Wyspa skarbów/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział trzeci.
CZARNA PLAMA.

Około południa udałem się do pokoju „kapitana“, niosąc lekarstwa i chłodzące napoje. „Kapitan“ leżał zupełnie tak samo, jakeśmy go pozostawili, jedynie głowę miał podniesioną nieco wyżej; widać w nim było jednocześnie wycieńczenie i podniecenie.
— Kuba! — odezwał się do mnie. — Jesteś tu jedynym człowiekiem, którego cenię, i wiesz, że zawsze byłem dobry dla ciebie. Nie było miesiąca, żebym ci nie dał srebrnych czterech pensów. Teraz widzisz, braciszku, że kiepsko ze mną i że wszyscy mnie opuścili... Kuba, nie przyniósłbyś mi, brachu, kusztyczka rumu?
— Pan doktór... — zacząłem mówić, ale chory przerwał mi wzmiankę o doktorze, odzywając się głosem słabym, lecz stanowczym:
— Wszyscy doktorzy to partacze, a ten wasz doktór — skąd może się znać na chorobach marynarzy? hę?... Bywałem-ci w krajach, gorących jak smoła, gdzie wiara-kamraci zapadali na żółtą febrę, gdzie biesowska ziemia chybotała się, jak morze — cóżby o tych krajach umiał powiedzieć wasz doktorek? A przecież przeżyłem to wszystko dzięki piciu rumu, mówię szczerą prawdę! To było moje pożywienie, mój napój, mój mąż i żona; gdy nie dostanę rumu, jestem jak stare skołatane pudło okrętu, co nie może odbić od brzegu spowodu przeciwnego wiatru. Krew moja spadnie na ciebie, Kuba, a doktór partacz... — tu przez chwilę posypał się stek przekleństw; po chwili powróciła jakby nuta przeproszenia i usprawiedliwienia:
— Patrz, Kuba, jak mi się palce trzęsą — nie mogę ich utrzymać w spokoju. Nie miałem jeszcze ani kropli w ustach w przeklętym dniu dzisiejszym. Doktór jest głupi, powiadam ci. Jeżeli nie dostanę kapki rumu, Kubusiu, zaraz te straszne widzenia znów dręczyć mnie będą; już widziałem kilku tych ludzi... Tam w kącie widziałem starego Flinta... widziałem go wyraźnie, jak na dłoni... A jeżeli napadną mnie te widziadła, to staję się znów tym człowiekiem, co żył tak okropnie, wówczas budzi się we mnie Kain. Przecież sam wasz doktór powiedział, że jedna szklanka mi nie zaszkodzi. Dam ci, Kubusiu, złotą gwineję za szklankę rumu.
Jego podniecenie wzrastało z każdą chwilą i zacząłem się niepokoić o ojca, który dnia tego czuł się bardzo niedobrze i potrzebował ciszy; zresztą uspokajały mnie słowa lekarza, obecnie znów mi przytoczone, a nadewszystko czułem się dotknięty ofiarowaniem mi łapówki.
— Nie chcę pańskich pieniędzy — zaznaczyłem — z wyjątkiem tego, coś pan winien memu ojcu. Przyniosę panu jedną szklankę, ale na niej kwita — później już ani kropli.
Gdy przyniosłem, schwycił łapczywie trunek i wychylił duszkiem.
— No, no! już mi nieco lepiej, ma się rozumieć! A powiedz mi jeszcze, brachu, czy ten lekarz powiedział, jak długo mam wylegiwać się w tych zapleśniałych betach?
— Conajmniej tydzień — wyjaśniłem.
— Do kroćset piorunów! — wrzasnął. — Tydzień! To niemożliwe! Tymczasem przyślą mi czarną plamę! Łotry już krążą wokoło, by przewąchać o mnie w tej przeklętej chwili!... Łotry!... nie mogą poprzestać na tem, co mają... chcą pazurami wydrzeć cudzą własność!... Doprawdy, niech mi kto powie, czy takie postępowanie można nazwać godnem marynarza!... Lecz ja jestem człowiekiem oszczędnym, nigdy nie przetrwoniłem ani nie zaprzepaściłem lubego grosza, więc i teraz wyprowadzę ich w pole... Nie boję się ich wcale... Skręcę żagle w inną stronę i wystrychnę ich wszystkich na dudków!
Mówiąc to, powstał z łóżka z wielką trudnością, chwyciwszy mnie za ramię tak silnie, że omało co nie krzyknąłem z bólu, i począł sztywnie stawiać kroki. Słowa jego, choć w treści znamionowały uniesienie, zostawały w rażącej sprzeczności z bezdźwięcznym głosem, jakim je wypowiadał. Zatrzymał się, gdy doszliśmy do skrętu, gdzie można było usiąść.
— Ten doktór coś mi zadał — mruczał. — Dzwoni mi w uszach, w głowie mi się mąci. Połóż mnie spowrotem do łóżka.
Zanim zdołałem mu pomóc, upadł znów na dawne miejsce i przez chwilę leżał spokojnie.
— Kuba! — zagadnął nareszcie — widziałeś dziś tego żeglarza?
— Czarnego Psa? — zapytałem.
— Ee! Czarnego Psa! — żachnął się. — To wprawdzie zły człowiek, lecz są jeszcze gorsi, którzy nim się wyręczają. Ale jeżeli w żaden sposób nie będę mógł czmychnąć, a oni przyślą mi czarną plamę, pamiętaj, że idzie im o starą skrzynię marynarską; wtedy dosiędziesz konia — umiesz przecież? hę? A więc siędziesz na konia i popędzisz do — dobrze! tak, niech tak będzie! — do tego partacza doktora i powiesz mu, żeby zagwizdał na swoich piesków — urzędników, policjantów, czy jak tam się zowią — niech wylądują w gospodzie „pod Admirałem Benbow“ — niech capną całą hałastrę starego Flinta, młodych czy starych, wszystko co jeszcze pozostało. Byłem pierwszym majtkiem w załodze, byłem bosmanem starego Flinta i jestem jedynym człowiekiem, który zna owo miejsce. On podał mi je w Savannah, gdy leżał w śmiertelnej chorobie, całkiem jak ja w tej chwili — widzisz?... Lecz nie wypaplaj tego, aż oni przyślą mi czarną plamę, albo aż zobaczysz powtórnie Czarnego Psa lub marynarza z jedną nogą — przedewszystkiem jego, pamiętaj Kuba.
— Lecz cóż to za czarna plama, kapitanie? — zapytałem.
— To ich pozew, kamracie. Powiem ci, gdy przyślą. Lecz proszę cię, Kubo, zwracaj oko pilnie, a podzielę się z tobą po połowie; słowo honoru ci daję.
Przeszedł kawałek dalej, a głos jego stawał się coraz słabszy. Po chwili podałem mu lekarstwo, które przyjął, jak dziecko, zauważywszy przytem:
— Jeżeli kiedy było potrzeba leków marynarzowi, to spewnością mnie...
W końcu zmógł go ciężki sen, podobny do omdlenia, w którym go pozostawiłem. Nie wiadomo, jakbym się zachował, gdyby wszystko szło zwykłym trybem. Prawdopodobnie opowiedziałbym doktorowi całą historję, gdyż byłem w śmiertelnym strachu, że „kapitan“ pożałuje swych zwierzeń i zabije mnie. Lecz gdy to wszystko się działo, nagle tego samego wieczora mój biedny ojczulek rozstał się z tym światem, to zaś usunęło nabok wszystkie inne sprawy. Nasze strapienie i ból, ciągłe odwiedziny sąsiadów, kłopoty związane z pogrzebem oraz równoczesna konieczność zajmowania się gospodą — wszystko to tak mnie pochłaniało, że nie miałem zgoła czasu, żeby myśleć o „kapitanie“, a tem mniej, by się go obawiać.
Jednakowoż nazajutrz rano, jak można się było spodziewać, zszedł on na dół i jak zwykle zabrał się do jedzenia; jadł mało, a zato ponoć nad zwykłą miarę raczył się rumem, gdyż sam dobierał się do szynkfasu, robiąc srogie miny i parskając przez nos, tak iż nikt nie miał odwagi wejść mu w drogę. Wieczorem w przeddzień pogrzebu upił się jak zwykle. W domu żałoby przykro niezmiernie brzmiała nuta jego ohydnej śpiewki marynarskiej, ale pomimo jego słabości czuliśmy wszyscy śmiertelną przed nim trwogę, doktór zaś przebywał właśnie podówczas wiele mil od nas i po śmierci ojca nie zjawił się wpobliżu naszego domu. Powiedziałem, że „kapitan“ był osłabiony; w istocie widać było, że, zamiast odzyskiwać siły, coraz je traci. Z wysiłkiem gramolił się po schodach to na dół to do góry, lub przechadzał się z jadalni do szynkfasu i znów spowrotem, niekiedy zaś wyścibiał nos za drzwi, by zaczerpnąć powietrza morskiego; wtedy trzymał się ściany, jakgdyby szukał oparcia, a oddychał ciężko i powoli, jak człowiek stojący na stromym szczycie górskim. Nigdy nie zwracał się specjalnie do mnie i sądzę, że z pewnością zapomniał o wyznaniach, poczynionych w przystępie szczerości; lecz w usposobieniu stał się więcej dziwaczny i, o ile mu słabość pozwalała, bardziej popędliwy niż dotąd. Gdy był pijany, napędzał nam obecnie strachu w ten sposób, że wyciągał kordelas z pochwy i kładł go przed sobą na stole. W gruncie rzeczy jednak mało zważał na ludzi i był jakby zamknięty w swych myślach, a raczej w swem obłąkaniu. Razu pewnego, ku wielkiemu naszemu zdumieniu, zagwizdał niespodziewanie odmienną melodję, jakby jakiejś sielskiej piosenki miłosnej, której pewno nauczył się w dzieciństwie, zanim zbratał się z morzem.
Nazajutrz po pogrzebie nastał dzień posępny, mglisty i mroźny; była może godzina trzecia popołudniu, gdy, wyszedłszy przed drzwi, pełen żałosnych wspomnień o nieboszczyku ojcu, ujrzałem nieopodal jakiegoś człowieka, wlokącego się drogą. Człek ten był niewątpliwie ślepy, gdyż obmacywał kijem drogę przed sobą, a ponad jego oczyma i nosem zwieszał się wielki zielony daszek; pozatem był zgarbiony jakby wiekiem czy niemocą, a odziany w przydługi i zestrzępiony od starości płaszcz marynarski z kapturem, który nadawał mu wygląd wielce dziwaczny. W życiu swem nigdy nie widziałem okropniejszej poczwary. Zatrzymał się na chwilę przed gospodą i podnosząc głos, tonem jakiejś dziwacznej kantyczki rzucił w przestrzeń te słowa:
— Może jakaś litościwa osoba powie biednemu ciemnemu człowiekowi, który postradał drogocenny dar wzroku w zaszczytnej obronie swej ojczyzny Anglji i miłościwie nam panującego króla Jerzego: gdzie i w jakiej okolicy tego kraju znajduję się w tej chwili?
— Jesteś, dobry człowieku, koło gospody „pod Admirałem Benbow“, nad zatoką Black Hill — przemówiłem.
— Słyszę głos — rzekł ów, — głos młodociany, ale człowieka nie widzę. Mój miły, młody przyjacielu, czy nie podasz mi ręki i nie wprowadzisz mnie do wnętrza gospody?
Ledwie wyciągnąłem dłoń, aliści ta straszna, słodko mówiąca i oczu pozbawiona stwora ścisnęła mi ją nagle jak w kleszczach. Byłem taką odrazą i trwogą przejęty, iż usiłowałem się wyrwać, lecz ślepiec jednym ruchem ręki przyciągnął mnie ku sobie, mówiąc:
— A teraz, mój chłopcze, zaprowadź mnie do kapitana.
— Łaskawy panie, — odrzekłem — słowo daję, że nie mogę się odważyć na to.
— O, cóż znowu?! — zaszydził. — Prowadź mnie natychmiast, albo ci ramię wykręcę.
To mówiąc, dał mi taką sójkę w bok, że aż zawrzasłem z bólu.
— Łaskawy panie — wyjąkałem — mam tu na względzie jedynie pańskie dobro. Kapitan nie jest już tem, czem był niegdyś... Siedzi tam z dobytym kordelasem... Inny człowiek...
— Dalej w drogę, ruszaj! — przerwał mi ów; nie słyszałem nigdy głosu tak okrutnego, przeszywającego i ścinającego krew w żyłach, jak głos tego ociemniałego człowieka. Odczuwałem większy strach niż ból; stałem się uległy woli żebraka, idąc przez drzwi do jadalni, gdzie siedział nasz schorzały stary wilk morski, pijany jak bela. Ślepiec postępował tuż za mną, trzymając ramię moje w swej żelaznej pięści i przytłaczając mnie ciężarem, który zaledwie mogłem wytrzymać.
— Prowadź mnie wprost ku niemu, a gdy mnie spostrzeże, zawołaj: „Oto twój przyjaciel, Billu!“ — Jeżeli tego nie uczynisz, zrobię ci tak — i ścisnął mnie tak mocno, iż myślałem, że omdleję. Takim lękiem przejmował mnie ów ślepy żebrak, iż zapomniałem o strachu przed kapitanem: przeto, otworzywszy drzwi od jadalni, bez wahania, choć drżącym głosem, wykrzyknąłem polecone mi słowa.
Biedny „kapitan“ podniósł oczy; w jednej chwili rum wyszumiał mu z głowy, a wzrok stał się trzeźwy i przytomny. Na twarzy jego uwydatniła się nietyle trwoga, ile jakaś niemoc śmiertelna. Poruszył się, chcąc powstać, lecz zdaje mi się, że zabrakło mu sił.
— No, Billu, siedź spokojnie, nie ruszaj się z miejsca! — mówił żebrak. — Wprawdzie jestem pozbawiony wzroku, lecz słyszę nawet skinienie palca. Interes jest interesem. Wyciągnij lewą rękę, a ty, chłopcze, uchwyć jego lewą rękę w przegubie i przybliż do mojej prawicy.
Obaj spełniliśmy jego rozkaz co do joty i zobaczyłem, że ów straszny dziadyga przesunął coś ze swej ręki, dotąd trzymającej kosztur, na dłoń kapitana, kapitan zaś silnie zacisnął w dłoni ów trzymany przedmiot.
— A więc już wykonane — powiedział ślepiec; poczem natychmiast uwolnił mnie ze swego uścisku i z niewiarygodnym pośpiechem i pewnością siebie wyskoczył z jadalni, a następnie na ulicę. Stojąc jeszcze nieruchomo w miejscu, słyszałem przez pewien czas w oddali miarowe stukanie jego kija.
Wszystko to stało się, zanim my obaj zdołaliśmy zebrać zmysły; wkońcu jednak, i to prawie jednocześnie, ja wypuściłem przegub ręki „kapitana“, który dotychczas jeszcze trzymałem, a „kapitan“ rozwarł dłoń i bystro spojrzał na przedmiot w niej zawarty.
— O dziesiątej! — zawołał. — Sześć godzin! Jeszcze im pokażemy! — i skoczył na równe nogi.
W tejże chwili, gdy to uczynił, chwycił się ręką za gardło, zachwiał się na nogach i wydawszy dziwne rzężenie, runął całym ciężarem na podłogę naprzód twarzą.
Natychmiast przypadłem do niego, krzykiem wzywając matkę. Lecz na nic się nie zdał jej pośpiech. „Kapitan“ zmarł, rażony apopleksją. Jednej rzeczy zrozumieć nie mogę: bezwątpienia nigdy nie byłem przywiązany do tego człowieka, choć ostatnio obudziła się we mnie litość nad nim; atoli, gdy zobaczyłem, że już nie żyje, wybuchnąłem rzewnym płaczem. Była to druga śmierć, którą oglądałem własnemi oczyma, a po pierwszej odczuwałem jeszcze w sercu niezagojoną boleść.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.