczaj na tych morzach żeglują tylko statki malajskich korsarzy. W takim razie groziłoby nam niebezpieczeństwo...
— Będziemy się bronili — zawołał Harbert.
— Zapewne — odrzekł inżynier — ale zawsze lepiej byłoby nie być zmuszonym do obrony.
— Jedna uwaga — rzekł Gedeon. — Wyspa Lincolna, jako niewskazana na żadnej mapie, jest całkiem nieznana żeglarzom; gdyby więc dostrzeżono ją z okrętu, rzecz prosta, zamiast omijać, dowódca osady mógłby zapragnąć ją zwiedzić.
— A więc cóż uczynimy w razie, jeśli okręt ten zarzuci kotwicę wpobliżu naszej wyspy? — zapytał Penkroff.
Pytanie to pozostało przez pewien czas bez odpowiedzi, nareszcie Cyrus rzekł spokojnie po chwili namysłu:
— Zrobimy, co powinnością jest naszą. Porozumiemy się z osadą, zamówimy sobie miejsca na statku i opuścimy wyspę, objąwszy ją uroczyście w posiadanie w imieniu Stanów Zjednoczonych. Później powrócimy, wraz ze wszystkimi, którzy będą chcieli się tu osiedlić, skolonizujemy całą wyspę a tym sposobem założymy dla Rzeczypospolitej nader pożyteczną stację w tej części oceanu Spokojnego.
— Wiwat! — krzyknął Penkroff — to dopiero piękny ojczyźnie naszej zrobimy podarek! Kolonizacja prawie już ukończona, wszystkie części wyspy otrzymały odpowiednie nazwy, jest port, obfitość wody słodkiej, drogi, telegraf, warsztat okrętowy, kuźnia i różne fabryki, pozostaje tylko oznaczyć wyspę na mapach.
— A jeśli ją kto zajmie podczas naszej nieobecności? — zapytał Spilett.
— Kroć sto tysięcy! — krzyknął marynarz. — Nic z tego nie będzie! Choćbym miał tu sam jeden zostać na straży, przysięgam, że nie ukradzionoby mi jej przecie tak łatwo, jak zegarek z kieszeni jakiego niedołęgi!
Przez godzinę jeszcze nie można było rozpoznać, czy dostrzeżony statek płynął ku wyspie; zbliżył się wprawdzie, lecz Penkroff nie mógł poznać, w jakim zmierza kierunku.
Około czwartej, w godzinę po zawezwaniu, Ayrton przybył do Granitowego pałacu.
— Co macie do rozkazania? — zapytał, wchodząc do wielkiej sali.
Cyrus podał mu rękę i rzekł, prowadząc go do okna:
— Ayrtonie, mieliśmy ważny powód zawezwania cię do nas. Ujrzeliśmy nadpływający statek.
Ayrton, usłyszawszy to, zmieszał się i pobladł; potem zbliżył się do okna i rozejrzał po widnokręgu, lecz nic nie zobaczył.
— Weź lunetę — rzekł Gedeon — gdyż być może, że statek ten to Duncan, dopływający do tych brzegów, aby cię zabrać do ojczyzny.
— Duncan! — powtórzył Ayrton. — Już!...
Ostatnie słowo wypowiedział jakby mimowolnie i głowę opuścił na ręce. Czyżby lat dwanaście, przebytych na bezludnej wysepce, nie uważano jeszcze za dostateczną karę?... Czy żałujący winowajca nie był jeszcze godny przebaczenia?
— Nie, to niepodobna! — rzekł cicho — to nie może być Duncan.
— Przypatrz się dobrze, Ayrtonie, bo wiele zależy na tem, abyśmy jak najprędzej wiedzieli, czego się mamy spodziewać.
Ayrton wziął lunetę, przez kilka minut przyglądał się bacznie, nareszcie rzekł:
— Rzeczywiście jest to okręt, lecz zdaje mi się, że nie Duncan.
— Z czego to wnosisz? — zapytał reporter.
— Duncan jest parowcem, a tu z żadnej strony, ani ponad statkiem nie widać dymu.
— Może płynie tylko przy pomocy żagli — rzekł Penkroff.
— Wiatr jest pomyślny, i może osada pragnie zaoszczędzić węgla.
— Być może, że zagasili ognie — odrzekł Ayrton. — Przekonamy się o tem, gdy statek zbliży się do brzegów.
To powiedziawszy, usiadł milczący w oddalonym końcu sali; nie mieszał się do rozmowy.
Wszyscy znajdowali się w tak dziwnem usposobieniu, że niepodobna im było zająć się pracą. Gedeon i Penkroff szczególniej okazywali rozdrażnienie; chodzili wciąż, nie mogąc ustać na miejscu. Jeden tylko Nab był zupełnie spokojny. Ojczyzną była dla niego każda miejscowość, w której się pan jego znajdował. Inżynier siedział zatopiony w myślach i więcej obawiał się, niż pragnął przybycia tego okrętu.
Tymczasem okręt zbliżył się nieco do wyspy. Z pomocą lunety można było rozpoznać, że był statkiem całkiem odmiennym od tych, jakiemi posługują się zazwyczaj korsarze malajscy na oceanie Spokojnym. To pozwalało wnosić, że obawy inżyniera były nieusprawiedliwione i że obecność tego statku na wodach wyspy żadnem nie grozi niebezpieczeństwem.
Penkroff nie spuszczał zeń oka, zwłaszcza, iż zdawało mu się, że zaczyna omijać wyspę. Przywołany do okna Ayrton potwierdził to mniemanie.
— Cóż zrobimy, gdy noc nadejdzie? — zapytał inżynier. — Czy zapalimy ognie, aby wskazać naszą obecność na wyspie?
Było to nader ważne pytanie, jednak mimo przeczuć swoich, inżynier rozwiązał je twierdząco. Podczas nocy okręt mógł zniknąć z widnokręgu i oddalić się, a czy po jego zniknięciu inny jaki zawita kiedy na wody wyspy Lincolna? Któż mógł przewidzieć, jaka przyszłość czeka kolonistów?
— Tak — odrzekł — masz słuszność, powinniśmy zawiadomić ten okręt, bez względu, jaki on jest, o naszej obecności na wyspie, inaczej moglibyśmy kiedyś gorzko żałować tego zaniedbania.
Postanowiono tedy, że Nab i Penkroff, gdy noc zapadnie, rozniecą zaraz wielki ogień, który musi koniecznie zwrócić uwagę osady. Ale właśnie w chwili, kiedy zamierzali opuścić pałac Granitowy, statek zmienił kierunek i wyraźnie płynął ku wyspie bardzo śpiesznie.
Nab i Penkroff pozostali. Podano lunetę Ayrtonowi, aby przypatrzył się dobrze, czy to Duncan, czy nie. Jacht szkocki był także jak bryg zaopatrzony w żagle, trzeba więc było dopatrzeć, czy między dwoma masztami tego statku wznosił się komin.
Widnokrąg był jasny i pogodny; wkrótce też Ayrton opuścił lunetę, mówiąc:
— To nie Duncan! To nie może być Duncan!
Penkroff wziął lunetę i zaczął znów przyglądać się, poznał, że to jest statek doskonale zbudowany, objętości trzystu do czterystu beczek i, o ile się zdało, odznaczający się niezwykłą szybkością biegu. Ale nie mógł rozróżnić, do jakiego, należał narodu.
— Bandera powiewa na nim — mówił — ale nie mogę rozpoznać barwy.
— Przekonamy się o tem za jakie pół godziny — rzekł reporter. Zresztą widać wyraźnie, że kapitan tego statku ma zamiar przybić do lądu. Jeżeli więc nie dziś, to najdalej jutro zapoznamy się z sobą.
— W każdym razie — odrzekł Penkroff — lepiej wiedzieć zawczasu, z kim mamy do czynienia. Chciałbym bardzo widzieć barwę tego jegomości.

Mówiąc to, wpatrywał się.
...Cyrus zbliżył się do niego...

Zmierzch nastał i coraz trudniej było śledzić statek.
Nie jest to bandera amerykańska — mówił Penkroff — nie angielska, bo czerwona barwa widniałaby zdaleka; nie są to barwy francuskie, ani niemieckie... także nie żółta hiszpańska... Zdaje się, że bandera ta jest jednostajnej barwy... Jakaby ona być mogła? Jakie statki mogłyby zabłąkać się na te wody?... Bandera chilijska jest trójkolorowa... brazylijska zielona... japońska o promieniach czerwonych i białych, ta zaś...
W tejże chwili wiatr rozwinął banderę. Ayrton pochwycił opuszczoną przez Penkroffa lunetę i, przyłożywszy do oczu, zawołał przerażony:
— Czarna!
Teraz już można było uważać statek za podejrzany. Czyżby sprawdziły się przeczucia inżyniera? Byłżeby to bryg korsarski? W jakim celu dopływał do wybrzeży wyspy Lincolna? Czy uważał ją za zupełnie nieznaną ziemię, mogącą służyć za skład zrabowanych rzeczy? Może korsarze zamierzają ukrywać się tu przez zimę, a w takim razie uczciwe schronienie kolonistów miałoby się zamienić w przytułek nędzników, stać się niejako stolicą korsarzy oceanu Spokojnego.
Myśli te powstały instynktownie w umysłach kolonistów. Zresztą barwa bandery przekonywała, iż rzeczywiście jest to statek korsarski. Taką to banderę wywieszonoby na Duncanie, gdyby się były powiodły zbrodnicze zamiary przestępców.
— Przyjaciele — rzekł Cyrus — może statek ten chce tylko zbadać wybrzeża wyspy i może osada wcale nie wyląduje? Byłoby to bardzo pożądane. W każdym jednak razie trzeba będzie wszelkiemi sposobami starać się utaić naszą obecność. Wiatrak, stojący na płaszczyźnie, mógłby zwrócić uwagę, niech więc Ayrton i Nab co prędzej odejmą skrzydła. Dalej zasłońmy starannie gałęziami okna Granitowego pałacu i pogaśmy światła, aby nic nie zdradzało obecności ludzi.
— A statek nasz? — zapytał Harbert.
— Oh! — odrzekł Penkroff — jest on tak doskonale ukryty w porcie, iż nie boję się, aby ci łotrzy go znaleźli.
Polecenia inżyniera wykonano niezwłocznie. Nab z Ayrtonem poszli na płaszczyznę, starając się ukryć wszelki ślad obecności ludzi a jednocześnie towarzysze ich udali się na skraj lasu i przynieśli znaczną ilość gałęzi i lian do przysłonięcia okien i ściany ich mieszkania. Nie zapomniano przygotować amunicji i broni, aby się bronić w razie napadu.
Ukończywszy przygotowania, Cyrus rzekł do towarzyszy:
— Przyjaciele, jeżeli nędznicy ci zechcą zająć wyspę Lincolna — gdy to mówił, głos jego drżał ze wzruszenia — wszak będziemy jej bronili?
— O tak, Cyrusie — odrzekł reporter. — Jeżeli trzeba, zginiemy w jej obronie.
Inżynier wyciągnął rękę do towarzyszy, uścisnęli ją serdecznie.
Sam tylko Ayrton pozostał w kącie, nie zbliżając się do kolonistów; może dawny przestępca nie czuł się jeszcze ich godny? Cyrus zrozumiał, co się działo w jego duszy, zbliżył się więc ku niemu, pytając:
— A ty Ayrtonie?
— Spełnię obowiązek — odpowiedział. Potem poszedł do okna i zaczął patrzeć przez gałęzie.
Słońce zaszło. Horyzont zaciemniał się powoli od zachodu. Bryg posuwał się ku zatoce Unji. Był oddalony o jakie osiem mil. Czy wpłynie do zatoki i czy tam zarzuci kotwicę? Może poprzestanie na zbadaniu wybrzeży i wróci na pełne morze, nie wysadzając załogi?...
Cyrus przeraził się mocno, zobaczywszy czarną banderę, powiewającą na statku. Czy nie była to groźba zagłady dzieła, którego on i towarzysze tak szczęśliwie dokonali.
Czyżby korsarze już dawniej uczęszczali na tę wyspę, skoro, dopływając do jej wybrzeży, rozwinęli swoją flagę? Może wylądowywali tu już niejednokrotnie, co tłumaczyłoby pewne niewyjaśnione dotąd okoliczności? A może w nieznanych im dotąd częściach wyspy zamieszkuje ich wspólnik, z którym zostają w porozumieniu?...
Noc nadeszła. Księżyc skrył się w obłokach; ciemność zawisła nad wyspą i nad morzem. Gęste i ciężkie chmury, nagromadzone na widnokręgu, nie przepuszczały najbledszego światła; wiatr ucichł zupełnie z zapadającym zmrokiem. Żaden listek nie poruszył się na drzewie, najlżejsze fale nie uderzały o skały. Okrętu me można było dojrzeć; wszystkie światła na nim były pogaszone.
— A kto wie — rzekł Penkroff — może ten przeklęty bryg popłynie dalej w nocy, i rano go już nie zobaczymy.
Jakby w odpowiedzi na te słowa smuga światła błysła w ciemności, i wystrzał armatni rozległ się w powietrzu.
Tak więc okręt się nie oddalił i miał działa na pokładzie.
Sześć sekund upłynęło między błyskiem a wystrzałem — bryg więc znajdował się milę i ćwierć od wybrzeży.

Jednocześnie dał się słyszeć odgłos łańcuchów, przesuwających się ze zgrzytem przez otwór na przodzie statku. Okręt zarzucał kotwicę wpobliżu Granitowego pałacu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.