Wyklęta wyspa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wyklęta wyspa
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
WYKLĘTA WYSPA.
O parę mil od Kamakury, gdzie dumnie wznosi nad ziemią swe czoło Budda-Dajbutcu z bronzu, z morza wyłaniała się samotna wysepka. Wąskie i płytkie pasmo wody odcinało ją od brzegu, gdzie rybacy suszyli swoje sieci i naprawiali łodzie.

Olbrzymia skała, porośnięta ciemnym lasem, nosiła nazwę Jenoszima. Na wybrzeżu, tuż przy wodzie, przed wiekami stanęła duża osada rybacka, a mniejsze grupy domków tkwiły wzdłuż piasczystej łachy, otaczającej całą wyspę. Mieszkańcy wysepki pracowali ciężko, a bogaczy śród nich nigdy nie było. Zajęci byli połowem ryb w otwartem morzu, zapuszczając się weń nieraz daleko, aż hen! skąd nie było widać brzegów pięknej Hondo; odłupywali od raf podwodnych ostrygi — małe, okrągłe i długie, bardzo duże i tłuste; łapali mięczaki, jadalne robaki morskie, gwiazdy, meduzy i sieciami z drutu wyciągali muszle barwne i muszle z perłowej masy. Wszystko to wieźli czółnami do Kamakury, Jokohamy, a nawet do Tokio na rynek, gdzie wszyscy znali rybaków z Jenoszimy.
Wyżej, na małych terasach, wykutych za niepamiętnych czasów w skale, stały, tonąc w zieleni i cieniu gajów, wille bogatych kupców z Jokohamy i potomków dajmio z Kamakury. Właściciele rzadko przyjeżdżali w to wiejskie ustronie, gdzie nic nie przypominało europejskich miejscowości leczniczych, pociągających do siebie śmietankę arystokracji japońskiej.
Na samym szczycie skały, ukrytej przed oczami ciekawych, od strony morza i od strony brzegu, mieścił się klasztor szinto i świątynia. Kilka malowniczych „tori“ — portyków prowadziło do nich, i ubodzy rybacy z osady byli tu dość częstymi gośćmi, ponieważ ze szczytu Jenoszimy cudny i rozległy widok odkrywał się na morze.
Pewnego razu, w maju, gdy na południowych stokach Jenoszimy zaczynały już kwitnąć różnobarwne azalje, grupa młodych rybaków i dziewczyn, silnych i ogorzałych, weszła w ogrodzenie klasztoru i, złożywszy skromne ofiary do skarbony, strzeżonej przez staruszka-bonzę, skierowała się ku kwitnącym krzakom. Chłopcy usiedli przy dziewczynach i, trzymając je za ręce, niby z bronzu rzeźbione, napawali się widokiem wspaniałych kwiatów i bezbrzeżną, turkusową pustynią oceanu.
— Taj — joo ojobi mizu![1] — zawołał młody rybak Soni Kamura.
— Ojobi aj[2] — dodała z wyrzutem wysmukła, silna, jak młody klon, Nisi Omori.
— Chaj! Tak.... — aj! — dodał Kamura. — To lepsze nawet od słońca...
— Słońce pozostanie na wieki i przetrwa wszystko, a miłość zniknie bez śladu! — rozległ się głos, i z krzaków wyszedł ponury, niestary jeszcze człowiek w ubraniu pielgrzyma o przykrej, drwiącej twarzy.
Młodzież nieprzychylnie patrzyła na niego. On zaś przenikliwie oczy utkwił w twarzy zawsze wesołej Nisi i powtórzył:
— Miłość zniknie bez śladu...
— Nasza miłość nigdy nie zniknie! — rzekł, z siłą potrząsając głową Kamura. — Nigdy!
— Młody jesteś i gorący, więc nie widzisz ścieżki pod nogami — mruknął nieznajomy.
Chłopcy i dziewczęta milczeli i czekali, aż odejdzie ten przykry, kraczący jak kruk, człowiek o ponurej twarzy i przenikliwych, złośliwych oczach, lecz on usiadł i zdjął kapelusz, spleciony z grubej słomy.
— Zaczekajcie chwilę! — powiedział, krzywiąc usta w pogardliwym uśmiechu. — Wkrótce odejdę... wkrótce. Przedtem jednak nim pójdę dalej, — chcę wam coś opowiedzieć...
Usiadł wygodniej i oparł się plecami o pień zrąbanego drzewa.
— Dawno, oj, bardzo dawno to było... Nikt już tych czasów nie pamięta, i tylko gadka o nich pozostała... Na wyspie Jenoszima zamieszkał jakiś człowiek. Niewiadomo skąd przybył dużym, trzymasztowym okrętem z liczną załogą. Zbudował tu, na samym szczycie sziro — zamek obronny. Widzicie te głazy? Pozostały one od bramy wjazdowej. Mnisi nieraz znajdują zawiasy i rygle z bronzu, rozpadające się w proch miecze i zbroje. Wszystko to pozostało z tamtych dalekich czasów. Nazywał się ten dziwny człowiek Jugawa. Opowiadał o sobie, że pochodzi z dalekiej ziemi, która znikła pod wodą wraz z miastami, ludami, lasami i górami. Wymieniał nazwę tej ziemi, lecz gadka nie przechowała tej nazwy. Jugawa ze swoimi ludźmi napadał na okoliczne wioski i miasteczka i wkrótce opanował całe wybrzeże, gdzie teraz widzimy Kamakurę, Katasę, Uraga, Misaki i Jokohamę. Mężczyzn zabijał, kobiety i dziewczyny brał do niewoli, wybierając niektóre dla siebie za żony, inne oddając swoim wojownikom. Po roku kazał wszystkie zrzucać ze skały do morza, a czynił to zwykle w sierpniu, gdy ocean walczył z Jenoszimą, waląc w nią swemi bałwanami, które pianą pluły do połowy skały. Po roku czynił nową wyprawę i nowe żony dla siebie i swoich ludzi zdobywał. Pewnego razu Jugawa przywiózł sobie brankę. Pięknością zaćmiewała wszystkie kobiety, jakie kiedykolwiekbądź dotykały swemi stopami ziemi Jenoszimy. Tegoż dnia Jugawa kazał przyprowadzić do siebie brankę, ubraną w piękne, zdobyczne szaty.
Dziewczyna weszła i stanęła przy progu.
— Zbliż się! — rzekł Jugawa.
— Władco, — odpowiedziała dziewczyna, — zaniechaj mnie! Jestem ze szlachetnego rodu Mej-Jo i byłam przyobiecaną innemu.
— Musiał zginąć, — uśmiechnął się Jugawa, — bo nikogo z mężczyzn nie żywiłem!
Jęknęła musme i opuściła zrozpaczoną głowę na piersi.
O świcie dopiero wyszła z izby Jugawy, blada i znękana z niemą rozpaczą w oczach. Wieczorem znowu przyprowadzono ją do władcy, lecz gdy przestąpiła próg izby, gdzie spadła na nią hańba, zajrzała wojownikowi w jego rozradowane oczy i rzekła:
— Daj mi wolność i opuść sam Jenoszimę! Opuść na zawsze... Cienie straconych przez ciebie niewiast wdarły się do podziemi skały i czyhają na chwilę zemsty z woli bogów. Dziś zjawił mi się w półśnie, w półjawie korowód bladych postaci i ponuremi głosami oznajmił mi wolę bogów. Przyjdzie prędko czas wielkiej wojny, brzemiennej krwią, ogniem i mordem, a gdy przeminie, bogini Amaterazu zrzuci wyspę z jej posad i pochłonie ją paszcza oceanu. Później, gdy woda zmyje ze skały ślady twojej zbrodni, otchłań wypluje skałę na dawnem miejscu. Przetrwa ona wieki, a gdy przyjdzie nowa wojna, w której ginąć będą narody i kraje, wtedy po raz drugi połknie Jenoszimę morze, połknie na zawrze, zwalniając mściwe cienie twoich ofiar, zamkniętych w piersi skały. Pamiętaj!
Śmiał się z przepowiedni okrutny, krwawy Jugawa, kazał strącić do morza wieszczkę i nową obrał sobie żonę. Po kilku wiosnach walczył z jednym z północnych klanów, pustynię po sobie na Hondo pozostawiając i potoki krwi. W rok później podziemne szatany wstrząsać zaczęły ziemią Nippon, zalewać ją ognistą lawą, popiołem gorącym zasypywać i niszczyć falami, rzucanemi przez Amaterazu na brzeg. Zawaliła się Jenoszima, wraz z zamkiem Jugawy i osadą jego wojowników. Tejże nocy wynurzyła się ze spienionego morza, przechowawszy z siedziby potężnego władcy zaledwie kilka głazów i kawałków bronzu... Pamiętajcie, com mówił!
Objął wszystkich swoim ciężkim wzrokiem i ciągnął dalej:
— Była wielka krwawa wojna. Księga Karmy-sprawiedliwości zapełniona została do ostatniej karty zbrodnią ludzką. Czekajcie zguby Jenoszimy! Czekajcie!...
Skończył i odszedł, nawet nie rzuciwszy słów pożegnania...
Minęło od tego dnia kilka miesięcy i hufce podziemnych szatanów ruszyły do boju. Wylały roztopione wnętrze Asamy na łany i miasta, przysypały żrącym, palącym popiołem, rzuciły do domu płonące żagwie, a po nich pomknęły na wstrząsaną, kołyszącą się ziemię, dygocącą, jak gdyby w ostatniem zmaganiu się ze śmiercią, białe szeregi mściwej Amaterazu — bałwany morskie, odrywające skały od piersi gór, znoszące do szczętu lasy, łany i potężne sziro — zamki...
Drgnęła, pochyliła się i runęła Jenoszima, tworząc potworny wir, w którym ginęły krypy żaglowe, łodzie rybackie i okręty, walczące z morzem...
Czy uszli śmierci zwinny i wesoły rybak Soni Kamura i wysmukła, z bronzu rzeźbiona Nisi Omori? Czy miłość ich znikła bez śladu razem z Jenoszimą tam, gdzie się rozwarła paszcza otchłani, głęboka na trzy kilometry, i gdzie w księżycowe noce nad morzem snują się mgławicowe widma ofiar krwawego Jugawy, wychodźcy z nieznanej, zaginionej krainy?...


Przypisy

  1. Słońce i woda.
  2. Miłość.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.