Wyspa skarbów/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział dziewiąty.
BROŃ I PROCH.

Hispaniola znajdowała się w pewnem oddaleniu, więc musieliśmy przechodzić wśród tłumu ludzi i po rufach wielu innych okrętów, których liny już to ocierały się o wręgi, już to zwieszały się nad naszemi głowami. Wreszcie jednak dotarliśmy do celu i wstąpiliśmy na pokład, gdzie nas powitał sztorman, nazwiskiem Arrow — stary, opalony żeglarz z kolczykami w uszach i z zezowatem spojrzeniem. Był on z dziedzicem na stopie zażyłej i poufałej, a wkrótce zauważyłem, że zgoła odmienny był wzajemny stosunek p. Trelawneya do szypra.
Szyper był człowiekiem o przenikliwem spojrzeniu, a jak się zdawało, z niczego na statku nie był zadowolony; wkrótce dowiedzieliśmy się o przyczynie tego skwaszenia, gdyż ledwośmy weszli do kajuty, nadszedł marynarz z meldunkiem:
— Kapitan Smollet prosi, by mógł się rozmówić z panem.
— Jestem zawsze na rozkazy kapitana. Proszę go poprosić do mnie — rzekł dziedzic.
Kapitan znajdował się tuż za swoim posłańcem, więc wszedł natychmiast, zamykając starannie drzwi za sobą.
— Proszę bardzo, kapitanie Smollet, co waćpan mi powiesz? Spodziewam się, że wszystko w porządku? Okręt zdatny i gotów do drogi?
— Łaskawy panie — rzekł kapitan — sądzę, że najlepiej będzie, gdy powiem bez ogródek, nie obwijając prawdy w bawełnę, nawet choćbym miał pana obrazić! Nie podoba mi się ta wyprawa, nie podobają mi się ludzie i oficerowie mej załogi. Tyle tylko mam do powiedzenia... dla naszego miłego spokoju.
— Może się panu i okręt nie podoba? — uniósł się dziedzic, wielce podrażniony.
— Nie mogę wypowiedzieć zdania w tym względzie, nie wypróbowawszy okrętu — odparł kapitan. — Zdaje mi się, że to świetny statek; więcej nie mogę powiedzieć.
— A może panu nie podoba się zwierzchnik, hę? — z przekąsem rzekł dziedzic, lecz doktór Livesey przerwał:
— Niech się pan trochę pohamuje! Takie pytania nie prowadzą do niczego, rodzą jedynie nieprzyjaźń. Kapitan powiedział albo za wiele, albo za mało i mam prawo żądać od niego wyjaśnienia tych słów. Pan wyraził się, że mu się nie podoba ta wyprawa. No, proszę, dlaczego?
— Zawarłem z tym oto panem umowę, na co mam dokument opatrzony pieczęcią, że poprowadzę okręt tam, gdzie zechce mój chlebodawca — rzekł szyper. — Aż dotąd wszystko w porządku. Ale teraz przekonywam się, że pierwszy lepszy z czeladzi okrętowej więcej wie niż ja. Czy tak się godzi? czy to pan nazywa właściwem postępowaniem?
— Nie! — zaprzeczył doktór Livesey — nie nazywam.
— Niedawno — ciągnął dalej szyper — dowiedziałem się, że wyprawiamy się po skarby... Wyobraźcie sobie, mości panowie, że słyszałem to od moich podkomendnych. No, skarby to rzecz łakoma! Nie lubię wszelkiego rodzaju poszukiwania skarbów, nadewszystko zaś nie lubię, gdy rzecz trzymaną jest w tajemnicy, a tajemnicę (przepraszam pana, panie Trelawney) opowie ktoś papudze...
— Czy papudze Silvera? — zapytał dziedzic.
— Mówię to w przenośni — wyjaśnił kapitan. — Chciałem powiedzieć, że ktoś wszystko wypaplał. Mam przekonanie, że żaden z was, moi panowie, nie wie, co się koło was święci; lecz powiem, co o tem sądzę: Trzeba wybierać śmierć lub życie, i niema czasu do stracenia.
— To wszystko jasne i (rzec się godzi) zupełnie prawdopodobne — odrzekł doktór Livesey. — Prawda, że wiele ryzykujemy, jednak nie jesteśmy tak nieprzezorni, jak się panu zdaje. Ale pan powiedział, że mu się nie podoba nasza załoga. Czyż to nie dzielni marynarze?
— Nie podobają mi się — powtórzył kapitan Smollet. — Mniemam, że sam powinienem był dokonać doboru załogi... o ile panowie do tego się biorą...
— Spewnością do pana to należało — przyznał doktór. — Pewnie, że mój przyjaciel powinien był pana wziąć z sobą, gdy zabierał się do werbunku; w każdym razie zlekceważenie pana, jeżeli o niem mówić można, było nieumyślne i bezwiedne. Czy panu się nie podoba Arrow?
— Nie podoba mi się, wyznam panu. Nie przeczę, że jest to dobry marynarz, lecz jest zanadto poufały z załogą, ażeby być dobrym oficerem. Starsi marynarze powinni trzymać się razem, a nie pospolitować się pijaństwem z ciurami okrętowymi.
— Uważa go pan za pijanicę? — zawołał dziedzic.
— Nie, łaskawy panie — odparł kapitan, — tylko zanadto się wdaje z hołotą.
— No dobrze, a teraz krótko i węzłowato, kapitanie, powiedz nam waćpan, czego sobie życzysz — rzekł doktór.
— Otóż, moi panowie, czy niezłomnie trwacie w zamiarze udania się na tę wyprawę?
— Jest to nasze żelazne postanowienie... i nieodwołalne — odpowiedział dziedzic.
— Doskonale — rzekł szyper. — Ponieważ słuchaliście mnie, panowie, bardzo cierpliwie, mówiąc mi o różnych rzeczach, których nie mogłem sprawdzić, przeto bądźcie łaskawi wysłuchać jeszcze kilka słów. Po pierwsze: oni ładują broń i proch w przedniej komorze statku. Wszak jest stosowne miejsce pod kajutą! Czemu oni tego tam nie składają? Powtóre: pan przyprowadził z sobą czterech własnych ludzi, a tymczasem opowiadają mi, że niektórych spośród nich umieszczono na przodzie okrętu. Czemu nie wyznaczono im miejsc do spania koło kajuty? Chciałbym to wiedzieć.
— I cóż jeszcze? — zapytał pan Trelawney.
— Jeszcze jedno — rzekł szyper. — Tu ktoś zawiele plotkuje.
— O, naprawdę zawiele — potwierdził doktór.
— Powiem panu, co sam na własne uszy słyszałem — ciągnął dalej kapitan Smollett — mianowicie, że waszmość posiadasz mapę jakiejś wyspy, na tej mapie są krzyżyki oznaczające, gdzie ukrywa się skarb, wyspa zaś leży... — tu podał dokładnie jej szerokość i długość geograficzną.
Dziedzic zerwał się, jak oparzony:
— Przecież tego nie opowiadałem żywej duszy!
— Jednak majtkowie o tem już wiedzą — zauważył kapitan.
— Doktorze, to pewno pan, albo Hawkins! — krzyczał dziedzic.
— Mniejsza o to, kto to był — odciął się doktór. Spostrzegłem, że ani on, ani kapitan nie zwracali wielkiej uwagi na odżegnywanie się dziedzica, ja też byłem daleki od posądzeń. Wprawdzie nasz pan był niepowściągliwym gadułą, atoli w tym przypadku byłem przekonany, że mówi zupełną prawdę i że nikt z nas nie wygadał położenia wyspy.
— Dobrze, szanowni panowie, — mówił dalej kapitan — nie wiem nawet, kto posiada tę mapę, lecz stawiam warunek, żeby utrzymano tajemnicę nawet przede mną i p. Arrow. W przeciwnym razie proszę o zwolnienie mnie ze służby.
— Rozumiem — rzekł doktór. — Pan chcesz, żebyśmy zaciemnili całą sprawę, następnie, żeby w tylnej części okrętu utworzyć warownię, obsadzoną gwardją przyboczną mego przyjaciela i zaopatrzoną we wszystką broń i proch strzelniczy. Innemi słowy, pan boi się buntu.
— Szanowny panie — rzekł kapitan Smollett — nie chcę pana obrazić, ale nie pozwolę na wkładanie mi w usta jakichkolwiek słów. Żaden kapitan nie mógłby puszczać się na morze, gdyby wolno mu było mówić coś podobnego. Co się tyczy Arrow’a, uważam go za człowieka uczciwego; tak samo i niektórych z załogi, jednak za innych nie dałbym dwóch groszy. Jestem przecie odpowiedzialnym za bezpieczeństwo okrętu i za życie każdego żeglarza na jego pokładzie. Widzę, że nie wszystko tu dzieje się tak, jak zdaniem mojem dziać się powinno, dlatego też proszę pana o powzięcie pewnych środków ostrożności, lub o uwolnienie mnie od moich obowiązków. Tyle tylko chciałem powiedzieć.
— Kapitanie Smollett — zaczął doktór z uśmiechem — czy słyszał pan kiedy bajkę o górze i myszy? Proszę się na mnie nie gniewać, ale doprawdy, przypomniał mi pan tę bajeczkę. Gdyś tu wchodził, daję w zakład moją perukę, że zanosiło się na jakąś poważniejszą wiadomość.
— Doktorze — rzekł kapitan — z pana jest człowiek dowcipny. Kiedy tu wchodziłem, spodziewałem się, że będę odprawiony z kwitkiem; nie miałem nadziei, że pan Trelawney zechce wysłuchać choć jedno słowo.
— Nie chcę już więcej słuchać — nadąsał się dziedzic. — Gdyby nie obecność Liveseya, dawnobym pana odesłał do djaska. Ale stało się, wysłuchałem pana. Uczynię tak, jak sobie pan życzy, ale stracił pan wiele w moich oczach.
— Jak się panu podoba — zauważył kapitan. — Przekona się pan, że spełniam swą powinność.
To powiedziawszy, skłonił się i odszedł.
— Trelawney! — rzekł doktór — pomimo wszelkich uwag, sądzę, że zdobyłeś sobie na statku dwóch uczciwych ludzi: tego człowieka i Jana Silvera.
— Silver, i owszem! — zawołał dziedzic — jednak odnośnie do tego nudnego świszczypały, oświadczam wręcz, że uznaję jego postępowanie za nielicujące z godnością mężczyzny, żeglarza, a nadewszystko Anglika.
— No, no! — rzekł doktór — przekonamy się jeszcze.
Kiedyśmy wyszli na pokład, majtkowie właśnie wzięli się do przenoszenia broni i prochu, pokrzykując przy pracy; kapitan i Arrow stali zboku, mając nadzór nad całą robotą.
Nowe urządzenie bardzo mi się podobało. Cały statek był już wyporządzony; w rufie okrętu ustawiono sześć tapczanów, przylegających do tylnej ściany komory głównej. Przedział ten łączył się z kuchnią i przodem okrętu jedynie wąskim korytarzykiem po obu bokach. Pierwotnie było w projekcie, że te tapczany zająć mieli: kapitan, Arrow, Hunter, Joyce, doktór i dziedzic. Teraz dwa z nich przeznaczono dla Redrutha i dla mnie, zaś kapitan i Arrow postanowili spać w budce na pokładzie, którą rozszerzono ze wszystkich stron tak, iż można było ją nazwać wartownią. Było tam wprawdzie dość nisko, lecz wystarczyło miejsca na rozwieszenie dwóch hamaków, a sztorman był nawet zadowolony z kwatery. Przypuszczaliśmy, że i on żywi jakieś podejrzenia co do załogi, lecz, jak się dowiecie poniżej, niebawem poznaliśmy jego przekonania.
Byliśmy wszyscy pilnie zatrudnieni przenoszeniem prochu i tapczanów, gdy od brzegu podpłynęło kilku spóźnionych ludzi, między którymi był i Długi Jan. Kucharz wspiął się z małpią zręcznością po zrębie statku, a skoro zobaczył, co się wyrabia, krzyknął:
— Hola! marynarze, cóż to takiego?
— Przenosimy proch — odpowiedział jeden.
— Nacóż to, do kroćset! — wrzasnął Długi Jan. — Jeżeli będziemy się tem bawić, to napróżno stracimy dzień czasu!
— Mój rozkaz! — rzekł krótko kapitan. — Mój drogi, idź proszę do kuchni; wiara już głodna, czeka na wieczerzę.
— Według rozkazu, panie kapitanie — odpowiedział kucharz i dotykając dłonią czupryny, znikł natychmiast w stronie kajuty.
— To porządny człowiek, kapitanie — zauważył doktór.
— Bardzo możliwe — burknął kapitan Smollett, a podbiegając ku okrętnikom, którzy przerzucali paki z prochem, począł ich łajać:
— Lekko stawiać, ostrożnie... ludzie!
W tem spostrzegłszy, że stoję bezczynnie i przyglądam się długiej mosiężnej śmigownicy, znajdującej się na środku okrętu, huknął na mnie:
— Hej chłopcze, precz od tego! Ruszaj do kucharza i pomagaj mu w pracy!
Gdy przebiegałem, słyszałem, jak mówił głośno do doktora:
— Nie uznaję darmozjadów na okręcie!
Zapewniam was, że byłem odtąd tego samego zdania, co dziedzic, i znienawidziłem kapitana z kretesem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.