Wyspa tajemnicza/LXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ LXI.

Cyrus o wyprawie. — Starania nad wykończeniem okrętu. — Ostatnie odwiedziny zagrody. — Walka między ogniem i wodą. Co zostało z wyspy — Postanawiają puścić się na morze. — Noc z 8 na 9 marca.

Nazajutrz Cyrus i Ayrton powrócili do Granitowego pałacu. Zgromadziwszy wszystkich towarzyszy, inżynier oznajmił im — że wyspie Lincolna zagraża straszne niebezpieczeństwo, którego żadna siła ludzka odwrócić nie zdoła.
— Przyjaciele — mówił im, a głos jego drżał ze wzruszenia — wyspa Lincolna nie należy do rzędu tych, które dotrwać mogą do końca świata. Zagłada jej jest nieuchronna, może nastąpić prędzej lub później, ale żadna potęga ziemska odwrócić jej nie zdoła.
Koloniści spojrzeli po sobie, potem zwrócili wzrok na inżyniera, nie mogąc pojąć znaczenia słów jego.
— Co chcesz powiedzieć, Cyrusie? — zapytał nareszcie reporter.
— Wytłumaczę się zaraz — odrzekł inżynier — albo raczej powtórzę wam tylko, co mówił kapitan Nemo podczas krótkiej ze mną rozmowy.
— Kapitan Nemo! — zawołali jednocześnie.
— Tak jest. I jest to ostatnia przysługa, którą jeszcze prawie w chwili śmierci chciał nam wyświadczyć.
— Ostatnia przysługa!... hum, ostatnia!... Zobaczycie, że, choć już żyć przestał, niejedną jeszcze odda nam przysługę!...
— Ale cóż ci powiedział? — zapytał reporter.
— Słuchajcie, towarzysze! Wyspa Lincolna nie znajduje się w tych warunkach, co inne wyspy oceanu Spokojnego, i skutkiem wstrząśnień podmorskich prędzej czy później będzie wysadzona w powietrze.
— Cóż znowu! — zawołał Penkroff, wzruszając ramionami, gdyż pomimo całego szacunku, jaki miał dla inżyniera, nie chciał wierzyć w nic podobnego.
— Posłuchaj mnie uważnie, Penkroffie — rzekł Cyrus — a dowiesz się, co mi powiedział kapitan Nemo, i o czem przekonałem się naocznie, zwiedzając wczoraj grotę Dakkara. Ciągnie się ona pod wyspą aż do wulkanu i tylko ściana bazaltowa oddziela ją od głównego jego komina, a ściana ta poprzerzynana jest szparami i szczelinami, przez które już wydobywają się gazy siarczane, wytwarzające się we wnętrzu wulkanu.
— A więc? — zapytał marynarz, a głos jego zdradzał pewien niepokój.
— A więc widziałem, że szczeliny rozszerzają się skutkiem wewnętrznego parcia, że ściana bazaltowa pęka powoli i że prędzej czy później rozstąpi się i zostawi wolne przejście falom morskim, zapełniającym pieczarę.
— Bah! i cóż tak strasznego! — zawołał Penkroff, chcąc jeszcze wszystko w żart obrócić — woda zaleje wulkan i na tem koniec.
— Tak, rzeczywiście na tem koniec — odrzekł inżynier — gdyż w dniu, w którym morze dostanie się do wnętrza wulkanu, Penkroffie, wyspa Lincolna będzie wysadzona w powietrze, podobnie jak wysadzona byłaby Sycylja, gdyby morze Śródziemne zalało wnętrze Etny.
Wysłuchali w milczeniu słów inżyniera; zrozumieli, jak wielkie zagraża im niebezpieczeństwo. Bo też Cyrus Smith mówił najzupełniejszą prawdę.
Wiele osób przypuszczało już, że ponieważ wszystkie prawie wulkany wznoszą się nad brzegiem mórz lub jezior, to może udałoby się je zagasić, zalewając wodą. Robiący takie przypuszczenie zapominali, że tym sposobem narażanoby się na wysadzenie w powietrze części kuli ziemskiej, podobnie jak rozsadzony zostaje kocioł przez zbytnie naprężenie pary. Woda, wpadająca do środka, którego temperatura dochodzi może do tysięcy stopni, tak nagle zamieniłaby się w parę, iż parcia jej nie wytrzymałaby otaczająca ją skorupa.
Nie ulegało już żadnej wątpliwości, że wyspie zagrażało bliskie i straszne niebezpieczeństwo, i że istnienie jej zależy od tego, jak długo utrzymać się zdoła w obecnym stanie krańcowa ściana groty Dakkara. Nie szło tu już o miesiące i tygodnie, ale może o dni a nawet godziny.
Głęboka boleść zbudziła się w sercach kolonistów, zapominali o grożącem im bezpośrednio niebezpieczeństwie, myśląc z goryczą o zniszczeniu tej wyspy, na której znaleźli przytułek i schronienie, którą z taką użyźnili pracą, ukochali całem sercem i zamierzali do kwitnącego doprowadzić stanu. Tyle trudów, pomysłów, tyle ciężkiej i krwawej pracy ma zmarnieć bez pożytku!...
Wielka łza stoczyła się po ogorzałej twarzy Penkroffa — nie myślał nawet jej ukrywać!
Jeszcze przez pewien czas rozmawiali o tem, rozbierając wszelkie możliwe środki ratunku. Stanęło na tem, że niema godziny do stracenia, że należy pracować niezmordowanie nad wykończeniem statku i spuszczeniem go na morze.
Zaniechano więc żniwa, polowania, zbiorów i nagromadzania zapasów żywności w Granitowym pałacu, i wszyscy bez wyjątku pracowali przy budowie. Składy i spiżarnia były tak obficie zaopatrzone, iż zapasy te, przeniesione na statek, wystarczyłyby choćby na najdłuższą przeprawę; chodziło tylko o to, aby nowy „Bonawentura” był spuszczony na wodę przed spełnieniem się strasznej a nieuchronnej katastrofy.
Koloniści pracowali z gorączkową pilnością, i dnia 23 stycznia roboty w większej części były ukończone. Na szczycie wulkanu żadnych nie było zmian; krater buchał ciągle dymem, pomieszanym z płomieniami i rozpalonemi do czerwoności kamieniami; ale w nocy z 23 na 24 stycznia, pod ciśnieniem lawy, dosięgającej do szczytu wulkanu, rozsadzony został stożek, stanowiący jakby jego kapelusz. Spadł z przerażającym hukiem. Koloniści wybiegli z Granitowego pałacu, sądząc, że wyspa się rozstąpiła.
Było około drugiej w nocy. Najwyższy stożek ważący miljardy funtów, zrzucony na wyspę, zatrząsł nią w podstawach. Szczęściem, stożek przechylony był ku północy, spadł więc na płaszczyznę piasku i tufu, rozciągającą się między wulkanem a morztem, krater szeroko otwarty rzucał ku niemu tak jaskrawe i silne światło, iż, pod wpływem odbicia się tego światła, cała atmosfera zdawała się palić. Niebo było czerwone, jednocześnie niezmierzony strumień lawy rozlał się w długich kaskadach, jakby woda spadająca z przepełnionego naczynia, i tysiące ognistych wężów wiło się po pochyłości góry.
— Przebóg!... Owczarnia!... — krzyknął Ayrton.
Jakoż rzeczywiście, wskutek zmiany kierunku, lawa toczyła się teraz z nowego krateru ku owczarni, a zarazem najurodzajniejszej części wyspy; zniszczenie groziło źródłom Czerwonego strumienia i lasowi Żakamara.
Na krzyk Ayrtona wszyscy pobiegli do stajni, w której znajdowały się onagi, zaprzęgli je do wozu i popędzili do owczarni, jedną wspólną ożywieni myślą — oswobodzenia zamkniętych w niej zwierząt.
Przed trzecią godziną stanęli w owczarni. Przerażający ryk wskazywał straszne przerażenie kóz i muflonów. Strumień ognistej materji spadał już z pochyłości na łąkę i z jednej strony dotykał prawie palisady; gdy tylko Ayrton otworzył drzwi owczarni, rozszalałe zwierzęta w mgnieniu oka rozbiegły się na wszystkie strony.
W godzinę później wrząca lawa zalała owczarnię, woda przepływającego ją strumienia ulotniła się, ogień zajął mieszkanie, które spłonęło jak słoma, a z ogrodzenia palisady nie pozostała ani jedna tyczka. Wkrótce z całej owczarni śladu nie było! Koloniści próbowali oprzeć się niszczącej sile wulkanu, starali się koniecznie ocalić owczarnię — daremne pokuszenia — człowiek jest bezsilny wobec tych wielkich wstrząśnień przyrody!
Nadszedł 24 stycznia. Przed powrotem do Granitowego pałacu koloniści postanowili zbadać kierunek tego potoku lawy. Ogólna pochyłość gruntu obniżała się od góry Franklina do zachodniego wybrzeża. Można więc było obawiać się, iż, mimo gęstego lasu Żakamaru, strumienie lawy dosięgną aż do płaszczyzny Pięknego Widoku.
— Jezioro nas osłoni! — rzekł reporter.
— I ja mam tę nadzieję! — odrzekł inżynier.
Próbowali dostać się na płaszczyznę, na którą spadł stożkowaty szczyt góry Franklina — lecz lawa zagradzała przejście. Z jednej strony płynęła doliną Czerwonego strumienia, z drugiej doliną rzeki Spadku. Pozbawiony swojej korony, wulkan zmienił się do niepoznania.
Teraz już nie stożkowato, lecz płasko był zakończony; dwa wydrążenia, wyszczerbione na południowym i zachodnim brzegu, wyrzucały nieustannie strumienie lawy, tworzącej jakby dwa oddzielne potoki. Ponad nowym kraterem kłęby dymu i popiołu mieszały się z gazami, unoszącemi się nad wyspą. Z hukiem, dochodzącym z głębi wulkanu, łączył się silny odgłos grzmotów; z głębi wulkanu wypadały rozpalone do czerwoności odłamy skał, które, wyrzucone aż pod niebiosa, rozpryskiwały się, miljardy iskier rozrzucając w powietrzu. Na te wybuchy wulkaniczne niebo odpowiadało błyskawicami i grzmotem.
Około siódmej rano koloniści nie mogli już utrzymać się na obranem stanowisku, nad brzegiem Żakamaru. Nietylko różne pociski tuż koło nich padały, lecz nadto lawa, występująca z łożyska Czerwonego strumienia, mogła przeciąć im odwrót. Pierwsze szeregi drzew lasu zajęły się ogniem.
Wrócili na drogę, wiodącą do owczarni; szli powoli, cofając się niekiedy. Wskutek pochyłości gruntu, potok lawy gwałtownie posuwał się ku zachodowi, i gdy tylko niższe pokłady stwardniały nieco, inne wrzące strumienie zalewały je niezwłocznie. Jednak najgroźniejszym stawał się główny strumień, posuwający się doliną Czerwonego strumienia. Cała ta część lasu zajęła się ogniem, ogromne słupy dymu unosiły się nad drzewami, których pnie od korzenia trzeszczały pod naciskiem lawy.
Koloniści zatrzymali się wpobliżu jeziora, o jakie pół mili od ujścia Czerwonego strumienia. Była to chwila stanowcza, stanowiąca o ich życiu lub śmierci.
Nawykły do walki z najgroźniejszemi niebezpieczeństwami, Cyrus Smith zrozumiał położenie i, wiedząc, że ma do czynienia z ludźmi, nie lękającymi się prawdy, choćby najgroźniejszej, rzekł do towarzyszy:
— Oto idzie zagłada, której się lękał kapitan Nemo.
— A więc — zawołał Penkroff, zakładając ręce i uderzając nogą w ziemię — nie warto pracować nad wykończeniem statku.
— Penkroffie! — rzekł surowo Cyrus Smith — zawsze i do ostatniej chwili życia należy spełniać swój obowiązek.
W tej chwili strumień lawy, przedarłszy się przez piękne drzewa lasu, które skazywał na zniszczenie, posunął się ku wybrzeżom jeziora. Tu grunt był nieco podwyższony i gdyby wyniosłość ta była znaczniejsza, zdołałby może powstrzymać pęd biegnących w tę stronę strumieni lawy.
— Do roboty! — zawołał inżynier.
Towarzysze zrozumieli myśl jego; należało urządzić tamę, nie pozwalającą strumieniom lawy posuwać się dalej, i tym sposobem zmusić ją do spadania w jezioro.
Koloniści pobiegli do warsztatu; przynieśli stamtąd łopaty, rydle, siekiery i z pomocą obalonych drzew zbudowali przeszkodę na trzy stopy wysoką i paręset długą. Pracy tej dokonali w kilka godzin, a zdawało im się, że trwała ledwie kilka minut, z takim pracowali zapałem.
Zaledwie tama stanęła, lawa dosięgła do jej stóp, wydęła się jak rzeka grożąca wylewem i groziła przekroczeniem jedynej powstrzymującej ją zapory, którą, przebywszy, zalałaby cały Daleki Zachód... Szczęściem świeżo usypana zapora zdołała ją powstrzymać, i po chwili strasznego wahania, chwili, która kolonistom wydała się wiekiem, lawa rzuciła się w jezioro Granta, spadając z wysokości dwudziestu stóp.
Koloniści stali niemi, jakby przykuci do miejsca, wpatrując się w walkę dwóch żywiołów.
A jakże to strasznie wspaniały był widok, ta walka wody z ogniem!... Jakież pióro, jakiż pendzel zdołałby odmalować tę podziwu godną, a przerażającą scenę!... Woda syczała, ulatniając się w zetknięciu z wrzącą lawą, para podnosiła się w powietrze do niezmierzonej wysokości, jakgdyby ktoś odkrył nagle pokrywę kotła. Lecz jakkolwiek jezioro zawierało ogromną ilość wody, jednak jej masa cała, jako niezasilana nową, musiała wkońcu być pochłonięta przez lawę, która, wypływając z nieprzebranego źródła, miotała coraz nowe strumienie ognistych materyj.
Pierwsze spadłe w jezioro strumienie lawy stwardniały niebawem i sterczały; po ich powierzchni toczyły się inne, także zkolei twardniejące i posuwające się ku środkowi. Tym sposobem utworzyła się jakby masa gruzu, grożąca zasypaniem jeziora, ktorego wody zamieniały się w parę. W powietrzu rozlegał się przerażający świst i syczenie. Gdzie pierwej była woda, teraz ukazywały się gromady skał dymiących, jakgdyby wydobywające się z łona ziemi.
Tym razem ogień zapanował nad wodą.
Szczęściem dla kolonistów strumienie lawy skierowały się do jeziora Granta, przez co uzyskiwali kilka dni zwłoki, a płaszczyzna Pięknego Widoku, Granitowy pałac i warsztaty choć na pewien czas były ocalone. Należało korzystać, aby wykończyć i opatrzyć starannie okręt; następnie spuścić go na morze i tam szukać schronienia; zaś w liny, żagle i inne przyrządy będzie można zaopatrzyć go później. Niepodobna było pozostać dłużej na lądzie, skoro co chwila wybuch zagrażał wyspie, a owe tak pewne dotychczas schronienie w Granitowym pałacu mogło niebawem zawrzeć przed nimi granitowe ściany.
Przez sześć dni następnych, od 25 do 30 stycznia, koloniści tak posunęli roboty około ukończenia okrętu, jakgdyby dwudziestu ludzi pracowało nad tem. Zaledwie kilka chwil wypoczywali; płomienie, buchające z krateru, świeciły tak jasno, iż w nocy pracować mogli. Wulkan wybuchał ciągle, ale mniej gwałtownie.
Zobaczmy, co się działo w zachodniej części wyspy.
Strumień lawy, spadający w szeroką dolinę rzeki Spadku, żadnej na swej drodze nie napotykał przeszkody, to też ogniste potoki zalały las Dalekiego Zachodu. W tej porze roku gwałtowne upały wysuszają sok drzew, więc też las zapalił się nagle, ogień objął drzewa od dołu do szczytu i zdawało się, że pożar szerzy się gwałtowniej w górze, niż pęd lawy, oblewającej stopy drzew.
Przerażone zwierzęta, jaguary, dziki, kabje, lisy i przerażone ptactwo uciekały w stronę Mercy i bagnisk Tadorna, ku drodze, wiodącej do portu Balonu. Koloniści tak byli zajęci pracą, że żadnej na te groźne zwierzęta nie zwracali uwagi; opuścili Granitowy pałac, a obozowali pod namiotem wpobliżu ujścia Mercy.
Cyrus Smith i Gedeon Spilett wstępowali codziennie na płaszczyznę Pięknego Widoku. Harbert towarzyszył im niekiedy. Penkroff nigdy iść tam nie chciał, aby nie patrzeć na ogrom zniszczenia, jakiemu uległa ukochana jego wyspa.
W istocie smutny to był widok. Cała lesista część wyspy sterczała teraz naga; tylko na półwyspie Wężowatym utrzymała się kępka drzew zielonych. Tu i ówdzie sterczały okopcone i ogołocone z gałęzi szkielety. Lawa zniszczyła wszystko. Gdzie pierwej świeża roztaczała się zieloność, obecnie grunt pokryty był tufem wulkanicznym. Z dolin rzeki Spadku i Mercy nie spadała już do morza ani kropla wody słodkiej i, gdyby nie to, że jezioro Granta niezupełnie wyschło, koloniści nie mieliby czem ugasić pragnienia. Na szczęście, ocalał południowy skraj jeziora, i tu otworzył się jakby mały staw, w którym zebrała się cała ilość znajdującej się jeszcze na wyspie wody słodkiej.
Posępny to był i przejmujący widok! Jakże bolesne robił wrażenie na kolonistach!
— Serce pęka z boleści! — rzekł raz Gedeon Spilett.
— Masz słuszność — odpowiedział inżynier. — Oby tylko Bóg dozwolił nam skończyć na czas ten statek; jest on dziś jedyną naszą deską ocalenia.
— Czy uważałeś, Cyrusie, że wulkan zdaje się uspokajać? Wyrzuca jeszcze lawę, ale w mniejszej ilości.
— I cóż stąd, kiedy ogień zawsze równie gwatownie[1] wre we wnętrznościach góry, i woda morska lada chwila może się tam dostać! Jesteśmy w położeniu podróżnych, płynących na okręcie, który pożar ogarnął, i ugasić go nie mogą, a wiedzą, że czy prędzej, czy później dostanie się do składu prochu. Ale chodź, Gedeonie, nie traćmy chwili czasu!...
Jeszcze przez osiem dni, to jest do 7 lutego, lawa nie przestawała płynąć, lecz wybuch utrzymywał się w dotychczasowych granicach. Cyrus obawiał się bardzo, aby ogniste strumienie nie dostały się na wybrzeże, bo w takim razie składy i warsztaty niewątpliwie uległyby zniszczeniu. W kilka dni później uczuwali wyraźnie drganie w łonie wyspy, co ich bardzo zaniepokoiło.
Było już 20 lutego, a należało popracować jeszcze z miesiąc, aby okręt mógł być spuszczony na morze — lecz czy wyspa dotrwa do tego czasu?... Cyrus Smith zamierzał spuścić statek na morze, jak tylko pudło zupełnie będzie ukończone; pomost, urządzenie wewnętrzne i przyrządy mogły być później wykończone; szło głównie o to, aby koloniści mieli jak najprędzej zapewnione schronienie poza wyspą. Może trzeba będzie doprowadzić statek do portu Balonu, to jest jak najdalej od punktu wybuchu, gdyż w razie rozstąpienia się wyspy, przy ujściu Mercy, między wysepką a murem granitowym, mógłby zostać zdruzgotany.
Nadszedł 3 marca. Koloniści obliczyli, że za dziesięć dni będą już mogli spuścić statek na morze.
Nadzieja zaczęła wstępować w serca pracowników, którzy w tym czwartym roku pobytu na wyspie tyle ciężkich przebyli prób. Nawet Penkroff zaczynał być mniej posępny i milczący, ochłonął nieco z utrapienia, w jakiem pogrążyła go obawa o ukochaną wyspę. Coprawda, teraz myślał tylko o okręcie, w którym ześrodkowały się wszystkie jego nadzieje.
— Skończymy go na czas, panie Cyrusie! No! w najgorszym razie przezimujemy na wyspie Tabor. Ależ, Boże mój drogi! cóżto za zamiana!... Z wyspy Lincolna na wyspę Tabor... pomieniał się stryjek, za siekierkę kijek!... Nigdym nie przypuszczał, że do tego przyjdzie!...
— Śpieszmy się! — powtarzał ciągle inżynier.
I pracowano bez wytchnienia.
— Panie mój — zapytał raz Nab inżyniera — powiedz mi, proszę, czy wszystko to działoby się, gdyby kapitan Nemo żył jeszcze?
— To nie ulega wątpliwości — odrzekł Smith.
— Daruj pan, ale ja pozwalam sobie wątpić o tem — odparł Nab.
— I ja to samo — rzekł mu do ucha Penkroff.
W pierwszym tygodniu marca góra Franklina stała się znów nader groźna, krater znowu zapełnił się lawą, staczającą się ze wszystkich stron wulkanu. Główny potok zwrócił się teraz ku południowo-wschodniemu wybrzeżu jeziora Granta, przepłynął strumień Glicerynowy i zalał płaszczyznę Pięknego Widoku.
Straszny to cios zadało kolonistom; nie pozostało ani śladu z młyna i zabudowań gospodarskich. Przerażony drób rozleciał się na wszystkie strony. Top i Jow okazywali największe przerażenie; przeczuwali instynktem zbliżanie się strasznej katastrofy. Znaczna liczba zwierząt, znajdujących się na wyspie, znalazła śmierć podczas pierwszego wybuchu; pozostałe schroniły się na bagna Tadorna i na płaszczyznę Pięknego Widoku. Teraz zamknięty miały dostęp do tego ostatniego schronienia; strumień lawy przepłynął mur granitowy i zaczął spływać na wybrzeże. Niema słów na opisanie wspaniałej okropności tego widoku.
Kolonistom zagrażało straszne niebezpieczeństwo; na całej wyspie nie było już bezpiecznego miejsca na schronienie, to też choć wyższe spojenia okrętu nie były jeszcze dostatecznie wykończone i opatrzone, postanowili puścić go na morze.
Penkroff i Ayrton zajęli się przygotowaniami do tej ważnej czynności, mającej nastąpić nazajutrz, dnia 9 marca.

Tymczasem w nocy z dnia 8 na 9 marca ogromny słup pary podniósł się z krateru wśród przerażającego huku i sięgnął trzech tysięcy stóp wysokości. Widać ściany Dakkara ustąpiły pod ciśnieniem gazu, i wody morza, wpadając nagle w ognistą przepaść głównym kominem, zamieniły się w parę, dla której krater dostatecznego nie przedstawiał ujścia. Wybuch tak głośny, że o sto mil możnaby go usłyszeć, wstrząsnął powietrzem, kawały góry spadły w ocean Spokojny, i w przeciągu kilku minut fale morskie zalały miejscowość, na ktorej istniała wyspa Lincolna.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – gwałtownie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.