Wybór pism Mieczysława Romanowskiego/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Pini
Tytuł Przedmowa
Data wydania 1904
Wydawnictwo Towarzystwo nauczycieli szkół wyższych
Druk Drukarnia „Polonia“ we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały wybór pism
Pobierz jako: Pobierz Cały wybór pism jako ePub Pobierz Cały wybór pism jako PDF Pobierz Cały wybór pism jako MOBI
Indeks stron

W całej historyi naszej literatury trudno znaleźć postać tak piękną i ze wszech miar sympatyczną, jak Mieczysław Romanowski.
Nie genialność, nie potęga zdolności stawia go wysoko, bo talent jego poetycki był średni — czar, który on wywołuje, polega na dziwnie harmonijnem zespoleniu się obywatela i patryoty z artystą, poezyi z życiem. W poezyach Romanowskiego brzmiała zawsze gorąca miłość do wielkich ideałów narodowych, tęsknota do jakiejś zawieruchy dziejowej, która miała zmienić istniejący porządek rzeczy i ideały te do rzeczywistości przywołać, a życie jego całe tak ściśle toczyło się torem głoszonych przez jego poezyę zasad, że, kiedy owa chwila przełomowa, jak się zdawało, nadeszła, on bez namysłu i bez wahania złożył je w ofierze na ołtarzu męczeńskim walk o niepodległość ojczyzny.
Urodził się w Żukowie, na Pokuciu, 12 kwietnia 1834 r. jako najmłodszy z pięciorga dzieci Erazma Romanowskiego i Agnieszki z Głowackich, dzierżawców Żukowa. Dom to był bardzo patryotyczny, to też młody chłopiec, od dzieciństwa już nasłuchawszy się opowiadań rodzicielskich o tem, jak być powinno kiedyś, zatapiał się marzeniami w promienną przeszłość i marzył o szczęśliwszej, bohaterskiej przyszłości.

Mówili dziecku prostemi słowy
Lub śpiewem rzewnej tęsknoty,
A nie wiedzieli, że mu do głowy
Już płynie marzeń rój złoty.

Że, kiedy uśnie, śnią mu się męże
Skrzydlaci, niby anieli,
W zbrojach i hełmach, w dłoniach oręże,
Odziani w skrwawionej bieli.
I nie wiedzieli, kiedy zbudzone
Dziecko zapłacze, bywało,
Że mu się śniły bronie wzniesione,
Że padających widziało.

Później, gdy z dziecka wyrósł chłopiec, gdy ojciec uczył go jeździć konno, marzenia zaczęły zwracać się na tory bardziej osobiste, a punktem wyjścia był dla nich dzielny bułanek i karabela, wisząca nad ojcowskiem łóżkiem:

..... w marzeniach rosnę
Gdzieś w lecącego olbrzyma,
Przedemną jasny piorun się pali,
Szablicę trzymam we dłoni,
A za mną tłumem wojsko się wali
I lecim po mogił błoni.

(„Ze wspomnień dziecinnych“).

Te opowiadania rodziców, te śpiewki patryotyczne, nucone przez siostrę, „pierwsze anioły jego żywota“, jak je sam potem nazywa, wytknęły kierunek jego myślom i marzeniom na całe życie i wycisnęły niezatarte piętno na przeważnej części jego utworów. One były także zapewne najświętszym talizmanem, który go strzegł po opuszczeniu domu rodzinnego.
Bo bardzo wcześnie musiał rozstać się z rodziną. W domu dano mu tylko elementarne wiadomości, a już na ukończenie dwu ostatnich klas szkoły normalnej wysłano go do Kołomyi. Stamtąd przeszedł do gimnazyum w Stanisławowie, najbliższego wioski rodzinnej. Był w klasie czwartej, kiedy nadszedł r. 1848, tak obfity w ważne zdarzenia, tak pełen początkowo nadziei, a potem zawodów. Gdy w miastach galicyjskich poczęto tworzyć gwardye narodowe, czternastoletni podówczas Romanowski zapragnął także do niej należeć. Nie śmiąc uczynić tego bez zezwolenia rodziców, przybył piechotą ze Stanisławowa do Żukowa i ze łzami w oczach błagał, aby go wpisano do gwardyi narodowej. Nalegania były tak usilne, tak natarczywe, że rodzice musieli w końcu uczynić im zadość, a gdy wkrótce potem gwardye rozwiązano, Romanowski wrócił do szkoły z tem miłem poczuciem, że spełnił swój obowiązek.
Po skończeniu gimnazyum przeniósł się w r. 1852 do Lwowa, gdzie na usilne nalegania ojca zapisał się na wydział prawniczy, chociaż do studyów tych nie czuł sympatyi, a upodobania w inną zupełnie ciągnęły go stronę. Nie zaniedbywał więc ani jednego, ani drugiego — i już w następnym roku ukazały się w lwowskich „Nowinach“ jego pierwsze poezye.
Było ich sporo. Obszerny poemat, powieść poetyczna p. t. „Chorąży“[1], niewielkie opowiadanie „Tymoleon z Koryntu“, znowu dwie powieści: „Chart watażki“ i „Śpiewak z oazy“, wreszcie fantazya p. t. „Młody lutnista“ i znaczna ilość wierszy lirycznych. W utworach opisowych widać, że młody poeta szuka dopiero drogi, że, nie mogąc utrzymać się jeszcze na tem polu o własnych siłach, szuka podpory w twórczości poprzedników. Więc „Chorąży“ przypomina „Maryę“ Malczewskiego, „Śpiewak z oazy“ „Araba“ Słowackiego, a „Chart watażki“ — gawędy Pola. A jednak pomimo to znać już w tych pierwszych próbach rękę nieśmiałą wprawdzie jeszcze, ale silną, ujmującą przedmiot trafnie, choć z drżeniem i oglądaniem się na to, jak inni, więksi, brali się do tego.
Galicya nie obfitowała wówczas w prawdziwie zdolnych poetów, nic więc dziwnego, że te utwory zwróciły na Romanowskiego powszechną uwagę i zjednały mu wielkie uznanie. Ale bardziej, niż wszelkie pochwały, zachęciły go ostre, lecz życzliwe uwagi krytyki. „Gdyby była krytyka milczała, kto wie, możebym był i ustał powoli w mem przedsięwzięciu“ — pisze młody poeta pod wpływem świeżo odczytanej recenzyi swych poezyi w r. 1855. — „Dziś krytyka, strofując mnie ostro, lecz słusznie, nakazuje mi iść dalej — a krytyka, to głos publiczny, głos smaku ogółu. Jej nieposłusznym być nie śmiem; byłoby to nie mniej ni więcej, tylko okradzeniem ogółu z położonego we mnie zaufania i nadziei“. Powiada więc sobie, że trzeba iść naprzód, że „zostać się lub wstecz się cofnąć już mu nie wolno“ — i rzeczywiście posuwa się w swym rozwoju nader szybko: w r. 1856, ukazała się w „Dzienniku literackim“ obszerna powieść poetycka „Łużeccy“, posiadająca już niemałą wartość literacką.
Treść zaczerpnął poeta z dziejów panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego, z r. 1672. Zdrada Doroszenki sprowadza na Polskę Turków i Tatarów — zaczyna się smutna wojna, zakończona zwycięstwem chocimskiem. Na tle tych wypadków kreśli Romanowski postaci dwu braci Łużeckich: Karola, kasztelana podlaskiego, wodza wojsk ukraińskich i Tomasza, dowódcy zamku budzanowskiego. Kasztelan Łużecki, człowiek pozbawiony wszelkich przymiotów, które powinny zdobić żołnierza i wodza, wdaje się nierozważnie w bitwę pod Czetwertynówką, naraża swe wojsko na klęskę, a co najważniejsze, sam pierwszy umyka z pola bitwy i drugich do ucieczki zachęca. Hańbę tę postanawia zmyć z rodu Łużeckich, dobrze niegdyś zasłużonego ojczyźnie, brat jego Tomasz. Ze szczupłą załogą opiera się długo całej potędze tureckiej, aż w końcu, kiedy Budzanów szturmem zdobyto, ginie pod toporem kata. Tę krótką treść, zaczerpniętą z „Klimakterów“ Kochowskiego, przybrał Romanowski w szaty prawdziwie artystyczne, a zupełnie oryginalne. Jest to pierwszy większych rozmiarow utwór, w którym młody poeta był już wyłącznie sobą, nikogo już nie naśladując.
Równocześnie z tym wzrostem artyzmu ustaliły się pojęcia społeczne Romanowskiego. Tak, jak tylu innych poetów, czujących szczerze i kochających kraj swój gorąco, nie mógł i on być zadowolonym z tego, co widział wokoło siebie. Życie bez jutra, bez głębszej myśli, bez ideałów roztaczało się wokoło niego w całej ohydzie; widział Polaków, u których mowa zaledwie była polska, widział niewolników, tańczących swobodnie w kajdanach, więc ogarnęło go przerażenie i wstręt:

Całą jam piersią wciągał świata tchnienie,
Wszystko dziecinna oplatała wiara;
Wznosiłem serce, wzniecałem płomienie
I cudnie wonna płonęła ofiara...
Lecz szybko czas ten zleciał na zegarze,
W piersi ból został — a trucizna w czarze.

Zwykłe to są dzieje tego zetknięcia się „poety i świata“, tych goryczy i zawodów, które z tego wynikają — a jednak w tym wypadku tkwi w nich coś niezwykłego: Romanowski nietylko sądzi słusznie, ale odczuwa szczerze, nie dla efektu, ale dla dobra sprawy, którą ukochał. I dlatego niema nigdy w jego pieśniach zbytniego lubowania się w tych smutkach i nigdy niema łatwego szyderstwa, lecz zawsze miłość wielka do braci i gorące pragnienie sprowadzenia ich na inną drogę, podniesienia w krainę ideałów, „na jasne leże“. To zgnuśniałe pokolenie, wśród którego musiał żyć ze swą gorącą naturą, obrzydza mu wszelki spokój, sprowadzający często martwotę, a wywołuje pragnienie jakiegoś żywiołowego ruchu, jakiejś burzy dziejowej, któraby oczyściła duszną atmosferę:

I radbym ujrzał zmartwychwstające
Plemiona z anielską chwałą,
Albo pioruny takie palące,
By się aż niebo spękało.

bo:

Kto dzisiaj plonu spodziewa się z roli,
Nieraz go jeszcze serce tak zaboli,
Zwątpieniem zaćmi powieki.

W wierszu zaś p. t. „Cisza“ jednym z najwcześniejszych swych utworów, bo w r. 1854 napisanym, powiada wyraźnie:

Śpiewaku, tyś burzę zażegnać chciał precz.
Patrz, cisza nie wiedzie do celu, lecz wstecz!..,
Szaleniec, kto zaraz po burzy chce burz,
Bo w sercu swem własnem utopiłby nóż.
Lecz kiedy skwar kwiaty do grobu już nagnie —
To chyba dziecina piorunów nie pragnie.

A równocześnie z tem pragnieniem budzi się w jego sercu jakieś tajemne przeczucie, że w tej oczekiwanej z tęsknotą burzy on sam padnie ofiarą. Już w r. 1855 zapisuje w księdze pamiątkowej ogrodu medyckiego te prorocze, niestety, słowa:

Po latach wielu — może z obcej strony,
Kiedyś cię tutaj znajdzie wieść skrzydlata,
Że w dzikiej walce... zaginął... szalony.

W trzy lata później myśl ta przeobraża się w jasnowidzenie poetyckie. Oto zdaje mu się, że przychodzi do niego śmierć w postaci pięknej dziewicy i chce lekkim, spokojnym skonem uwolnić go od bolów życia — a on jej odpowiada:

Niegdyś — rzekłem — niegdyś mi wróżono,
Że mą duszę weźmiesz z pola chwały.
Jeszcze nieba gromami nie płoną,
Czekaj jeszcze, piękny cieniu biały,
I na polu bitwy o mnie spytaj!

A śmierć zgadza się na to w milczeniu i odchodzi, mówiąc: „Do widzenia!“
W innym znowu wierszu („Żegnaj!“) powiada o sobie:

Jam przedburzowiec, przeklęte plemię,
A może-m z piorunów jeden,
Co własnem sercem uderzy w ziemię,
Choć dziś tak cichy i bieden.
Uderzy — zagrzmi — na przebudzenie,
Iskier tysiące w krąg ciśnie,
Lecz jeśli Bóg nim rzuci w kamienie,
To głaz i serce wraz pryśnie...

W tych wszystkich przeczuciach i przepowiedniach tkwi jednak mniej osobistego pierwiastku, niżby się na pozór zdawało; los, który Romanowski sobie wyznacza, jest według jego pojęcia losem każdego prawdziwie polskiego poety. Zadaniem naszej poezyi powinno być wydawanie „głosu, co targa pęta i tych, co marzą, co spią, ze snu budzi“. Poeta powinien „blask własny w serca przelewać rozdarte“ i, jak drugi Prometeusz, wydrzeć słońce niebiosom i oddać je ojczyźnie — powinien być miłującym swój naród „harfiarzem-budzicielem“. Nie tylko poezya, ale nawet poeci są tylko narzędziem losu, mającem naród wieść ku ideałom, ku szczęściu — a gdy ten cel będzie spełniony, wtedy narzędzie może rozpaść się w okruchy.
Tak pojmował swe powołanie Romanowski już w samych początkach swojej twórczości poetyckiej, a pozostał mu wierny przez całe swe krótkie życie.
W r. 1857 ukończył studya na wydziale prawniczym i otrzymał, jako stypendysta, zajęcie w bibliotece Ossolińskich. Wpłynęło to nader korzystnie na dalsze jego losy, bo zbliżyło go do znakomitych historyków: Karola Szajnochy i Augusta Bielowskiego. Za ich wpływem zwrócił się znowu do tematów historycznych, ale pojętych poważniej i zakreślonych na znacznie szerszą skalę. Szajnocha zachęcił go do wczytywania się w stare kroniki, z czego później miał powstać „Popiel i Piast“ — na razie zaś zwrócił się Romanowski do czasów bliższych, do „potopu szwedzkiego“ i zaczął kreślić na ich tle poemat p. t. „Dziewczę z Sącza“. Studyował w tym celu dzieła historyczne, a nawet wyjechał do Sącza i tam zbierał materyały do swej powieści w archiwach miejskich i kościelnych. Praca szła raźnie — i już w lipcu 1858 r. poemat był gotów.
Opowiadanie oparte jest na fakcie historycznym. Zagrożeni rzezią przez załogę szwedzką mieszkańcy Nowego Sącza chwycili za broń i wycięli w pień najeźdźców, dnia 13 grudnia 1655 r., dwanaście dni przed ustąpieniem Szwedów z pod Częstochowy. Powstanie w Sączu było zatem pierwszym przebłyskiem ocknienia narodowego po chwilowym upadku, a tem samem dawało wyborny materyał do poematu bohaterskiego. Fabułę, na której, jakby na kanwie, uwydatnił poeta te wypadki, zaczerpnął Romanowski z podania miejscowego. Powiada ono, że w pewnej młodej Sandeczance zakochał się oficer szwedzki i chciał ją od rzezi uratować — ostrzeżenie jego było powodem i hasłem do powstania. Tak więc wyobraźnia Romanowskiego miała już gotową podstawę — trzeba było tylko tchnąć w te historyczne lub legendowe postaci życie. A to życie prawdziwe, nie maryonetkowe, tętni na każdej karcie „Dziewczęcia z Sącza“ w najrozmaitszych swoich objawach i wśród najrozmaitszych okoliczności. Widzimy tych bohaterów sądeckich i w domu i w karczmie i w kościele, przy wesołej pogawędce i przy trumnie ukochanych, przy pracy i pośród zaciętej bitwy — całe ich życie staje przed nami w całej swej prostocie i prawdzie. Bo niema tu „bohaterów bez zmazy“, jak ich niema w rzeczywistości — są tylko ludzie z zaletami i przywarami, kochający ojczyznę, ale kochający także siebie, nie cierpiący Szwedów, ale dbający o swe interesy. Typy to kreślone na wzór „Pana Tadeusza“, ale nie naśladowane z niego, świeże i oryginalne. Wziął je poeta z rzeczywistości, bo chętnie przebywał zwykle pośród warstw rzemieślniczych, starając się rozbudzić wśród nich uczucia patryotyczne; za te zacne dążności odwdzięczyły się one, dając mu bogatą galeryę postaci do jego najlepszego utworu.
„Dziewczę z Sącza“ należy do najlepszych powieści poetycznych, jakie nasza literatura posiada, a przewyższa je wszystkie szerokością i wszechstronnością obrazu, przedstawiającego niemal zupełnie dokładnie całe życie mieszczańskie w XVII w. Skutkiem tego jest to opowiadanie czemś więcej, niż zwyczajną powieścią, czemś, na co niema osobnej nazwy, ale co graniczy już z owym ideałem, o którego osiągnięciu marzył zapewne Romanowski — z epopeą mieszczańską.
Oprócz tej prześlicznej w swej niewymuszonej prostocie powieści powstał w tych czasach najobszerniejszy utwór Romanowskiego, tragedya historyczna „Popiel i Piast“.
Tragedya ta, wydana po raz pierwszy w r. 1862, jest ostatnim większym utworem Romanowskiego, a zarazem pierwszą jego próbą dramatyczną. Arcydziełem nie jest bynajmniej — ale zarówno w rozwoju swego twórcy, jak i pośród dramatów owej epoki zajmuje stanowisko ważne i zajmujące.
Przedewszystkiem trzeba zaznaczyć, że temat, obrany przez młodego poetę, nastręczał olbrzymie trudności, a dla literatury pięknej leżał prawie zupełnie odłogiem.[2] Ileż to trzeba było odwagi, aby z dwu skromnych podań o okrutnym Popielu, „zjedzonym przez myszy“ i o biednym kołodzieju, którego cud wynosi do godności królewskiej, stworzyć wielką tragedyę i aby nakreślić w niej obraz zamierzchłych, prawie nieznanych nam czasów! Wszakże nawet genialny Słowacki musiał zaniechać zamiaru ujęcia tych czasów w ramy sześciu, „kronik historycznych“, a dwie z nich, które stworzył, musiał zapełnić własną fantazyą, bo materyału historycznego zabrakło! Wprawdzie w tych dwu dziesiątkach lat, oddzielających fantastyczne dramaty Słowackiego od „Popiela i Piasta“, historya uczyniła pewien postęp, a wydany w r. 1850 przez Bielowskiego „Wstęp krytyczny do dziejów Polski“ dał hasło do żywszego zajmowania się początkowemi dziejami naszego narodu, ale pomimo to wiadomości o nich były — jak i dzisiaj są — bardzo skąpe; ten ruch historyczny mógł zachęcić do takiej próby, ale nie mógł jej zbytnio ułatwić. Przedsięwzięcie było wielkie i trudne, a to samo musi usprawiedliwić wiele usterek tragedyi, bo przecież „in magnis voluisse sat est“.
Romanowski zabrał się do wykonania swego planu bardzo zgrabnie. Z podań, zapisanych w kronikach, przejął to wszystko, co miało przynajmniej jakieś pozory prawdy historycznej, odrzucił zaś pierwiastek cudowności i to albo zupełnie (np. zagryzienie Popiela przez myszy), albo wtrącił go tylko nieznacznie w opowiadanie kmieci (np. cudowne pomnożenie jadła i napitku w chacie Piasta), przedstawiając go z góry jako legendę, ale nie wciągając wcale do akcyi. Ale na tem nie poprzestał i nie z tych legendowych postaci i ich losów uczynił oś tragedyi.
Podstawą utworu, tłem, na którem się akcya rozwija i głównym jej motorem są stosunki Słowian z Niemcami. Występują one w dwojakiej postaci, a zawsze wrogo: raz w krwawej walce, toczącej się między obu narodami, powtóre w intrygach, któremi Niemcy wikłają Polaków. Horyzont tragedyi rozszerza się przez to ogromnie, bo akcya nabiera wagi i znaczenia konfliktu dziejowego. Wyraźniej jeszcze objawia się to w charakterystyce głównych postaci i całych wrogich sobie grup. Z jednej strony stoi król Popiel, wnuk Lecha, który nie chce być „martwym bogiem, cieniem króla, błahem cackiem woli“ drugich i który energicznie broni swych praw — obok niego zaś występuje grupa możnowładców, stryjów królewskich obawiająca się zbytniego powiększenia władzy króla, co musiałoby się stać naturalnie ich kosztem, na uboczu zaś gromadzą się kmiecie, niechętni zarówno królowi, jak jego stryjom, a dbający przedewszystkiem o swoje własne prawa, głównie o prawo odbywania wieców. To są trzy potęgi, które staną do walki z sobą, a do tej walki pchnie je podstęp Niemców. Adela, z rodu Niemka, żona Popiela, i jej kapelan a zły duch zarazem, Pater Fuchs, prawdziwy lis, kiedy chodzi o interes niemczyzny, popychają króla do walki ze stryjami, aby go przez to zmusić do zaprzestania wojny z Niemcami, prowadzonej w obronie Zaodrzan. Znieprawiene króla i znieprawienie książąt to jedynie ich dzieło — tak, jak ich wyłącznie dziełem jest wytrucie zaproszonych w gościnę stryjów. Oni więc sprowadzają katastrofę: kiedy Popiel i książęta tracą siły we wzajemnej walce i nawzajem się wyniszczają, stojący na uboczu kmiecie chwytają w swe ręce ster paristwa i osadzają na tronie Piasta. Tak więc historyozoficzny pogląd Romanowskiego jest w większej mierze wynikiem jego patryotyzmu, niż bezstronności, bo wszystko niemal, co złego było u nas, przypisuje Niemcom, w Polakach zaś widzi znacznie więcej zalet, niż wad. Chociaż Niemcy rzeczywiście wiele złego wnieśli w nasze stosunki, trudno jednak upatrywać w nich jedyną przyczynę naszych nieszczęść, jak to Romanowski czyni.
Mówię o poglądach historyozoficznych, bo w „Popielu i Piaście“ jest coś więcej, niż samo scharakteryzowanie jednej tylko chwili dziejowej. Może marzyło się poecie, jak niegdyś Krasińskiemu, kiedy swą „Wandę“ pisał, że w tym obrazie obejmie całe dzieje Polski i poda charakterystykę całego narodu, wszystkich warstw jego — w charakteryzowaniu bowiem postaci głównych i w samem pojęciu ich starcia myśl tę można wyśledzić. Król zdolny, mający najlepsze chęci, pragnący sławy i szczęścia własnego narodu, nie mogący jednak prowadzić skutecznie walki z wrogami ojczyzny, bo kraj mu pomocy i poparcia nie udziela — rycerstwo i książęta, dbający więcej o siebie i swoją władzę, niż o całość kraju, obawiający się wzrostu władzy królewskiej i walczący wszelkimi sposobami, choćby w połączeniu z nieprzyjaciółmi ojczyzny, o zachowanie jednych a rozszerzenie drugich przywilejów — lud poczciwy, trzymający się zdala od tych zapasów, a w danej chwili dzielnie bijący wroga — ciągłe niechęci, walki, zdrady wzajemne — czyż to obraz tylko piastowych czasów, czy to nieszczęścia, które tylko za królowania Popiela istniały w Polsce? czy nie można ich znaleźć na każdej niemal karcie naszych dziejów? Że to podobieństwo nie występuje zbyt silnie, to wielka zaleta utworu i dowód niemałego zmysłu artystycznego Romanowskiego, ale ono jest i było niezawodnie w planie poety.
Kontrasty, doprowadzające do starcia, będącego treścią „Popiela i Piasta“, są przedstawione wszechstronnie i na licznych przykładach. Despotycznym zachciankom jest przeciwstawione zamiłowanie wolności u ludu, intrygom dworskim prostota kmieci, przymusowemu nawracaniu na religię chrześcijańską — apostolstwo prawdziwej miłości. Uosobienie tych przeciwieństw znajdujemy w Popielu i Piaście, Adeli i Rzepisze, w kapelanie Fuchsie i św. Metodym — a kontrasty te przeprowadzone są umiejętnie i z wielką miarą artystyczną.[3]
Z pomiędzy postaci, występujących w tragedyi, najlepiej może skreślona jest postać Popiela. Romanowski nie przedstawia go jako chciwego krwi potwora, owszem, czyni go człowiekiem szlachetnym, choć porywczym, a pokazuje, jakim przemianom ulegał ten charakter i jakie czynniki na to wpływały. Skutkiem tego człowiek ten jest dla nas sympatyczny mimo swych zbrodni, sympatyczniejszy może nawet od Piasta, który — jak często dzieje się z typami dodatnimi — wypadł blado, może skutkiem swej bezczynności. Równie świetnie scharakteryzowany jest Żóraw, Zaodrzanin, gotowy wszystko poświęcić dla ratowania ojczyzny. Z postaci kobiecych za najlepsze można uważać Bożennę, matkę Popiela, i jego żonę Adelę — szczególnie przemiana tej ostatniej pod wpływem uczuć macierzyńskich jest świetnie przeprowadzona.
Na tragedyę tę wpłynęli w znacznym stopniu Szekspir i Słowacki. Na Słowackim wzorowany jest język, przenośnie i liryczny ton utworu, pomimo siły i jędrności występujący bardzo wyraźnie. Postać zaś króla Popiela i Adeli, ich stosunek wzajemny, a szczególnie sposób wykonania zbrodni (otrucie stryjów), jest przejęty z „Makbeta“ Szekspira. Te reminiscencye nie zmniejszają jednak wartości utworu, bo poza niemi posiada on tyle oryginalnych zalet, że je zupełnie równoważy.
Równocześnie z pisaniem tych obszernych utworów, powstawał cały długi szereg drobiazgów lirycznych i opisowych. Są tu i obrazki historyczne („Gero“, „Buława Revery“, „Savannah“ itd.) i skargi osobiste (choć rzadko) na nutę miłosną, obrazki przyrody (np. „Sen ziemi“), alegorye stosunków współczesnych (np. „Zaklęte ptactwo“), a nawet satyry („Wnuczę mężów“) — najczęściej jednak brzmi w tych utworach pobudka wojenna, zwrócona do społeczeństwa w przewidywaniu rychłego wybuchu powstania.

Co tam marzyć o kochaniu,
O bogdance, o róż rwaniu —
Dla nas niema róż!
My jak ptacy na wędrówce:
Dziś tu, jutro na placówce
Może staniem już.

W tej piosnce najwyraźniej może i najjaśniej zawarł Romanowski cały swój pogląd na sprawy społeczne i na obowiązki poety i wszystkie zasady, któremi się w życiu i poezyi kierował. Jego zdaniem wobec tej ważnej chwili dziejowej, która wisiała już w powietrzu, powinny ustać „sny serca“ o osobistem szczęściu, a pieśni, poezya, twarda jak stal, powinna wzywać do tańca, w którym ręka tancerzy rękojeść szabli ściska; co zaś później nastąpi, to już Bogu należy pozostawić — my powinniśmy tylko spełnić obowiązek i o nic więcej nie pytać.
Ale Romanowski umiał nie tylko wzywać do spełniania obowiązków — umiał je także sam spełniać. Rodzice jego postarzeli się, praca ziemiańska wyczerpywała ich siły — więc młody poeta rzuca swe ulubione zajęcia, opuszcza przyjaciół i w r. 1859 spieszy do Żukowa pomagać ojcu w gospodarstwie. Było to poświęcenie wielkie, a przymus, który sobie zadawał, aby wytrwać w nieodpowiadającej jego usposobieniu pracy, tak był widoczny, że wreszcie rodzice sami nakłonili go, aby wrócił do Lwowa. W czerwcu więc 1860 r. objął posadę skryptora w bibliotece Ossolińskich i znalazł się znowu w gronie dawnych przyjaciół.
Tymczasem w Królestwie Polskiem wrzało, przyprowadzone do rozpaczy ciągłymi gwałtami społeczeństwo zaczęło się przygotowywać do zbrojnego powstania. I w Galicyi utworzyły się tajne komitety, a do najczynniejszych wśród ich członków należał Romanowski. Na pierwszą wiadomość, że młodzież warszawska chwyciła za broń, młody poeta wyrusza natychmiast ku granicy, żegnając rodzinę ze zwykłą sobie prostotą, donosząc o swoim kroku, jak o czemś zupełnie naturalnem i jasnem: „Drogi Emeryku! — pisze do brata. — W Koronie powstanie! Ruszamy w pochód. Przygotuj na to rodziców! Idziemy spełnić naszą powinność. Czytając ten list, zrób krzyż, Emeryku, a dobry anioł, gdziekolwiek będę, zaniesie ten krzyż nad głowę twego brata“.
Ale przejście granicy nie udało się początkowo. Dnia 2 lutego schwytały go władze austryackie w Artasowie i kilka tygodni musiał przesiedzieć w więzieniu. 4 marca odzyskał wolność, pospieszył więc do Żukowa, pożegnał rodziców, przyjął z rąk ich ostatnie błogosławieństwo, a już w trzy dni potem przeszedł szczęśliwie granicę i połączył się z oddziałem Lelewela. W kilka tygodni później, d. 24 kwietnia 1863 zginął w bitwie pod Józefowem. Spełniło się to, co sobie wyprorokował: śmierć, posłuszna jego życzeniu, „wzięła duszę jego z pola chwały“ — spełniło się także i drugie żądanie, które wyraził w wierszyku, zamykającym ostatni zbiorek jego poezyi (1862):

Jeśli polegnę, niechaj mi w nagrodę
Za was nie kładą pamięci kamienia;
Ziemią niech piersi przysypią mi młode,
Mój kurhan niech mi trawa ozielenia,
A gdy majowy deszcz ten kurhan zrosi,
Niech nad nim ptak się, jak duch mój, unosi!...


∗             ∗

Śmierć Romanowskiego była stratą dla naszego narodu bardzo ciężką. Utracił on w nim jednego z najlepszych swych synów, oddanego mu całą duszą, bez wszelkich zastrzeżeń, bez wszelkich kompromisów z gołębiem sumieniem — literatura zaś utraciła w autorze „Dziewczęcia z Sącza“ poetę, który mógł jej oddać jeszcze wielkie usługi i niejednem cennem dziełem ją wzbogacić. Kula moskiewska pozbawiła nas go wtedy właśnie, kiedy talent jego rozwijać się zaczął najbardziej i kroczył już śmiało do zupełnej doskonałości. Bo Romanowski rósł poprostu w oczach i rozwijał się nadzwyczaj szybko. Jakaż to olbrzymia różnica pomiędzy „Chorążym“ a „Popielem i Piastem“, pomiędzy „Chartem Watażki“ a „Dziewczęciem z Sącza“! A jeszcze wybitniej występuje ta różnica w lirykach. Kiedy w pierwszych wierszach jego, oprócz pięknych dążności i szczerego uczucia, była forma znośna tylko, często niepoprawna, „Sestyny“ lub „Sen ziemi“ mają, oprócz dawniejszych zalet, taką lekkość i melodyjność wiersza, taką harmonię treści i formy, że nie powstydziłby się ich największy nawet mistrz słowa. To też strata, którą literatura nasza w bitwie pod Józefowem poniosła, może iść w porównanie tylko z temi, które jej przyniosły ostatnie tchnienia Szarzyńskiego, Malczewskiego lub Garczyńskiego.
Ale żal za tem, co Romanowski, w tak młodym zgasłszy wieku, mógłby był stworzyć w późniejszym, nie pozwala nam zapominać, że dorobek jego ośmioletniej pracy na niwie poetyckiej posiada trwałą wartość i pozostanie na zawsze w skarbnicy naszego piśmiennictwa nie tylko jako pamiątka po zacnym obywatelu i patryocie, lecz jako utwory piękne i wartościowe same przez się, bo w pięknej formie zawierającej piękne, podniosłe myśli, tęsknotę za owym czasem,

... kiedy na ziemi już nikt nie zapłacze,
Prócz rosy pól naszych zielonych.



Przypisy

  1. W całości wyszła dopiero w osobnem wydaniu tegoż roku w zbiorku p. t. „Powieści M. R.“ Lwów 1854.
  2. Przed Romanowskim napisał tylko Ksawery Godebski do współki z L. A. Dmuszewskim „scenę liryczną“ p. t. „Piast“, — a więc utwór, którego nie można uważać za poprzednika tego dramatu.
  3. Piotr Chmielowski, Historya literatury polskiej, t. VI. str. 147.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Pini.