Wyjątek z listu z Bombaju

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Władysław Tarnowski
Tytuł Wyjątek z listu z Bombaju
Redaktor Ludwik Jenike (wprowadzenie i zakończenie)
Wydawnictwo Tygodnik Illustrowany, Seria 3, t. 6, nr 132
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Władysław hr. Tarnowski


Na początku maja r. b. nadeszła do Warszawy piérwsza wieść smutna o śmierci młodego jeszcze, a wysoko utalentowanego muzyka, poety i podróżnika, hr. Władysława Tarnowskiego. Wieść owa, przyjmowana zrazu z niedowierzaniem, wkrótce, niestety, znalazła urzędowe potwierdzenie, gdy konsul austriacki w San-Francisco zawiadomił rodzinę nieboszczyka, zamieszkałą na Wołyniu, że hr. Władysław wracając do Europy z ostatniéj swéj podróży po Indyach, Chinach i Japonii, zmarł w drodze na parowcu „Pacific,“ dnia 12 kwietnia r. b., z przyczyny niewiadoméj.
Strata-to rzeczywiście niemała, nie tylko dla rodziny, ale dla kraju, któremu zmarły, pędząc życie gorączkowe w nieustannych prawie podróżach, nie mógł jeszcze dostatecznie dać poznać różnostronnego talentu swojego. Korzystając więc z uprzejmości czcigodnego J. I. Kraszewskiego, który przesłać nam raczył wizerunek hr. Władysława w stroju wschodnim, oraz widok Wróblewic, posiadłości jego w Galicyi, dajemy, obok drzeworytów z obu tych fotografii, króciutki rys życia za wcześnie zmarłego pracownika na polu piśmiennictwa i sztuki, o ile na to pozwalają bardzo szczupłe materyały.
Władysław Tarnowski, wnuk Jana Feliksa z Dzikowa, a syn Waleryana i Ernestyny hrabiostwa Tarnowskich, urodził się r. 1841 we Wróblewicach, dziedzicznéj majętności swej rodziny. Młodzieniec, objawiający wcześnie niepospolitą zdolność do muzyki, kształcił się w téj sztuce najprzód w konserwatorium paryzkiém, a potem w Lipsku, pod Moschelesem i Lisztem, który w technice fortepianowéj stawiał go niemal na równi z Rubinsteinem i Bülowem. Zetknięcie się bliższe z Lisztem i Wagnerem wywarło podobno pewien wpływ na kierunek artystyczny młodego adepta sztuki, nie do tego jednak stopnia, aby stać się miał wyznawcą okrzyczanéj w Niemczech „muzyki przyszłości“. Talent-to był zbyt samodzielny, ażeby ulec mógł naśladownictwu.
Jako kompozytor napisał operę Achmet, z tekstem własnym, drukowaną w Lipsku, kilkanaście sonat na orkiestrę, oraz fantazye na fortepian i pieni. Uwertura jego i śpiewy do dramatu Joanna Grey wyszły w Wiedniu. We Wrocławiu, Lipsku i Lwowie wykonywano z wielkiém powodzeniem kilka utworów orkiestrowych ś. p. Tarnowskiego.

Na polu piśmienniczém, oprócz pięknego dramatu Joanna Grey, wydrukował liczne poezje pod pseudonimem Ernesta Buławy, oraz Archiwum wróblewieckie. Z jego także zbiorów ogłoszone są we Lwowie „Listy pani Kossakowskiéj kasztelanowej kamienieckiéj do Ignacego Potockiego“, a zapowiedziane pozostałości rękopiśmienne po samym tym znakomitym mężu stanu. Niemałéj również wartości są listy Tarnowskiego z wędrówek jego po Włoszech i Wschodzie; w ostatnich bowiem latach zwiedził nieboszczyk Konstantynopol, Ateny, Kair, Teby, Baalbek, Palmirę, Damaszek i pustynię, a w roku przeszłym odbył podróż do Indyj, Chin i Japonii, w powrocie z któréj właśnie śmierć niespodzianie go zaskoczyła. Szczęśliwym trafem jeden z listów, pisanych do rodziny z ostatniéj jego podróżny, znajduje się w naszych rękach; drukujemy go więc, aby czytelnikom naszym dać poznać gorącą duszę tego człowieka, który dziwnym jakimś blaskiem poetycznego uroku otaczać umiał wszystko, czegokolwiek się dotknął.

WYJĄTEK Z LISTU Z BOMBAJU.
24 grudnia, 1877 r. Dzień wigilii.

„Chcieliście miéć list z Bombaju; otóż macie nie tylko list, ale i wieści o mnie w dodatku; a najprzód życzenia pomyślności na rok nowy i następne!.. Co do mnie, przybyłem zdrów i cały cztéry morza świata: Adryatyk spokojny, Śródziemne wzburzone wspaniale przez dni kilka — Czerwone rozpalone jak piekło — i cichy ocean Indyjski, spokojny w swéj bezbrzeżnéj wielkości.
Dotąd wszystko pomyślnie. Trudy mną się strudziły, upały najgorsze zniosłem w puszczach Palmiry i Egiptu. Podróż zda mi się spacerem i gdyby nie wzrok po za siebie i tęsknota za krajem, co czasem szarpnie serce zębami rekina, nie byłoby w niéj ani chmurki.
Z Tryestu do Korfu morze było ciche, jak kołyska śpiącéj dzieciny. Śródziemne za to, najgroźniejsze z mórz świata, rozlało się z całą grozą majestatyczną, która mnie zachwyciła!.. Trzy dni burzy przebyłem na pokładzie, gdy wszyscy chorowali i krzyczeli; przyznacie żem tęgi chłopiec, kuty na cztéry nogi, jak mój Pegaz. Czwartego dnia, zacząwszy chorować zawinąłem się w płaszcz i zasnąłem, modląc się nie więcéj jak co dzień, by Pan Bóg nie pomyślał, że się doń modlę się ze strachu!.. W sześć dni do Aleksandryi, stamtąd koleją do Suez, gdzie parę dni czekałem na statek.
Suez jest prześliczne dziecko pustyni; cały oprawny w ogrody palm i wiérzb babilońskich, ujmujących w cudne kulisy bursztynowe piaski pustyni, do których przyległy śpiące szafiry Czerwonego morza, zataczające się w półkola harmonijnie i puszkiem dyamentowym muskające swe brzegi. Puszek ten, ucałowany przez słońce, zamienia się w tęcz miliony.
Siedząc do północy nad morzem i dokazując z Arabami, dostałem gorączki dwudniowéj, o sile 4-ch koni, jakiéjby się w naszym klimacie nie zniosło. Zniecierpliwiony tym prologiem podróży, zerwałem się w paroksyzmie i zabiłem febrę, wsiadłszy na wielbłąda i zrobiwszy w trzy godziny puszczą jedną z najcudniejszych w życiu wycieczek do Źródeł Mojżesza (Rinn Mussa). Jest to miejsce, kędy Mojżesz miał ze skały dobyć wodę dla Izraelitów. Źródło to jest dla wszystkich zagadką, skąd się tu wzięło i jak wśród tych piasków istniéć może. Od wieków płacze tu po piaskach, a chociaż skały Mojżeszowe już zasypane, ono tętni życiem i ożywia całą oazę palm olbrzymich, których bukiet, jak szmaragd, z oddali zieleni się na bezbrzeżach pustyni. Kitami ich ogromnemi wiéw od morza przybywający porusza na tłach gorejącego błękitu z dziwną, niewymowną gracyą, którą nazwałbym tańcem natury… Tę gracyę w naturze mógłby człowiek studyować w artyzmie swych tańców.

Ś. p. Władysław hrabia Tarnowski, w stroju wschodnim.

Jest tu domek Beduinów, którzy mnie kawą gościnnie przyjęli; jednak gorączka tu doszła do najwyższéj siły i kiedy, w chwili słabości, rzuciwszy się na dywan, zawołałem: „Ana meslim!..“, co znaczy po arabsku: „Nieszczęsny jestem“ — po twarzy Beduina łzy jak groch się stoczyły i powiedział mi, że jego dom jest moim domem, poczém przyniósł mi wody ze zdroju Mojżesza. Po niéj długi sen — i patrzcie, febra poszła i nie wróciła.
Przejechałem znowu przez puszczę z powrotem, a przepłynąwszy kanał łodzią, wróciłem do Suez; stąd nazajutrz parowcem udałem się w dalszą drogę i w 15 dni w Bombaju stanąłem. Czerwone morze, które z każdego prawie okrętu porywa ofiary z powodu upału, było punktem kulminacyjnym niebezpieczeństwa; w razie powrotu gorączki byłbym zginął, jak mucha.
Widać jednak że mi jeszcze żyć przeznaczono, bo była dość dyskretną, by nie stanąć na pokładzie. Piérwsze dwa dni były w istocie trudne: zdało mi się z gorąca, że wszystko we mnie zamiera, że więdnę, usypiając. Trzeciego dnia powiał wiatr, rzadki gość, od oceanu i pustyń; wszystko ożyło, a czwartego dnia pokazywałem już Angielkom na pokładzie, jak się wywija polskiego hołubca. Przytém jedna z nich tak zaczęła manewrować swoim wachlarzem, że uznałem za stosowne dostać morskiéj choroby i zamknąć się na dobę w méj kabinie, na czém studya moje przygotowawcze co do Indyj wyszły wyśmienicie... Sześć dni i nocy Czerwonem morzem, między wybrzeżami Persyi i Arabią Felix, przebyłem więc szczęśliwie. Ujrzałem z zachwytem, jakiego każdemu życzę choć raz w życiu, górę Sinai, królową puszcz i mórz, z koroną w błękitach, jaśniejącą wspomnieniami wieków, niemo a wymownie głoszącą imię Jehowy, co wiedzie narody... Mały przystanek w mieście Aden, gdzie piérwszy raz byłem otoczony prawdziwie dzikimi ludźmi, w strusich piórach, potém 9 dni oceanu — a żegluga skończona.
Ocean jest najpiękniejszém dziełem Stwórcy w naturze. Cichy, bezbrzeżny, błękitny, chwilami jak lew spieniony, pełen znowu spokoju, jak mędrzec w zadumie. Fala jego długa, spiętrzona wspaniale, niesie okręt, jak grzywa rumaka, w słońcu tęczujący... Noce mieliśmy przepyszne księżycowe; wiéw ciągły, chłodzący powietrze; pokład był oświeconym, płynącym salonem, w którym, w blaskach księżyca, ślicznie grupowało się towarzystwo pań w lekkich tunikach, Arabów i Persów w barwnych szatach, Indyan o malinowym turbanie i Turków o płonącym fezie, wreszcie Europejczyków rozmaitych. W tych blaskach miesiąca fala morska była jak jedna szyba perłowéj masy. Niebo, jaśniejące gwiazdami, nie blademi, jak na północy, ale całe gwiazdo lite, jak iskrami zasiane... W takich nocach musiała się znaleźć i pieśń, i gitara, i chór majtków, i niejeden sopran lub tenor, a nawet raz, w noc jasną, wywindowano pianino na pokład i wyobraźcie sobie, że na niém dwie godziny improwizowałem, płynąc w blaskach świetlanych w nieskończoność; ale myśl moja ku wam zwróciła się w tych chwilach i szła po falach morza, w stronę rodzinną!..
Tak zwolna płynąc Kolumbowemi szlaki, witając ptaki latające i kawały drzewa, czuliśmy bliskość ziemi. Wreszcie o wschodzie słońca, zawołano: ląd! ląd!.. i Indye, upowite w różane zorze, z lasami palm i pomarańcz, wyłoniły się z błękitów morza, jak motyl stubarwny... Port Bombaju, olbrzymich rozmiarów, piękny swemi wyspy i skałami, nie odpowiedział jednak, równie jak sam Bombaj, moim oczekiwaniom. Przesadnie porównywano go z Neapolem, do którego się nie umył... bo Neapol szpeci Wezuwiusz, którego tu niéma — tak jak na przykład kuzynkę P... szpeci pewien wdzięk wrodzony, i to je ne sais quoi, do którego inne się nie umyły, jak Bombaj do Neapolu. Przepraszam kuzynkę za to zuchwałe porównanie; na moją obronę powiem „si non e ben trovato, e vero.“
W szalony upał porwało mnie na łódź indyjską cztérech dzikich, o brązowych ciałach muskularnych, szamoczących się rytmicznemi wiosły z morzem, tak że łódź strzałą przelatywała przestrzenie. Dowódca ich wołał ciągle: „Czwadzi! czwadzi!“ to jest: naprzód! i rad jestem, że to jest piérwsze słowo, jakiego po indyjsku się nauczyłem. Dwukołowy powozik powiózł mnie pędem, wśród namiotów palm i czarnych ludzi, tak iż na chwilę zdało mi się, żem zapadł na chorobę Tysiąca nocy i jednéj!
Stanąłem w hotelu Esplanade, olbrzymiém apokaliptyczném straszydle cztéropiętrowém. Gmach ten, cały z żelaza, mieści 2,000 osób, godny miasta Bombaju, którego ludność podobno już przechodzi 800,000. Taniość mnie tu zadziwiła: za 5 rupij (rupia indyjska = dwom frankom) dziennie mam piękny pokój na morze i trzy pożywienia na dzień tak obfite, że połowie rady dać niepodobna; w dodatku usługę, światło i co dzień zimną kąpiel, bez któréj tu żyć nie można.
Co dnia odbywam wycieczki; zabytków jednak staroindyjskich tu niewiele, angielskie zaś, nowe, mniéj niż nieciekawe. Rzeczą przepyszną jest ogród botaniczny, w którym z rozkoszą oka bujają rośliny wszelkich stref tropikalnych, z całym przepychem natury.
Wczoraj odbyłem łodzią jedną z wycieczek pamiętnych mi na całe życie — na wyspę Elefantę, któréj groty, kute ludzką ręką, są największym pomnikiem sztuki staroindyjskiéj, a natura, z drzewa i kwiatów, ptaków i motyli barw najrozkoszniejszych złożona, jest rajem ziemskim. Takiego śpiéwu ptaków nigdzie nie słyszałem. Oto listek z kwiatka na pamiątkę.
Groty Elefanty, na cały świat sławne, są dziełem wielkiego artystycznego znaczenia i godnie postawiłbym je w środku, między sfinksami Egiptu, a lwami Mycen w Grecyi, z pelazgijskiéj epoki... Wyrazem ducha jedne ni drugie im nie zrównają, a znam jedne i drugie. Mitologie indyjska, tak jak inne mitologie, dziwnie licują z naszą biblią tém, że mają swą trójcę, czyli Trimurti. I tak: Brahma, Bóg stworzyciel; Wisznu, syn jego, który zszedł na świat i wrócił do nieba; wreszcie Sziwa, który po wiekach przyjdzie świat cały zburzyć. Sziwie światoburcy i jego żonie poświęcone są groty Elefanty; wieńczą je jednak i inne bóstwa. Wyraz twarzy Trimurti jest niezmiernego znaczenia na swe czasy, wyraz Sziwy tak pełen grozy i życia, że one mnie naw skroś z tych ruin przebodły... że się w nocy zrywałem z przerażenia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

List, wczoraj przerwany, z powodu pasterki, na którą poszedłem o północy, dziś kończę. Odbywała się w katedrze. Nic rzewniejszego i wspanialszego. Chór Indyan-chrześcijan śpiéwem towarzyszył. Słyszałem Ojcze nasz po indyjsku, przez Indyanina skomponowane. Potężne wrażenie sprawiał widok tych czarnych ludzi, siedzących na ziemi, wokoło celebrującego biskupa; wielkie to dzieło naszych misjonarzy!.. Kościół przedstawiał widok nie z tego świata. Kazanie angielskie było prześlicznie wypowiedziane.
U arcybiskupa będę z wizytą pojutrze, z jednym Portugalczykiem. Z pasterki do domu idąc o 1-széj w nocy, zbłądziłem; powozów już nie było. Spotkałem dwóch Indyan, którzy mogli mnie najwygodniéj zabić w ciemnym zaułku; najpoczciwiéj jednak zaprowadzili mnie aż do domu i ślubowałem miłość ich narodowi.
Mam listy polecające do możnych Indian, od mego dobrego przyjaciela, profesora Gubernatis z Florencyi. Przyszedł do mnie arcykapłan Parsów, w mitrze, biało ubrany, w szalu pąsowym z kaszmiru i z asystencyą, oddał mi ogromny bukiet i prosił by mu zagrać. Uczyniłem to na nieszczególnym fortepianie hotelowym; zbiegło się do Sali ze 60 osób i był taki grzmot oklasków, żem uciekł. Sercom i pamięci waszéj się zlecam.
Dalszy plan drogi: jutro do Goonah na górach, dla powietrza, które tam zupełnie europejskie; daléj do Madrasu, na wyspę Ceylon i powrót do Bombaju. Stąd do Agry, Delhy, Simla, w Himalaji, do Benares i Kalkuty; ztamtąd, zapewne przez Chiny, Japonią i Amerykę morzem do Neapolu, gdzie mam nadzieję stanąć w czerwcu i miesiąc odpocząć w ulubionym moim hotelu Washington.“




Oto próbka czém był i czém mógł być jeszcze w przyszłości ten człowiek, zgasły w sile wieku, z ogromnym zasobem energii i talentu, człowiek, o którym słusznie powiedział Kraszewski:
„Potęga młodzieńcza stanowi cechę i poszyj, i muzykalnych kreacyj autora. Świetne to, barwne, szerokie i silne, tak że często pragnęłoby się więcéj wlać spokoju w te rozkołysane fale…. Całą duszą artysta, Tarnowski, można powiedziéć, żył tylko w świecie poezji i muzyki, w świecie ideałów, snów i marzeń.“
Niestety! ideałów tych nie urzeczywistniło życie, a sny i marzenia zawczesna pogrzebała mogiła...


Wróblewice w Galicyi, posiadłość ś. p. Władysława hr. Tarnowskiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Ludwik Jenike, Władysław Tarnowski.