Wychowanka/Akt IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Wychowanka
Rozdział Akt IV
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VIII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Indeks stron


AKT IV.

(Salon pierwszego aktu.)

SCENA I.
P. Piotr, P. Wacław, P. Hilary, P. Zefiryn.
P. Piotr (pośrodku, papiery w ręku).

Tak jest, moi Panowie, ten protokół złoto,
Wszystko w nim najdokładniéj, starałem się o to.
Ja byłem praktykantem rok i trzy miesiące,
Umiem pochwycić wątek, dowody palące,
Dobyć prawdę prawdziwą, choćby była na dnie,
I co ja już nie zgadnę, sam djabeł nie zgadnie.

P. Wacław.

Chwyciłeś, zgadłeś, co?

P. Piotr.

To, co mój honor plami.

P. Wacław. (*)

Twój honor?

P. Hilary.

Honor?

P. Piotr.

Honor. — Wesprę dowodami.

Jestem ukrócon w prawach przyszłego małżonka,
Szczęściem, że się wstrzymało na zmianie pierścionka.
Nie dość wstydu zaślubiać jakąś Bajdulankę,
Trzebaż jeszcze w niej cierpieć skrybusa kochankę.

P. Hilary, P. Zefiryn.

O! O!

P. Wacław.

To być nie może.

P. Piotr.

Tu nie ma wątpienia,
Ten protokół dokładny stan rzeczy ocenia,
Percypowani stróże, pachołki, lokaje,
Już żadnéj wątpliwości teraz nie zostaje.
Wzięta niegdyś ze śmiecia, niech śmiecie wymiata,
Niech ze szkodą familii, na zgorszenie świata,
Do majątku Morderskich praw sobie nie rości.

P. Wacław (*) (na stronie).

Co za śliczny exemplarz głupstwa i podłości.

P. Hilary (do Zefiryna).

Słuchaj no Zefirynie, tu burza za pasem,
Czy nie lepiéj cichaczem wymknąć się przed czasem.

P. Zefiryn (podobnież).

Wymknąć się, wymknąć... całkiem zgadzam się w téj mierze,
Która strona zwycięży, z tą zrobim przymierze.
(Idą ku drzwiom.)

P. Piotr.

Ho, ho, panowie! proszę, proszę zostać z nami.
Całéj naszéj rozprawy będziecie świadkami,
Ja chcę, pragnę rozgłosu... ja drukiem ogłoszę.

P. Zefiryn.

Jeśli może korekta...

P. Hilary (szturkając go łokciem).

Cicho!

P. Piotr.

Bardzo proszę —
Zostań z nami.

P. Hilary.

Tak, ale Pana niema w domu,
Rządy, zarządy, nie wiem czy powierzył komu.

P. Piotr.

Powierzył nie powierzył przyjmie co się stało.

P. Hilary.

Jako przyjaciel domu...

P. Piotr.

Śmiało, tylko śmiało;
Najlepiej się na ciepło dochodzą te rzeczy,
I doszły się najlepiéj... Narcyz nic nie przeczy,
Michał ze stróżem świadczą... jasne wszystkie fakta,
Zamknąłem więc protokół i wziąłem ad akta.





SCENA II.
Ciż sami, Regina, Paulina.
Regina (do Piotra).

Pan chciałeś mówić ze mną?

P. Piotr.

Tak i chcę niezmiennie.

(P. Piotr gestami w milczeniu zaprasza, aby wszyscy usiedli.)
Regina (wesoło).

Hm! jak widzę coś bardzo solennie.

P. Piotr.

Solennie.

(P. Piotr siedząc w środku z wolną i poważną deklamacyą. — Siedzą w takim porządku: od prawego 1. Paulina, 2. Regina, 3. Piotr, 4. Hilary, 5. Zefiryn, 6. Wacław.)

Dziś rano spałem... spałem... na wznak... na wznak spałem...
Bo tak śpię zwykle... nawet podobno chrapałem...
Ale to mniejsza... w tém — Pac! coś mnie w nos uderza,
Nietoperz, myślę... chwytam... lecz miast nietoperza
Widzę w ręku list — list — list. — Czytam raz dwa razy,
Trzy razy — hańba, zgroza, palące wyrazy.
Zrywam się, zrywam, nawet pantofli nie kładę
I chcę zaraz stolika spytać się o radę...
Bo takim jak ja ludziom stolik odpowiada...
Ale na cóż czas tracić, niepotrzebna rada,
Kiedy list wskazał jasno jak postąpić sobie;
Co każe bezimienny ja do joty zrobię,
I jest czarno na białém, mówię na wsze strony,
Że Narcyz jest kochankiem mojéj narzeczonéj.

(Wszyscy zrywają się, oprócz Wacława, który się roześmiał.)
Regina.

Cóż to Pan mówi, jak śmiesz wyrzec takie słowa!

Paulina.

A to rzecz niesłychana!

Regina.

Kłamstwo, złość, obmowa!

P. Piotr (z przyciskiem).

Jest kochankiem szczęśliwym.

Regina.

Ha, tego za wiele!
Znajdą się jeszcze tacy domu przyjaciele,
Co mu pokażą!

P. Piotr.

A ja protokół pokażę.

Regina (do Pauliny z politowaniem).

Zosia!

Paulina (podobnież).

Zosiunia!

Regina.

Potwarz, lecz w jakim zamiarze?

(Wacław się roześmiał głośno — wszyscy ku niemu oczy zwrócili; w ciągu téj sceny Hilary z Zefirynem udzielają sobie uwag po cichu, w których zdradza się niespokojność Hilarego, a złośliwy udział Zefiryna.)
P. Piotr.

Niech Panie się nie złoszczą, a Pan się nie śmieje,
Nie kłamię, nie boję się, ani téż szaleję,
Wczoraj zaraz po balu była u kochanka
Wasza Zosia, Zosiunia, skromna wychowanka.

Regina.

Paulino, trzeba koniec położyć zgorszeniu...
Zawołaj Zosię. (Paulina odchodzi) Ona sama zaskarżeniu
Oko w oko odpowie i jednym wyrazem
Zniszczy potwarz i skarci tę bezczelność razem.
Zosia! ten Anioł!

P. Piotr.

Hoho! nie bity ja w ciemie,
To Pani krew tatarska, to tatarskie plemie.





SCENA III.
Ciż sami, Paulina, Zosia.
Regina (do Zosi wskazując Piotra).

Chodź, chodź... zawstydź oszczercę.

Zosia.

Trzebaż méj pomocy?

Regina.

Mówi, żeś wychodziła wczoraj sama, w nocy.

P. Piotr.

Mówię, co wszyscy mówią.

Regina.

Milczysz?

P. Piotr.

Nieboga!

Regina.

Broń się.

Paulina.

Brońże się.

Regina.

Mówże.

Zosia.

Ach, zaraz dla Boga!

Regina.

Do téj plotki bezczelnéj nie dałaś powodu?

Zosia.

I cóż złego, żem wyszła.

Regina.

Dokąd?

Zosia.

Do ogrodu.

P. Piotr.

Miły spacer w pogodę, jak księżyc przyświeca,
Lecz szkoda, że deszcz padał, nie było księżyca.

Regina.

To rzecz dziwna.

P. Piotr.

Bynajmniéj, bo przez ogród ścieżka,
Do domku ustronnego, gdzie Pan Narcyz mieszka.

Paulina.

Narcyz?

Regina.

Mieszasz się.

Zosia.

Ja?.. nie.

Regina.

Słyszysz o czém mowa?

Zosia.

Narcyza nie widziałam, nie mówiłam słowa.

P. Piotr.

O! O!

Regina.

Pocóż tam byłaś oświeć nas w tym wzlędzie.

Zosia.

Dzisiaj nie mogę... jutro łatwo zgadnąć będzie.

Regina.

Ależ potwarz niezbita w prawdę się przemienia.

Zosia.

Gardzę każdą potwarzą w czystości sumienia.

Regina.

Mów prawdę... ja ci każę.

Zosia.

Nie mogę, nie powiem.

Regina.

Milcz więc, milcz... niczego téż więcéj się nie dowiem,
Jak to, co wie dom cały. Zdeptałaś w téj dobie
Przyzwoitość i względy winne nam i sobie.
Kochasz i zdradzasz razem...

Zosia.

Ja?.. Ja kocham? kogo?

Regina.

Tego z kim twoje schadzki ukryć się nie mogą.

P. Piotr.

Narcyz kocha, kochany od wnuki książęcéj...

(Głośno się śmieje.)
Regina (do Zosi).

Wstydź się.

Zosia.

Mamo.

Regina.

Tej nazwy nie chcę słyszeć więcéj.
(Odchodzi.)

(Wacław roześmiał się i wyszedł, wszyscy zdziwieni za nim patrzą. Hilary potém naradziwszy się z Zefirynem, wychodzą.)
P. Piotr.

Gardząc już tém po balu, com przyjął przed balem,
Oto pierścionek Pani. (ironicznie) Oddaję go z żalem.
(Rzuca na stół.)
Z mego jéj kochankowi podarunek robię,
Niech buty na wesele każe podszyć sobie.
(Odchodzi śmiejąc się.)





SCENA IV.
Zosia, Paulina.
(Paulina przechodzi na lewą rękę Zosi, która stoi odurzona.)
Paulina.

Zosiu biedna, Zosiuniu, ocknij się z rozpaczy,
Hańba wprawdzie nie mała... wzgarda wiele znaczy,
Musiały serce twoje uderzyć boleśnie...
Trzeba było przewidzieć... myśleć o tém wcześnie...
Bo co raz na świat wyjdzie w ukrycie nie wróci.
Zbyt przykre położenie niezmiernie mnie smuci.

(Biorąc za rękę i sadzając odurzoną.)

Usiądź Zosiuniu, usiądź, przestańże być głazem...
Naradzim się ze sobą i popłaczem razem.
Ciocia gniewa się słusznie, trzeba znieść pokornie...
Lepiéj było coś wyznać, jak milczeć upornie...
I mój wuj tą pigułką zakrztusi się trochę,
On co tak ostro sądzi czynności... za... płoche;

Przed blaskiem jego domu wszystkie względy gasną,
Ale przytérnm cię kocha jakby córkę własną,
Pozłości się, pogdera, a w końcu przebaczy.

Zosia.

Co? — Co mi ma przebaczyć? — co to wszystko znaczy?
Za co wszyscy chcą karać, kiedy ja niewinna?

Paulina.

Ależ oprócz w twém słowie, w czém rękojmia inna?
Miałaś do nocnej schadzki szlachetne przyczyny...
Nikt nie wierzy, ja wierzę, nie chcę szukać winy.
A potém, o mój Boże, czy me serce skałą?
Czyliż nie wiem, młodości jak potrzeba mało,
Aby w różowém świetle swą przyszłość postrzegła,
Aby za pierwszém cackiem jak dziecko pobiegła?
Ach, niema winy, niema ten co sercem błądzi...
Ależ Zosiu kochana świat inaczéj sądzi,
Jego sercem lód, duszą wieczna żądza sporu,
Przed nim pozór — czynem, czyn — niczém bez pozoru.
Co w tobie czuwa, czucia, co do dzieła wiodły,
Jeśli były szlachetne, jakże zgadnie podły?

Zosia.

Strasznie! okropnie!

Paulina.

Zatém wiekiem, sercem młoda
Chwytaj pochodnią, którą doświadczenie poda,
Bo jakkolwiek potężne byłyby twe cnoty
W nieprzebyte bezdenne zabłądzisz ciemnoty.

Zosia (całując ją po rękach).

Ratuj mnie ratuj, dobra, kochana Paulino.

Paulina (biorąc ją w objęcia).

Chętnie i mam nadzieję, że twe troski miną,
Wszystko się załagodzi bez trudności wielu,
I jeszcze będę tańczyć na twojém weselu.

Zosia.

O nie Paulino, tego nie żądaj odemnie,
Ten, co tak mnie obraził, błagałby daremnie.
Wznosząc potwarczych plotek obrzydliwe męty
Więcéj chęcią zniewagi jak gniewem przejęty.
Pragnie, nie wiem dlaczego, widzieć mnie zhańbioną,
Mnie wzrosłą w domu stryja, swoję narzeczoną,
Mnie, która mimo wstrętu oddając mu rękę
Ofiarę dobroczyńcom niosłam na podziękę.

Paulina.

Ależ Zosiuniu droga.. tu nie o nim mowa...
Ja myślałam, że związek co się jeszcze chowa,
Da się z czasem wyjawić, w małżeństwo zamienić.

Zosia.

Jak? co?

Paulina.

Narcyz się z tobą będzie mógł ożenić.

Zosia.

Narcyz? Ze mną?

Paulina.

Jeżeli cały fałsz w téj sprawie,
Państwo Morderscy raczą przebaczyć łaskawie.

Zosia.

Paulino, zatém i ty i ty wierzysz temu.

Paulina.

Nie wierzę z twojéj strony złemu najmniejszemu,
Ale że się kochacie, czyż to nie do wiary?
Jakieżby inne schadzek mogły być zamiary?

Zosia.

Paulino!

Paulina.

Przystojny!

Zosia (ze wstrętem).

Och!

Paulina.

Kocha cię!

Zosia.

Dla Boga..

Paulina (z przyciskiem).

On wprawdzie bardzo biedny, ty jesteś uboga,
Ale wiesz, że Pułkownik skąpstwem się nie splami...
Tych, których z łaski karmił, nie puści z torbami...
Zresztą i téj miłości potrzebna osłona.

Zosia.

Ależ ta miłość cała to potwarz szalona.
Nie chcę iść za mąż, nie chcę, jak jestem zostanę.

Paulina.

O w tém bardzo się mylisz, rzeczy nadto znane,
Aby Państwo Morderscy pokrywać je chcieli,
I niepewną osobę w swym domu cierpieli.

Zosia.

Niepewną!

Paulina.

Nie miéj za złe, że ci mówię szczerze.
Pułkownik opinii ulegnie w téj mierze,
Wydając cię gdzieś za mąż przebaczyć ci może,
Ale w domu zachować, jak dotąd, broń Boże.
Wszakże w powadze domu cała jego chluba.

Zosia.

Więc usunę się, pójdę.

Paulina.

Gdzie kochanko luba?
A wiesz ty, co świat powie zaraz w pierwszéj chwili?
Oto, że wychowankę z domu wygonili,
Za co? — no, łatwo zgadnąć.

Zosia.

Znajdę miejsce przecie,
Gdzie przy jakich panienkach.

Paulina.

O szalone dziecie!
Gdzie, jaka, która matka przy córkach zostawi,
Tę, którą jak wygnankę świat wprzódy osławi.

Zosia (wstrzymuje się od płaczu).

To służyć będę.

Paulina.

Służyć? — Cóż ty robić umiesz?
(Zosia spuszcza głowę i milczy.)
Ów najprostszy zarobek, czy łatwym rozumiesz?
Spojrzyj na twoje rączki, te pulchne pieszczotki,
Zdatneż one do maglu, konwi albo szczotki?
Próżno, próżno się łudzić tych nadziei głosem.
O nie jedna, nie jedna, gardząc miernym losem,

Co jéj stawiał pod strzechą kądziel i kolebkę,
Chwyciła kij wędrowny, podróżną torebkę,
Pełna siły, nadziei, ufna sama w sobie,
Rzekła: pracą i cnotą szczęścia się dorobię.
Lecz wkrótce jak ją życie w twarde wzięło kluby,
Poszła ze straty w stratę, aż na dno zaguby.

Zosia.

Strasznie! okropnie!

Paulina.

Stoisz nad rozstajną drogą,
Zastanów się wprzód dobrze nim posuniesz nogą.
I wierz mi, bo ja ciebie czczém słowem nie łudzę,
Że lepsza chatka swoja niż pałace cudze.
(Odchodzi.)

Zosia (sama, zwolna uklęka).

U Ciebie, Boże prośba niech mi sił wyjedna...
Bo upadam... bom biedna... bardzo, bardzo biedna.





SCENA V.
Zosia, P. Wacław.
P. Wacław (czas jakiś w milczeniu patrząc na nią, jakby do siebie).

Nie, nie, to być nie może.

Zosia (zwracając ku niemu oczy — spokojnie).

Prawda, że nie może? —
(wstając)
A jednak hańbę taką znieść muszę w pokorze.

P. Wacław.

Nie, nie, Panno Zofijo, znośmy tylko tyle,
Ile potrzeba, zbyt własnéj nie ufając sile.

Wzgarda milczy, to prawda, lecz milczy i wina,
Dlatego w otwartości ochrona jedyna.
Sama w obcéj rodzinie stoisz wśród zawiści,
Bo możesz upragnione zagarnąć korzyści:
Do majątku stryjaszka pan synowiec wzdycha,
Z drugiéj strony nań żona z dawien dawna czycha.
On niechętnie z połową rozstaje się działem,
Ona jeszcze niechętniéj z dożywociem całém;
Z Pauliną snując plotki nie szczędzą rozgłosu,
Bo w opinii świata wyrok twego losu;
Wiedzą, że jéj piosneczkę Morderski wciąż nuci,
Na jéj głos wychowankę wzniesie lub porzuci,
Ztąd potwarz o Narcyzie źródło swoje bierze,
Któréj mało kto wierzy, ja całkiem nie wierzę.

Zosia.

Dzięki Panie Wacławie, dzięki za to słowo,
Zgnębioną duszę siłą napełniłeś nową.
Pierwszy promień pociechy wpłynął w serce moje,
Bo czuję, że już odtąd nie tak sama stoję.

P. Wacław.

Chcę być Pani pomocnym, ale z drugiéj strony
Chciejże i Pani nieco uchylić zasłony.
Pozwól mi się zapytać, kiedy jak na warcie
Szymon przed drzwiami wzbraniał mi uparcie,
Byłaś sama w salonie? (milczenie) A... tak! (śmieje się.)

Zosia.

Och nie Panie
Wacławie, ten śmiech zimny, to wzgardy wyznanie,
Niech nawet i powiewem nie tknie mego czoła,
Bo serce moje czyste, lecz go znieść nie zdoła.

Nie odbieraj pociechy, którą wlałeś w duszę...
Wierz mi, ja milczeć muszę... przysięgłam i muszę...
Lecz jakkolwiek pozory zgubne mi być mogą,
I raz drugi w potrzebie poszłabym tą drogą.

P. Wacław.

Dobrze, wierzę ci Pani, lecz czy twe zamiary
Koniecznie wymagały tak wielkiéj ofiary,
Czy zapał acz szlachetny nie uniósł za wiele?
Ja w mojém doświadczeniu wątpić się ośmielę.
Poświęcenia się cnota wszystkich cnót korona,
Bóg szczodrze w duszę kobiet wrzucił jéj nasiona,
Ależ jéj nadużywać nie trzeba bezwzględnie
Bo starga siły twórcze, w końcu sama zwiędnie.
Wiele kobiet rozumie, że błądzi w tém życiu,
Jeżeli poświęcenia nie karmi w ukryciu,
Każda za coś, za kogoś chce cierpieć tajemnie,
Walczy, słabnie, upada, a często daremnie.

Zosia.

O zostawcie dla Boga, zostawcie kobiecie
Ślepą potęgę czucia, ciche serca życie.
Silni siłą czuwacie nad drogą osobą,
My sił waszych nie mając zasłaniamy sobą.

P. Wacław (p. k. m.).

Cóż Pani myślisz robić?

Zosia.

Jestżem woli Panią?
Na łasce, jak na nitce wiszę nad otchłanią,
Całą moją nadzieją, że nim dna dopadnę,
Już mnie z boleści życia nie zabolą żadne.

P. Wacław.

To są godność wrodzoną hańbiące nadzieje.

Zosia.

Godność! godność! o niechże i ja się rozśmieję!
Godności Pan wymagasz od tego motyla
Co szpilką wskróś przebity skrzydełka rozchyla;
Od jagody zdeptanéj, podciętego kwiatka,
Od téj, któréj jéj własna wyrzekła się matka.
A wiesz Pan, jak to boli, jak to pierś rozrywa,
Kiedy wśród serc milionów łączonych w ogniwa,
Wyrzec trzeba: ja sama! sama w całym świecie,
Podrzucone, gardzone, zabłąkane dziecie.

(p. k. m.)

Zawsze celem zawiści dla ojca, dla matki,
Często nawet przekleństwa za owe dostatki,
Których podziału ciągle żądali odemnie,
Ileż od nich cierpienia nie zniosłam tajemnie;
Ileż nikczemnéj złości od każdego sługi,
Co mścił cichą obelgą jawne swe usługi.
A ci, którzy kazali zwać się rodzicami,
Nie pytali o serce, nie mając go sami;
Byłam cackiem, nic więcéj — w Jéj pańskiém objęciu
Zimno mi zawsze było, obcemu dziecięciu;
Jego zaś przywiązanie, szum i blask szczodroty,
Coś jak słowo zagadki groziło z ciemnoty.
Owe łaski bez jutra cierpkim były darem,
Wdzięczność codzień żądana stała się ciężarem,
A ten świat na swych śmieciach zazdrosny i hardy
Ileż on mi w oklaskach nie udzielił wzgardy?!
Co tam szeptów, ucinków, co psoty dziecięcéj.
Od najmłodszych najbrzydszych, najgłupszych najwięcéj.

Ileż to ja jak lalka bez woli i mocy,
Pół w tańcu, a pół w płaczu nie spędziłam nocy;
I sama, zawsze sama płakałam utraty
Ubóstwa, lecz wspólnego śród rodzinnéj chaty;
I oto w całym świecie ów cel pośmiewiska,
Na którego ułomność każdy klątwę ciska,
Ów stary Szymon...

P. Wacław.

Szymon?...

Zosia.

Jest podporą całą,
Jedynym przyjacielem, co mi niebo dało.
Przebacz Panie Wacławie ten wylew goryczy,
Nadal Bóg tylko jeden łzy moje policzy;
Ale twój szczery udział, twoje dobre słowa,
W sercu biedna sierota, jak swój skarb zachowa.

(Zosia ścisnąwszy rękę Wacława odchodzi — on długo patrzy za nią w zamyśleniu)




SCENA VI.
P. Wacław, P. Hilary, P. Zefiryn.
P. Hilary.

Powiedz Panie Wacławie, jaka twoja rada,
Co mnie przy tych zdarzeniach uczynić wypada?

P. Wacław.

Nie wierzysz oskarżeniu?

P. Hilary.

Ach, któż wierzyć może?!

P. Wacław.

Myślisz, że jest niewinną?

P. Hilary.

Rękę w ogień włożę.

P. Wacław.

I że to wszystko potwarz?

P. Hilary.

Intryga niegodna,
Jako przyjaciel domu widzę rzeczy do dna.

P. Wacław.

Wystąpisz zatém pewnie do dzielnéj obrony.

P. Hilary.

Ba! alboż wiem Jenerał, z któréj będzie strony?

P. Wacław.

Ale słuszność?..

P. Hilary.

Nie o to idzie... rada w radę....
Ot, jak przyjaciel domu... najlepiéj odjadę.
(Idzie ku drzwiom.)

P. Wacław.

Jak dziad, gdzie na noclegu — krzykną: Dom się pali!
On łap za kij, za torbę... Bóg z wami!.. i daléj!

P. Zefiryn.

Kogo wskaże Jenerał, ja wezmę na pióro.

P. Wacław.

Weź, weź, za to nakarmią, za to cię ubiorą,
Rozlewaj twój jad mętny na białe powoje,
Co z młodych, wolnych myśli pną się w nieba swoje;

Niech wszystko, co nie twoje, splugawione ginie...
Pisz, pluj, gryź, ty wzorowy wielki Zefirynie!

P. Zefiryn.

Czy to drwiny mój Panie?

P. Wacław. (*)

A bodaj nie drwiny.

P. Zefiryn.

A zatém... żegnam Pana. (Odchodzą.)

P. Wacław (sam).

Bezczelne gadziny.





SCENA VII.
Pan Wacław, Pan Piotr.
P. Piotr.

Na mój honor stryjanka mądra białogłowa.
Mówiliśmy otwarcie... o mnie była mowa...
Bo to zawsze najmiléj rozmawiać o sobie...
Otóż pyta się w końcu, co ja teraz zrobię?
Nie wiem, rzekłem — a ona: udzielę ci rady,
Niech wszystkie tak jak były zostaną układy,
Tylko zamiast z Bajdułką ożeń się z Pauliną.
Ha! rzekłem: dobrze... jeszcze Morderscy nie zginą.
Wtém przyszła Panna... trochę tłusta... może schudnie...
Zrazu coś tak siak pletła i długo i nudnie...
Ale jak ją przyparłem... ręka w rękę, słowo!
I jestem narzeczonym Mospanie na nowo.
Przecieć ma rogi w herbie, imię jak należy,
Przecie każdy ją uzna i w ojca uwierzy.

Nos ma szlachetny... tylko troszkę... troszkę w stronę...
W lewą stronę... jak oczy ma w lewo zwrócone...

P. Wacław. (*)

Pięknie, ślicznie zrobiłeś, dobra żona złoto,
Z nią nawet i ubóstwo znosi się z ochotą.

P. Piotr.

Czemuż ubóstwo w twojéj umieszczasz pochwale?

P. Wacław. (*)

No, bo jużcić masz mało, a ona nic wcale.

P. Piotr.

Nic?

P. Wacław.

Nic.

P. Piotr.

Ależ stryjaszek jak tamtę wygoni,
Doda mi niezawodnie Złotogóry do niéj.

P. Wacław.

Zkąd pewność?

P. Piotr.

Wątpisz?

P. Wacław.

Wątpię.

P. Piotr.

Lecz z jakiéj przyczyny?

P. Wacław.

Bo kochał wychowankę, nie lubi Pauliny.

P. Piotr.

Nie lubi? — padam do nóg — grosza nie dać gotów.

P. Wacław.

Pewnie, ale przymioty...

P. Piotr.

Co mi tam z przymiotów!
I nie młoda, co? — padam do nóg — miła żona!
I stryjance mnie swatać!.. Czy baba szalona!

P. Wacław.

Nie zechcesz przecie zerwać?

P. Piotr.

Nie pytam o radę...
Zła, stara, bez posagu... padam do nóg — jadę.

Koniec aktu IV.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.