Wyspa skarbów/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział dwudziesty czwarty.
WĘDRÓWKA „TOPIDUSZKI“.

Gdy się przebudziłem, był już dzień w całej pełni. Rozglądając się wokoło, zmiarkowałem, że ocieram się o południowo-zachodni cypel Wyspy Skarbów. Słońce było już wysoko, lecz ukrywało się jeszcze przed mym wzrokiem za potężną bryłą Lunety, która z tej strony dochodziła prawie do morza w potwornie najeżonych uskokach skalnych.
Wbok ode mnie znajdował się szczyt Wielkiej Liny i wzgórze Bezan-Masztu. Wzgórze było nagie i ciemne, a szczyt obramowany skałami wysokiemi na czternaście lub piętnaście stóp i nastroszony rumowiskiem oberwanych głazów. Byłem oddalony niespełna o ćwierć mili od brzegu; pierwszą przeto mą myślą było skierować tam wiosła i wylądować.
Myśl tę wkrótce porzuciłem. Wśród zwalonych głazów wełny morskie wrzały i kotłowały się z łoskotem. Głośne uderzenia, ciężkie zwały wód rozciekłe i zapadające się wgłąb następowały jedne po drugich z sekundy na sekundę. Widziałem, że jeżeli podjadę bliżej, będę zdruzgotany na śmierć przy zjeżonym brzegu lub nadaremnie zmarnuję swe siły na sterczących pionowo krzesanicach.
Nie dosyć na tem. Na brzegu obaczyłem olbrzymie, oślizgłe potwory — podobne do ślimaków bezskorupnych nieprawdopodobnej wielkości — czołgające się po gładkich płytach skalnych lub wskakujące do morza z głośnym pluskiem, zawsze po dwa lub trzy razem. Ich szczekanie obudziło echa wśród skał.
Odtąd już wiedziałem, że są to „lwy morskie“, zwierzęta zgoła nieszkodliwe. Jednakże ich widok, dodawszy do niego niedostępność wybrzeża i wysoko pnące się bałwany, wystarczał aż nadto, by mnie zniechęcić do lądowania w tem miejscu. Wolałem cierpieć głód na morzu, niż zetknąć się z podobnemi niebezpieczeństwami.
Tymczasem miałem przed sobą lepsze warunki, niż przypuszczałem. Na północ od Szczytu Wielkiej Liny ląd wydłużał się, pozostawiając podczas odpływu długie pasmo żółtego piasku. Na północ od niego znowu był inny cypel — Przylądek Leśny, jak go oznaczono na mapie — schowany wśród zieleni gonnych jodeł, które dochodziły aż do krawędzi roztoczy.
Pamiętałem, co Silver opowiadał o prądzie, który w kierunku północnym obiega całe zachodnie wybrzeże Wyspy Skarbów. Wnosząc zaś ze swojego położenia, że już znajduję się w pasie jego działania, wolałem zostawić za sobą Szczyt Wielkiej Liny i zachować swe siły na później, gdy miałem się pokusić o wylądowanie na przystępniejszym pono Przylądku Leśnym.
Morze było zlekka rozkołysane, jak okiem sięgnąć. Ponieważ wiatr niezmiennie i łagodnie dmuchał z południa, przeto nie było żadnych niesnasek między nim a prądem — fale podnosiły się i opadały bez załamań.
Gdyby nie to, dawno już byłoby po mnie. Jednakże w danych okolicznościach łatwość i pewność, z jaką płynęła moja drobna i leciuchna łódka, przejmowała mnie zdumieniem. Często, gdy kładłem się na dnie, poprzestając jedynie na spoglądaniu ponad dziób „topiduszki“, spostrzegałem spory wzgórek błękitny, wzdymający się tuż koło mnie, — ale łódź moja tylko trochę się podrywała, podskakiwała, jak na sprężynach i osadzała się w zagłębieniu po drugiej stronie, zwinnie niby ptaszek.
Po krótkim czasie ośmieliłem się dotyla, iż zachciało mi się próbować zręczności w wiosłowaniu. Wszakże nawet najmniejsza zmiana w rozkładzie ciężaru powodowała gwałtowne zmiany w zachowaniu się dłubanki. Zaledwie popchnąłem naprzód łódkę, powstrzymując raptownie jej łagodnie falujący ruch, nadbiegł słup wody tak spiętrzony, że obalił mnie i wbił przód „topiduszki“ głęboko w bok następnej fali, kropiąc obficie pianą.
Byłem zmoknięty i nastraszony więc położyłem się w dawnej pozycji, dzięki czemu dłubanka jakby znowu odnalazła swą drogę, niosła mnie lekko, jak przedtem, po wygięciach nurtu. Nie ulegało wątpliwości, że należało zdać się na jej wolę... atoli nie mogąc mieć żadnego wpływu na bieg łodzi, jakąż mogłem mieć nadzieję, że dobiję do lądu?
Ciarki przechodziły po mnie, mimo wszystko jednak nie straciłem głowy. Najpierw, poruszając się z całą ostrożnością, wychlustywałem potrosze czapką marynarską wodę z łodzi, następnie zaś patrząc ponownie nad jej przodek, zacząłem badać, czemuto ona przemyka się tak spokojnie przez fale.
Przekonałem się, że każda fala, która z brzegu lub z pokładu statku wydaje się wielką, z lekka połyskującą górą, jest naprawdę jakby łańcuchem wzgórz na lądzie stałym, z mnóstwem wierzchołków, przełęczy i dolin. Łódź, pozostawiona sama sobie, zwracała się to w jedną to w drugą stronę, torowała sobie, że tak powiem, drogę przez owe kotlinki, unikając stromych spływów oraz wyższych, zachłannych wzniesień fali.
— No, dobrze! — myślałem sobie. — Muszę, rzecz jasna, leżeć w miejscu i nie utrudniać równowagi, lecz również jest rzeczą oczywistą, że mogę wysunąć wiosło z boku i od czasu do czasu, w miejscach łagodniejszych, dać jej jedno lub dwa pchnięcia w stronę lądu.
Co pomyślałem, uczyniłem natychmiast. Układłem się na łokciach w postawie nader uciążliwej i raz po raz zadawałem jedno lub dwa lekkie pchnięcia, aby skierować bieg łódki ku brzegowi.
Była to praca niezmiernie żmudna i powolna, jednak niemylnie osiągałem swój cel; kiedy zbliżyłem się do Przylądka Leśnego, to choć widziałem, że bezwątpienia nie utrafię w ten punkt, w każdym razie zboczyłem już o kilkaset sążni na wschód. Byłem już naprawdę bardzo niedaleko od lądu. Rozpoznawałem chłodne, zielone wierzchołki drzew, chwiejące się z wiatrem i nabrałem pewności, że niezawodnie dostanę się do najbliższego przylądka.
Był już wielki czas, gdyż zaczęło mnie nękać pragnienie. Pożoga słońca nad głową, jego tysiąckrotne odbłyski na falach, woda morska, która spadała i wysychała na mnie, piekąc solą nawet moje wargi — wszystko to składało się na to, że w gardle paliło mnie okrutnie, a głowa pękała z bólu. Widok drzew, tak niedalekich, wzniecił we mnie niemal chorobliwą tęsknotę. Lecz prąd zniósł mnie wkrótce za cypel, a skoro otwarła się nowa przestrzeń morza przede mną, ujrzałem nowy widok, który doszczętnie przenicował moje zamysły.
Wprost przed sobą, mniej jak o pół mili, ujrzałem Hispaniolę z rozwiniętemi żaglami. Byłem pewny wprawdzie, że nie mogę być przyłapany; tak mnie jednak nękało pragnienie, że nawet nie wiedziałem czy mam się cieszyć, czy trapić ową myślą. To też, zanim doszedłem do jakichkolwiek postanowień, zdumienie tak niepodzielnie owładnęło umysłem, iż przez długi czas jedyną rzeczą, na jaką mogłem się zdobyć, było szerokie wytrzeszczanie oczu.
Hispaniola miała rozwinięty grotżagiel i dwa kliwry, a piękne białe płótna lśniły w słońcu, jako śnieg lub srebro. Gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, wszystkie jej żagle były wzdęte, a statek podążał na północny zachód, z czego wnosiłem, że marynarze płyną spowrotem dokoła wyspy ku przystani. Obecnie okręt jął coraz bardziej skręcać ku zachodowi, tak, iż myślałem, że mnie spostrzegli i puścili się w pogoń. Wkońcu jednak wpadła Hispaniola na wiatr przeciwny, cofnęła się nieco nazad i przez chwilę stała w miejscu bezradna, łopocąc żaglami.
— Och niedołęgi! niezdary! — zawołałem. — Muszą być pijani, jak bąki! — I pomyślałem sobie, jakby to ich kapitan Smollett nagnał do roboty.
Tymczasem szoner stopniowo opadał na siłach, to znów porywał się do biegu, płynął rączo przez jedną lub dwie minuty i ponownie przystawał, napotkawszy opór wiatru. Powtarzało się to wielekroć. Tędy i owędy, tam i nazad, na północ, na południe, wschód i zachód pływała Hispaniola, szarpiąc się, kręcąc i miotając, a każdy taki wysiłek kończył się tak, jak się rozpoczął: — zupełnem opadnięciem bezsilnych żagli. Domyśliłem się, że nikt nie sterował. Jeżeli tak, to gdzież są ludzie? Albo się zapili do cna, albo opuścili okręt; stąd przyszło mi na myśl, że jeżeliby się udało dostać na pokład, zdołałbym zapewne oddać statek w ręce prawego właściciela.
Prąd ponosił jednakowo łódkę i żaglowiec ku południowi. Atoli dryf szonera tak był bezładny i przerywany, tak długo statek raz po raz przystawał na miejscu, że z pewnością na tem nic nie zyskiwał, o ile nie tracił. Gdybym miał tylko możność wyprostować się i wiosłować, niechybnie mógłbym go dogonić. Plan mój miał cechę awanturniczości, która mnie ożywiała, a myśl o bałwanach koło kajuty przedniej zdwajała rosnącą we mnie odwagę.
Podniosłem się, powitany prawie natychmiast przez nowy tuman perlącej się wody, tym razem nie przeszkadzającej memu zamiarowi, i z całą siłą i ostrożnością jąłem wiosłować ku nieokiełznanej Hispanioli. Zrazu tak ciężko przychodziło mi porać się z morzem, iż niejednokrotnie zatrzymywałem się i opuszczałem wiosła, z sercem trzepoczącem jak ptak. Z czasem jednak doszedłem do wprawy i swobodnie już prowadziłem łódkę wśród fal, jedynie niekiedy otrzymując uderzenie w bok łódki lub kłębek piany w twarz.
Doganiałem statek co sił. Widziałem mosiądz połyskujący na okuciach steru, szamocącego się tam i napowrót. Na pokładzie nie było żywej duszy, to też byłem pewny, że okręt jest opuszczony, w najgorszym zaś razie znajdujący się na nim ludzie leżeli w stanie nietrzeźwym w kajucie, gdzie mogłem ich spewnością obezwładnić i zrobić ze statkiem, co mi się żywnie podobało.
Przez czas pewien okręt robił co tylko mogło być dla mnie najgorszego — a mianowicie stał w miejscu. Zmierzał mniej więcej na południe, kręcąc się zresztą przez cały czas wirowym ruchem. Ilekroć wpadł na swój kierunek, żagle wzdymały się nieco i niosły go przez chwilę z wiatrem. Powiedziałem, że to było, co mogło być tylko najgorszego dla mnie; jakoż choć statek wydawał się tak bezradny w swem położeniu, choć żagle huczały jak baterja armat, a krążki, reje i liny kręciły się i chybotały, to jednak widziałem, że wszystko to oddalało się ode mnie, nietylko dzięki rączości prądu, ale i wskutek całego naporu przeciwnego wiatru, niewątpliwie nader silnego.
Wkońcu jednak okoliczności zaczęły mi sprzyjać. Wiatr przycichł na kilka mgnień, zaś Hispaniola, dryfując zwolna, odwróciła się do mnie rufą. Okno kajuty, jak zauważyłem, było wciąż otwarte, a lampa na stole, mimo dnia, paliła się jeszcze. Grotżagiel obwisał wdół, jak zestrzępiona chorągiew. Na okręcie panowała grobowa cisza, przerywana tylko szumem prądu.
Na chwilę jeszcze przedtem zostawałem coraz bardziej wtyle, teraz zaś, podwajając wysiłki, rozpocząłem znów pościg. Byłem niespełna o sto sążni oddalony od statku, gdy wiatr znów nagle dmuchnął, poruszył linami na bakborcie, a okręt znów popędził, naginając się i śmigając, jak jaskółka.
Pierwszem mem wrażeniem było uczucie rozpaczy, które wnet przemieniło się w radość. Okręt począł zataczać krąg, aż zwrócił się do mnie całą szerokością; w ten sposób odrobił najpierw połowę, później dwie trzecie, a wkońcu trzy czwarte odległości, jaka dzieliła mnie od niego. Widziałem fale, biało kłębiące się pod jego ostrogą. Z mej niskiej łódki wydawał mi się ogromnie wysoki.
Nagle zacząłem rozumieć sytuację. Nie miałem już czasu do namysłu — ledwo mi czasu stało na czyn i ocalenie własne. Znajdowałem się na grzbiecie jednej z fal, gdy żaglowiec, nachylając się, był już wpobliżu. Bukszpryt był tuż nad mą głową. Zerwałem się na równe nogi i podskoczyłem, spychając łódź pod wodę. Jedną ręką złapałem się za bumkliwer, a nogą zaczepiłem się między stach i brasę; gdy jeszcze tak wisiałem zasapany i z bijącem sercem, przykry chrzęst dał mi znać, że statek zatopił i zmiażdżył łódkę, i że już nieodwołalnie pozostać muszę na Hispanioli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.