Zza mgły, jak z kleksów światła na szarawych płótnach,
Wyłania się czarne zwierzę: wieża kościoła.
Jest tak cicho, że słyszałbyś miękkie stąpanie Anioła.
Obojętność murów nawet nie jest smutna.
Koło sklepików drobny deszcz mży. W chmurach dzwoni.
Dźwięczy święto nadziemskie, o prowincjonalne!
Jakaż szczęśliwość w wacie tonie!
Jakie myśli są senne i genialne!
I, oto, usypiając, jechać w długiej muszli.
Wzdłuż bram, które ziewają, drżąco się kolebie.
O, kolebko dzieciństwa. tęsknimy do ciebie!
Aniele, skryty w deszczach, ty nas nie opuścisz!
Okna są bardzo małe tych wysokich domów.
Szybki mętne w sklepie z sakramentaliami.
Skrzydła chmur wieją, kiedy wychodzę z tych murów.
Tam w dole rzeka pełznie szaremi pianami.
Gdzie trzepocą się płoszone gołębie,
Z placyków, z zaułków krętego chrustu,
Wyrwać się i rozedrzeć mokrym wiatrem usta!
Ze stromej szkarpy spojrzeć w mętne głębie.
Wyspo św. Ludwika! Republiko!
To ty, gdy w dole skrzypi lewar,
Gdy mokną czarne gonty i śpiewają drzewa
Tyś jest jak sygnał, co piersi przenika:
Odzyskana ojczyzno!