Wyrok śmierci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Wyrok śmierci
Pochodzenie Król i osioł oraz inne humoreski
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wydania 1925
Druk Zakł. Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
WYROK ŚMIERCI

Działo się to w czasach Oliwiera Cromwella.
Rządy Cromwella — jak wiadomo — zaliczane są do najświetniejszych w dziejach Anglji. Pragnąc posiąść władzę bezgraniczną i potęgę — tyleż przebiegły, co ambitny — nie cofał się Cromwell nigdy przed najbardziej nawet okrutnym czynem, jeśli chodziło o przykładne ukaranie tych, którzy śmieli stawić mu choćby najmniejszy opór.
Pułkownik Mayfair, żołnierz armji republikańskiej, był najmłodszym w swej randze. Pomimo jednak, iż nie miał więcej nad lat trzydzieści, brał już udział w licznych bitwach, to też dzięki niezwykłej odwadze, jako też prawemu charakterowi — zjednał sobie ogólny podziw i szacunek. Powinienby się zatem czuć całkiem szczęśliwym. Cóż tedy zaszło takiego, że twarz ma smutną, zgnębioną?
Działo się to w zimie. Noc zapadła. Mrok i szaruga panują na dworze; w komnacie cisza złowroga.
Pułkownik Mayfair z młodą żoną siedzą przed kominkiem, w milczeniu, znużeni tematem swego przygnębienia.
Modlili się wspólnie; teraz pozostało im tylko — oczekiwanie...
Niedługo pewno czekać będą. Na myśl o tej chwili nieszczęsna żona drży z rozpaczy.
Mają tylko jedno, jedyne dziecko, małą siedmioletnią dziewczynkę Abby — jedyną ich miłość.
Jak zawsze wieczorem, tak i dziś przyszła Abby ucałować na dobranoc rodziców. Na jej widok pułkownik przerwał milczenie i rzekł do żony:
— Przez miłość do naszej dzieciny, otrzyjmy łzy! Niech dziecko nie wie o niczem...
Prześliczna mała dziewczynka z loczkami jasno blond, z twarzyczką tryskającą uśmiechem, ale ze stanowczą miną, stanęła w progu komnaty, w nocnej koszulince. Szczęśliwa z widoku kochanych rodziców, w podskokach wbiegła do środka.
Bez namysłu wdrapała się na kolana ojca, który przytulił ją do szerokiej piersi i tkliwie począł całować.
— Tatusiu, tatusiu, nie całuj mnie tak bardzo, bo za mocno ściskasz i targasz mi włosy!
I już Abby zabierała się do odejścia, gdy pułkownik zatrzymał ją jeszcze w ramionach, mówiąc:
— Nie odchodź jeszcze, Abby, zostań na mych kolanach! Prawda, że byłem niedobry, ale nie powinnaś się gniewać na tatusia. Co mam zrobić, by otrzymać przebaczenie?

Za chwilę słoneczny uśmiech znów zagościł na twarzy dziecka, które, wsparłszy główkę o policzek ojca, poczęło go prosić o bajeczkę, ale o taką ładną, ładną bajeczkę!

Cyt!...

Rodzice wstrzymali oddech. Nasłuchują... Poprzez wycie wichru dał się słyszeć odgłos miarowych kroków, zrazu daleki, później bliski, coraz bliższy; kroki stawały się coraz cięższe, coraz cięższe... Wreszcie oddaliły się, zapadły.
Pułkownik z żoną odetchnęli głęboko, rzekłbyś uniknęli jakiegoś niebezpieczeństwa. Po chwili Mayfair rzekł z zupełnym spokojem:
— Więc prosisz mnie o bajeczkę, i to bardzo, bardzo wesołą, czy tak — Abby?
— O nie, tatusiu, opowiedz mi bajeczkę smutną, ale taką smutną, jak gdyby była prawdziwa. Mamusiu, chodź tu do nas, daj mi rękę. O, tak. A teraz, tatusiu, zaczynaj.

— Pewnego razu było trzech pułkowników. Podczas jednej z bitew przekroczyli oni dyscyplinę wojskową. Mieli rozkaz demonstrowania ataku na bardzo mocnej pozycji w tym celu, by zwabić nieprzyjaciela i przez to dać możność cofnięcia się — wojskom republikańskim. Ale pułkownicy ci, w zapale bojowym, nie zastosowali się do rozkazu, wydali nieprzyjacielowi bitwę, którą, zresztą, wygrali. Wódz naczelny, oddając hołd ich zwycięstwu — wyraził jednak swój gniew dla ich niesubordynacji. Rozkazał im wrócić do Londynu i stawić się przed trybunał wojenny.
— Czy ten wielki wódz, to Cromwell, tatusiu?
— Tak.
— Ja go znam dobrze, ja go widziałam! Gdy jedzie po mieście na swym pięknym rumaku, na czele żołnierzy, to ludzie się go boją — ale nie ja! Ja się go wcale nie boję. On zawsze patrzy na mnie z uśmiechem...
— Oj, ty moja maleńka sroczko!... A zatem, trzej pułkownicy, wróciwszy do Londynu, zostali osadzeni w więzieniu. Ale na słowo honoru wypuszczono ich na krótko na wolność, aby się mogli pożegnać z rodziną — ostatni raz...

Cyt!...

Nasłuchują... Słyszą miarowe kroki... Kroki i tym razem jeszcze oddalają się... giną...
Matka przywarła twarzą do ramienia męża, aby ukryć straszliwą mękę tajoną...

— Wrócili do swych domów dziś rano — ciągnął dalej pułkownik.
Dziecko szeroko rozwarło oczy.
— Więc to, tatusiu, jest historja prawdziwa?
— Tak, dziecino.
— O, jaki ty dobry jesteś, tatuńciu! Kończ, proszę cię, kończ czemprędzej! Mamusiu, ty płaczesz? Dlaczego, powiedz mi?
— Nic, nic, złoteńko moje, — ja tylko pomyślałam o tych... o tych biednych, nieszczęsnych rodzinach pułkowników.
— Nie płacz, nie płacz, mamuńciu, poczekaj, przekonasz się, że wszystko dobrze się skończy. A przedtem, tatuńciu, dziś rano, gdzie oni byli?...
— Przed swem uwolnieniem na kilka godzin, osadzeni zostali w Wieży. Tam badali ich sędziowie, którzy stwierdzili ich winę — i wszystkich trzech pułkowników skazali na śmierć.
— Och, jacyż niegodziwi! Mamusiu, mamusiu droga, ty płaczesz? Nie płacz, mamusiu, przekonasz się, że oni nie umrą. Ale kończ już, kończ, czemprędzej, tatusiu, chcę wiedzieć koniec tej bajeczki!..
— Waham się właśnie, dziecino...
— Powiedz mi, tatusiu, czy ty znasz tych trzech pułkowników?
— Tak.
— Bardzo pragnęłabym ich ujrzeć. Ja bardzo lubię pułkowników. Jak sądzisz, tatusiu, czy chcieliby oni, abym ich pocałowała?
— Jeden z nich szczególnieby tego pragnął, — odparł drżącym głosem pułkownik. — Ucałuj mnie za niego.
— Dobrze, lecz i za tamtych, innych... Ja, tatusiu, gdybym ich ujrzała, tobym im to powiedziała: „Moi panowie, wiedzcie, że mój tatuś też jest pułkownikiem, i to bardzo odważnym. Postąpiłby on tak samo, jak wyście postąpili, tedy nie wstydźcie się swego czynu, boście dobrze postąpili.“

— Cyt!.. Cyt!.. Słuchajcie!.. — Wiatr li to?
— Nie! —

— W imieniu Lorda Generała — otworzyć!
— Tatusiu, tu są żołnierze, pozwól mi, niech ja im otworzę!
Abby skoczyła ku drzwiom, otwierając je naoścież, i wołając wesoło:
— Proszę, wejdźcie panowie! Tatusiu, tatusiu, to są grenadjerzy!
Żołnierze wkroczyli z bronią na ramieniu. Oficer zasalutował; pułkownik Mayfair, stojąc, oddał mu ukłon. Nieszczęsna żona pułkownika stała za mężem, tłumiąc ból i łzy...
Abby patrzała zdumiona...
Ojciec długo, długo całował i tulił żonę i córkę.
— Do Wieży! Naprzód, marsz!
I pułkownik opuścił swój dom, w otoczeniu żołnierzy...
— Mamuńciu, spójrz, jaki tatuś piękny, jak on równo kroczy... Tatuś poszedł do Wieży, pewno tam zobaczy tych pułkowników... Tatuś...
— Biedne ty, biedne maleństwo — ledwie mogła wyszeptać matka, oszalała z rozpaczy.

Nazajutrz rano nieszczęsna pani Mayfair nie mogła się dźwignąć z łóżka.
Małej Abby polecono bawić się na dworze, by nie mąciła ciszy zrozpaczonej kobiecie. Przez pewien czas bawiła się Abby przed domem, wkrótce jednak doszła do przekonania, że nieźle byłoby udać się do tatusia, powiadomić go, co się dzieje w domu podczas jego nieobecności...
W Wieży tymczasem trybunał wojenny był już zgromadzony w komplecie przed Lordem Protektorem. —
— Powiedzieliśmy oskarżonym — odezwał się jeden sędzia — by z pośród siebie wybrali jednego na śmierć, ale oskarżeni jednogłośnie odrzucili naszą propozycję.
Oblicze Cromwella przesłoniła chmura.
— Nie, mimo to nie zginą wszyscy! Będziemy ciągnąć za nich losy. Wezwać ich tu. Ustawicie ich w sąsiedniej komnacie rzędem, twarzą do ściany, z rękami na plecach. Gdy staną tu — zawiadomić mnie.
Zostawszy sam, wpadł w głęboką zadumę.
W chwilę potem zawezwał ordynansa i rzekł:
— Przyprowadź mi pierwsze dziecko, jakie ujrzysz za bramą!
Żołnierz wrócił wkrótce, trzymając za rączkę małą Abby. Dziewczynka śmiało podeszła do Cromwella i bez najmniejszego wahania wdrapała mu się na kolana, ze słowami:
— Ja pana znam dobrze. Pan jest Lordem Generałem. Nieraz pana widywałam, gdy pan przejeżdżał koło naszego domu! Pana się wszyscy ludzie boją, ale ja się pana zupełnie nie boję.
Uśmiech rozjaśnił surowe cienie na twarzy Cromwella.
— Więc pan sobie mnie nie może przypomnieć? A ja pana wcale nie zapomniałam!
— I ja ciebie już teraz nie zapomnę; ręczę ci słowem honoru. Odtąd będziemy już zawsze przyjaciółmi.
— To dobrze, to bardzo dobrze. Ale teraz niech mnie pan pohuśta tak, jak to robi mój tatuś!
— Ależ, owszem... Przypominasz mi, dziecko, moją małą córeczkę, która też była miłą i grzeczną, jak i ty. Niech cię Pan Bóg darzy szczęściem!
— A czy pan bardzo kochał swoją córeczkę? Bo mój tatuś to mnie bardzo kocha.
— Kochałem ją nad życie. Co rozkazała, to zawsze spełniłem.
— Więc i ja pana bardzo kocham! Czy chce mnie pan pocałować?
— Ależ, naturalnie. Ten pocałunek będzie dla ciebie, a ten dla niej. Teraz ty mi ją zastępujesz, więc co każesz: — to spełnię.
Ucieszona Abby aż zaklaskała w rączki. Nagle, usłyszawszy warczenie bębna, krzyknęła: —
— Żołnierze idą! Żołnierze! Panie Generale, Abby chce ich widzieć!
— Za chwilę ich ujrzysz, moja droga, ale przedtem musisz spełnić moją prośbę.
W tym momencie wkroczył do komnaty oficer i zaraportował:
— Już są tam!
Lord Protektor podał Abby trzy małe gałki z wosku: dwie białe, a jedną czerwoną. Czerwona gałka miała wskazać tego z trzech pułkowników, który miał był ponieść karę śmierci...
— Och, jaka to śliczna, ta czerwona gałka! Czy mogę ją zabrać z sobą?
— Nie, dziecko, nie można. Usuń teraz nieco kotarę, zasłaniającą otwarte drzwi, a ujrzysz w sąsiedniej komnacie trzech ludzi, twarzami odwróconych ku ścianie, z rękami na plecach. Każdemu z tych trzech ludzi włożysz do rąk po jednej gałce, a gdy to zrobisz — wróć do mnie.
Abby zniknęła za kotarą...
Cromwell, wstawszy sam, szepnął:
— Bóg jeden tylko wie, na kogo padnie wybór tego małego posła, którego On sam mi zesłał!
Abby, wszedłszy za kotarę, zatrzymała się chwilę, uderzona mrokiem, panującym w komnacie, oraz widokiem żołnierzy i trzech oskarżonych, tkwiących w bezruchu. Lecz nagle twarzyczka jej zabłysła radością.
— O, to i tatuś jest tutaj! Kiedy tak, to otrzyma ode mnie najpiękniejszą gałkę!..
Podskoczyła ku więźniom i powkładała do ich otwartych rąk gałki, poczem wsunęła rękę pod ramię ojca ze słowami:
— Spójrz, tatusiu, co masz w ręce! Dałam ci najpiękniejszą czerwoną gałkę!
Pułkownik Mayfair, ujrzawszy nieszczęsny dar dziecka, świadomy jego znaczenia, porwał dziecko w ramiona, padł na kolana i wybuchnął łkaniem.
Oficerowie, żołnierze i wszyscy świadkowie tej straszliwej tragedji nie mogli się oprzeć łzom.
Ale za chwilę oficer, prowadzący straż, blady, zbliżył się do więźnia, dotknął jego ramienia, i rzekł:
— Jest mi niewymownie przykro, panie pułkowniku, ale obowiązek zmusza mnie...
— Co takiego? — pyta zdziwiona Abby.
— Muszę go stąd wyprowadzić. Bardzo mi przykro...
— Wyprowadzić? Dokąd? Ja nie pozwolę! Mama jest chora, więc przyszłam po tatusia!
Z temi słowy wdrapała się na plecy ojca, i owinęła rączkami mu szyję.
— No, chodź już, chodź, tatuńciu...
Pułkownik z rozpaczą spojrzał na Abby.
— Moja biedna dziecino, nie mogę pójść z tobą — szepnął głucho.
Abby zsunęła się z pleców ojca, podbiegła do oficera i, tupiąc nóżką, krzyknęła wzburzona:
— Powiadam wam, że mamusia leży chora. Pozwólcie tatusiowi iść ze mną. Ja tak chcę!
Widząc, że jej słowa nie skutkują — pobiegła do sąsiedniej komnaty, skąd za chwilę wróciła, prowadząc za rękę Cromwella.
Na widok Lorda Generała rozmowy ucichły. Oficerowie zasalutowali, żołnierze sprezentowali broń.
— Zatrzymaj ich, panie! Moja mamusia jest chora, więc przyszłam tu po tatusia, a oni chcą go gdzieś zaprowadzić!
Usłyszawszy to, Cromwell zawołał:
— On jest twym ojcem?
— Oczywiście! To jest mój tatuś, i dlatego dałam mu najpiękniejszą gałkę! Ach, żeby pan tylko wiedział, jak ja kocham mego tatusia!
— Co począć, Boże, co począć?! — zawołał Cromwell.
Zapadł w głęboką zadumę. Szukał jakiegoś wyjścia z tej tragicznej sytuacji.
Abby, zasmutniała, ścisnęła niecierpliwie mocno rękę Lorda Generała, wołając:
— Pozwól mu iść ze mną! Sam mi mówiłeś niedawno, że wolno mi tobie rozkazywać, a teraz, gdy pierwszy rozkaz ci dałam — odmawiasz mi!
Rozjaśniło się oblicze Cromwella. — Położył rękę na główce małej Abby i rzekł głosem doniosłym:
— Panowie! Sam Bóg sprowadził tu to dziecko, by wskazało nam drogę sprawiedliwości. To dziecko mówi za mnie. Ogłaszam wyrok: więźniowie, jesteście wolni! —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Mark Twain i tłumacza: anonimowy.