Wyrwane kartki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Wyrwane kartki
Pochodzenie „Słowo“, 1893, nr 109, 121
Redaktor Mścisław Godlewski
Wydawca Antoni Zalewski
Data wydania 1893
Druk Drukarnia Jana Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WYRWANE KARTKI.





I.
Trzy sposoby, z których każdy wart tyle, ile dwa inne, a wszystkie razem nic nie warte. — Czego pragnie dusza człowieka mizernej kondycyi? — Obraz najpiękniejszy. — Starzy znajomi. — Lustrator generalny. — Matka karet. — Interview z Janklem Piernikiem. — Tajemnica dwóch czapek, czyli sens moralny jarmułki. — Intencya i rzepak. — Miłość w drodze działów sprzedana. — Zaproszenie.

Czy mówić o tremie, jakiej doznaje młoda i piękna debiutantka przy pierwszym występie? Czy rozwijać szeroko plan i teoryę kręcenia bicza z piasku? Czy wreszcie zrobić z czytelnikiem kontrakt na dostawę w oznaczonych terminach x kilogramów fantazyi tak zwanego humoru i moralnego sensu?
Nie, nie i nie!
1) Co kogo obchodzi debiutantka? Drży, a niech sobie drży, albo niech się leczy na nerwy. 2) Faktem jest, że każdy rozsądny człowiek woli obiad, aniżeli najpiękniejszy plan i teoryę obiadu. 3) Co są warte wszelkie kontrakty na dostawy terminowe — niech powie znakomity myśliciel, Jankiel Piernik z Bosych Kaczek, na którego powagę niżej podpisany nieraz powoływać się będzie.
Najlepiej bez żadnych wstępów i przygotowań przystąpić wprost do rzeczy — jak komornik.
Kiedy słońce zajaśniało tak wspaniale, kiedy zaczęło całować ziemię tak ogniście, że aż pozieleniała z rozkoszy, to w każdym człowieku, choćby nawet tak mizernej, jak literacka kondycyi, budzi się dusza i wyrywa do wioski, do łąk zielonych, rzek migotliwych, do garbatych zagonów spulchnionych, zbronowanych, świeżością jakąś pachnących.
Wyrywa się więc i idzie, a patrzy...
Jest co widzieć, jest obraz taki, co za serce chwyta odrazu, a wzrok patrzącego do siebie przyciąga, niby magnesem.
Ramy jego sosnowe, ale wspaniałe, z całych lasów, tło z zieleni w rozlicznych odcieniach, a szczegółów moc nieprzeliczona.
W zieloności samej tonów i odcieni mnóstwo: od czarnej prawie olszy do bladych listków białej brzozy; w wodach odblaski najrozmaitsze: szafir od nieba, złoto od słońca, ciemna zieleń od drzew nadbrzeżnych. Wiatr te połyski mąci, zwierciadlaną falą porusza, migotliwości jej dodaje, a kiedy biała chmurka chwilowo słońca zasłoni, to po roli, po łąkach, po wodzie, przesuwa się cień ogromny, szybko, jak myśl, przesuwa się i wszystkie żywsze barwy chwilowo, na jedno oka mgnienie ciemnieją.
Wyrywa się więc dusza, idzie i patrzy.
Wszystko znane, wszyscy znajomi.
Pola, lasy, łąki, wody, wioska, kościółek, dwór wśród drzew ukryty, karczma przy gościńcu, mostek, grobla; biały bocian na łące, wrony, nieodstępne towarzyszki oraczów, hałaśliwe sroki i sójki, kraski o wzorzystych piórach, skowronki śpiewające, pliszki figlarne, jaskółki niestrudzone, śmieciuchy czubate, wróble zawadyackie — wszystko znane.
I ludzie znajomi: pan Seweryn, żona jego, dzieci, proboszcz, wójt, organista, Kociuba Wojciech, gospodarz na sześciu morgach, wszyscy jego sąsiedzi, no, i pan Jankiel Piernik również.
Jakżeby się obeszło bez niego?
Jest to generalny lustrator wszelkich gospodarstw wiejskich i najsumienniej zwiedza wszystkie pola, a że widzi, jak sokół, słyszy jak trawa rośnie i wie, co po czem jest, więc na poczekaniu obliczyć może spodziewany zbiór rzepaku, żyta, pszenicy, zbóż jarych, kartofli, wszystkiego, co już rośnie i co ma urosnąć dopiero.
On jeździ po swoim światku własnym ekwipażem.
Jest to wózek na dwóch kołach, na drewnianej osi, z hołoblami, o tyle pakowny, że przy dobrej woli może się w nim zmieścić dwóch izraelitów średniej tuszy, baryłka okowity, ćwierć zboża, niekiedy cielę lub kilka gęsi.
Prości ludzie nazywają to „tilbury“ biedką, ale w nazwie tej nie ma ani za grosz sensu. Ktokolwiek bowiem widzi nieco dalej, życie zna i ewolucye jego studyował, wie, że owa skromna, prosta, skrzypiąca bieda jest matką najpiękniejszych karet, a cioteczną babką pałaców.
Da ona kiedyś dużo do roboty heraldykom przyszłości, a kiedy wypadnie im budować drzewa genealogiczne, to przydadzą się spróchniałe dzwona i szprychy z tej biedki, a nawet klepki z maźnicy, do niej należącej.
Dobry nasz znajomy Jankiel Piernik jest to mąż niewielkiego wzrostu, tuszę ma średnią, brodę cokolwiek rudawą (czyste złoto!), oblicze zawsze uśmiechnięte, chociaż w miarę poważne.
Używa czapki aksamitnej, butów zabłoconych, kapoty z kamlotu, fajki porcelanowej i chustki czerwonej w żółte palmy. Zegarek ma srebrny, pugilares skórzany, rozciągający się, jak harmonijka.
Szacowny ten statek związuje zazwyczaj mocnym szpagatem.
„Interview“ odbył się na gościńcu, pomiędzy małem miasteczkiem a sporą wioską.
Jankiel był usposobiony fatalnie. Poważnego męża wprawiło w gniew głupie i bezmyślne zwierzę, i to nie żadne nadzwyczajne zwierzę, ale pospolity koń, siwy, o jednem oku, zbitem biodrze i nogach przednich krzywych, jak pałąki. Temu to zwierzęciu, które z zasługami swemi, fanaberyą i skórą, miało tylko wartość skóry — przyszła do łba dzika idea, aby się zatrzymać na środku drogi i stanąć, a przecież rano pożarło torbę sieczki z otrębami i wypiło wody tyle, ile samo chciało.
Taka wdzięczność za tyle kosztu!
Koń stanął i ani rusz. Jankiel połamał biczysko na jego chudym grzbiecie, przeklął go dziewięć razy dziewięcioma strasznemi przekleństwami, a gdy i to nie pomogło, postanowił czekać aż się szkapa namyśli i pójdzie.
Usiadł więc Jankiel przy drodze, nabił porcelanową fajkę tytuniem i zapaliwszy ją, puszczał niebieskawy dymek, czekając, rychło się koniowi stać sprzykrzy.
Tam go spotkałem.
Po wzajemnej wymianie grzeczności, zapytałem, dlaczego podczas tak silnej operacyi słońca ma na głowie dwie czapki?
— Dwie? — odpowiedział pytaniem. — Pan dobrodziej źle liczy; ja wcale nie mam dwóch czapek.
— Jedna z daszkiem na wierzchu, druga bez daszka pod spodem, obie aksamitne. Arytmetyka uczy, że jeden a jeden jest dwa.
— Nie zawsze.
— W tym razie...
— I w tym razie nie. Dwie czapki, to są dwie czapki; czapka i jarmułka, to tylko czapka i jarmułka.
— I panu nie zaciepło w takiem podwójnem nakryciu głowy?
— Nie. Jestem przyzwyczajony... a po drugie, dlaczego pan chcesz w jarmułce widzieć koniecznie jarmułkę? Kto pana do tego przymusza?
— Oczy.
— Co znaczy oko! Nie słuchaj pan nigdy oka, ale głowy, ona starsza.
— Cóż ona mówi?
Jankiel nie chciał odrazu odpowiedzieć.
— Na co to panu? — pytał — do czego?
Po długich dopiero naleganiach, rzekł w ten sposób:
— Cały świat chce, żebyśmy zdejmowali czapkę, a my jesteśmy najstarsi na świecie i przed nami trzeba zdejmować czapkę. Trzeba było te dwa interesa pogodzić i dlatego myśmy wymyślili jarmułkę. Ja się kłaniam każdemu, ale głowy nie odkrywam przed nikim, owszem, nawet jak jestem w pałacu u samego pana hrabiego z Wywłoki, to hrabia nie ma na głowie czapki, a ja mam jarmułkę, która, jeżeli ją uważać z pewnego punktu widzenia, znaczyć może tyle, co czapka. W głowę mi ciepło, ale honor jest. Jeśli ja się komu kłaniam, to ja się śmieję, bo ja mu się wcale nie kłaniam; a jeżeli mnie się kto kłania, to ja się też śmieję, bo on mi się naprawdę kłania.
— Masz pan słuszność.
— Ja zawsze mam słuszność; nawet kiedy ustępuję temu głupiemu koniowi i czekam rychło mu się stać sprzykrzy, to też mam słuszność. Jarmułka, to duża rzecz, panie. Cała ziemia nakryta jest jarmułką niebieską, a jeżeli pan zechcesz zagłębić się bardziej w interesa i przeróżne kombinacye, to zobaczysz, że nad wszystkiem jest jarmułka. Może być aksamitna, może być jedwabna, może nawet wcale nie być, ale jest. Jak pan dobrodziej myśli, ile milionów naprzykład przykrywa jarmułka z Frankfurtu nad Menem?
— Dajmy pokój Frankfurtowi, pomówmy lepiej o naszych interesach.
— O czem pan chce mówić?
— O wszystkiem.
— Pan dobrodziej chcesz być wielkim liwerantem! No, teraz łatwo zbankrutować. Bierz pan mądrość ratami, to dużo zdrowiej na głowę. Zresztą, jak pan chcesz. Co pan robisz w naszych stronach?
— Przyjechałem do starych znajomych.
— Po co pan przyjechałeś?
— Odwiedzić, zobaczyć...
— Co panu z tego przyjdzie?
— To moja rzecz.
— Jeżeli pan chcesz tę rzecz u mnie zastawić, to niewiele dam panu na nią.
— Nie mam takiej intencyi.
— No, no, skoro pan nie masz takiej intencyi, to pańska intencya jest bardzo rozumna. Ja raz mówiłem do jednego pana: „Niech mi pan sprzeda rzepak.“ On mi powiedział na to: „Ja tobie, Janklu, nie chcę sprzedać rzepak“. — Ja mówię: „Czy pan dobrodziej ma dla mnie złą intencyę?“ — Wiesz pan, co on na to słowo powiedział?„Ja dla Jankla nie mam wcale złej intencyi, ale nie mam wcale rzepaku“. — Godny człowiek! On miał dobrą intencyę, ale że nie miał rzepaku, to jakim sposobem mogłem mu dać zaliczenie na samą intencyę? Widzi pan dobrodziej z tego, że intencya bez rzepaku nic nie znaczy i że jeżeli pan przyjeżdżasz do nas z samą intencyą, to my z panem nie możemy handlować.
— Nie dla handlu przybywam.
— A dlaczego? Każdy interes jest handel i nie ma takiego na świecie, żeby nie dążył do zysku.
— Ależ, panie Piernik, co pan mówisz? A miłość, poświęcenie, cnota!
— Ja się na tem nie znam. Słyszę często wyraz miłość, podobno najczęściej wymawiają go młode usta. No, młodość jest niedoświadczona i głupia. Panicz chce się żenić z panienką; powiada, że ma gorącą miłość. Nie słuchaj pan, on ma w hypotece gorącość, a ta miłość, której on szuka, nazywa się posag. Żebym ja tyle zdrowia miał, ile zrobiłem ostrzeżeń na miłościach, zwyczajną drogą, przez illacyę! Cztery razy już subhastowałem miłość, a raz przyczyniłem się do tego, że była sprzedana przez licytacyę w drodze działów.
— Odbiegamy od głównego przedmiotu rozmowy, jaką chcę z panem przeprowadzić.
— Co pan chcesz prowadzić?
— Chciałem poznać pańskie światłe zdanie o pewnych bardzo palących kwestyach.
— No? Chcesz pan asekurować jaką starą ruderę? Oj, oj, ja mam znajomego agenta. Złoty człowiek! On potrafi.
— Nie, panie, oprócz powłoki doczesnej, nie mam innej rudery.
— Więc co?
— Proszę pana o godzinkę rozmowy.
— A co ja z tego będę miał?
— Dużo...
Jankiel Piernik skinął głową, a jednocześnie szkapa, wypocząwszy trochę, ruszyła. Jankiel wdrapał się na biedkę.
— Ja panu co powiem — rzekł — w sobotę wieczorem będę w domu... pogadamy. Przyjedź pan.
— Przyjadę...



II.
Zaproszenie. — Miasto-alembik i miasto-klinika chirurgiczna. — Strumienie w górę płynące. — Przebudzenie. — Pan Jankiel wraca do codziennej swej roli. — Kura nie ptak. — Wielkie bogactwa, przy których nie ma co jeść. — Różne gatunki życia. — Świat zepsuty. — Czarna niewdzięczność. — Zdanie Jankla o wielkim filantropie. — Oburzenie. — Sto milionów. — Coby za to być mogło? — Spekulacya. — Czarni chłopi. — Oni poczekają.

— „W sobotę wieczorem będę w domu — pogadamy“ — powiedział swego czasu Jankiel Piernik.
Słowa powyższe mają takie samo znaczenie, jak litografowana karta zapraszająca. Dodać należy, że czcigodny Jankiel ma zamieszkanie prawne faktyczne w miasteczku zwanem Bosekaczki.
Jest to gród, który możnaby porównać do alembika lub do wielkiej kliniki chirurgicznej; w nim albowiem dystyluje się cała produkcya okolicznych wiosek; w nim kilkuset biegłych w swojej specyalności operatorów, ze zdumiewającą wprawą, wycina z organizmów szlacheckich i chłopskich wszelkie, choćby najmniejsze, nowotwory, charakteru rublowego.
Jankiel Piernik jest jednym z ordynatorów kliniki, jednym z filarów chirurgii operacyjnej, obywającej się bez ostrych narzędzi.
Jak strumienie i rzeki do jezior i do mórz, tak drogi z wiosek do miasteczka wpadają, bez względu na to, czy miasteczko na wyższym, czy na niższym leży poziomie. Ten bieg rzeczy niewiele sobie robi z zasad niwelacyi.
Bosekaczki naprzykład leżą na pochyłości góry, niewielkiej wprawdzie, ale bądź co bądź wznoszącej się znacznie nad poziom otaczających ją wiosek, a przecież ileż zboża i wszelkich wartościowych produktów płynie do tej mieściny po wyboistych dróżkach wiejskich!
I jak płynie! W dnie powszednie, świąteczne, targowe, jarmarczne, we wszystkie, oprócz sobotnich. Pod tym względem dróżki owe podobne są do legendowej rzeki Sambatyi, która przez cały tydzień burzy się, wre i kipi, a jedynie w sobotę uspakaja się i płynie powoli, cichutko, łagodnie.
Jest wieczór. Miasteczko na pochyłości góry rozrzucone w złotych blaskach zachodu wygląda poważnie, niby w żółtej czapce futrzanej. Droga się wije, ciągnie po grobelkach ku mostowi, za mostem pod górę się wznosi. Przed apartament Jankla Piernika przybywamy w chwili, kiedy słońce ustępuje miejsca szabasówkom i nafcie. We wszystkich okienkach światła widać. W mosiężnych świecznikach i lichtarzach migocą czerwonawe płomienie łojówek; w miasteczku ruch się już robi poświąteczny. Śpiewy, medytacye, czytanie mądrych książek ustaje, natomiast handel budzi się ze snu. Szynkownie i kramy otwarte, owdzie z uliczki wytacza się bieda dwukołowa, jakiś kapitalista w podróż się puszcza na całą noc za geszeftem.
Pan Jankiel wraca do codziennej swej roli, wraca do niej nie odrazu, lecz stopniowo. Siedzi jeszcze przy stole, nakrytym czerwoną serwetą i dojada resztki chały szabasowej, ma jeszcze na głowie czapkę z tchórza z aksamitnym kołpakiem, ale w głowie jego już się kotłują myśli o geszeftach: śpiewa jeszcze półgłosem, ale ze słowami pieśni już się mieszają cyfry.
Przez dwadzieścia cztery godzin był uczonym, nabożnym, wymownym, używał wszelkich rozkoszy: jadł, pił, spał, czytał — teraz myśli, od jakiego interesu należy tydzień rozpocząć i w którą stronę pojechać.
Właśnie w chwili takich rozmyślań stanąłem przed jego poważnem obliczem.
Przywitaliśmy się, jak dobrzy znajomi. Pan Jankiel zaraz przypomniał sobie nasze spotkanie na drodze.
Ośmieliłem się zapytać go o zdrowie.
Wstrząsnął się nerwowo.
— Trochę przeziębiłem się — rzekł — mam febrę...
— Nie jest to niebezpieczne, o ile mi wiadomo.
— No, tak; u nas mówią: „Purym nie święto, febra nie choroba, koza nie bydlę, kura nie ptak“.
— Bardzo pięknie mówią.
— Masz pan słuszność, jak u nas, co mówią, to jest naprawdę pięknie.
— Dlatego też głównie odwiedziłem pana. Chciałem, żeby mi pan wsypał w ucho trochę pereł. Przedewszystkiem, co tu słychać u was?
— Jak mam rozumieć u was? Bo, jeżeli pan chce wiedzieć o okolicy...
— Nie, ja w tej chwili pytam wyłącznie o miasteczko.
— Chce pan tu nabyć dom? Owszem, mogę nastręczyć bardzo ładny; mój szwagier, co ma na rogu szynk, jest prawie właścicielem tego domu.
— Nie mam tego zamiaru. Powiedz mi pan raczej, czy wasze miasteczko jest bardzo bogate?
— Już mówiłem panu, że kura nie ptak. Pan dobrodziej jest z Warszawy, więc może zrozumieć, że nasze miasteczko jest tylko kura i to wcale nieosobliwa — chodzi ona po śmieciach, grzebie w śmieciach, a co ma z tego grzebania?
— Jednak żyje.
Pan Jankiel uśmiechnął się gorzko i rzekł:
— Różne są gatunki życia, proszę pana, a ten, o którym mówimy, jest bardzo brzydki gatunek.
Tu Jankiel rozwinął szeroko swój pogląd i wykazał, że miasteczko chyli się do upadku, że dobre interesa wyginęły ze szczętem, a te, co zostały, są wcale niedobre; że dzięki niebu, plemię Izraela mnoży się i powiększa, ale że zarazem powiększa się brzydkość czasu i trudność wyżywienia się. Dowiódł, że dawniej kwestya bytu była zabawką, dziś jest trudnem do rozwiązania zagadnieniem, a niedługo — co będzie niedługo, tego nawet mówić nie chciał, z obawy, aby nie powiedzieć w złą godzinę. Mowa tego męża pełna była piołunowej goryczy, brzmiał w niej żal do świata i do ludzi, najwięcej do ludzi, do tych ludzi, co mają ziemię — żal, że grymaszą, że nie chcą dźwigać na swoich barkach tej małej garstki żydków spokojnych, cichych, zatopionych w filozoficznych rozmyślaniach, tych biednych ludzi, wymagających tak niewiele. Bo właściwie, czegóż oni żądają? Czy nadzwyczajnych ofiar i poświęceń, czy oddania ostatniego grosza?
Ależ nie! Oni chcą tylko żyć — niczyjego grosza nie pragną, poprzestaną chętnie na przedostatnim, nawet na trzecim od końca. Świat jest niewdzięczny; nie patrzy na cnoty, nie pamięta zasług, nie ceni przymiotów.
Wtrąciłem nieśmiało, że lamentacye nie są uzasadnione, że warunki życia tak się złożyły, iż każdy człowiek sam o sobie myśleć i sam na siebie pracować musi, że indywiduum, mające dwie zdrowe ręce, może uczciwym sposobem pracować.
— Gdzie? — zapytał szanowny Jankiel.
— Na ziemi.
— Alboż my mamy ziemię?
— Czy pan Jankiel słyszał o niejakim panu baronie Hirschu?
— Słyszałem.
— Wszakże on chce wam dać ziemię, budowle, woły, konie, narzędzia; chce zapłacić koszta podróży za każdego biedaka, który zechce zmienić swój los i zostać zamożnym kolonistą. Cóż pan na to powiadasz?
Wzruszył ramionami niechętnie.
— Czy nie uznajesz pan, że ten człowiek jest wielki dobroczyńca, że powinniście mu za życia pomnik postawić.
— Dobroczyńca? On wcale nie jest dobroczyńca, a co się tyczy pomnika, pan baron ma bogatą familię, niech ona mu stawia choćby dziesięć nagrobków ze szczerego złota. Co mnie to przeszkadza?
— Więc pan nie należysz do wielbicieli barona?
— Ja?
— No, tak.
— Za co ja mam być jego wielbiciel?
— Przecież sto milionów dla was przeznaczył i nie zaprzeczysz pan chyba, że kocha żydów i że jest dobrym żydem.
Jankiel splunął.
— On dobry żyd? On? Taki apikores, co w szabas pali cygaro, taki bezbożnik, co nosi niemieckie odzienie, co wygląda nie jak żyd, ale jak z przeproszeniem puryc. Pan myśli, że nie widzieliśmy jego portret? Oj, oj! widzieliśmy. Czy on jest podobny do żyda? Ma wygoloną twarz, duże wąsy, wygląda, jak zwyczajny szlachcic, kto wie, może on nawet ochrzcił się w sekrecie. On żyje jak pan i on myśli tak, jak panowie.
— Jednak radby was widzieć szczęśliwymi.
— Ładne szczęście nam daje! Każe orać! My nie mamy zdrowia do takiej roboty. Pan mówi, że on jest wielki dobroczyńca, dlaczego nam nie dał swojej dobroczynności w gotowiźnie? Dlaczego nie podzielił te sto milionów pomiędzy nas. Coby to było! coby to było! Pomyśl pan tylko! Sto milionów w naszych rękach! Jakiby to był ruch, jaki handel, jaka spekulacya! Mybyśmy dopiero zaczęli żyć z takim groszem! A on co zrobił? Kupił w Argentynie bardzo tanio gruntu i chce nam ten grunt na raty odprzedać, spekulacyę na nas chce zrobić. Jemu się zdawało, że na głupich ludzi trafił, że każdy porządny kupiec zaraz pojedzie do niego za parobka.
— Panie, on nie miał takich intencyj.
— Już my wiemy, co on miał.
— Więc nie pojedziecie?
— Nie. Nawet największe biedaki nie pojadą. Na co oni mają jechać? Pan Hirsz bardzo mądry. On powiada: kochane żydki, ja was bardzo kocham, to wy za to będziecie orali, a siebie samego ja jeszcze lepiej kocham, to ja zostawię sobie cały handel, ja będę handlował.
— Dajże pan pokój! Taki bogacz-by handlował!
— Każdy bogacz chce być jeszcze większym bogaczem, tak samo jak żaden biedak nie chce być jeszcze większym biedakiem. Całe szczęście, że my się na tem znamy i że nas trudno złapać. Niech pan Hirsz sprowadzi sobie do swoich wielkich dóbr czarnych chłopów z Afryki. To bardzo porządni ludzie, oni lubią dużo pić, podniosą mu propinacyę na wszystkich karczmach. My tymczasem zostaniemy.
— I cóż będzie?
— Co ma być? To samo, co i było. Dawniej był dobry handel, teraz jest nędzny handel, później może wcale nie będzie handlu, albo ja wiem? My poczekamy...
Na tem się posłuchanie skończyło.
Jankiel pojechał na lustracyę w miasteczku, światła pogasły, księżyc tylko przyświecał i przeglądał się w czarnych kałużach, na rynku rozlanych.

Klemens Junosza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.