Wykuję jeden dzień młody

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł „Wykuję jeden dzień młody!“
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


WYKUJĘ JEDEN DZIEŃ MŁODY!“

Po odbytej w szeregach austrjackich wojnie z Rosją, powróciwszy do domu z ciężką raną w piersi, podporucznik Józef Mazanowski szczęśliwie przyszedł do zdrowia. Tylko słaby był jeszcze i czasem pluł krwią. Nie przeszkadzało mu to jednak używać.
Piękny, zgrabny chłopak, bohater, a do tego tancerz wyśmienity, wszędzie był pożądanym, drogim gościem. Nieraz czuł na sobie młody oficer rozmarzone oczy kobiece, a że była to dopiero wiosna jego życia, młoda krew wrzała w nim i słodkie omdlenie nieraz ogarniało duszę.
Jednocześnie nurtowała go jakaś uporczywa, niedostępna myśl a nieznany głos szeptał:
— Czekaj na wielką chwilę i bądź gotów, bo oto zbliża się piękny i ognisty czas!
Gdy myśl ta głębiej i częściej jęła się wdzierać do serca i mózgu młodzieńca, porzucił rozrywki i cały oddał się muzyce i poezji.
Pewnego razu, późno wieczorem powróciwszy z przechadzki, usiadł i wpisał do swego albumu takie słowa:

„Na wiosny idącej gody,
Ująwszy ciężki swój młot,
Wykuję jeden dzień młody
I jeden najwyższy lot“...

Napisał i przeczytał raz jeszcze.
— O, gdyby los mi zesłał jeden prawdziwie młody dzień, dzień pełen zapału, uniesienia, bezgranicznego zadowolenia z siebie i dał mi możność zerwania się do najwyższego lotu, chociażby na chwilę, na jedno mgnienie oka, później niech przyjdzie męka i śmierć!
Aż mu oczy zapłonęły, a pierś podniosła się w rozkosznem westchnieniu. Naraz jeden z tych nieznanych tajemniczych dźwięków, które rozlegają się w nocy, a przychodzą, być może, z poza świata, wyraźnie ułożył się w wyraz ludzki, zrozumiały:
— Tak będzie!
W tej chwili w niezbadanej krainie, gdzie się ważą losy ludzi, ludów i państw, gdzie tworzą się plany życia jednostek i społeczeństw, gdzie zarysowują się tajemnicze szlaki czynu i myśli, został wydany wyrok na Józefa Mazanowskiego:
— Ma przeżyć dni młode o najwyższym locie, a po nich w męce opuścić ziemię, gdzie niemasz lotu, ino czołganie się w prochu.
Stało się według wyroku niezbadanej, tajemniczej Potęgi i Mądrości!
Już istniała wolna Polska, już z trudem krwawym dźwigała się z gruzów i grobów, gdy naraz dawny, zdradziecki wróg opanował Lwów.
Skrzyknęły się zuchy kresowe, i na ich czele stanął odrodzony Kmicic — waleczny, zuchwały, na śmierć i mękę niepomny rotmistrz Abraham.
Garstka bohaterów-opętańców śmiałym atakiem zdobywa „Górę stracenia“ i nie ustępuje już z niej, nie szczędząc krwi i życia. Dwudziesty pierwszy i drugi listopad, to dni wytężonego zmagania się z wrogiem.
Porucznik Mazanowski z kilkoma szaleńcami zdobywa teatr, dom ludowy, odwachy, zdziera z ratusza nieprzyjacielską chorągiew i wraz z towarzyszami podnosi polski sztandar.
Lwów był zdobyty, lecz trzeba go wciąż było bronić, bo hajdamackie bandy, przez Niemców i bolszewików podżegane, parły wciąż na stary polski gród kresowy.
Piękny młodzian pozostawał na najniebezpieczniejszych posterunkach, w najzacieklejszych bitwach i wywiadach. Szalał z zuchami, którzy wskrzesili, zdawało się, prastarą sławę bojową przodków, w Grzybowicach, Laszkach, Dublanach, Sokolnikach i Sołonce.
Nareszcie olbrzymie siły wrogów podeszły pod Lwów i rwały się do szturmu. Najcięższym dniem walk o miasto był dzień 28 grudnia 1918 r.
Mazanowski miał powierzoną do obrony daleko wysuniętą placówkę na lewem skrzydle w Persenkówce.
Nie wielu miał żołnierzy do pomocy, bo tylko sześciu.
Lecz bronili się przez cały dzień, a nacierające oddziały ukraińskie coraz częściej unikać zaczynały tego odcinka, gdyż celne strzały kładły wroga gęstym trupem.
Nareszcie zasypano bohaterów ogniem z kulomiotów. W szańczyku pozostał tylko porucznik Mazanowski.
Strzelał bez wytchnienia i nie chybiał.
Każdy strzał jego karabinu, był gońcem śmierci. Zabrakło nabojów. Młodzian dobył rewolweru i czekał spokojnie, aż się zbliżą Ukraińcy.
Podbiegli, a oficer zaczął strącać ich strzałami na ziemię.
Jeden z atakujących dopadł niewysokiej kupy jakichś gruzów, ukrył się za niemi i, położywszy karabin, długo i starannie mierzył do stojącego na okopie Polaka z dymiącym rewolwerem w ręku.
Oficer upadł, zalała go fala atakujących.
Józef Mazanowski dostał się do niewoli, lecz tegoż wieczoru polscy ochotnicy, zuchwałym kontratakiem zmusili nieprzyjaciela do odwrotu, zagarniając obozy, szpitale i artylerję.
Ranny oficer, ze strzaskanem biodrem, wrócił znowu do swoich. Odwieziono go do szpitala w politechnice.
Mieszkańcy Lwowa wiedzieli, że wśród tych, którzy dzielnie się przysłużyli miastu i sławą prawdziwą się okryli, jedno z czołowych miejsc zajął porucznik Józef Mazanowski, to też pobyt jego w szpitalu był nieprzerwanem pasmem wyrazów uznania, czci i podziwu.
Młody bohater czuł się prawie szczęśliwym.
Trwało to cztery miesiące...
Cztery miesiące bezgranicznych cierpień, mąk i bólu piekielnego...
W ciągu tego czasu bez skargi i żalu dogorywał nieustraszony szermierz, a gdy 20 kwietnia 1919 r. do łoża tego zaledwie 20-letniego pięknego młodzieńca, zbliżyła się śmierć i stanęła, patrząc mu w rozmarzone umęczone oczy, umierający posłyszał dochodzący zdaleka potężny głos:
— Pragnąłeś przeżyć dni młode i poznać najwyższy lot orli, a potem w męce opuścić ziemię, gdzie nie masz lotu, ino czołganie się w prochu!
Odlatująca nazawsze myśl zdołała jeszcze ująć uczucie głębokiej wdzięczności ku Temu, który dał mu siłę ducha i serca:

„Wykuć jeden dzień młody
i jeden najwyższy lot“...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.