Wyspa skarbów/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział dziesiąty.
PODRÓŻ.

Przez całą noc panował wielki rwetes, gdyż wszystko ustawiano na swojem miejscu, a nadto wciąż nadjeżdżały łodzie z przyjaciółmi dziedzica, jak Blandly i inni, którzy przybywali, aby życzyć mu pomyślnej podróży i szczęśliwego powrotu. Nie miewałem nocy spokojnych i pod „Admirałem Benbow“, a przecież tam było o połowę mniej krzątaniny, niż tutaj; byłem zziajany, jak pies, gdy nieco przed świtem bosman zadął w świstawkę, a załoga poczęła roić się na pomoście kotwicznym. Mogłem być dwakroć tak znużony, a jeszczebym nie zszedł z pokładu w tej chwili; wszystko było dla mnie tak nowe i ciekawe — te wartkie komendy, te przeraźliwe tony świstawki i ci ludzie uwijający się przy świetle latarń okrętowych.
— A teraz, Patelnia, zanuć jaką piosnkę! — zawołał jakiś głos.
— Tę naszą starą! — krzyknął drugi.
— Dobrze, dobrze, kamraci — odezwał się Długi Jan, który stał nieopodal, trzymając szczudło pod pachą. I naraz huknął pieśnią, której słowa i melodja były mi tak dobrze znane:

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni.

Cała załoga zawtórowała chórem:

Ho-aj-ho! i butelka rumu!

Owo drugie „ho!“ odbiło się gromko od burty. W tym pełnym wrażenia momencie przeniosłem się na chwilę myślą do starego „Admirała Benbow“, bo miałem złudzenie, że w tym zespole słyszę głos „kapitana“. Lecz niebawem kotwica zaczęła się wydobywać z wody, a wkrótce potem ociekając, zawisła u krawędzi statku; zaraz i żagle poczęto rozwijać, a na lądzie i sąsiednich statkach powiewano już rękoma i chustkami na pożegnanie... Zanim zdążyłem uciąć sobie godzinną drzemkę, już Hispaniola rozpoczęła podróż ku Wyspie Skarbów.
Nie mam zamiaru opisywać drobiazgowo tej podróży; była przedziwnie pomyślna. Statek dowiódł swej sprawności i innych zalet, załoga składała się z pojętnych żeglarzy, a kapitan był doskonale obeznany ze swym zawodem. Lecz zanim przycumowaliśmy wreszcie do Wyspy Skarbów, zdarzyło się kilka wypadków, które zasługują na poznanie.
Przedewszystkiem sztorman Arrow okazał się człowiekiem gorszym nawet, niż się tego obawiał kapitan. Nie miał najmniejszej stanowczości i powagi wobec załogi, wskutek czego każdy robił z nim, co mu się żywnie podobało. Lecz o to jeszcze mniejsza; nadomiar złego jął na pokładzie pokazywać się z zamglonemi oczyma, czerwonemi policzkami, splątanym językiem i innemi oznakami nietrzeźwości. Z dniem każdym wpadał w większą niełaskę u władzy. Niekiedy przewracał się, nabijając sobie sińce i guzy, kiedyindziej wylegiwał się przez dzień cały na małej ławeczce w swojej izdebce; czasem jednak przez dzień lub dwa był prawie trzeźwy i spełniał swe obowiązki przynajmniej znośnie.
Nie mogliśmy nigdy dociec, skąd on czerpie ten trunek; była to tajemnica statku, której nie mogliśmy rozwiązać pomimo nieustannego szpiegowania. Gdyśmy go zapytywali, wtedy albo się śmiał nam w twarz, jeżeli był pijany, albo, o ile był przytomny, zaklinał się na wszystkie świętości, że nie brał do ust nic prócz wody.
Nie dość, że był złym oficerem i dawał gorszący przykład swym ludziom, lecz budził obawę, że się to wszystko źle skończy. To też nikt się nazbyt nie zdziwił, ani też nie zmartwił, gdy pewnej ciemnej nocy, gdy morze było wzburzone, sztorman nagle przepadł, jak kamień w wodę. Odtąd nikt go nie widział na oczy.
— Spadł z pokładu! — domyślił się kapitan. — To i dobrze, szanowni panowie, bo ocaliło to tego warchoła od zakucia w kajdanki!
Mimo wszystko, byliśmy pozbawieni sztormana; wynikła stąd konieczność mianowania kogoś na jego miejsce. Bosman Job Anderson był najodpowiedniejszym do tego człowiekiem, więc, choć zachował dawny tytuł, przypadło mu spełniać poniekąd obowiązki sztormana. Pan Trelawney bywał już dawniej na morzu, a jego doświadczenie bardzo było przydatne, gdyż często sam osobiście pełnił służbę podczas przyjaznej pogody. A podsternik Izrael Hands był to sumienny, wytrawny, stary i doświadczony marynarz, na którym można było polegać pod każdym względem nawet w najcięższych opałach.
Był on w zażyłych stosunkach z Długim Janem Silverem, więc wzmianka jego nazwiska skłania mnie do powiedzenia słów kilku o naszym kucharzu okrętowym, noszącym powszechnie przydomek „Patelnia“.
Na okręcie nosił on szczudło na taśmie uczepionej dokoła szyi, ażeby mieć o ile możności obie ręce swobodne. Warto było widzieć, jak wścibiał kulawą nogę między stos drzewa i oparty na niej, nie zważając na kołysanie okrętu, z taką pewnością zajmował się gotowaniem, jakgdyby stał na lądzie. Jeszcze dziwniejsze było go widzieć kroczącego po pokładzie w czasie największej zawieruchy. Żeby ułatwić sobie przejście na dłuższych przestrzeniach, założył kilka pętlic, które przezwano kolczykami Długiego Jana, i mógł o własnych siłach przedostawać się z jednego miejsca na drugie, raz posługując się szczudłem, to znów wlokąc je za sobą na taśmie, z taką szybkością, że dorównywał w kroku innym ludziom. Kilku ludzi, którzy poprzednio odbywali z nim podróże morskie, wyrażało ubolewanie, że już wyszedł z dawnej wprawy, którą mieli sposobność podziwiać.
— Patelnia nie jest człowiekiem pierwszym z brzega! — zwierzał mi się podsternik. — Przeszedł on dobrą szkołę w młodości i umie mówić mądrze, jak z książki, a jaki chwat! Lew jest niczem w porównaniu z Długim Janem! Widziałem, jak złapał raz czterech i potrzaskał im łby jeden o drugi... chociaż był bezbronny.
Cała załoga poważała go niezmiernie, a nawet słuchała we wszystkiem. Do każdego umiał stosownie przemówić i każdemu wyświadczył jakąś szczególną przysługę. Dla mnie był uprzejmy, aż do uprzykrzenia i zawsze chętnie mnie widział w kuchni, którą utrzymywał jak cacko w wielkiej czystości i porządku; garnki i misy wisiały wypolerowane, jak nowe, a w kącie tuliła się klatka z papugą.
— Chodźno, Hawkins — mawiał zwykle — chodź pogawędzić z starym Janem. Nikogo tu nie witam z taką radością, jak ciebie, mój synku. Usiądź i posłuchaj nowości. Oto kapitan Flint... nazwałem papugę kapitanem Flintem na pamiątkę sławnego korsarza... więc oto kapitan Flint przepowiada nam powodzenie i szczęśliwą podróż. Nieprawdaż, kapitanie?
A papuga powtarzała pospiesznie:
— Talary! Talary! Talary! — dopóki Jan nie zarzucił chustki na klatkę.
— Czy ty wiesz, Hawkins — mawiał kucharz — ten ptak liczy sobie pewno ze dwieście lat życia! Papugi żyją długo. Ale jeżeli kto widział większego zawadjakę, musiał być to chyba sam bies wcielony. Ona rozbijała się po świecie wraz ze sławnym korsarzem, kapitanem Anglją. Była na Madagaskarze, w Malabarze, w Surynamie, w Providence, Portobello. Była przy wyławianiu rozbitych okrętów ze skarbami. Tam właśnie nauczyła się wołać: „Talary! talary!“ — nic dziwnego: było tego piętnaście tysięcy trzysta — wyobraź sobie, Hawkins! Była przy wylądowaniu wicekróla Indji w Goa; a patrząc na nią, powiedziałbyś, że to dziecko! Ale ty już wąchałeś proch... prawda, kapitanie?
— Bądź gotów do dzieła! — skrzeczała papuga.
— Ach, co to za mądra bestyja! — powiadał kucharz, dając jej kawałek cukru, wyciągnięty z kieszeni, a ptak dziobał pręty i obrzydliwie klął z całego gardła, jak oszalały; Jan dodawał wtedy na usprawiedliwienie:
— Nie gorsz się, chłopcze; można bezpiecznie brnąć w tem błocie i nie powalać się. Ten stary ptak jest bardzo cnotliwy, tylko ma skłonność do przekleństw, podobnie jak ja, wskutek nazbyt bujnego temperamentu; pozatem w świecie niema lepiej wychowanej istoty, możesz być tego pewny! Stara papla klęłaby tak samo, że tak powiem, przed księdzem na spowiedzi.
Mówiąc to, Długi Jan wedle swego zwyczaju brał się z powagą za czuprynę, chcąc wywołać we mnie przekonanie, że jest najlepszym człowiekiem pod słońcem.
Tymczasem dziedzic i kapitan Smollet trzymali się zawsze zdala od siebie. Dziedzic nie przejmował się wcale tym rankorem i lekceważył sobie kapitana. Kapitan ze swej strony nigdy się nie odzywał, chyba, że musiał odpowiedzieć na czyjeś zapytanie — ale i wtedy przemawiał zwięźle, głosem oschłym i opryskliwym, nie tracąc ani słowa napróżno. Dał się raz pociągnąć za język i przyznał, że mylił się w swem mniemaniu co do załogi, gdyż niektórzy z okrętników byli tak sprawni, jak tego wymagał, i wszyscy zachowywali się przyzwoicie. W statku był wprost zakochany.
— Ta nawa,[1] mości panie tak mnie słucha, jakby mi przysięgła przed ołtarzem wiarę i posłuszeństwo, — wyrażał się o nim, co nie przeszkadzało mu dodawać:
— Bądź co bądź, wyznam szczerze, że nie powrócimy do domu i że mi się nie podoba ta wyprawa!
Na to dziedzic odwracał się i przechadzał się z zadartą głową po pokładzie, mówiąc:
— Jeszcze jedno słówko z ust tego człowieka, a wpadnę w pasję!
Mieliśmy kilka burz, które jedynie ujawniły zalety Hispanioli. Majtkowie czuli się weseli i zadowoleni i musieliby być wielkimi wybrednisiami, gdyby było inaczej, gdyż mojem zdaniem, od czasów Noego nie było jeszcze drużyny okrętowej, którejby tak dogadzano, jak naszej. Za lada sposobnością wydawano podwójną porcję grogu. Raz po razu mieliśmy dzień jakiś uroczysty, zwłaszcza ilekroć tylko dziedzic usłyszał o czyichś urodzinach. W korytarzu zawsze stała beczka pełna jabłek, z której mógł korzystać każdy, kto miał ochotę.
— Nic dobrego stąd nie wyniknie — mówił kapitan do doktora Liveseya. — Psujecie tych zatraconych hultajów i robicie z nich djabłów wcielonych. Takie jest moje zdanie!
Lecz, jak się przekonacie, z beczki jabłek wynikło coś dobrego, bo gdyby jej nie było, nie bylibyśmy w porę przestrzeżeni i moglibyśmy zginąć wszyscy z rąk zdrajców. I otóż jak do tego przyszło.
Po chwilowem zejściu z drogi, mającem na celu uzyskanie wiatru w kierunku wyspy, która była naszym celem — nie wolno mi mówić wyraźniej — jęliśmy znowu zdążać prosto ku niej, wytężając uwagę dniem i nocą. Był to, według najdokładniejszych obliczeń, ostatni dzień naszej podróży: jeszcze tej nocy, albo conajwyżej nazajutrz rano, mieliśmy ujrzeć Wyspę skarbów! Przybraliśmy kierunek Pd. .Pd. Z. Morze było spokojne, lekkie podmuchy wiatru gnały nasz statek. Hispaniola płynęła równo, zanurzając raz po raz dziób i z szumem rozpryskując wodę, wspinając się na grzbiety fal i znów opadając spowrotem. Każdy z nas był w jak najlepszem usposobieniu, gdyż zbliżał się koniec pierwszego okresu naszych przygód.
W sam raz po zachodzie słońca, ukończywszy robotę, wybierałem się właśnie na spoczynek, gdy wtem przyszła mi oskoma na smaczne jabłuszka. Wybiegłem na pokład. Wszystkie straże stały na przodzie okrętu, patrząc w kierunku wyspy. Sternik przyglądał się wzdętemu żaglowi i pogwizdywał sobie zcicha; był to jedyny głos, oprócz szemrania fal pod burtą okrętu.
Wlazłem cały wraz z nogami do beczki i znalazłem tam już zaledwie ostatnie pozostawione jabłko. Siedząc w ciemności na dnie, wśród jednostajnego pluskotu wody i kołysania okrętu, zdrzemnąłem się, czy też bliski byłem zdrzemnięcia, gdy wtem z ciężkim łoskotem usiadł koło beczki jakiś człowiek. Wszystkie klepki zatrzeszczały, gdy oparł się o nią plecami, więc chciałem już wyskoczyć z mego ukrycia, gdy ów człowiek rozpoczął rozmowę; poznałem głos Silvera. Jeszcze nie usłyszałem tuzina słów, a już za żadne skarby świata nie wylazłbym z beczki. Przycupnąłem cicho jak trusia, drżąc i wsłuchując się w rozmowę z ogromną trwogą i ciekawością zarazem, gdyż z tych kilku słów zmiarkowałem, że życie wszystkich uczciwych ludzi na statku zależy jedynie ode mnie.


Przypisy

  1. Okręt — the ship — jest w języku angielskim rodzaju żeńskiego; marynarze często nazywają go poprostu she — ona.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.