Wyspa skarbów/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział szósty.
PAPIERY KAPITANA.

Jechaliśmy rączo, więc w niedługim czasie przebyliśmy całą drogę i zatrzymaliśmy się przed bramą domu doktora Liveseya. Całe mieszkanie od frontu pogrążone było w ciemności.
Komisarz Dance poprosił mnie, żebym zeskoczył i zapukał do drzwi, a Dogger podał mi strzemię do zsiadania. Za chwilę służąca otworzyła bramę.
— Czy zastaliśmy doktora Liveseya? — zapytałem.
Odpowiedziała, że niema go w domu: wprawdzie popołudniu wpadł do siebie, lecz później udał się do dworu, gdzie miał zostać na wieczerzy i pogawędzić z dziedzicem.
— A więc jedziemy tam, chłopcy! — zakomenderował p. Dance.
Tym razem, ponieważ odległość była nieznaczna, nie wsiadłem na konia, lecz biegłem przy strzemieniu Doggera; minąwszy bramę wjazdową, znaleźliśmy się w długiej, bezlistnej, księżycem oblanej alei, którą zamykała biała smuga zabudowań dworskich, odcinająca się na tle starego parku, leżącego z obu stron. P. Dance zsiadł z wierzchowca i wziął mnie z sobą do pałacu.
Wpuszczono nas tam na pierwsze słowo. Pokojówka poprowadziła nas przez sień, wysłaną kobiercami, i wskazała nam wkońcu wielką bibljotekę, zastawioną półkami pełnemi książek oraz stojącemi na nich popiersiami. Dziedzic wraz z doktorem Liveseyem siedzieli po dwóch stronach płonącego kominka, kurząc fajki.
Nigdy dotychczas nie widziałem dziedzica z tak bliska. Był on wzrostu słusznego, z jakich sześć stóp wysokości, tęgi był w miarę; miał twarz jowialną i nieco rubaszną, opaloną, stwardniałą i pomarszczoną wskutek długich podróży. Brwi miał nadzwyczaj ciemne, żywo poruszające się, co nadawało mu pozory popędliwości — tylko, broń Boże, nie w ujemnem znaczeniu tego słowa! Chciałem tylko powiedzieć, że nasz pan był niekiedy raptus i gorączka.
— Proszę wejść, panie Dance — powiedział tonem uprzejmym, choć pełnym dostojności.
— Dobry wieczór, mości Dance — przemówił doktór, skinąwszy głową. — I ciebie witam, kochany Kubusiu. Jakież bogi was tu przynoszą?
Komisarz stanął na baczność, jakby kij połknął, i jednym tchem wyrecytował całą historję, jak zadaną lekcję. Warto było widzieć, jak obaj panowie pochylili się wprzód i spozierali po sobie, w zdumieniu i zaciekawieniu, zgoła zapomniawszy o fajce. Gdy posłyszeli, jak moja matka wracała do karczmy, dr. Livesey chlasnął się zlekka dłonią po udzie, dziedzic zaś krzyknął: „Brawo!“ i złamał długi cybuch swej fajki na kracie kominka. Jeszcze zanim się to stało, pan Trelawney (zapewne pamiętacie, że było to nazwisko naszego dziedzica) powstał z krzesła i jął przechadzać się po pokoju, a doktór, jakby chciał lepiej słyszeć, zdjął napudrowaną perukę i siedział tak, wyglądając bardzo śmiesznie z głową pokrytą czarnemi, krótko ostrzyżonemi włosami.
Gdy p. Dance dokończył nareszcie swej opowieści, dziedzic odezwał się:
— Panie Dance, dzielny z pana człowiek! Co się tyczy przejechania tego plugawego, bezczelnego potwora, to panu ów postępek poczytuję za czyn dzielny i chwalebny; niech się panu zdaje, że stratował pan stonogę czy karalucha. A z tego urwisa Hawkinsa, jak się przekonałem, też ćwik nielada. Kubusiu, bądź tak dobry, zadzwoń na sługę. Pan Dance nie pogardzi piwem?
— Słuchaj Kuba — rzekł doktór. — A masz ty ten przedmiot, na który ci łotrzy urządzali obławę?
— Oto jest, panie doktorze! — odrzekłem, podając mu ceratowe zawiniątko.
Doktór obejrzał je z wierzchu, jakby go palce świerzbiały, by otworzyć paczuszkę; jednak zamiast to uczynić, włożył ją najspokojniej w świecie w kieszeń surduta.
— Panie dziedzicu — przemówił — pan Dance, skoro napije się piwa, będzie musiał nas, niestety, pożegnać ze względów służbowych, gdyż jest urzędnikiem Jego Królewskiej Mości. Mam jednak zamiar zatrzymać na nocleg w mym domu przynajmniej Kubę Hawkinsa, a za łaskawem pańskiem pozwoleniem proponuję, by poczęstować go zimnym pasztetem, bo biedakowi pewno porządnie chce się jeść.
— Z miłą chęcią — zgodził się dziedzic. — Hawkins zasłużył dziś na coś więcej, niż na zimny pasztet.
Przyniesiono potężną porcję pasztetu z gołąbków i postawiono na bocznym stoliku; wziąłem się do jedzenia, aż mi się uszy trzęsły, bo zgłodniały byłem, jak sęp. Tymczasem pan Dance słuchał w dalszym ciągu pochwał i uznania, aż wkońcu oddalił się, by pełnić służbę.
— A teraz, dobrodzieju... — rzekł doktór.
— A teraz, doktorze... — rzekł dziedzic, jakby jedną myślą natchniony.
— W tej samej chwili myślimy o tem samem — zaśmiał się doktór Livesey. — Przypuszczam, że pan słyszał o Flincie?
— Czy słyszałem? — oburzył się dziedzic. — Pan się pyta, czy o nim słyszałem? Wszak był to najstraszniejszy opryszek, jaki kiedykolwiek pływał po morzu! Sinobrody był dzieckiem w porównaniu z Flintem. Hiszpanie tak go się strasznie lękali, że, mówię panu, nieraz byłem dumny z tego, iż był on Anglikiem. Na własne oczy widziałem jego żagle, gdyśmy odbili od Trinidad, a ten tchórzliwy opój, który dowodził statkiem, zawrócił... tak, powiadam panu, zawrócił do Port d’Espagne!
— No tak, ja sam nasłuchałem się o nim dosyć nawet w Anglji — rzekł doktór. — Lecz grunt w tem, czy miał on pieniądze?
— Pieniądze! — krzyknął dziedzic. — Czy pan słyszał tę historję przed chwilą? A czegóż, proszę, poszukiwali ci szubrawcy, jak nie pieniędzy? O cóż im kiedy chodziło, jak nie o pieniądze? Dla czegóż narażali swe łajdackie ścierwa, jak nie dla pieniędzy?
— O tem zaraz się dowiemy — odparł doktór. — Ależ pan jest w gorącej wodzie kąpany i taki z pana krzykacz, że nie mogę dojść do słowa. Niech pan posłucha, co powiem. Dajmy na to, że w mojej kieszeni znajdują się pewne wskazówki, gdzie Flint zakopał swoje skarby; otóż pragnąłbym się dowiedzieć, czy ten skarb dochodzi do wielkiej sumy?
— Dochodzi, pan mówi! — wybuchnął dziedzic. — Zaraz panu powiem, czego on dosięga. Jeżeli posiadamy ów klucz, o którym pan mówi, tedy każę zbudować okręt w stoczniach brystolskich, zabieram ze sobą pana i obecnego tu Hawkinsa i znajdę ów skarb, choćby mi przyszło szukać go rok cały.
— Wyśmienicie! — rzekł doktór. — Zatem, jeżeli Kuba pozwala, otworzę tę paczkę.
To powiedziawszy, położył paczkę przed sobą na stole. Była silnie zszyta, więc doktór wydobył skrzynkę z narzędziami i rozciął szwy zapomocą nożyczek chirurgicznych. W paczce zawierały się dwa przedmioty: zeszyt i ćwiartka zapieczętowanego papieru.
— Najpierw zbadamy zeszyt — zauważył doktór.
Dziedzic i ja staliśmy za nim i spoglądaliśmy poprzez jego ramię, gdy otworzył zeszyt, ponieważ doktór Livesey skinął był na mnie uprzejmie, ażebym podszedł bliżej od stołu, gdzie spożywałem wieczerzę, i abym również wziął udział w badaniu. Na pierwszej stronicy było jedynie kilka gryzmołów, jakie mógł nakreślić z nudów lub dla wprawy człowiek mający pióro w ręce. Jeden z napisów był taki sam, jak na tatuowanem ramieniu: „Billy Bones, dla fantazji“; dalej szły słowa „W. Bones, marynarz“, „Ani krzty rumu“, „W Palm Key on dostał tego“ — i kilka innych bazgrot, przeważnie oderwane wyrazy bez związku i sensu. Nie mogłem żadną miarą dojść do zrozumienia, kim był ów ktoś, co „dostał tego“ i co mianowicie on dostał. Może nożem w plecy?... Kto odgadnąć zdoła?
— Niema tu żadnych objaśnień — rzekł dr. Livesey, odwracając kartkę.
Następnych dziesięć czy dwanaście stronic było zapełnionych szeregami dziwnych zapisków. Na początku każdej linijki była data, a na końcu suma pieniężna, jak w zwykłych księgach rachunkowych, lecz pomiędzy jednem a drugiem zamiast wyrazów objaśniających znajdowały się jedynie krzyżyki w najrozmaitszej ilości. Naprzykład pod datą 12 czerwca 1745 roku zanotowano sumę siedmiu funtów, stanowiącą niewątpliwie dług zaciągnięty u kogoś, a ponadto nie było nic, oprócz sześciu krzyżyków, stanowiących jakby dalsze wyjaśnienia. W niewielu wypadkach dodawano zapewne nazwę miejscowości, jak np. „Offe Carraccas“, albo też suchą notatkę o długości i szerokości geograficznej, np. 62° 17′ 20″, 19° 20′ 40″.
Spis obejmował mniejwięcej dwadzieścia lat, a wysokość poszczególnych rachunków wzrastała w miarę czasu; na samym końcu, po pięciu czy sześciu błędnych dodawaniach, umieszczono wynik ogólny oraz słowa: „Bones, jego mienie“...
— Nie mogę tu związać początku z końcem — rzekł doktór Livesey.
— Eee! sprawa jest jasna, jak słońce! — zawołał dziedzic. — Jest to księga rachunkowa tego przeokrutnego złoczyńcy. Te krzyżyki zastępują nazwy okrętów lub miast, które oni złupili; te sumy stanowią zdobycz tego obwiesia, a tam, gdzie obawiał się dwuznaczności, widzicie, że dodał bliższe objaśnienie. Naprzykład: „Offe Carraccas“; do tych wybrzeży łotrzy przyholowali jakiś nieszczęsny statek. Boże, bądź miłościw tym biednym duszom, które przed laty wysadzone na tej koralowej skale...
— Ma pan rację! — rzekł doktór. — Co to znaczy być podróżnikiem! Trafnieś pan odgadł! A widzi pan, jak sumy rosną, im więcej kolumn mają cyfry!
Ponadto nie było już nic ważnego w całym zeszycie, conajwyżej na czystych stronicach przy końcu znajdowało się kilka wzmianek o różnych miejscowościach, tudzież tabela zamiany pieniędzy francuskich, angielskich i hiszpańskich na walutę obiegową.
— A to ci kutwa! — zawołał doktór. — Takiego to niełatwo w pole wywieść!
— Teraz zabierzemy się do drugiego dokumentu! — rzekł dziedzic.
Papier był w kilku miejscach zapieczętowany, a zamiast pieczątki użyto naparstka; może był to ten sam naparstek, który znalazłem w kieszeni kapitana. Doktór z wielką ostrożnością przełamał pieczęcie, a ze środka złożonej ćwiartki wypadła mapa jakiejś wyspy, z podaniem długości i szerokości geograficznej, mielizn i głębi, nazw wzgórz, zatok i przystani, słowem ze wszystkiemi szczegółami potrzebnemi do bezpiecznego wylądowania na jej brzegach. Wyspa ta miała około dziewięciu mil wzdłuż i pięć wszerz, a kształt jej, rzec można, przypominał opasłego smoka w postawie stojącej; były tam dwie przystanie bardzo dogodne, bo zamknięte dokoła, a pagórek w samym środku nosił nazwę „Lunety“. Było jeszcze kilka dopisków z daty późniejszej, lecz przedewszystkiem były tam trzy krzyżyki nakreślone czerwonym atramentem — dwa w północnej części wyspy, a jeden na południu, koło nich zaś tym samym czerwonym atramentem i drobnem pięknem pismem, wielce odmiennem od koślawych kulfonów kapitana, wypisano słowa następujące: „Tu wyładowano skarb“.
W górze na odwrotnej stronie ta sama ręka wypisała dalsze objaśnienia:
— „Wysokie drzewo, cypel Lunety, kierując się na Pn. od strzałki kompasu Pn. Pn. W.
„Wyspa Szkieletów W. Pd. W. i przez Wsch.
„Dziesięć stóp.
„Sztaby srebra są w północnej skrytce; można je znaleźć, idąc w kierunku wschodniej grani, dziesięć sążni na południe od czarnej skały, zwróciwszy się twarzą ku niej.
„Broń można łatwo znaleźć na piaskowem wzgórzu, kierunek Pn. od przylądka północnej zatoki, zwrot na W. i ćwierć Pn.

J. F.

Było to wszystko; lecz objaśnienia, acz zwięzłe i niezrozumiałe dla mnie, napełniły radością dziedzica i doktora Liveseya.
— Mości Livesey — rzekł dziedzic — dasz pan już spokój swej utrapionej praktyce lekarskiej. Jutro odjeżdżam do Brystolu. W ciągu trzech tygodni — co mówię, trzech tygodni! — dwóch tygodni — dziesięciu dni — będziemy mieli najlepszy statek i najlepszą załogę w Anglji. Hawkins pójdzie z nami, jako chłopiec okrętowy; będziesz, Imć Hawkinsie, świetnym chłopcem okrętowym. Waszmość, panie doktorze, będziesz lekarzem naszej załogi, a ja będę dowódcą okrętu. Weźmiemy z sobą Redrutha, Joyce’a i Huntera. Będziemy mieli pomyślne wiatry, szybką jazdę i niewiele trudności w znalezieniu owej miejscowości, a za to dosyć grosza, by dobrze sobie podjeść, zaprószyć głowę i zagrać w gąskę i gąsiora.
— Panie Trelawney — wtrącił doktór. — Ja pojadę z panem i ręczę, że i Kuba tego samego sobie życzy; bądźmy więc dobrej myśli co do naszego przedsięwzięcia. Boję się tylko jednego człowieka...
— Któż to taki! — krzyknął dziedzic. — Proszę mi powiedzieć imię tego niegodziwca!
— Mówię o panu — odpowiedział doktór — gdyż nie umiesz trzymać języka za zębami. Nie jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy wiedzą o tym papierze. Ci hultaje, którzy napadli dziś w nocy na karczmę (bezwątpienia zuchwali i nie mający nic do stracenia rębacze!) i inni, którzy znajdowali się na pokładzie wiadomego statku (a śmiem przypuszczać, że jest ich więcej wpobliżu), spiknęli się wszyscy na to, żeby zdobyć te pieniądze. Musimy się nieco rozłączyć aż do czasu, gdy przyjdzie nam odpłynąć na morze. Kuba musi narazie pozostać u mnie; pan weźmie Joyce’a i Huntera i odjedzie do Brystolu, a od początku do końca nie wolno nikomu z nas pisnąć ani słowa o tem, cośmy odkryli.
— Panie doktorze! — rzekł dziedzic — masz pan zawsze słuszność w takich wypadkach. Będę milczał, jak grób.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.