Wyspa skarbów/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział dwudziesty drugi.
JAK ROZPOCZĘŁY SIĘ MOJE PRZYGODY MORSKIE.

Buntownicy nie powrócili już, ani nie dawali znaku życia. Z głębi lasu nie padł ani strzał. Kapitan przypuszczał, że rozdawali dzienną porcję żywności. Byliśmy więc panami placu i mieliśmy czas spokojny na przeniesienie rannych oraz przyrządzenie obiadu. Dziedzic z moją pomocą pomimo niebezpieczeństwa zajął się gotowaniem jadła na dziedzińcu. Jednakże nawet w tem oddaleniu niewysłowioną zgrozą przejmowały nas dochodzące tu głośne jęki pacjentów doktora.
Z ośmiu ludzi, którzy padli w tej rozprawie, tylko trzech jeszcze dyszało: jeden z piratów, zraniony przy strzelnicy, Hunter i kapitan Smollett. Spośród nich dwaj pierwsi byli tak jakby nieżywi: korsarz istotnie skonał pod nożem doktora, a Hunter, pomimo wszelkich zabiegów z naszej strony, nigdy nie odzyskał już przytomności. Leżał przez dzień cały, sapiąc głośno, jak niegdyś stary opryszek w naszym domu podczas napadów apopleksji, lecz żebra miał strzaskane uderzeniem i czaszkę zgruchotaną przez upadek. W jakiś czas później następnej nocy, nie dawszy żadnego głosu ani znaku, odszedł na łono Stworzyciela.
Co się tyczy kapitana, jego rany były rzeczywiście bolesne, ale nie niebezpieczne. Żadna część ciała nie była poważnie uszkodzona. Kula Andersona — gdyż to Job pierwszy go postrzelił — przebiła mu łopatkę i zadrasnęła płuca, zresztą nieszkodliwie. Druga jedynie przerwała i naruszyła kilka ścięgien w łydce. Wedle orzeczenia doktora, mógł niewątpliwie łatwo przyjść do siebie, lecz narazie i w ciągu najbliższych tygodni, o ileby chciał się wylizać, nie wolno mu było chodzić, ani poruszać ramieniem, ani też wiele mówić.
Moje przypadkowe zadraśnięcie było jak ukąszenie komara. Doktór Livesey zalepił je plastrem i zaprzęgnął mnie do roboty.
Po obiedzie dziedzic i doktór siedzieli przez chwilę koło kapitana, naradzając się. Już pod wieczór, kiedy się nagadali dosyta, doktór wziął kapelusz i pistolety, przypasał kordelas, włożył mapę do kieszeni, a muszkiet przez ramię, przeszedł palisadę od strony północnej i pospiesznie począł przedzierać się przez gęstwinę.
Siedzieliśmy obaj, Gray i ja, w najgłębszym kącie budynku, tak iż byliśmy oddaleni na odległość głosu od naradzających się naszych dowódców. Gray wyjął fajkę z ust i zapomniał włożyć ją znowu; takiem zdumieniem napełniło go to, co ujrzał.
— Co, u choroby! — przemówił. — Czy doktór Livesey dostał bzika?
— Co to, to nie! — odpowiedziałem. — Ręczę, że jemu chyba ostatniemu z nas wszystkich przytrafiłoby się coś podobnego!
— Dobrze druhu... — rzekł Gray. — Może on i nie ma bzika... ale w takim razie, to ja już napewno skapcaniałem... wierz mi...
— Jestem pewny, — odparłem — że doktór ma jakiś plan sekretny. O ile się nie mylę, poszedł spotkać się z Benjaminem Gunnem.
Później się okazało, że miałem słuszność. Tymczasem, ponieważ w stanicy panował nieznośny upał, a niewielki skrawek piasku w obrębie palisady, rozgrzany słońcem południowem, parzył mi stopy, ułożyłem sobie w głowie nowe postanowienie, które nie w każdym względzie było rozsądne. Zacząłem zazdrościć doktorowi, że wędrował w chłodnym cieniu kniei, pośród śpiewu ptaszęcego i rozkosznego zapachu sosen, gdy ja tu siedziałem bezczynnie, przyklejając się ubraniem do roztopionej żywicy; dokoła mnie tyle było rozlanej krwi i leżało tyle nieszczęsnych trupów, że miejsce to przejmowało mnie odrazą, graniczącą z lękiem.
Gdy sprzątałem wnętrze domu, a następnie przybory i resztki obiadu, ów wstręt i zazdrość rosły i potęgowały się we mnie, aż nakoniec znalazłszy się w pobliżu skrzyni z pieczywem i korzystając z tego, że nikt na mnie nie zważał, uczyniłem pierwsze przygotowanie do ucieczki: mianowicie napełniłem sobie obie kieszenie kurtki sucharami.
Byłem nierozsądny, z tem się zgodzę, i niewątpliwie przedsięwziąłem czyn zuchwały i nieprzemyślany, jednak postanowiłem wykonać go z zachowaniem wszelkich możliwych środków ostrożności. Te suchary, gdyby mi się coś przydarzyło, miały mnie ocalić od śmierci głodowej przynajmniej do dnia następnego.
Drugą rzeczą, którą zabrałem z sobą, była para krucic, a że miałem już przy sobie rożek z prochem i kulki, przeto czułem, że jestem należycie uzbrojony.
Plan, jaki miałem w głowie, nie był sam przez się najgorszy. Miałem dojść do ławicy piaskowej, która oddziela przystań po stronie wschodniej od otwartego morza, znaleźć białą opokę, którą spostrzegłem poprzedniego wieczoru, i wybadać, czy tam, czy też gdzieindziej Ben Gunn ukrył swą łódkę. Po dziś dzień jestem przekonany, że przedsięwzięcie to warte było zachodu. Widziałem jednakże, że nie dostanę pozwolenia na opuszczenie zagrody, dlatego też zamierzałem pożegnać się „po francusku“[1] i drapnąć, gdy nikt nie będzie pilnował. Ten zaś postępek był wielce nieodpowiedni i pogorszył całą sprawę. Bądź co bądź, byłem wówczas mocno smarkaty, a w pomysłach swoich równie mocno uparty!
Nakoniec znalazłem dla planów mych dogodną sposobność, gdy dziedzic i Gray zakładali nowy opatrunek kapitanowi, a cały plac był pusty. Wówczas przeskoczyłem przez częstokół i dałem nura między najbardziej zwarte gąszcza, a zanim spostrzeżono mą nieobecność, oddaliłem się na donośność wołania mych towarzyszy.
Było to drugie moje zuchwalstwo, o wiele gorsze od pierwszego, jako, że na straży domu zostawiłem jedynie dwóch ludzi. Jednakże ono właśnie, podobnie jak poprzednie, przyczyniło się do uratowania nas wszystkich.
Skierowałem swe kroki wprost ku wschodniemu wybrzeżu wyspy. Umyślnie obrałem sobie drogę wzdłuż morza, aby nie wpaść komu w oko od strony przystani. Było już dobrze popołudniu, niemniej jednak słońce przygrzewało setnie. Gdy przebojem szedłem przez bujny las, dochodził mnie z oddali nietylko nieustanny grzmot bałwanów morskich, lecz i niezwykły szum liści oraz skwirczenie drzewnych konarów, co wskazywało mi, że wicher rozhulał się więcej, aniżeli zazwyczaj. Niebawem chłodny ciąg powietrza doszedł i do mnie; przeszedłszy jeszcze kilka kroków, wydostałem się na odsłonięty skraj lasu i ujrzałem morze, błękitne i słoneczne aż po widnokrąg, tudzież wełnę wód, kłębiącą się i roztrącającą kłąb piany na zrębie wybrzeża.
Nie pamiętam, by toń morska przy Wyspie Skarbów była kiedy zupełnie spokojna. Choćby słońce prażyło, choćby w powietrzu nie było żadnego tchnienia, choćby roztocz pełnego morza była gładka i błękitna, zawsze jeszcze te potężne fale tłoczyły się wzdłuż rąbka lądu, grzmiąc i hucząc dniem i nocą, a zdaje mi się, że na całej wyspie niema ani piędzi ziemi, dokądby nie doszedł ich hałas.
Z wielką ulgą przeszedłem obok odmętu, poczem przypuszczając, że oddaliłem się dość znacznie na południe, dostałem się pod osłonę gęstwy grubych krzewów i podpełzłem ostrożnie do grzbietu wydmy.
Za mną był przestwór wodny, przede mną przystań. Wiatr morski, jak gdyby chciał jak najprędzej wydmuchać z siebie moc swego tchnienia, już zwolna przycichał. Zastąpiły go lekkie, zmienne wzwiewy z południa i południowego wschodu, niosąc powłóczyste zwoje mgły. Przystań, z nawietrznej strony Wyspy Szkieletów, była cicha i barwy ołowianej, jak wtedy, gdyśmy tu przybyli po raz pierwszy. Hispaniola od kabestanu aż po ostatnią linę odbijała się wyraziście w tem niezmąconem zwierciadle. Na szczycie masztu zwieszała się czarna bandera korsarska.
Obok okrętu stało jedno z czółen. U dzioba łodzi siedział Silver — jego jednego tylko mogłem rozpoznać — a gromadka ludzi opierała się o burty; jeden z nich był w czerwonej szlafmycy — był to drab, którego przed kilku godzinami widziałem przełażącego przez palisadę. Widocznie rozmawiali i śmiali się, choć doprawdy w tej odległości — przeszło milowej — trudno było posłyszeć choć słowo z tego, co mówili. Nagle ni stąd ni zowąd rozległo się wielce przeraźliwe, nieludzkie skrzeczenie, które początkowo przejęło mnie dreszczem. Wkrótce jednak rozpoznałem głos „kapitana Flinta“ i przypomniałem sobie, jak to nieraz brałem ptaka za migotliwe pióra, gdy siadał na ręce swego pana.
Wkrótce potem łódź odpłynęła, zmierzając w stronę wybrzeża, a człowiek w czerwonym fezie oraz jeden z jego kamratów zeszli do kajuty oficerskiej.
Około tego czasu za Lunetą zaszło słońce, a ponieważ mgła nagle gęstniała, przeto robiło się już zgoła ciemno. Widziałem, że nie powinienem marudzić, o ile jeszcze tego wieczora mam odnaleźć łódkę Gunna.
Biała skała, dość uwydatniająca się nad zaroślami, była jeszcze o niecałą milę ode mnie, licząc drogę wzdłuż przesmyku. Szedłem jeszcze sporą chwilę, zanim do niej dotarłem, pełznąc, często na czworakach, wśród rozdołów i krzewin. Noc już prawie nastała, gdy dłoń ma oparła się o chropowate urwisko. Tuż pod niem znajdowało się wgłębienie, wysłane zieloną murawą, a zakryte usypiskami i gęstemi krzakami, sięgającemi powyżej kolan i rosnącemi tam w wielkiej obfitości. W środku tego parowu znajdował się mały namiot z koźlej skóry, podobny do tych, jakie cyganie wożą z sobą w Anglji.
Zbiegłem w wądół, podniosłem skrzydło namiotu i znalazłem tam łódź Benjamina Gunn — domorosłą i zrobioną jak najniezgrabniej: niekształtna, o sękatych bokach dłubanka z surowego drewna, powleczona wyściółką ze skóry koźlej, włosem do wewnątrz. Cały ten sprzęt był okropnie mały, nawet dla mnie i trudno mi było uwierzyć, że mógł w niej jeździć dorosły człowiek. Było tam jedno siedzenie poprzeczne, niskie jak tylko być może, rodzaj podnóżka z przodu łodzi i dwa wiosła do poruszania.
Nie widziałem wprawdzie dłubanek, jakie robili starożytni Brytowie, ale wówczas ujrzałem chyba taki właśnie rodzaj łódki i nie mogę dać wam lepszego wyobrażenia o łódce Benjamina Gunn, jak mówiąc, że była to najpierwotniejsza i najlichsza „topiduszka“, jaką kiedykolwiek wyrobiono. Miała jednak ona spewnością tę wielką zaletę, że była nadzwyczaj lekka i zdatna do przenoszenia.
Zapewne przypuszczacie, że gdy już znalazłem łódkę, miałem narazie już dość włóczęgi. Tymczasem w mej szalonej głowie powstała myśl, którą byłem tak zachwycony, że wykonałbym ją, napewno nawet wtedy, gdyby mi przyszło się narazić na gniew kapitana Smolletta. Postanowiłem podkraść się pod osłoną nocy, odciąć Hispaniolę i puścić ją na los szczęścia, żeby dobiła do lądu gdzie jej się spodoba. Nabrałem przekonania, że po porażce, doznanej rano, buntownicy nie mieli gorętszego pragnienia, jak podnieść kotwicę i popłynąć na morze, mojem zdaniem, należało zamiar ten uprzedzić a ponieważ widziałem, że strażnicy, których postawili, nie posiadają łodzi, sądziłem, że można to uskutecznić z niewielkiem narażeniem swej skóry.
Przysiadłem, oczekując na zupełną ciemność, i posiliłem się sucharami. Była to noc jakby wybrana z dziesięciu tysięcy innych dla wprowadzenia w czyn mych zamysłów. Mgła zakryła już całe niebo. Ostatnie promyki światła dziennego rozproszyły się i znikły, a nieprzerwany czarny mrok zalał Wyspę Skarbów. Gdy spożywszy wieczerzę, wziąłem na plecy „topiduszkę“ i potykając się co krok wyszedłem z kotliny na wyższe miejsce, jedynie dwa punkciki były widoczne nad całą przystanią.
Jednym z nich było na wybrzeżu wielkie ognisko, koło którego odparci korsarze rozłożyli się, ucztując wśród trzęsawiska. Drugie światełko, pełgające nikle w pomroczy, wskazywało miejsce, gdzie na kotwicy stał okręt. Rozcieki fal obracały nim wokoło, tak iż dziób statku zwrócony był ku mnie. Jedyne światła na okręcie mogły być w kajucie, zatem to, co widziałem, było poprostu na tle mgły odbiciem silnego blasku, który płynął z okna na rufie.
Odpływ trwał już od pewnego czasu, tak iż musiałem brnąć przez długi smug grząskiego piasku, gdzie kilkakrotnie zapadłem się po kostki, zanim doszedłem do kresu cofających się fal, a brodząc jeszcze w nich przez chwilę, ze znacznym wysiłkiem i zręcznością, spuściłem wreszcie moją „topiduszkę“ na powierzchnię wody.


Przypisy

  1. Mybyśmy powiedzieli: „po angielsku“. Jednak Kuba Hawkins tak wyrazić się nie mógł, boć sam był Anglikiem. (Przyp. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.