Wyspa skarbów/Rozdział XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział dwudziesty piąty.
ZRYWAM KORSARSKĄ BANDERĘ.

Zaledwie zdobyłem oparcie na bukszprycie, gdy rozpuszczony kliwer na innej linie załopotał i wzdął się z łoskotem podobnym do huku działa. Okręt, wykonawszy nagły zwrot, zatrząsł się aż po sam kil, za chwilę jednak, gdy wzdymały się jeszcze inne żagle, kliwer znów zatrzepotał i obwisł nieruchomo.
Wstrząs ten omal nie strącił mnie w morze; nie tracąc więc czasu, przeczołgałem się wzdłuż bukszprytu i głową wprzód stoczyłem się na pokład. Znalazłem się po nawietrznej stronie przedniego kasztelu, a grotżagiel, który jeszcze się wzdymał, zasłaniał przede mną sporą połać tylnego pokładu. Przed sobą nie widziałem żywej duszy. Deski, których nie zmywano od czasu rokoszu, były upstrzone licznemi śladami obłoconych stóp, a próżna butelka, ułamana w szyjce, turlała się jak żywa tam i spowrotem w szpygatach.[1]
Naraz Hispaniola stanęła wprost naprzeciw wiatru. Kliwry, znajdujące się poza mną, chrzęsły głośno, ster zgrzytnął, cały okręt począł sapać i trząść się, jak człowiek w chorobie; w tejże chwili grotreja przekrzywiła się, jedna z bras z turkotem przesunęła się w zbloczu, a oczom mym ukazała się druga część pokładu tylnego.
Pewnym już wzrokiem dostrzegłem spoczywających tam obu strażników okrętu: człowiek w czerwonym fezie leżał nawznak, sztywny jak drąg, z ramionami rozkrzyżowanemi nakształt krucyfiksu, pokazując zęby przez odchylone wargi; Izrael Hands rozwalił się pod burtą, wmiętosiwszy podbródek w piersi, dłonie rozpostarłszy na pokładzie — jego przywiędła twarz była żółta, jak gromnica.
Przez chwilę statek boczył się i stawał dęba, jak koń narowisty. Żagle wzdymały się, prężąc jedną brasę po drugiej; bumy chwierutały się tędy i owędy, a maszt jęczał rozgłośnie. Co pewien czas nad parapetem pojawiała się ćma mżących rozbryzgów, a żebra statku uderzały głucho o spiętrzone bałwany: o wiele cięższą przeprawę miał ten duży, olinowany okręt, aniżeli moja domorosła nieoceniona „topiduszka“, spoczywająca już na dnie otchłani.
Za każdym podrygiem szonera człowiek w czerwonej czapce kiwał się na wszystkie strony, przyczem — co straszliwie wyglądało — mimo tej niewygodnej pozycji, ani jego postawa ani też grymas wyszczerzonych zębów nie ulegały żadnej zmianie. Natomiast Hands za każdym wstrząsem coraz bardziej się zapadał i rozwalał się na pokładzie; stopy osuwały się coraz niżej, tułów wciskał się w rufę, a twarz pomału nikła mi z oczu, aż wkońcu nie widziałem już nic okrom jednego ucha i zwichrzonych, kudłatych bokobrodów.
Jednocześnie zauważyłem dokoła nich obu plamy czarnej krwi na deskach i zacząłem przypuszczać, że pozabijali się wzajemnie w pijackiej kłótni.
Długo przypatrywałem się im z zadziwieniem. Naraz w chwili, gdy okręt zachowywał się spokojnie, Izrael Hands obrócił się wbok i z cichym jękiem przewalił się znowu, powracając do położenia, w którem ujrzałem go przedtem. Jęk, który świadczył o bólu i śmiertelnej słabości, oraz szerokie, kurczowe rozwarcie szczęk, napełniły mi serce litością. Atoli skoro przypomniałem sobie rozmowę, podsłuchaną w beczce jabłek, litość ta we mnie zagasła.
Postąpiwszy kilka kroków, doszedłem do grotmasztu.
— Jak się miewamy, panie Hands! — odezwałem się szyderczo.
Łypnął ciężko oczyma i powiódł niemi wokoło, lecz był zanadto nieprzytomny, by okazać zdziwienie. Zdobył się na wymamlanie jednego tylko słowa:
— Gorzałki!
Przyszło mi na myśl, że nie należy tracić czasu, więc wymijając bum, tatłający się po pokładzie, cofnąłem się i zszedłem po schodach do kajuty.
Przedstawił się tu mym oczom nieład, niedający się opisać, ani wyobrazić. Wszystkie schowki i zamki powyłamywano w poszukiwaniu mapy. Na podłodze, gdzie ci grubjanie zasiadali, pijąc lub naradzając się po włóczędze po mokradłach wokół obozowiska, spoczywała gruba warstwa błota. Ściany, biało malowane i otoczone złoconą obwódką, splamione były odciskami brudnych rąk. Tuziny pustych flaszek zderzały się z sobą po kątach za każdem poruszeniem okrętu. Jedna z książek medycznych doktora leżała otwarta na stole, a połowę jej kartek wydarto — pewno do zapalania fajek. Lampa wisząca pośrodku rzucała wokoło przyćmione światło, — zakopcona i brunatna jak glina.
Zszedłem do piwnicy. Wszystkie beczki były otwarte, a koło nich leżała ogromna ilość wypitych butelek. Spewnością, odkąd rozpoczął się bunt, ani jeden z tych ludzi nie był trzeźwy.
Myszkując wszędzie, znalazłem butelkę z odrobiną gorzałki dla Handsa; dla siebie wyszperałem trochę sucharów, nieco marynowanych owoców, wielki pęk rodzynków i kawał sera. Wyszedłem z tem na pokład, złożyłem własne zapasy za trzonem steru, a unikając spotkania z podsternikiem, udałem się do zbiornika wody i napiłem się do syta; potem dopiero, choć nie odrazu, dałem Handsowi gorzałkę.
Wypił pewno z kwaterkę, zanim odjął flaszę od ust.
— Ach, do kroćset! — odezwał się — sam na siebie to ściągnąłem!
Siedziałem już w swoim kącie i wziąłem się do jedzenia.
— Ciężka rana? — zapytałem go.
Chrząknął, albo raczej zaszczekał.
— Gdyby ten doktór był na okręcie — wykrztusił — byłbym zdrów w parę obrotów, ale ja nie mam szczęścia, jak widzisz; taki to mój los! A co się tyczy tego niedołęgi... to już on trup nadobre! — dodał, pokazując na człowieka w czerwonej czapce. — To nie był marynarz... Gdzie mu tam!... Ale skądeś ty tu zawitał?
— Mniejsza o to — odpowiedziałem — przybywam objąć okręt w swoje posiadanie, panie Hands, więc racz uważać mnie za swego kapitana i nie sprzeciwiać mi się w niczem!
Spojrzał na mnie ponuro, lecz nie rzekł nic. Na policzkach zjawił się nikły rumieniec. Mimo to stary łotr wciąż jeszcze wyglądał na bardzo chorego i wciąż jeszcze osuwał się bezładnie wdół w miarę chybotania się okrętu.
— Przy sposobności zaznaczę — ciągnąłem dalej — że nie zgodzę się na barwy naszej bandery, panie Hands. Pan pozwoli, że strącę ją z masztu. Lepiej żadna, niż ta.
Wyminąwszy jeden z bumów, podbiegłem do fansznura,[2] ściągnąłem wdół przeklętą czarną banderę i zrzuciłem ją z okrętu.
— Boże zachowaj króla! — zawołałem, wymachując czapką. — Na pohybel kapitanowi Silverowi!
Hands popatrzył na mnie hardo i chytrze, pogrążywszy podbródek na piersi.
— Zdaje mi się... — ozwał się nakoniec — zdaje mi się, kapitanie Hawkins, że chcesz teraz dostać się do brzegu... Pozwól, że porozmawiamy...
— Owszem — odparłem — z całą chęcią, panie Hands. Proszę mówić.
I wziąłem się znów do jedzenia z wielkim apetytem.
— Ten człowiek — rozpoczął z osłabieniem, wskazując na zwłoki — nazywał się O’Brien... zakamieniały Irlandczyk... On i ja rozwinęliśmy żagle, zamierzając poprowadzić okręt spowrotem. Otóż on już nieżywy... martwy jak kłoda... Nie wiem, kto teraz potrafi kierować statkiem. Wiadomo, ty tego nie potrafisz, chyba że ci udzielę wskazówek... Więc słuchaj: ty mi dasz jeść i pić... i jaką starą szmatę czy chustkę do przewiązania rany... ja zaś powiem ci, jak masz kierować żaglami... W ten sposób skwitujemy się...
— Powiem ci jedno — odrzekłem. — Nie myślę wracać do Przystani Kapitana Kidda. Chcę dostać się do Północnej Zatoczki i tam spokojnie wylądować.
— Aha, toś ty, ptaszku, spłatał nam tego figla!... — krzyknął Hands. — Ale ja nie jestem takim skończonym durniem, za jakiego mnie masz!... Jeszcze ci pokażę, ktom ja! Próbowałem się stąd wydostać i zawiodły mię siły, a tyś mnie tu zwąchał... Północna Zatoczka? Owszem, nie mam już wyboru! Pomogę ci doprowadzić okręt do Doku Stracenia. Do kroćset! Zrobię to!...
Słowa Handsa potrosze trafiły mi do przekonania. Zawarliśmy układ na poczekaniu. W przeciągu trzech minut sprawiłem, że Hispaniola płynęła bez trudności z wiatrem wzdłuż wybrzeża Wyspy Skarbów, mając nadzieję opłynięcia cypla północnego jeszcze przed południem, i dotarcia przed przyborem wody do Zatoki Północnej, gdzie mogliśmy bezpiecznie przybić do brzegu i oczekiwać, aż powracający odpływ pozwoli nam na wylądowanie.
Następnie przymocowałem zwrotnicę steru, zszedłem nadół do mego własnego kufra i wydobyłem miękką jedwabną chusteczkę, otrzymaną od matki. Z moją pomocą Hands przewiązał sobie wielką krwawiącą ranę, pod udem, a skoro cośkolwiek przekąsił i wychylił ze dwa kieliszki wódki, począł nabierać sił, wyprostował się i usiadł; mówił głośniej i wyraźniej, słowem wyglądał zupełnie na innego człowieka.
Wiatr sprzyjał nam zadziwiająco. Lecieliśmy z nim chyżo, jak ptak; wybrzeże wyspy migało nam przed oczyma, a widok zmieniał się co chwilę. Niebawem minęliśmy wyżynę i przejeżdżaliśmy obok płaskiej, piaszczystej okolicy, zrzadka usianej karłowatemi sosnami; niezadługo i ją pozostawiliśmy poza sobą i okrążyliśmy skaliste wzgórze, które stanowi zakończenie wyspy na północy.
Byłem niepowszednio dumny z świeżo upieczonego dowództwa i rozkoszowałem się jasną, słoneczną pogodą oraz rozmaitością widoków na lądzie. Miałem poddostatkiem wody i różnych smakołyków do wyboru, a sumienie, które wprzód ostro mnie karciło za samowolne oddalenie, uspokoiło się wielkością dokonanego podboju. Myślałem, że nie potrzebuję się już niczego obawiać, jak tylko oczu podsternika, które drwiąco ścigały mnie po pokładzie, i dziwnego uśmiechu, który pojawiał się nieustannie na jego licach. Był to uśmiech, który miał w sobie sporo bólu i zmęczenia — uśmiech starego, zbitego z tropu człowieka, lecz oprócz tego była szczypta szyderstwa i jakby cień zdrady w jego rysach, gdy ustawicznie i pilnie śledził mnie w czasie mego zajęcia.


Przypisy

  1. Kanaliki do odprowadzania wody z pokładu okrętu.
  2. Lina do podnoszenia bandery na maszt.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.