Wyspa skarbów/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział pierwszy.
STARY WILK MORSKI
W GOSPODZIE „POD ADMIRAŁEM BENBOW“.

Kilka osób, między innemi JW. Pan Trelawney i doktór Livesey, zwracało się do mnie niejednokrotnie z prośbą, żebym spisał od początku do końca wszystkie szczegóły i zdarzenia, odnoszące się do Wyspy Skarbów, nie pomijając niczego oprócz bliższych wyjaśnień co do samej wyspy, a to dlatego, że znajduje się tam skarb dotychczas jeszcze nie wydobyty. Przeto dziś, roku Pańskiego 17... biorę pióro do ręki, rozpoczynając opowiadanie od onego czasu, gdy mój ojciec zarządzał gospodą „Pod Admirałem Benbow“ i gdy pod naszym dachem rozgościł się stary, ogorzały marynarz z blizną na twarzy.
Dokładnie, jakby to było wczoraj, pamiętam tę chwilę, gdy ów człowiek przywlókł się przed drzwi gospody, a za nim przytarabaniła się na wózku ręcznym jego skrzynia marynarska. Ujrzałem mężczyznę rosłego, muskularnego, którego orzechowo-brunatna twarz miała wyraz dziwnie ponury; na barki, przyodziane w brudny, niegdyś błękitny kubrak, spadał harcap, jakby w dziegciu unurzany. Ręce chropawe i popękane kończyły się czarnemi i połamanemi paznokciami, wpoprzek policzka blado przeświecała brudno-sina kresa, widocznie znak od szabli. Dziś jeszcze uprzytomnić sobie jasno mogę jego postać, jak rozglądał się dokoła po zatoce i według swego zwyczaju pogwizdywał z cicha, aż wybuchnął głośno starą piosenką żeglarską, którą później śpiewał tak często:

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni —
Ho-aj-ho! — i butelka rumu! —

Głos miał przeraźliwy, choć trzęsący się od starości; rzekłbyś, że go strojono i stargano na skrzypiącym kołowrocie kotwicy.
Po chwili zapukał do drzwi jakimś podobnym do kłonicy drągiem, którym się podpierał; od ojca, który stanął we drzwiach, szorstkim głosem zażądał szklanki rumu. Gdy mu ją przyniesiono, zaczął pić powoli, jak smakosz, namyślając się nad każdym łykiem, a przytem spozierając na skały wokoło i na szyld naszej karczmy.
— Wygodna zatoka — przemówił wkońcu — a karczma pięknie położona. Wielu miewacie gości, kamracie?
Ojciec odpowiedział, że bardzo niewielu, niestety, i że przydałoby się ich więcej.
— Doskonale! — rzekł przybysz — to wymarzona przystań dla mnie! Hejno, człowieku! — zawołał na tego, który przywiózł jego rzeczy — chodźno ze mną na górę i przytargaj walizę!
I ciągnął dalej:
— Zatrzymam się tu czas jakiś. Jestem człowiekiem skromnych wymagań. Do szczęścia wystarczy mi rum, wędlina i jaja, no i głowa na karku, żebym mógł wypatrywać okręty na morzu. Jak macie mnie tytułować?... Wolno wam nazywać mnie kapitanem. Eech, już widzę, jak wam bardzo chodzi — o to...
Rzucił na próg kilka sztuk złotej monety.
— Kiedy już to wszystko przejem i przepiję... to mi powiedzcie!... — rzekł, spoglądając tak surowo, jakby był naszym zwierzchnikiem.
W istocie, mimo kiepskiego odzienia i niewytwornego sposobu mówienia, nie miał wyglądu ciury okrętowego, lecz znać po nim było szypra czy starszego marynarza, przyzwyczajonego do znajdowania posłuchu lub do walki. Człowiek, który przybył z wózkiem, opowiedział nam, że ów gość poprzedniego dnia wysiadł z dyliżansu przed „Royal George’m“ i wypytywał się, jakie gospody znajdują się na naszem wybrzeżu; ponieważ, jak przypuszczam, o naszej gospodzie mówiono dobrze i wspominano, że leży na uboczu, przeto wybrał ją na miejsce zamieszkania. Tylko tyle zdołałem dowiedzieć się o naszym gościu.
Był to człowiek zazwyczaj spokojny. Po całych dniach przebywał nad zatoką lub na skałach, z mosiężną lunetą w ręce. Co wieczór przesiadywał koło ogniska w kącie pokoju gościnnego i popijał rum rozcieńczony wodą. Przeważnie nie odzywał się, gdy go zagadywano; rzucał wtedy wzrok nagły i surowy i fukał przez nos, jak wiatrówka. Niebawem, jak my, tak i ludzie, którzy bywali w naszym domu, przekonali się, że należy go zostawić w spokoju. Codzień, gdy wracał z włóczęgi, pytał, czy nie przechodził gościńcem jaki podróżnik morski. Zrazu myśleliśmy, że tęskni za ludźmi tego samego pokroju i dlatego wciąż o to pyta; później jednak zauważyliśmy, że właśnie od nich stronił. Ilekroć jakiś marynarz wstąpił pod „Admirała Benbow“ (a czynili to niektórzy, wybierając się do Brystolu drogą nadmorską), kapitan zawsze przyglądał mu się przez zasłonięte drzwi, zanim wszedł do izby gościnnej; w obecności takiego człowieka zawsze siedział cicho jak trusia. Co do tego, przynajmniej ja nie miałem wątpliwości, gdyż do pewnego stopnia sam podzielałem niepokój kapitana. Razu pewnego wziął mnie na ubocze i obiecał, że co miesiąc na pierwszego będzie mi wypłacał srebrne cztery pensy, jeżeli będę czatował na żeglarza z jedną nogą i natychmiast dam mu znać, skoro przybędzie. Dość często, gdy z nadejściem pierwszego dnia miesiąca dopominałem się o swą należność, fukał przez nos i przeszywał mnie wzrokiem pogardliwym; lecz nim upłynął tydzień, już jakby się rozmyślił, przynosił mi cztery pensy i powtarzał zlecenie, bym miał uwagę zwróconą na żeglarza o jednej nodze.
Nie będę długo opowiadał, jak ta tajemnicza osobistość prześladowała mnie nieraz we śnie! W burzliwe noce, gdy wichura usiłowała z posad wyważyć wszystkie cztery węgły domu, a bałwany morskie z hukiem rozbijały się na skałach zatoki, widywałem tę zjawę w tysiącznych postaciach, w coraz to innych grymasach, niby szatańskie mamidła. Raz ów żeglarz miał nogę obciętą w kolanie, to znów w biodrze; kiedyindziej był jakąś przerażającą poczwarą, która miała od urodzenia tylko jedną nogę i to w samym środku ciała. Okropna zmora mnie męczyła, gdy widziałem, jak on skakał, biegał i gonił za mną przez płoty i rowy. Krótko mówiąc, dzięki tym strasznym widziadłom ciężko przychodziło mi zarabiać moje cztery pensy miesięcznie.
Jednakowoż, choć tak mnie trwożyła sama myśl o żeglarzu z jedną nogą, to samego kapitana bałem się o wiele mniej, niż ktokolwiek z tych, którzy go znali. Bywały takie wieczory, że uraczył się nadmierną ilością rumu z wodą, która przechodziła wytrzymałość jego głowy; wtedy zazwyczaj siedział czas dłuższy, śpiewając jakieś warjackie, odwieczne i dzikie pieśni, nie zważając na nikogo. Niekiedy jednak kazał wokoło zastawić szklanki i zmuszał całe zalękłe towarzystwo do słuchania swych gawęd lub wtórowania chórem jego pieśniom. Często słyszałem, jak dom trząsł się od przyśpiewki: „Ho-aj-ho, — i butelka rumu!“ Wszyscy stołownicy z obawy o swe cenne życie przyłączali się do tego chóru i w śmiertelnym strachu starali się zagłuszyć jeden drugiego, byle się nie wyróżniać! W tych wybrykach i dziwactwach kapitan był niepoczytalny. Tłukł ręką w stół, aby uciszyć zebranych, skakał jak opętany, unosząc się gniewem na niewczesne pytanie, albo też odwrotnie, gdy nie zadawano mu pytań; jedno i drugie uważał za dowód, że obecni nie dość uważnie słuchali jego opowieści. Nikomu nie pozwalał opuszczać gospody, póki sam zmorzony trunkiem nie potoczył się do łóżka.
Najwięcej z wszystkiego jednak przerażały nas jego opowiadania. Były to potworne bajania: o wisielcach, o wtrącaniu skazańców w morze, o burzach morskich, o skwarnych Wyspach Żółwich, o okropnych wydarzeniach i dzikich zakamarkach w Zatoce Meksykańskiej. Zmiarkować z tego można było, że musiał spędzać życie pośród największych szaleńców, jakim Bóg zezwolił pływać po morzu; język zaś, w którym opowiadał te wszystkie niestworzone dzieje, przejmował prostaczków wiejskich, niemniejszym dreszczem, jak zbrodnie, które opisywał. Ojciec mój wciąż mawiał, że gospoda nasza zejdzie na psy, — że ludzie zaprzestaną u nas bywać, nie mogąc znieść tej grozy ustawicznej i pomiatania sobą, oraz chcąc mieć sen, niezakłócony lękiem, mnie atoli się wydaje, że bytność kapitana wychodziła nam raczej na korzyść. Ludzie zrazu mieli naprawdę tęgiego pietra, lecz po pewnym czasie upodobali sobie nawet te osobliwości; stanowiły one doskonałą rozrywkę w jednostajnem życiu sielskiem. Pomiędzy młodzieżą znalazło się nawet sporo takich, którzy udawali, że go podziwiają, nazywając go „prawdziwym wilkiem morskim“, „starym wygą“ itp. i utrzymując, że to jeden z owych dzielnych wiarusów, którzy Anglję uczynili postrachem mórz.
Wszakoż pod jednym względem naprawdę ów wilk morski nas rujnował; mieszkał u nas tydzień po tygodniu, miesiąc za miesiącem, aż w końcu pieniądze, które dał zgóry za kwaterę i wikt, dawno się wyczerpały, — a ojciec już i to przebolał, że nie może nic nadto wydębić. Jeżeli kiedy bąknął o należytościach, kapitan parskał przez nos tak głośno, że to parskanie można było za ryk uważać, i przeszywającem spojrzeniem wyświecał go z pokoju. Widziałem, jak po każdej takiej odprawie biedny ojczulek załamywał ręce, i jestem przekonany, że ta zgryzota oraz to życie w ciągłej grozie, niejako z nożem na karku, w znacznej mierze przyspieszyły jego śmierć przedwczesną i nieszczęśliwą.
Przez cały przeciąg swego pobytu u nas kapitan nie zmienił żadnego szczegółu w swej odzieży; raz tylko nabył od przekupnia kilka par pończoch. Gdy jedna poła kapelusza oberwała się i opadła wdół, pozostawił ją w tym obwisłym stanie, choć dawała mu się we znaki na wietrze. Nigdy nie zapomnę widoku jego kubraka, który tak często łatał własnoręcznie w swym pokoju na piętrze, że w końcu łata nakrywała łatę. Listów nigdy nie pisał ani nie otrzymywał, z nikim nie rozmawiał, jak tylko z sąsiadami, i to przeważnie wtedy, gdy wypił za wiele rumu. Wielka skrzynia podróżna niewiedzieć co zawierała, bo nikt nie widział, żeby była otwarta.
Raz tylko ze strony gości spotkać go miał opór; a było to już pod sam koniec, gdy ojciec mój biedny dogorywał z suchot, które zabrały go nam ze świata. Pewnego wieczora, o dość późnej godzinie, przybył do nas doktór Livesey, aby obejrzeć chorego; po oględzinach zjadł coś niecoś z wieczerzy, podanej przez matkę, i udał się do izby gościnnej, by wypalić fajkę, czekając na swego konia, którego miano sprowadzić ze wsi, gdyż gospoda pod starym „Admirałem“ nie miała stajni. Wszedłem za nim i dziś jeszcze pamiętam wrażenie kontrastu, jaki tworzyła postać przystojnego, eleganckiego doktora, o włosach przysypanych śnieżnobiałym pudrem i czarnych, błyszczących oczach, na tle nieokrzesanej karczemnej gawiedzi, a zwłaszcza w zestawieniu z brudnym, kaprawym i z podełba patrzącym dziadygą, który wsparłszy się łokciem na stole, siedział na uboczu, łykając rum nader obficie. Nagle ów — mówię oczywiście o „kapitanie“ — zaczął pogwizdywać swą wiekuistą piosenkę:

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni —
Ho-aj-ho! i butelka rumu!
Djabeł i trunek resztę bandy wzięni. —
Ho-aj-ho! i butelka rumu!

Pierwotnie przypuszczałem, że owa „skrzynia umrzyka“ oznacza nic innego, jak ową wielką skrzynię we frontowym pokoju i myśl ta często kojarzyła się z upiorem żeglarza o jednej nodze. Lecz w tym czasie jużeśmy dawno przestali przywiązywać większą wagę do słów tej pieśni; tej nocy nie była ona już nowością dla nikogo oprócz doktora Liveseya. Zauważyłem, że wywarła na nim nader niemiłe wrażenie; przez chwilę patrzył z gniewem na śpiewającego, poczem znów wdał się w rozmowę z ogrodnikiem, starym Taylorem, o nowym sposobie leczenia reumatyzmu. Tymczasem kapitan coraz bardziej zapalał się w śpiewie, wreszcie grzmotnął ręką w stół, co, jak nam było wiadomo, było znakiem, nakazującym milczenie. Natychmiast wszyscy umilkli, jedynie dr. Livesey głosem dźwięcznym i wyrazistym prowadził w dalszym ciągu rozmowę, poprzednio rozpoczętą, co parę słów pykając prędko fajeczkę. Kapitan wpił w niego źrenice, znów huknął pięścią w stół, spojrzał jeszcze groźniej, a nakoniec bluznął prostackiem, szorstkiem przekleństwem:

— Stulić pysk — tam na międzypokładzie!
— Czy pan do mnie przemawia? — zapytał doktór.
Gdy ów gbur odpowiedział przytakująco i rzucił nowe przekleństwo, doktór mu na to:
— Powiem panu tylko jedno, że jeżeli będziesz pan nadal pił tyle rumu, co teraz, to świat wkrótce pozbędzie się pewnego wstrętnego szubrawca.
Wściekłość starego marynarza nie miała granic. Skoczył na równe nogi, wydobył składany nóż marynarski i, otworzywszy go, począł wymachiwać gołem ostrzem, zamierzając przygwoździć doktora do ściany.
Doktór bynajmniej się nie zmieszał, lecz począł mówić do niego poprzez ramię tym samym głosem co poprzednio — może nieco donośniej, by wszyscy w izbie mogli dosłyszeć, ale zawsze spokojnie i z powagą:
— Jeżeli pan natychmiast nie schowa tego noża, ręczę słowem honoru, że znajdziesz się pan w najbliższym czasie przed sądem przysięgłych.
Czas jakiś krzyżowały się ich spojrzenia jak w pojedynku, lecz wkrótce „kapitan“ spokorniał, złożył broń i usiadł, wydając pomruk podobny do warczenia obitego psa.
— A teraz, mości panie — ciągnął dalej doktór — skoro już wiem, że taki ptaszek znajduje się w moim okręgu, możesz pan być pewny, że z pana nie spuszczę oka ani w dzień ani w nocy. Jestem nietylko doktorem, ale i urzędnikiem; jeżeli więc usłyszę choć najmniejszą skargę na pana, gdyby chodziło nawet o jakie grubijaństwo, jak dzisiaj, powezmę skuteczne środki, aby pana pojmać i wydalić na cztery wiatry. Na tem poprzestanę.
W chwilę potem przyprowadzono konia przed drzwi gospody i doktór odjechał. Owego wieczora i przez wiele następnych kapitan zachowywał się już bardzo przykładnie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.