Wyspa tajemnicza/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

Nab nie wrócił. — Uwagi reportera. — Wieczerza. — Zapowiedź trudnej do przebycia nocy. — Straszna burza. — Wychodzą w nocy. — Walka z deszczem i wichrem. — O osiem mil od pierwszego obozowiska.

Gedeon Spilett stał nieruchomy z założonemi rękoma, wlepiając wzrok ku wschodowi, gdzie ponad morzem wielka czarna chmura szybko wznosiła się wgórę. Wiatr był silny przez cały dzień, a ku wieczorowi znacznie się jeszcze oziębiło; wszystko wokoło groźną zapowiadało burzę.
Harbert poszedł do Kominów, a Penkroff zbliżył się do stojącego na wybrzeżu reportera, mówiąc:
— Panie Spilett, ciężka noc nas czeka: wicher i ulewa, dopieroż to petrele radować się będą[1].
Obudzony z zamyślenia reporter zwrócił się do marynarza:
— Jak ci się zdaje, w którem też miejscu łódkę odcięliśmy i pęd wiatru uniósł naszego towarzysza?
— Najdalej o paręset sążni stąd — odrzekł marynarz po chwili namysłu.
— Przypuszczając, że towarzysz nasz utonął, dziwna to jednak, że i pies jego Top także śmierć znalazł, i że morze nie wyrzuciło na brzeg zwłok Cyrusa Smitha, ani też psa jego.
— Nic dziwnego, skoro morze tak było wzburzone; a zresztą może prąd uniósł i rzucił je gdzie dalej.
— Więc jesteś przekonany, że towarzysz nasz utonął?
— Tak.
— A wiesz, iż niepodobnem wydaje mi się, aby Cyrus i Top zginęli tak bez śladu; może jeszcze żyją?
— Chciałbym temu wierzyć — odrzekł marynarz — ale doświadczenie moje nie dozwala mi się łudzić.
To powiedziawszy, Penkroff poszedł do Kominów, gdzie juz[2] Harbert rozniecił ogień, dorzucając suchych gałęzi; wielki płomień, strzelający dogóry, oświetlił najciemniejsze nawet zakątki...
Penkroff zabrał się zaraz do przyrządzenia obiadu, który chciał zrobić nieco posilniejszy, ze względu, że wszyscy byli wyczerpani z sił i potrzebowali pożywniejszego pokarmu. Kuruki zachował na jutro, a oskubał dwa cietrzewie i, wsadziwszy na kij niby rożen, piekł przy mocnym ogniu.
Była już siódma wieczorem, a Nab jeszcze nie wrócił; tak długa nieobecność jego mocno zaniepokoiła pozostałych towarzyszów. Obawiali się, czy nie uległ wypadkowi, lub obłąkany rozpaczą nie odebrał sobie życia. Harbert tylko zupełnie przeciwne wyprowadzał wnioski. On mniemał, że skoro Nab nie wraca, to widać nastręczyła mu się sposobność, skłaniająca go do przedsięwzięcia nowych poszukiwań, bo inaczej, cóż mogłoby go zatrzymywać? Może znalazł jakie wskazówki, jaki ślad kroków lub część ubrania inżyniera, i może właśnie w tej chwili wpadł już na trop, lub nawet odszukał pana...
Tak mówił młody Harbert, ale jeden tylko Gedeon Spilett podzielał jego nadzieję. Penkroff utrzymywał, że najpewniej Nab zapuścił się dalej, niż wczoraj, i dlatego dotąd nie wrócił.
Harbert chciał koniecznie biec szukać murzyna, lecz towarzysze przekładali, że w nocy i w czas tak szkaradny wycieczka jego nanicby się nie zdała, a nadto w żadnym razie nie powinni się już rozłączać. Jeżeli więc Nab nie wróci do jutra, wszyscy trzej pójdą go szukać. Harbert był posłuszny, ale dwie duże łzy spłynęły mu z oczu, tak żal mu było biednego murzyna. Widząc to, Gedeon Spilett serdecznie uściskał szlachetnego chłopca, który nie wahał się narazić na trudy i niebezpieczeństwo przez współczucie dla towarzysza niedoli.
Burza na dobre zaczynała szaleć; dął gwałtownie wiatr południowo-wschodni; morze z rykiem rozbijało się o nadbrzeżne skały. Deszcz, rozpylony huraganem, unosił się jakby mgła płynna; zdawało się, że szmaty pary uwijają się nad wybrzeżem, a leżące na niem drobne głazy, rzucane wichrem, taki wydawały odgłos, jakgdyby kto przewracał kupy kamieni. Wicher unosił tumany piasku, które mieszały się z ulewą; dym nie mógł wychodzić wąskim otworem, gdyż wiatr pędził go napowrót do wnętrza, skutkiem czego tak rozchodził się po wszystkich korytarzach, że wytrzymać w nich było niepodobna. I dlatego też zaraz po upieczeniu cietrzewi Penkroff zgasił ogień, starannie tylko podtrzymując zarzewie.
Już było po ósmej, a Nab nie wracał, wszelako teraz można było przypuścić, że powodem tego była burza, i że może schronił się w jaką rozpadlinę skały, aby w niej przeczekać wiatr lub przynajmniej dnia doczekać. Niepodobieństwem też było iść szukać go w nocy i podczas takiej zawieruchy.
Zasiedli do wieczerzy, na którą także nie mieli nic, prócz pieczonych ptaków, ale że mięso ich było wyborne, zajadali je więc z wielkim smakiem, a szczególniej Penkroff i Harbert, którym długa wycieczka dodała apetytu. Po wieczerzy udali się na spoczynek.
Im więcej noc zapadała, tem straszniej srożyła się burza.
Dął wicher, podobny do tego, który jeńców, uciekających z Richmondu, zapędził aż na te nieznane wybrzeża oceanu Spokojnego. Takie burze często zdarzają się tu podczas porównania dnia z nocą i szaleją tem gwałtowniej, iż wściekłość ich żadnej nie spotyka zapory na tej pustej i bezludnej części oceanu.

Szczęściem, skały olbrzymie, wśród których znajdowały się Kominy, były granitowe, nader mocno osadzone, a jednak mimo to
...odłamy skał utworzyły otwór, który nazywają kominami.
zdawało się nieraz, że zadrżały w podstawach. Penkroff położył rękę na ścianie skały i czuł pod nią drżenie, lecz nie przeraził się zbytecznie, gdyż zdawało mu się, iż mimo to improwizowane ich schronienie nie zapadnie się przecie. Słyszał jednak łoskot, jaki wydawały głazy, odrywane od szczytu i spadające na wybrzeże; niektóre nawet staczały się ponad Kominami i tam rozpryskiwały się w kawały. Dwa razy marynarz, czołgając się, dochodził do otworu korytarza, aby stamtąd wyjrzeć nazewnątrz, czy nie grozi im niebezpieczeństwo. Tym samym sposobem powracał na swoje miejsce przy ognisku i pilnował, aby zarzewie nie zagasło.

Harbert spał spokojnie mimo wściekłości huraganu, ryku burzy i huku grzmotów; Penkroff, który w długim swoim zawodzie oswoił się z niebezpieczeństwami, wkrótce poszedł za jego przykładem. Sam tylko Gedeon Spilett czuwał ciągle — niepokój sen spędzał mu z powiek. Wyrzucał sobie, że nie towarzyszył Nabowi; on, równie jak Harbert, nie mógł wyrzec się nadziei, iż Smith żyje, i że go odszukają.
— Czemu Nab nie wraca?... czy odkrył jakie poszlaki?... — I tak myślał, myślał, przewracając się na piaszczystem łożu, nie troszcząc się o walkę żywiołów... Niekiedy zamykał na chwilę oczy, pokonany znużeniem, lecz niebawem budziła go nagle jakaś myśl, i zrywał się na nogi.
Oddawna już ponure cienie nocy pokryły wybrzeże i była pewnie druga po północy, gdy nagłe szarpnięcie zbudziło Penkroffa, śpiącego snem twardym.
— Co się stało? — zawołał, zrywając się zupełnie przytomny, gdyż długa służba morska oswoiła go z wszelkiemi niespodziankami.
Gedeon Spilett stał nad nim pochylony, mówiąc:
— Czy słyszysz, Penkroffie?... Słuchaj! słuchaj!
Marynarz nadstawił ucha, ale nie słyszał nic, prócz huku fal morskich.
— To wicher i szum bałwanów.
— Ale nie! — odrzekł reporter, przysłuchując się. — Mnie się zdaje, że słyszę...
— Co takiego?
— Szczekanie psa.
— Szczekanie psa! — krzyknął Penkroff, odrazu stając na nogi.
— Tak... wyraźnie...
— Ależ to niepodobna!... — odrzekł marynarz — skądby się wzięło, zresztą wśród tego ryku burzy...
— Ach! słuchaj teraz! — zawołał Gedeon.
Penkroff natężył słuch, i rzeczywiście zdało mu się, że w chwili przelotnego uciszenia się burzy, doleciało go oddalone szczekanie.
— A co?... — rzekł reporter, ściskając dłoń marynarza.
— Tak... tak... masz pan słuszność.
— Ach! Top!... Top! — krzyknął, zbudzony nagle ze snu, Harbert, i wszyscy trzej rzucili się ku wyjściu.
Wiatr dął tak gwałtownie, iż z trudnością wyjść mogli, gdyż odpychał ich ciągle do wnętrza, i dopiero, opierając się o skały, zdołali utrzymać się na nogach.
Ciemność zalegała dokoła; morze, niebo, ziemia w jedną czarną stopiły się całość, w całej atmosferze nie widać było najmniejszego atomu rozprószonego światła. Przez kilka minut stali, miotani gwałtownym wichrem, deszcz lał na nich strumieniem, piasek zasypywał oczy.
Tak, było to szczekanie Topa; ale czy z kim, czy sam tylko wracał? Zdaje się, że gdyby szedł za Nabem, już dawno byliby wpadli do Kominów.
Nie mogli się słyszeć, to też marynarz ścisnął tylko dłonie towarzyszów, jakby im mówił: czekajcie! Powrócił do Kominów, skąd wyszedł za chwilę, trzymając w ręku pęk zapalonego łuczywa. Bujał niem w powietrzu i świstał, jak mógł, najgłośniej. W tejże chwili dało się słyszeć bliższe i głośniejsze szczekanie, i, jakby tylko oczekując tego znaku, pies wpadł gwałtownie do korytarza. Penkroff, Harbert i Gedeon Spilett pobiegli za nim, jak mogli najprędzej. Marynarz dorzucił na ogień garść łuczywa, jasny płomień wystrzelił wgórę i oświetlił korytarz.
— Top! Top! — krzyknął Harbert.
Rzeczywiście był to Top, ulubiony pies inżyniera Cyrusa Smitha; ale był tylko sam, nie towarzyszył mu ani pan jego, ani Nab.
Jakimże sposobem instynkt jego doprowadził go do Kominów, których nie znał wcale, i to jeszcze wśród nocy i takiej burzy?! Drugi fakt dziwniejszy jeszcze — Top nie był ani zbiedzony, ani nawet zabłocony.
Harbert przyciągnął go i łeb jego położył na swoich kolanach, głaszcząc i pieszcząc; pies radośnie ocierał się o niego.
— Skoro pies powrócił, znajdziemy i jego pana — rzekł uradowany reporter.
— Daj to Boże! — odrzekł Harbert. — Chodźmy szukać pana inżyniera, pies nas zaprowadzi.
— Chodźmy! — odrzekł marynarz i reporter.
Penkroff zgarnął starannie węgle w ognisku i ułożył pod popiołem kilka nowych kawałków drzewa, aby zastali ogień za powrotem. Następnie zabrał resztki wieczerzy, i wszyscy wyszli z Kominów, idąc za Topem, który wyraźnie dawał im do zrozumienia, że ich poprowadzi.
Burza szalała wściekle; zdawało się, że dochodzi największej gwałtowności. Był to nów księżyca; blade promienie jego nie przebijały z poza chmur, zatem bardzo było trudno pociemku iść w prostej linji. Postanowili spuścić się na instynkt Topa.
Najpierw tedy szedł pies, potem Harbert i Gedeon Spilett a Penkroff zamykał pochód. Mówić było niepodobna; deszcz nie był ulewny, gdyż wir huraganu rozpylał go prawie, ale burza ryczała zawzięcie. Szczęściem jedna okoliczność sprzyjała pochodowi rozbitków; wiatr dął od południo-wschodu, a więc popychał ich naprzód; tumany piasku uderzały ich w plecy, tak więc, byle się nie odwracali, nie potrzebowali lękać się o oczy. Wprawdzie nieraz musieli iść prędzej, niżby chcieli, ale nadzieja, że tym razem nie trudzą się naderemnie, podtrzymywała ich siły. Byli niemal pewni, że Nab odszukał pana i wyprawił do nich poczciwe psisko. Ale czy Cyrus Smith żył jeszcze? A może Nab wzywał tylko jego towarzyszów, aby mu ostatnią oddali posługę?
Po upływie kwadransa zatrzymali się w załomie skały, osłaniającym ich od wichru, aby odetchnąć swobodniej i wypocząć nieco po tak szybkim biegu.
Tu mogli słyszeć się i rozmawiać. Gdy Harbert wymienił nazwisko Cyrusa Smitha, Top zaczął szczekać, jakby chcąc dać do zrozumienia, że pan jego ocalony.
— Pan twój żyje, wszak prawda, Top? — zapytał Harbert.
A Top szczekał na odpowiedź.
Było około wpół do trzeciej, gdy znów puścili się w drogę. Morze zaczynało przybierać, a przypływ, pędzony wiatrem, zapowiadał się groźnie. Gdy tylko wyszli ze swego ukrycia wśród skał, wiatr znów gwałtownie miotać nimi zaczął; mocno pochyleni, szli bardzo prędko, nadstawiając mu plecy, a Top biegł tak śmiało, iż widać było, że wie, dokąd ich prowadzi. Zdążali ku północy; po prawej stronie roztaczało się nadzwyczaj wzburzone morze, po lewej okolica, której ciemność nie dozwalała widzieć. O czwartej zdawało się, że uszli z pięć mil drogi. Chmury podniosły się nieco i już nie dotykały ziemi; wiatr od morza nie był już tak mroźny, ale zato bardzo wilgotny. Ubranie nie zabezpieczało ich od zimna, to też przeziębli bardzo, jednak najlżejsza skarga z ust ich nie wyszła; postanowili sobie iść jak najdalej za rozumnem zwierzęciem.
O piątej dnieć zaczęło. Na wierzchołkach bałwanów ukazały się płowe odbłyski; piana pobielała. Na lewo wydatniejsze części wybrzeża zaczęły rysować się nieznacznie. Był to tylko jakby szary odcień na tle czarnem.
O szóstej dzień zajaśniał zupełny; chmury wzniosły się do góry. Marynarz i jego towarzysze znajdowali się wtedy blisko o sześć mil od Kominów.
Szli po płaszczyźnie, otoczonej skałami, których szczyty tylko widać było, gdyż morze przybrało. Na lewo rozciągało się wybrzeże, przedstawiające widok dzikiej, piaszczystej pustyni. Całe to wybrzeże nie przedstawiało oceanowi innej zapory, nad dość nieregularny łańcuch małych wzgórz; tu i ówdzie parę drzew pochylało się ku zachodowi. Daleko na południo-zachód ukazywał się skraj lasu.
W tej chwili Top zaczął okazywać żywy niepokój: to biegł naprzód, to wracał do marynarza, jakby nalegając, aby szedł prędzej. Nagle pies opuścił płaszczyznę i, jakby cudownym wiedziony instynktem, bez wahania wbiegł między piaszczyste wzgórza, ciągnące się wzdłuż morza.
Trzej towarzysze poszli za nim. Zdawało się, że to okolica zupełnie bezludna, żadne żyjące stworzenie jej nie ożywiało. Wzgórza rozrzucone były tak fantastycznie, iż trzeba było nadzwyczajnej baczności, aby nie zbłądzić.
W pięć minut po zejściu z płaszczyzny marynarz i dwaj jego towarzysze stanęli przed otworem, wydrążonym w dość wysokiem wzgórzu; tutaj Top się zatrzymał i zaszczekał głośno, Spilett, Harbert i Penkroff weszli do groty.
Tu Nab klęczał przed martwem ciałem, leżącem na łożu z mchu i trawy...

Był to inżynier Cyrus Smith!...





Przypisy

  1. Są to ptaki morskie, lubujące się w burzach.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – już.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.