Wyspa błądząca/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa błądząca
Podtytuł Powieść podróżnicza z ilustracjami
Data wydania 1934
Wydawnictwo Wydawnictwo bibljoteki powieści podróżniczych dla młodzieży
Druk Druk. Sikora, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Elwira Korotyńska
Tytuł orygin. Le Pays des fourrures
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XV.

Mgły nie ustępowały, słońce ukazywało się tylko czasami z pośród chmur, smutne i zamglone. Martwiło astronoma, który bał się, że obserwacja mu się nie uda.
Ale na szczęście dnia 18 lipca słońce zajaśniało pięknie, wiatr rozproszył chmury i Tomasz Black, był niewypowiedzianie uradowany.
Wszyscy chcieli być obecni obserwacjom czynionym przez uczonego i zebrali się z zadymionemi szkłami do oglądania tak rzadkiego zjawiska.
Koło godziny dziesiątej rano rozpoczęło się oczekiwane zjawisko.
Tarcza księżyca, dotknęła tarczy słońca i na nie wchodzić poczęła.
Wszystko na ziemi przybrało żółto pomarańczową barwę, o dziesiątej zaś połowa tarczy słonecznej została zakryta.
Psy, biegające na swobodzie poczęły wyć i żałośne wydawać szczekania, kaczki rzuciły w przestrzeń odgłosy wzywające do nocnego spoczynku, szukając przytem odpowiedniego do snu miejsca, matki, szukały swych piskląt, wzywając je do ułożenia się pod ich skrzydłami.
Dla wszystkich tych stworzeń, jakby noc nadeszła, a był to jeszcze ranek.
O godzinie 11-ej połowa słońca została zakryta, przedmioty nabrały barwy fioletowej.
Było już pół zaćmienie a za cztery minuty powinnoby być zupełne.
Pojawiły się planety: Merkury, Wenus i niektóre konstelacje, jak: Byk, Orion, Strzelec. Ciemności ogarniały ziemię.
Tomasz Black, bez ruchu, bez mowy, wpatrzony w słońce, które obserwował przez lunetę, bez oddechu prawie oczekiwał końca zjawiska.
Naraz wskoczył jak oszalały, krzycząc na cały głos:
— Ależ księżyc ucieka! ucieka! Niknie!
W rzeczywistości księżyc przepłynął jakby po słońcu tylko do połowy je zasłaniając i znikł, nie wywołując całkowitego zaćmienia.
Tomasz Black opadł na ziemię złamany tym ciosem.
— Co się stało? — spytał go Hobson zdumiony.
— To się stało! — wykrzyknął astronom, — że zaćmienie nie było całkowite, że dla tej półkuli nie było zjawiska! Czy słyszy mię pan? Zaćmienie częściowe!
— A więc pana obliczenia były fałszywe?
— Fałszywe! patrzcie! fałszywe! Mów pan to komu innemu, nie mnie! panie poruczniku!
— A więc? — spytał zaniepokojony Hobson.
— Nie jesteśmy tam, gdzie myślimy...
— Co? — zawołała Paulina Barnett.
— Port Bathurst nie jest pod tym stopniem w jakim się znajdował, gdyśmy przybyli; zmienił swe położenie i dlatego zupełnego zaćmienia widzieć nie było można!...
Wszystko teraz było jasne dla porucznika, różne zmiany, różne zjawiska, wszystko!
Port Bathurst posunął się o trzy stopnie na północ!
Port Bathurst zbudowany był nie na gruncie, nie na piasku nawet, ale na lodowcu!
Lodowiec ów z biegiem czasu pokrył się roślinnością i zielenią i zdawał się był ziemią.
Trzęsienie ziemi oderwało lodowiec od kawałka prawdziwego gruntu i zagnało go na północ. Stąd i obserwacja Tomasza Black nieudała i wiele innych zjawisk.
Mniemana wyspa posuwała się powoli wraz z mieszkańcami ku oceanowi — co będzie dalej?
Hobson widział, że położenie ich jest prawdziwie rozpaczliwe, ale obdarzony silną wolą i niespożytą energją umiał stłumić w sobie poczucie grozy położenia, nie mówiąc nic swym towarzyszom o niebezpieczeństwie. Wiedziała tylko o tem Paulina Barnett i zrozpaczony, rwący sobie włosy astronom.
Biedny uczony, zmartwił się bardzo, że nie zobaczył tego, poco jechał i znosił trudy, biegał więc z jednego miejsca na drugie, nie mogąc usiedzieć.
Włosy miał zjeżone, wzrok prawie błędny, klaskał w ręce, to znów opuszczał je z gestem rozpaczy...
Wreszcie wyciągnął pięść ku słońcu i spoglądał na nie bez przerwy, jakby grożąc za doznany zawód.
Uspokoiwszy się trochę, Tomasz Black podszedł do porucznika.
— Przyszedłem tu, — przemówił — aby przypomnieć panu, żeś miał nas doprowadzić do pewnej granicy. Dlaczego stało się zupełnie przeciwnie?
— Omyliliśmy się, panie Tomaszu Black, — oto wszystko, — rzekł spokojnym tonem porucznik.
— Oto wszystko! — krzyknął astronom, którego irytował spokój, z jakim przemawiał Hobson.
— Dowiodę panu, — odezwał się porucznik, — że nie tylko ja byłem winien, pan zawiniłeś podobnie.
Wszak po naszem tutaj przybyciu, pan, jako astronom zmierzyłeś stopnie równoleżnika, określiłeś położenie Bathursta.
— Ale jakże? w jaki sposób mogłem się omylić? — zawołał szarpiąc się za włosy uczony. — Narzędzia moje miernicze w porządku, ja sam nie jestem ślepcem... Co to znaczy?
— Panie Tomaszu Black, — odpowiedział na jego wykrzyki Hobson, — ani ty ani ja nie jesteśmy niczemu winni.
Posłuchajcie mnie, — zwrócił się do Pauliny Barnett, sierżanta i Magdaleny, — ale proszę ani słówka nikomu o tem, co powiem — nie mówić... To wielka tajemnica, która musi być ukryta, ze względu na spokój tych ludzi.
Gdyśmy przybyli w te strony przed rokiem, przylądek Bathurst znajdował się tam, gdzie być powinien, teraz zaś jest o wiele dalej, z powodu, że został oderwany. Wyspa ta, na której jesteśmy, jest wyspą lodową.
Trzęsienie ziemi oderwało ją od gruntu i teraz posuwa się z biegiem wód...
— Dokąd? — zapytał sierżant.
— Tam, dokąd się Bogu podoba!
Wszyscy stanęli w zdumieniu, ciszę przerwała Paulina Barnett.
— Biedny pan Black! — odezwała się do uczonego, — przyznać należy, że żaden z astronomów nie miał tak dziwnych i ciężkich przejść!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Elwira Korotyńska.